PATOLOGIE III RP - CZĘŚĆ: 1 | 2 | 3  | << POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ | IDEA | KONTAKT

x
 

c   c

 

 

wpis nr 4 - 02/10/2011

Nowelizacja ustawy o dostępie do informacji publicznej

 

Na ostatnim posiedzeniu Sejmu VI kadencji [wikipedia], 16/09/2011 posłowie - głosami PO i PSL - przyjęli senacką poprawkę do nowelizacji ustawy o dostępie do informacji publicznej. Autorem wspomnianej poprawki jest senator PO - Marek Rocki [wikipedia]. Zgodnie z jej treścią:

"Prawo do informacji publicznej podlega ograniczeniu ze względu na ochroną ważnego interesu gospodarczego państwa w dwóch przypadkach - gdy osłabiałoby to pozycję państwa w negocjacjach np. umów międzynarodowych lub w ramach Unii Europejskiej oraz by chronić interesy majątkowe państwa w postępowaniach przed sądami czy trybunałami".

Prezydent Bronisław Komorowski - mimo wielu głosów płynących z różnych środowisk o zawetowanie zmian w ustawie - nowelizację podpisał. Warto zauważyć, że przeciwko tej poprawce protestowały organizacje pozarządowe, w tym m. in.: Helsińska Fundacja Praw Człowieka. O zawetowanie ustawy apelował do prezydenta także PIS, PJN i SLD.

 

Tuż przed głosowaniem w sejmie nad przyjęciem nowelizacji odbyła się debata, na której poseł Artur Górski (PIS) stwierdził: "Ta poprawka jest zamachem na prawo obywateli do kontroli władz". Poseł Andrzej Celiński (niezrzeszony) apelował o odrzucenie poprawki twierdząc, że "kiedy w czasach PRL współorganizował latające uniwersytety, chodziło o to, aby po zdobyciu wolności ludzie mieli wiedzę i podstawy pozwalające decydować w sprawach własnego kraju". Dalej zaś pytał retorycznie: "Czy rząd podziela intencje senatora Marka Rockiego ograniczające swobodny dostęp obywatela do informacji?".

 

Poprawkę ostatecznie przyjęto. Za ograniczeniem prawa obywateli do informacji publicznej głosowało 187 posłów PO i PSL, a 10 posłów wstrzymało się od głosu. Przeciwko poprawce głosowało 179 posłów PIS, SLD i PJN oraz 9 posłów PO (którzy wyłamali się z klubowej dyscypliny) i 8 posłów PSL, a także kilku posłów niezrzeszonych. Warto zauważyć, że większość bezwzględna, której osiągnięcie oznaczałoby odrzucenie poprawki wynosiła 189 głosów - gdyby więc posłowie wstrzymujący się od głosu zagłosowali przeciw poprawce, zostałaby ona odrzucona. Istotny wydaje się być także fakt, że sejmowa Komisja Administracji i Spraw Wewnętrznych wyraziła negatywną opinię w tej sprawie, rekomendując głosowanie przeciwko przyjęciu noweli. 

 

Jakie są realne konsekwencje przyjęcia senackiej poprawki do nowelizacji ustawy o dostępie do informacji publicznej? W największym skrócie: urzędy i instytucje państwowe czy samorządowe będą mogły nie udzielać wielu informacji istotnych dla obywateli zasłaniając się "ważnym interesem gospodarczym państwa". Co to jest "ważny interes gospodarczy państwa" - ustawa już nie precyzuje. Decydować będzie o tym urzędnik. W praktyce dzięki przyjętej nowelizacji utajniać będzie można np.: dane na temat prywatyzowanego majątku, czy też stanowisko rządu w negocjacjach międzynarodowych. Dobrym przykładem, gdzie postanowienia poprawki do noweli będą mogły być zastosowane, jest trwająca od pewnego czasu w Unii Europejskiej dyskusja na temat blokowania dostępu do niektórych stron internetowych. Początkowo rząd premiera Tuska opowiedział się za tym rozwiązaniem, co w Polsce wywołało prawdziwą falę sprzeciwu organizacji pozarządowych oraz internautów. Gdy nowelizacja ustawy wejdzie w życie, rząd nie będzie już musiał mówić obywatelom jakie zamierza przyjąć stanowisko. Jeszcze dalej w tej materii idzie Cezary Gmyz, który w nr 34/2011 "Uważam Rze" wiąże przyjęcie przez posłów PO poprawki do noweli ustawy o dostępie do informacji publicznej z faktem spektakularnej porażki rządu w kwestii tzw. "Tarczy antykorupcyjnej". Po trzech latach postępowania sąd prawomocnym wyrokiem nakazał rządowi ujawnienie treści stenogramu z posiedzenia kolegium ds. służ specjalnych (stenogram ten został początkowo z niewyjaśnionych przyczyn utajniony). Zapis rozmów ujawnił luźną pogawędkę, z której jasno wynika, że żadnej tarczy antykorupcyjnej nie stworzono. Gdy zapis poprawki Rockiego wejdzie w życie, rząd będzie mógł w podobnych przypadkach powołać się na bliżej niesprecyzowany "interes gospodarczy państwa". I żaden wyrok sądu nie zmusi go do ujawnienia niewygodnych, czy wręcz kompromitujących informacji. Strach pomyśleć co by było, gdyby podobny przepis funkcjonował już od 2009 roku - ciekawe czy w takich okolicznościach na jaw wyszłaby tzw. "Afera hazardowa"? Mogłoby się okazać, że opinia publiczna nigdy nie poznałaby mechanizmu pisania ustaw na zamówienie określonych grup interesu, a Zbychu, Miro i inni cały czas brylowaliby nieskrępowanie na salonach, bowiem ich nielegalne działania w każdej chwili można by ukryć pod baldachimem tajemnicy powodowanej "ważnym interesem gospodarczym państwa".

 

Źródła informacji:

http://www.rp.pl/artykul/722689.html

http://www.rp.pl/artykul/718542.html

http://www.wprost.pl/ar/261925/Platforma-ogranicza-dostep-do-informacji-publicznej/

Cezary Gmyz: "Co o tobie wiedzą" w: "Uważam Rze" nr 34/2011, s. 14-16.

 

tagi: DOSTĘP DO INFORMACJI PUBLICZNEJ | PATOLOGIE III RP

bezpośredni link do tekstu

 


wpis nr 5 - 07/10/2011

Koszmarne odrętwienie w sprawie Gazu Łupkowego

 

W nr 35/2011 tygodnika "Uważam Rze" ukazał się wywiad Rafała Ostrowskiego z prof. Mariuszem-Orionem Jędryskiem - Głównym Geologiem Kraju w latach 2005-2007, aktualnie kierownikiem Pracowni Geologii Izotopowej i Geoekologii Zakładu Geologii Stosowanej na Uniwersytecie Wrocławskim. Podczas rozmowy prof. Jędrysek zauważył:

"Popełniono kardynalne błędy w wydawaniu koncesji na poszukiwanie gazu w łupkach. Oceniam, że kosztowały one podatników wiele miliardów złotych. Wiem, że trudno w to uwierzyć. W przyszłości konsekwencje błędnych decyzji mogą okazać się o wiele większe".

Na pytanie na czym polegały wspomniane "kardynalne błędy" w wydawaniu koncesji prof. Jędrysek odpowiada:

"Na wydawaniu wszystkich koncesji na poszukiwanie w obecnym stanie prawnym, co stawia Polskę w bardzo niedobrym położeniu, jeśli chodzi o udział w zysku z naszego gazu z łupków na dziesięciolecia. Poza tym już na koncesjach poszukiwawczych państwo mogło zarobić kilkadziesiąt razy więcej".

Należy zauważyć, że polskie prawo (w aktualnym kształcie) podmiotowi, który uzyskał początkową koncesję na poszukiwanie, gwarantuje otrzymanie kolejnej koncesji na komercyjną eksploatację, jeśli na danym terenie odkryje złoża surowca. Problem w tym, że państwo polskie rozdało wszystkie 90 koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego za ekstremalnie niskie kwoty pieniędzy, w kontekście potencjalnych wielomiliardowych zysków jakie mogą płynąć z faktu późniejszej komercyjnej eksploatacji. Pojedyncza koncesja była bowiem sprzedawana nawet za symboliczne... 300 tys. zł! 

 

Dlaczego Ministerstwo Środowiska sprzedawało koncesje za tak małe pieniądze? Odpowiedź na to pytanie tkwi w podejściu państwa polskiego do kwestii wydobywania surowców naturalnych, której genezy można szukać jeszcze w poprzednim ustroju. Otóż - jak zauważył prof. Jędrysek - przez wiele lat w branży wydobywczej mieliśmy do czynienia wyłącznie z przedsiębiorstwami rodzimymi, zwykle państwowymi. W takim przypadku wszelkie zyski i pożytki z działalności wydobywczej i tak trafiały do Skarbu Państwa, a surowce w dużej mierze służyły bezpośrednio rozwojowi krajowej gospodarki. W takim układzie nie miało sensu żądanie od państwowych przedsiębiorstw płacenia za koncesje poszukiwawcze i wydobywcze kwot rynkowych. Prawo do wydobywania dóbr naturalnych było nadawane praktycznie za darmo, a argument że surowce służące rozwojowi kraju powinny być tanie, był koronny i niepodważalny. Takie podejście skutkowało też tym, że oprócz wspomnianych koncesji, także inne opłaty za użytkowanie górnicze oraz opłaty eksploatacyjne były ustalane na bardzo niskim poziomie. 

 

Mimo, że z gospodarki centralnie planowanej Polska przekształciła się w gospodarkę w pełni rynkową, nikt nie zauważył, że prawo geologiczne i górnicze zawiera archaiczne wręcz zapisy, które - w kontekście odkrycia złóż gazu łupkowego - dają możliwości prowadzenia prywatnym przedsiębiorstwom biznesu o charakterze rabunkowym ze szkodą dla Skarbu Państwa oraz wszystkich obywateli Polski. W latach 2007-2011 (czyli w okresie kiedy rozdano zdecydowaną większość koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego) nie podjęto prób gruntownej nowelizacji prawa górniczego i przekształcenia jego postanowień do warunków gospodarki rynkowej. Efekt? - Pojedyncza koncesja była sprzedawana nawet za 300 tys. zł, a nie za kwoty kilkadziesiąt razy większe. W tym kontekście warto przytoczyć słowa prof. Jędryska, który zauważa, że wartość takiej koncesji bardzo łatwo można wyliczyć na podstawie obserwacji transakcji rynkowych dotyczących podobnych złóż na świecie. Ministerstwo Środowiska nie jest jednak taką wyceną zainteresowane, bowiem pokazałaby ona jak olbrzymie kwoty pieniędzy utracił Skarb Państwa. Pod tym względem Polska - wg prof. Jędryska - mogła stracić miliardy złotych. 

 

Straty są tym bardziej poważne, iż zgodnie z nie zreformowanym prawem, firma która na terenie objętym koncesją na poszukiwanie gazu łupkowego odkryje jego złoża, ma gwarancje, że otrzyma od państwa polskiego koncesje na komercyjną eksploatację. Przy aktualnym założeniu, że opłata eksploatacyjna za wydobytą kopalinę stanowi mniej niż 1% wartości tej kopaliny, jasnym się staje, że słowa o rabunkowym charakterze działalności firm wydobywczych (ze szkodą dla Skarbu Państwa) nie będą semantycznym nadużyciem. Co gorsza - wszystko w majestacie obowiązującego wciąż prawa, którego geneza sięga PRL. Wspomniana opłata eksploatacyjna o wysokości mniejszej niż 1% wartości wydobytej kopaliny to także relikt poprzedniej epoki, u fundamentu którego stoi założenie, że wszelkie surowce naturalne wydobywane są przez przedsiębiorstwa państwowe. 

 

Jakby tego było mało rząd polski w latach 2007-2011 rozdawał koncesje na poszukiwanie gazu łupkowego na lewo i prawo, zgodnie z zasadą "kto pierwszy ten lepszy". Nie było żadnego postępowania pre-kwalifikacyjnego. Nie było procedur, które umożliwiałyby jakąkolwiek weryfikację firm, które stanęły w kolejce po "darmowe" koncesje. Efekty? - Część firm, które zakupiły koncesje, okazała się być zwykłymi funduszami, które następnie odsprzedawały prawa do poszukiwania gazu łupkowego podmiotom, które były tym realnie zainteresowane. Oczywiście odsprzedaż koncesji odbywała się na zasadach czysto rynkowych za cenę kilkadziesiąt razy większą niż cena pierwotnego zakupu od państwa polskiego. Konsekwencją takich działań jest także to, że część koncesji trafiła w ręce spółek powiązanych z rosyjskimi firmami, w których interesie niekoniecznie leży to by polski gaz był sprzedawany na zachód Europy. W kontekście podpisanego w 2010 roku przez rząd premiera Donalda Tuska długoterminowego kontraktu na dostawy gazu z Rosji do Polski, wyobrazić teoretycznie można sobie absurdalną sytuację, kiedy to gaz wydobywany na terytorium Polski przez którąś z rosyjskich spółek, będzie następnie sprzedawany Polsce w ramach realizacji kontraktu gazowego, w którym nasz kraj zobowiązał się na kilkadziesiąt lat kupować od Rosjan określone ilości gazu za cenę przez nich narzuconą. W takim układzie i przy założeniu, że stan prawny nie ulegnie zmianie, Polska straci podwójnie - raz, że opłaty eksploatacyjne dla rosyjskich firm wydobywających polski gaz łupkowy będą na śmiesznie niskim poziomie nie przekraczającym 1% wartości wydobytej kopaliny (pozbawiamy się potencjalnego zysku, który wystąpiłby w przypadku ustalenia wysokości opłaty eksploatacyjnej na poziomie choćby 5% wartości wydobytej kopaliny), a dwa - gaz wydobyty w Polsce będzie następnie przez Rosjan sprzedawany Polakom po cenie w 100% rynkowej. Strata podwójna: pozbawiamy się cennego surowca naturalnego i jeszcze musimy za to płacić. Czarny scenariusz, ale dlaczego nie miałby się ziścić?

 

Gdzie popełniono błędy? Prof. Jędrysek podkreśla, że Polska, zanim rozpoczęła na masową skalę wydawanie koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego, winna najpierw zmienić stan prawny regulujący przedmiotową kwestię. Tego niestety nie uczyniono. Konsekwencją wspomnianego zaniechania jest fatalna pozycja Polski w kontekście udziału naszego kraju w potencjalnych zyskach płynących z faktu wydobywania gazu łupkowego. Zdaniem prof. Jędryska, uspokajające w tonie stwierdzenia Ministerstwa Środowiska - jakoby negocjacje w sprawie ustalenia opłat eksploatacyjnych z firmami, które zdecydują się wydobywać w Polsce gaz, były dopiero przed nami - są tylko nic nieznaczącymi pustymi słowami. Jeśli bowiem Polska zdecydowała by się podnieść opłaty za komercyjne wydobywanie gazu, ze wspomnianego niespełna 1% wartości kopaliny, na choćby 2%, to inwestorzy będą mogli mówić o "radykalnej, jednostronnej zmianie warunków inwestycji". Radykalnej - wszak choć opłata eksploatacyjna miałaby wzrosnąć tylko z 1% na 2% wartości wydobytej kopaliny, to dla firm wydobywczych będzie to podwyżka o 100%, za która będą stały miliony złotych. Jeśli firmy te zdecydują się na pójście do sądu lub międzynarodowego arbitrażu to zwycięstwo mają w kieszeni. "Umów należy dotrzymywać" - ta paremia prawnicza z czasów Rzymskiego Imperium, w potencjalnym sporze >>Państwo Polskie vs Podmiot, który kupił koncesję<<, będzie miała znaczenie fundamentalne.

 

Polska, w kwestii gazu łupkowego, całkowicie przespała okres 2007-2011. Okres, podkreślmy to, najważniejszy, w którym ustalone zostały zasady podziału zysków na następne dziesięciolecia. W sposób bezwzględny wykorzystana została słabość państwa, które zaniechując niezbędnych nowelizacji prawa z epoki PRL, nie potrafiło zadbać o swoje interesy i samo pozbawiło się możliwości osiągnięcia dochodów gwarantujących całkowitą niezależność gospodarczą i upowszechnienie dobrobytu. Jeśli komercyjne wydobywanie gazy łupkowego będzie możliwe, dojdzie prawdopodobnie do największej tragedii gospodarczej w historii naszego państwa. Co gorsza - to koszmarne odrętwienie Polski w sprawie gazu łupkowego trwa nadal. To przypomina syndrom sparaliżowanego strachem królika, który czeka aż pożre go wąż. Polski rząd, sparaliżowany świadomością zysków jakie zostały zaprzepaszczone, nadal nie zmienił stanu prawnego. Czy ta absurdalna bierność to efekt złej woli? A może oddanie polskiego gazu na zawsze prawie za darmo to konsekwencja wręczonych odpowiednim osobom łapówek? W to ostatnie nie chce mi się wierzyć, ale wówczas jeszcze bardziej widać słabość polskiego państwa, które przez 22 lata nie potrafiło znowelizować PRL-owskiej spuścizny legislacyjnej. 

 

Polska straciła potencjalnie miliardy, a może biliony złotych. I nikt nie bije na alarm. Nikt nie wskazuje odpowiedzialnych za ten stan rzeczy. To jest przerażające...

 

źródło informacji: wywiad przeprowadzony przez Rafała Ostrowskiego z prof. Mariuszem-Orionem Jędryskiem w nr 35/2011 "Uważam Rze", s. 78-79.

 

Tagi: GAZ ŁUPKOWY | PATOLOGIE III RP | BEZPIECZEŃSTWO ENERGETYCZNE | CYTATY

bezpośredni link do tekstu

 


wpis nr 6 - 14/10/2011

380 zawodów z ograniczonym dostępem

 

Zgodnie z raportem Fundacji Republikańskiej [ http://www.republikanie.org ] w Polsce jest aż 380 różnego rodzaju zawodów, do których dostęp jest ograniczony, licencjonowany lub koncesjonowany. Co istotne - twórcy tego raportu przy jego tworzeniu posługiwali się metodologią unijną, przez co możliwe są porównania z innymi państwami Unii Europejskiej: w Wlk. Brytanii - w najbardziej z krajów zachodnioeuropejskich reglamentujących dostęp do kariery - takich zawodów jest 218; w Irlandii - 122; w Szwecji - 91.

 

W odróżnieniu od innych państw Wspólnoty, w naszym kraju w zdecydowanej większości zamknięte zostały zawody lukratywne, gwarantujące dobre zarobki i względny brak konkurencji. Ale - jak pokazuje raport - niektóre zawody nie kojarzone z prestiżem i pieniędzmi także zostały ograniczone, a zdobycie uprawnienia do ich wykonywania graniczy z cudem. Tak właśnie stało się z kilkunastoma zawodami kolejarskimi, które należą do najsurowiej reglamentowanych. Wynika to stąd, że sporą ilość kolejowych specjalności można zdobyć dopiero po długim stażu, odbywanym pod kontrolą pracownika już posiadającego uprawnienia. Problem w tym, że ci co mają wspomniane uprawnienia, od lat nie chcą przyjmować stażystów obawiając się konkurencji ze strony nowych pracowników. To też dobitnie pokazuje, że dobrem limitowanym, w niektórych przypadkach, stało się zatrudnienia jako takie - szczególnie w miejscach tradycyjnie kojarzonych z pewnością jutra.

 

Raport Fundacji Republikańskiej wyjawił jeszcze jedną patologię występującą w naszym kraju: zastrzeżenia wielu lukratywnych posad dla - de facto - mundurowych emerytów. Okazuje się bowiem, że np.: aby wykonywać zawód zarządcy nieruchomości niezbędna jest rekomendacja komendanta wojewódzkiego policji. W takim układzie staje się oczywistym możliwość zaistnienia sytuacji, kiedy to komendant wojewódzki policji będzie subiektywnie decydował o stworzeniu "ciepłych synekur" dla swoich emerytowanych podwładnych.

 

Ograniczenie w Polsce dostępu aż do 380 zawodów niesie ze sobą bardzo poważne konsekwencje. Po pierwsze stopa bezrobocia wśród ludzi młodych, którzy bezskutecznie próbują dostać się do reglamentowanych zawodów, sięga dziś 25%. Co za tym idzie - brak zawodowych perspektyw opóźnia lub wręcz zniechęca młodych do zakładania rodzin, a to z kolei odbija się negatywnie na demografii. Poza tym wzrost liczby regulacji prawnych dotyczących reglamentowanych zawodów podnosi jeszcze bardziej koszty funkcjonowania całego państwa. Jakby tego było mało Fundacja Republikańska w swoim raporcie zauważyła, że tak duży stopień ograniczenia swobodnego dostępu do wielu zawodów bardzo źle wpływa na konkurencyjność polskiej gospodarki. Raport przywołuje obliczenia wykonane przez OECD, zgodnie z którymi postulowane przez nią przyjęcie w dziedzinie zawodów z ograniczonym dostępem zasady "UE + 0" (czyli: tylko takie ograniczenia, jakich wymaga prawo unijne) przyniosłoby Polsce w ciągu kilku lat wzrost PKB o 14 procent! A wszystko to dzięki uwolnieniu energii i przedsiębiorczości młodego pokolenia.

 

źródło informacji: artykuł Rafała Ziemkiewicza pt.: "To nie jest kraj dla młodych ludzi" opublikowany w nr 33/2011 tygodnika "Uważam Rze" (s. 12-16) -

http://uwazamrze.pl/2011/09/15244/to-nie-jest-kraj-dla-mlodych-ludzi/ 

 

tagi: PATOLOGIE III RP | GOSPODARKA | ZAWODY Z OGRANICZONYM DOSTĘPEM

bezpośredni link do tekstu

 


wpis nr 11 - 23/10/2011

Patologie występujące przy sprzedaży gazu łupkowego w Polsce

bezpośredni link do tekstu

 

Grzegorz Pytel (ekspert w dziedzinie energetyki i gospodarki w Instytucie Sobieskiego [wikipedia]) w artykule pt.: "Łupki mogą być przekleństwem" opublikowanym w "Rzeczpospolitej" [link] zauważył,  że w interesie zachodnich firm, które poszukują w Polsce gazu łupkowego, leży to, by istniało powszechne przekonanie, że polskie złoża gazu łupkowego są bardziej ryzykowne i niepewne ekonomiczne, niż wynika to z ich wewnętrznych ocen. Odpowiadając dlaczego takie przekonanie jest korzystne dla tych firm, Pytel zwraca uwagę na fakt, że każdy podmiot chcący eksploatować złoża surowców naturalnych (a więc dobra publiczne) musi dostać na to odpowiednią licencję lub koncesję. Tutaj też zachodzi obawa, że gdy będzie panowało biznesowe przekonanie o ryzykowności, czy wręcz nikłej opłacalności polskich złóż gazu łupkowego, państwo polskie wspomniane licencje i koncesje będzie musiało udzielać za bezcen, byle tylko dać szanse "ryzykantom", którzy będą w stanie wejść w ten "niepewny interes".

 

To samo dotyczy kwestii opodatkowania wydobytego już surowca. Przekonanie o niepewności ekonomicznej całej inwestycji daje firmom mocny argument na polu negocjacji w sprawie wysokości danin na rzecz państwa. Jak zauważa Grzegorz Pytel - jeżeli w grę będzie wchodziła podwyżka podatku na rzecz państwa od wydobytego surowca, to wspomniane firmy będą mogły powiedzieć: "myśmy bardzo dużo ryzykowali, mogliśmy ponieść olbrzymie straty, zatem podwyżka jest podważeniem wiarygodności Polski jako kraju przyjaznego dla inwestorów".

 

Mając powyższe na względzie należy zauważyć, że w interesie polskiego państwa i wszystkich jego obywateli jest to by rząd sprzedawał licencje i koncesje na wydobywanie gazu łupkowego za wysoką cenę, a opłaty i podatki za surowiec już wydobyty stały na maksymalnie wysokim poziomie. Aby taki scenariusz był możliwy w warunkach wolnorynkowych niezbędne jest stworzenie przez Polskę przekonania, że firmy wydobywcze wchodzą na pewne złoża, z których będzie można czerpać duże zyski. W tym kontekście zastanawiające jest, że przedstawiciele władz czasem wypowiadają się publicznie w sposób poddający w wątpliwość realność perspektyw wydobycia gazu łupkowego w Polsce. Takie wypowiedzi, w konfrontacji przeciwstawnych stanowisk i interesów prywatnych firm poszukujących gazu łupkowego (chcących płacić jak najmniejsze pieniądze), a interesem państwa, któremu powinno zależeć na maksymalizacji dochodów z wydobycia gazu łupkowego, działają na korzyść tych pierwszych. Jako przykład można zacytować słowa głównego geologa kraju i wiceministra środowiska - Henryka Jezierskiego [wikipedia], który publicznie stwierdził: 

"Jeśli ktoś mnie pyta, ile mamy gazu łupkowego w Polsce, jako główny geolog kraju odpowiadam - zero. Dopóki nie zostaną przedstawione dokumentacje geologiczne, potwierdzone zasoby - nie ma takiego gazu w Polsce"

Podobnie wypowiadał się Paweł Poprawa z Państwowego Instytutu Geologicznego:

"Komercyjna produkcja gazu łupkowego jest niemożliwa"

Wyżej wymienieni, jeśli mieli by działać na rzecz interesu gospodarczego Polski, powinni publicznie głosić, posługując się choćby raportem Amerykańskiej Agencji Informacji Energetycznej, że Polska jest prawdopodobnie gazową potęgą.

 

Grzegorz Pytel zwraca uwagę na jeszcze jedną patologię w kontekście udostępniania przez państwo polskie prywatnym firmom swoich złóż surowcowych. Otóż koncesje na poszukiwanie gazu łupkowego zostały przyznane na zasadzie: "Kto pierwszy ten lepszy". Efekt? - w bardzo krótkim okresie czasu rozdano prawie wszystkie koncesje na poszukiwanie gazu łupkowego firmom, z których część nie miało nawet zamiaru podjąć działalności poszukiwawczej, bo ani nie wiedziały jak się do tego zabrać, ani nie posiadały na to środków finansowych. Nie było żadnego postępowania prekwalifikacyjnego czy sprawdzającego podmioty, które chcą dostać koncesje (postępowania tego typu to norma w takich krajach jak Norwegia czy Kanada). I tak zamiast rozpocząć prace poszukiwawcze, wspomniane firmy rozpoczęły intensywną kampanię marketingową uzyskanych od Polski koncesji, której ostatecznym celem jest ich sprzedaż z olbrzymim zyskiem podmiotom, które realnie są w stanie prowadzić poszukiwania i eksploatację. Innymi słowy firmy te podjęły się działań, które powinny być domeną polskiego państwa.

 

Jaki jest powód tej sytuacji? - Grzegorz Pytel zauważa, że w Polsce prawo dotyczące przyznawania koncesji na wydobywanie surowców naturalnych pochodzi z epoki PRL, kiedy poszukiwanie i wydobywanie bogactw naturalnych było zarezerwowane jedynie dla państwowych monopoli. Od 1989 roku nikt nie zauważył, że elementy wolnego rynku są istotną częścią efektywnego gospodarowania także bogactwami naturalnymi, co przy tak, a nie inaczej skonstruowanym prawie, daje duże pole do zaistnienia patologicznych sytuacji szkodzących interesowi Polski. To, z kolei, przybliża nas do krajów afrykańskich, gdzie mimo istnienia olbrzymich bogactw naturalnych poziom rozwoju cywilizacyjnego jest bardzo niski. 

 

Źródło informacji i cytatów: 

artykuł Grzegorza Pytela pt.: "Łupki mogą być przekleństwem" opublikowany w "Rzeczpospolitej". Dostęp internetowy: http://www.rp.pl/artykul/713743.html (wejście: 23/10/2011)

 

tagi: GAZ ŁUPKOWY | PATOLOGIE III RP | BEZPIECZEŃSTWO ENERGETYCZNE | GOSPODARKA

bezpośredni link do tekstu

 


wpis nr 13 - 30/10/2011

Historia artykułu 585 KSH - czyli jak szybko można  zmienić w Polsce niekorzystne prawo?

bezpośredni link do tekstu

 

9/06/2011 głosami PO i PSL sejm usunął z Kodeksu Spółek Handlowych (KSH) art. 585, który dawał prokuraturze możliwość ścigania z urzędu osób, które działały na szkodę spółek, w których pracowały. Dzięki usunięciu wspomnianego artykułu procesu uniknął znany biznesmen - Ryszard Krauze [wikipedia]. 21/07/2011 Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia umorzył przeciwko niemu postępowanie. Innego wyjścia nie miał bowiem kilka dni wcześniej weszła w życie przegłosowana 09/06/2011 przez posłów nowelizacja Kodeksu Karnego, na skutek której z KSH zniknął w całości art. 585.

 

Poniżej zaprezentowana została historia postawienia Ryszardowi Krauzemu aktu oskarżenia z art. 585 KSH (działanie na szkodę spółki, w której się pracuje) oraz ciąg wydarzeń legislacyjnych, których końcowym efektem było usunięcie art. 585 z KSH, a w konsekwencji umorzenie postępowania karnego prowadzonego przeciwko biznesmenowi z Trójmiasta.

 

King & King

 

W latach 2009-2010 prokuratura prowadziła postępowanie w sprawie działania na szkodę spółki Prokom Investments. Działanie to miało polegać na udzieleniu przez Prokom Investments pożyczki w wysokości 3 mln zł firmie King & King (dalej K&K), na bardzo korzystnych warunkach i bez zabezpieczeń, mimo że firma ta była już winna spółkom Krauzego 28 mln zł.

 

Geneza postawienia zarzutów Krauzemu leży jeszcze w 2006 roku, kiedy to Tomasz Sakiewicz [wikipedia] (redaktor naczelny tygodnika "Gazeta Polska") zawiadomił organy ścigania o podejrzeniu prania brudnych pieniędzy. Chodziło o zakup przez spółkę K&K udziałów w Nowym Wydawnictwie Polskim, które było właścicielem tygodnika. Sakiewicz dokonał analizy spółki K&K w Krajowym Rejestrze Sądowym. Odkrył w ten sposób, że spółka miała bardzo mały kapitał własny (kapitał zakładowy opiewał na kwotę 50 tys. zł), za to zasilana jest gigantycznymi wielomilionowymi pożyczkami bez żadnego zabezpieczenia przez m.in. spółki Ryszarda Krauzego: Prokom Investments, Zakłady Ogrodnicze C. Ulrich S.A. i Petrol-Invest Sp. z o.o. Śledztwo w tej sprawie powierzono ostatecznie Wydziałowi ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury w Katowicach.

 

10/11/2009 przed organami ścigania zeznawała główna księgowa Prokomu. Przesłuchanie dotyczyło umowy pożyczki zawartej 26/09/2006 przez Ryszarda Krauzego i szefów K&K na kwotę 3 mln zł. Zeznania głównej księgowej okazały się być kluczowe. Prokuratorzy ustalili, że umowę zawarto bez badania wiarygodności pożyczkobiorcy, który na dzień zawarcia umowy był winny różnym spółkom Krauzego 28 mln zł. Co więcej - sytuacja finansowa K&K była katastrofalna - spółka ta w zasadzie powinna ogłosić bankructwo. Dodatkowo - z dokumentu umowy wynikało, że pożyczkę podpisano na bardzo korzystnych dla K&K warunkach, bez żadnych zabezpieczeń.

 

Ostatecznie 17/11/2010 Ryszard Krauze usłyszał od śledczych zarzut działania na szkodę własnej spółki poprzez podpisanie niekorzystnej dla Prokomu umowy pożyczki w wysokości 3 mln zł dla spółki K&K. Krauze, podczas przesłuchania przez śledczych, tłumaczył że wspomnianą pożyczkę traktował jako formę działalności biznesowej. Liczył, że współpraca z K&K może przynieść w przyszłości wysokie zyski, bowiem spółka ta miała otrzymać koncesję na wydobycie ropy naftowej w Kongo. Poza tym podkreślał, że na samej pożyczce nic nie stracił, bowiem wierzytelność z niej wynikającą sprzedał z zyskiem firmie Calesits Holdings z Cypru. 

 

Ustalenia prokuratury różniły się jednak od zeznań Krauzego. Po pierwsze K&K nigdy nie otrzymała koncesji na wydobywanie ropy w Kongo, zaś sprzedaż wierzytelności Prokomu wobec K&K nastąpiła dopiero w maju 2010 roku, kiedy jasnym już było, że pożyczką interesują się ograny śledcze. Poza tym Calesits Holdings z Cypru był podmiotem zależnym od firmy Nihonswi AG, która okazała się być powiązana kapitałowo z Prokomem. Mając na względzie poczynione ustalenia 30/12/2010 prokuratura decyduje się na skierowanie przeciwko Ryszardowi Krazemu aktu oskarżenia z art. 585 par. 1 KSH - to jest oskarżenie o działanie na szkodę własnej spółki.

 

Błyskawiczna reakcja palestry

 

Konsekwencje ewentualnego skazania Krauzego z art. 585 KSH mogły być dla niego bardzo poważne. Oprócz tego, że groziła mu kara więzienia, to przez 5 lat nie mógłby pełnić funkcji członka zarządu i zasiadać w radach nadzorczych

 

Już 9/12/2010, a więc jeszcze przed postawieniem Krauzemu aktu oskarżenia, Polska Rada Biznesu [wikipedia] wystąpiła do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta [wikipedia] w obronie biznesmena z Trójmiasta. Szef Rady, Zbigniew Niemczycki [wikipedia], w piśmie do prokuratora generalnego wzywał by ten skorzystał ze swoich uprawnień, "aby organy ścigania zaprzestały ostentacyjnego marnowania pieniędzy podatników i naruszania dobrego imienia przedsiębiorców". Przyczynek do zwrotu w sprawie o 180 stopni następuje jednak 2 tygodnie po przedstawieniu Krauzemu aktu oskarżenia - 14/01/2011 podczas noworocznego przyjęcia Naczelnej Rady Adwokackiej (dalej NRA) [wikipedia] organizowanego pierwszy raz w siedzibie Polskiej Rady Biznesu w Pałacyku Sobańskich. Na przyjęciu pojawił się minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski [wikipedia] oraz osoby, które do tej pory nie brały udziału w tego typu spotkaniach: Zbigniew Niemczycki (szef Polskiej Rady Biznesu), Jan Kulczyk oraz Ryszard Krauze. Gospodarzem przyjęcia był szef NRA mecenas Andrzej Zwara, którego kancelaria obsługiwała w przeszłości spółki Krauzego.

 

"Rzeczpospolita" dotarła do filmu zarejestrowanego podczas wspomnianego spotkania, na którym można zobaczyć jak w pewnym momencie szef NRA zaprasza ministra Kwiatkowskiego na podest. Następnie - co wywołuje na sali szmer i śmiech - obwieszcza, że środowisko adwokackie przygotowało dla szefa resortu sprawiedliwości prezent w postaci "kompleksowej nowelizacji Kodeksu Spółek Handlowych". Po chwili, jeden z adwokatów, prof. Piotr Kardas, doprecyzowuje, że nowelizacja dotyczy tak naprawdę tylko jednego artykułu - 585 KSH.

 

Zmiana art. 585 KSH: podejście pierwsze

 

Projekt nowelizacji art. 585 KSH, wręczony ministrowi sprawiedliwości na noworocznym przyjęciu palestry, przewidywał ściganie przestępstw działania na szkodę własnej spółki jedynie wówczas, gdy znajdzie się pokrzywdzony, który złoży wniosek (a nie jak dotychczas z urzędu, gdy tylko prokuratura zostanie o tym powiadomiona). W praktyce oznaczało to, że aby prokuratura mogła ścigać sprawców przestępstwa z art. 585 KSH, właściciele i członkowie zarządu danej spółki musieliby składać wnioski na samych siebie.

 

Minister Kwiatkowski, jeszcze na noworocznym spotkaniu 14/01/2011 obiecuje szybkie zajęcie się projektem, który - jak się okazało - został przez NRA przekazany także do marszałka sejmu Grzegorza Schetyny. Już 25/01/2011 projekt nowelizacji art. 585 KSH, przygotowany przez palestrę adwokacką, staje się przedmiotem obrad komisji "Przyjazne Państwo". 2/02/2011 poseł PSL Krzysztof Borkowski [wikipedia] zgłasza poprawkę dotyczącą art. 585 KSH tym razem do rządowego projektu ustawy o ograniczeniu barier administracyjnych dla obywateli i przedsiębiorców. Ustawa ta przewidywała zmiany w kilku regulacjach prawnych, w tym także w KSH. W swym pierwotnym projekcie z 24/11/2010 nie było jednak mowy o zmianie art. 585 KSH. Propozycja ta została zgłoszona dopiero poprawką posła Borkowskiego z 2/02/2011. Zgodnie z jej treścią zmianie miałby ulec sposób ścigania przestępstwa działania na szkodę spółki - nie można by ścigać tego przestępstwa z urzędu, a jedynie w trybie prywatnoskargowym.

 

5/03/2011 ustawa zakładająca zmianę art. 585 KSH przechodzi przez sejm. 20/04/2011 podpisuje ją prezydent. Nowelizacja problematycznego artykułu miała wejść w życie 1/07/2011, czyli na 3 tygodnie przed planowanym rozpoczęciem procesu Ryszarda Krauzego. Wydawało się, że biznesmen z trójmiasta mógł odetchnąć z ulgą. Spokój został jednak zmącony stwierdzeniem prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, który powiedział, że mimo zmiany art. 585 KSH zarzuty przeciwko Ryszardowi Krauzemu nie zostaną wycofane przez prokuraturę.

 

Zmiana art. 585 KSH: podejście drugie

 

Stwierdzenie Seremeta o niemożności wycofania przez prokuraturę zarzutów przeciwko Ryszardowi Krauzemu, mimo zmiany art. 585 KSH, wynikało z faktu odnalezienia swego rodzaju "furtki prawnej" pozwalającej na dalsze ściganie biznesmena z urzędu. Chodzi tutaj o art. 60 Kodeksu Postępowania Karnego (KPK), zgodnie z treścią którego: 

W sprawach o przestępstwa ścigane z oskarżenia prywatnego prokurator wszczyna postępowanie albo wstępuje do postępowania już wszczętego, jeżeli wymaga tego interes społeczny

Prokurator generalny Andrzej Seremet dał do zrozumienia, że w razie zmiany art. 585 KSH z uwagi na wspomniany w art. 60 KPK - "interes społeczny" - prokuratura złoży stosowne oświadczenie i ponownie przystąpi do prowadzonego już przeciwko Krauzemu postępowania. W ten sposób przestępstwo działania na szkodę własnej spółki, które zgodnie ze znowelizowanym art. 585 KSH może być ścigane jedynie z trybie prywatnoskargowym, nadal mogłoby być ścigane z urzędu.

 

Alarm w tej sprawie jako pierwszy podnosi PKPP "Lewiatan" [wikipedia], która w oficjalnym stanowisku z 20/04/2011 domaga się całkowitej likwidacji art. 585 KSH. Niedługo później, bo na posiedzeniu sejmu z 11/05/2011, Adam Szejnfeld [wikipedia] (szef komisji "Przyjazne Państwo") wzywa do kolejnej błyskawicznej nowelizacji, która szłaby w stronę zaproponowaną przez NRA. Szejnfeld nie ukrywa przy tym, że projekt powinien być jak najszybciej procedowany w parlamencie, tak by wszedł w życie jeszcze przed 1/07/2011.

 

Nowelizacja popierana przez posła Szejnfelda, która spełnia założenia pierwotnych zmian proponowanych przez NRA, zakłada że przestępstwo działania na szkodę własnej spółki może być ścigane tylko na wniosek kogoś, kto uważa się za pokrzywdzonego (wprowadzenie tzw. trybu wnioskowego zamiast prywatnoskargowego). To z kolei uniemożliwia przystąpienie do postępowania prokuratora na mocy art. 60 KPK (prokurator może to uczynić tylko w trybie prywatnoskargowym). Proponowana nowelizacja, zgodnie z intencjami NRA, ogranicza krąg wnioskodawców wyłącznie do osób pokrzywdzonych, a to w praktyce oznaczało, że aby ścigać Ryszarda Krauzego z art. 585 KSH musiałoby dojść do samooskarżenia - czyli zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa i złożenia odpowiedniego wniosku przez Prokom.

 

Sprawa nowelizacji art. 585 KSH trafia pod obrady komisji kodyfikacyjnej sejmu. Tam, podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości - Zbigniew Wrona [wikipedia] nie ukrywa, że na podstawie przepisu, który ma się zmienić, toczą się postępowania, w tym także postępowanie przeciwko Ryszardowi Krauzemu i że konsekwencje tej zmiany będą mogły mieć wpływ na rozstrzygnięcie tych postępowań. Ostatecznie komisja kodyfikacyjna na wniosek jej przewodniczącego Jerzego Kozdronia [wikipedia] z PO przyjmuje rozwiązanie, które całkowicie likwiduje art. 585 KSH. Zmiana ta jednak nie miała być dokonana poprzez znowelizowanie KSH - art. 585 KSH miał bowiem zostać wykreślony przez nowelizację Kodeksu Karnego, w którym zaproponowano istnienie przepisu uchylającego art. 585 KSH.

 

9/06/2011 głosami PO i PSL (PiS wstrzymało się od głosu) sejm przyjął nowelizację Kodeksu Karnego uchylającą art. 585 KSH. Prezydent Bronisław Komorowski 25/06/2011 ustawę podpisał. Wszystkie podpisane przez prezydenta przepisy miały wejść w życie po upływie 14 dni, czyli 9/07/2011. Wszystkie, z wyjątkiem jednego - przepisu likwidującego art. 585 KSH, który zaczął obowiązywać już od 30/06/2011 (prawdopodobnie dzięki temu, że nowelizacja Kodeksu Karnego uchylająca art. 585 KSH zaczęła obowiązywać już od 30/06/2011, a nie od 9/07/2011, prokurator nie mógł skorzystać z "furtki prawnej", którą przewidywała poprzednia nowelizacja art. 585 KSH zgłoszona przez poseła PSL Krzysztofa Borkowskiego w ustawie o ograniczeniu barier administracyjnych dla obywateli i przedsiębiorców, która została podpisana przez prezydenta w kwietniu i miała wejść w życie w dniu 1/07/2011. Gdyby nowelizacja Kodeksu Karnego uchylająca art. 585 KSH weszła w życie po 14 dniach od momentu jej podpisania przez prezydenta [termin standardowy], a nie już 30/06/2011 to prawdopodobnie prokurator, na podstawie ważnego interesu społecznego przewidzianego przez art. 60 KPK, mógłby ponownie przystąpić do prowadzonego już przeciwko Krauzemu postępowania).

 

Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia nie miał innej możliwości - na podstawie obowiązującego od 30/06/2011 prawa likwidującego art. 585 KSH, 21/07/2011 umarza postępowanie w sprawie Ryszarda Krauzego. Prokurator Jerzy Gajewski z katowickiej Prokuratury Apelacyjnej miał wówczas powiedzieć:

Wolałbym, by sprawę ocenił sąd. Parlament nie dał mu na to szansy, zmieniając błyskawicznie prawo

* * *

 

Nie należy przekreślać tezy, że zmiana lub likwidacja art. 585 KSH była potrzebna. Racje mogą mieć przedsiębiorcy skupieni w Polskiej Radzie Biznesu czy Business Center Club, którzy dowodzili, że przepis ten dawał prokuraturze nadmierną swobodę w ocenianiu rozmiarów ryzyka gospodarczego. Nie sposób jednak uniknąć wrażenia, że przyspieszony tryb prac nad nowelizacją art. 585 KSH był co najmniej podejrzany. Wielu znanych publicystów sugerowało, że w tym przypadku doszło po prostu do zmiany obowiązującego prawa z korzyścią dla jednej - bardzo bogatej i bardzo wpływowej osoby, tak by mogła ona uniknąć stanięcia przed wymiarem sprawiedliwości.

 

Źródło informacji i cytatów:

- Artykuł Cezarego Gmyza pt.: "Posłowie zmienili prawo. Krauze zyskał" opublikowany 05/10/2011 w "Rzeczpospolitej"; link do wersji internetowej: http://www.rp.pl/artykul/727823.html (wejście 05/10/2011)

- Artykuł Cezarego Gmyza pt.: "Historia artykułu 585" opublikowany 05/10/2011 w "Rzeczpospolitej"; link do wersji internetowej: http://www.rp.pl/artykul/727824.html (wejście 05/10/2011)

- Artykuł Piotra Gabryela pt.: "Bardzo szybka ścieżka legislacyjna" opublikowany 05/10/2011; link do wersji internetowej: http://www.rp.pl/artykul/727825.html (wejście 05/10/2011)

 

tagi: ART. 585 KSH | NACZELNA RADA ADWOKACKA | KRAUZE, Ryszard | PATOLOGIE III RP

bezpośredni link do tekstu

 


wpis nr 24 - 27/11/2011

Afera "wyciągowa"

bezpośredni link do tekstu

 

Firma "Winterpol", należąca do biznesmena z branży hazardowej Ryszarda Sobiesiaka [wikipedia] (od którego zaczęła się tzw. "Afera Hazardowa" [wikipedia]), w 2008 roku wycięła nielegalnie pół hektara państwowego lasu w Zieleńcu (gmina Duszniki-Zdrój), nie mając na to pozwolenia. Następnie firma ta sfałszowała dokument poświadczający prawo do dysponowania państwowym gruntem, z którego znikło wspomniane 0,5 hektara lasu i na tej podstawie wyłudziła pozwolenie na budowę w tym miejscu wyciągu narciarskiego.

 

Wyciąg ostatecznie został oddany do użytku w wigilię 2008 roku, choć w świetle przepisów firma sobiesiaka mogła zacząć starania o pozwolenie na budowę dopiero w marcu 2009 roku. 

 

Jak się okazało, co ujawniła "Rzeczpospolita", w sprawie legalizacji samowoli budowlanej i bezprawnej wycinki lasu mieli być zaangażowani politycy Platformy Obywatelskiej: Zbigniew Chlebowski (ówczesny szef Klubu Parlamentarnego PO) [wikipedia], Mirosław Drzewiecki (ówczesny Minister Sportu) [wikipedia] oraz Marcin Rosół (asystent Drzewieckiego). Zgodnie z stenogramami rozmów nagranych przez CBA - Chlebowski chwalił się np. Sobiesiakowi, że dyrektor Lasów Państwowych we Wrocławiu "melduje na bieżąco" w kwestii budowy wyciągu, w której miało być "narozrabiane". Marcin Rosół z kolei, miał osobiście zabiegać w Ministerstwie Środowiska o wydanie dla Sobiesiaka kluczowej decyzji dotyczącej pozwolenia na wycinkę lasu. Sobiesiakowi miał później powiedzieć: "My załatwiliśmy ci wycinkę, ale śniegu ci nie załatwimy". Warto też w tym miejscu przytoczyć jedną z rozmów Sobiesiaka z Drzewieckim, która została nagrana przez CBA 22/09/2008 roku:

Ryszard Sobiesiak: Dzień dobry, dalej zajęci? Sobiesiak się kłania.

Mirosław Drzewiecki: Cześć Rysia.

RS: A cześć panie ministrze. No to kurde mol ja już myślałem, że ty już kurna nie chcesz... to nie chcesz mi tu pomóc... nie zrobię tego wyciągu na zimę no...

MD: Proszę?

RS: No nie zrobię tego wyciągu na zimę jak k...!

MD: Słuchaj, już będę dzwonił, zaraz się dowiem, bo teraz przejeżdżam z jednego miejsca do drugiego (...)

RS: Proszę cię bardzo, bo ja już tu chciałem panu Reinertowi (Alojzy Reinert, producent okien - red.) dać, żeby dzwonił, żeby dzwonił do ciebie, bo ty ode mnie nie odbierasz. Nic nie potrzebujesz od pana Alojzego?

MD: Na razie nie, ale będę potrzebował okna jeszcze.

RS: Będziesz potrzebował jeszcze okna jeszcze...

MD: Duże takie jedno przesuwane, pięć metrów ponad. (...)

RS: To dobra, to nie przeszkadzam, Mirek weź proszę cię dopilnuj to.

MD: Dobrze, dobrze.

Ostatecznie, po kilku miesiącach śledztwa, prokuratura umorzyła postępowanie w sprawie nakłaniania przez Sobiesiaka, Chlebowskiego i Rosoła urzędników państwowych do popełnienia przestępstwa. Zgodnie ze stwierdzeniem prokurator Hanny Grzeszczyk z prokuratury apelacyjnej w Poznaniu: "Brak uzasadnionych dowodów, że popełnili zarzucane im czyny". Zarzuty usłyszało za to sześć innych osób, które wg prokuratury w swoich działaniach łamały prawo, by wyciąg Sobiesiaka mógł powstać błyskawicznie. Przestępstw mieli się dopuścić wyłącznie pracownicy Lasów Państwowych, ówczesny burmistrz Dusznik-Zdroju oraz wiceprezes "Winterpolu". Zgodnie z ustaleniami "Rzeczpospolitej" byłego burmistrza prokuratura oskarżyła o wydanie warunków zabudowy, zaś były dyrektor wrocławskiej Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych został oskarżony o to, że wiedząc o nielegalnej wycince, nie zawiadomił nadzoru budowlanego i policji. Inny urzędnik tej instytucji miał nakłaniać nadleśniczego z tamtego regionu by milczał. Przed sądem stanie też sam nadleśniczy, bo nie powstrzymał wycinki lasu.

 

Co ciekawe prokurator nie zakwalifikował wyrębu lasu jako przestępstwa przeciw środowisku, które jest ścigane z urzędu, lecz jako uszkodzenie cudzej rzeczy, ścigane na wniosek. Co za tym idzie, wyrąb lasu przez firmę Sobiesiaka w obrębie chronionego krajobrazu pozostanie bez jakichkolwiek konsekwencji prawnych, bowiem Generalna Dyrekcja Lasów Państwowych złożyła do prokuratury pismo, w którym stwierdza, że: "nie czuje się pokrzywdzona, gdyż drewno trafiło do nadleśnictwa".

 

Warto także zauważyć, że akt oskarżenia usłyszał wiceprezes firmy Ryszarda Sobiesiaka - Józef K., który swoim podpisem poświadczył nieprawdę na dokumencie informującym, że "Winterpol" ma prawo do dysponowania gruntem Lasów Państwowych. Na podstawie tego dokumentu wydano pozwolenie na budowę wyciągu. Istotne jest to, że pod wspomnianym dokumentem poświadczającym nieprawdę musiał się także podpisać drugi członek zarządu "Winterpolu", którym miał być syn Ryszarda Sobiesiaka, Marek. Okazało się jednak, że uniknie on procesu, bowiem ekspertyza grafologa nie potwierdziła, że to on złożył podpis na dokumencie. To, z kolei, było główną przyczyną umorzenia prowadzonego wobec niego postępowania. Śledczy nie analizowali jednak kto mógł się podszyć za Marka Sobiesiaka przy osobistym składaniu pisemnego oświadczenia przed urzędnikiem starostwa w Kłodzku. Wniosek stąd taki, że obok wiceprezesa "Winterpolu" Józefa K., na dokumencie poświadczającym, że firma Sobiesiaka jest uprawniona do dysponowania państwowym gruntem, podpisała się także nieustalona osoba. Prokurator Hanna Grzeszczyk z Prokuratury Apelacyjnej w Poznaniu komentuje dla "Rzeczpospolitej" tą kwestię następująco: "Dla nas opinia biegłego jest wystarczająca i przesądzająca".

 

Poproszony o odniesienie się do sprawy, członek hazardowej komisji śledczej [wikipedia] z ramienia SLD (dziś w PO) Bartosz Arłukowicz [wikipedia], stwierdza: "Nie mogę komentować sprawy, obowiązuje mnie klauzula tajności". W podobnym tonie wypowiada się Beata Kempa [wikipedia], członek w/w komisji z ramienia PiS: "Nie możemy podzielić się wiedzą, do której dotarliśmy". Dodaje jednak, że obie afery - hazardowa i wyciągowa "to tylko czubek góry lodowej".

 

Źródło informacji i cytatów:

- artykuł Jarosława Kałuckiego pt.: "Komu się upiekła afera", opublikowany w dzienniku "Rzeczpospolita" - link: http://www.rp.pl/artykul/740249.html (wejście: 27/10/2011)

- artykuł Jarosława Stróżyka pt.: "Wszystkie wpadki Drzewieckiego", opublikowany w dzienniku "Rzeczpospolita" - link: http://www.rp.pl/artykul/606593.html (wejście: 27/10/2011)

 

Tagi: AFERA WYCIĄGOWA | PATOLOGIE III RP | SOBIESIAK, Ryszard | DRZEWIECKI, Mirosław

bezpośredni link do tekstu

 


wpis nr 28 - 04/12/2011

Gaz łupkowy w Polsce - mity i fakty (film)

bezpośredni link do tekstu

 

Poniżej prezentuję dostępny w serwisie Youtube.com wykład Teresy Adamskiej z Centrum Zrównoważonego Rozwoju [link] na temat gazu łupkowego w Polsce i popełnionych nieprawidłowościach przy sprzedaży koncesji na jego wydobywanie. Według szacunkowych wyliczeń wspomniane nieprawidłowości już przyniosły naszemu państwu straty liczone w miliardach złotych, a w perspektywie kilkudziesięciu lat mogą przynieść kolejne straty w wysokości nie miliardów lecz bilionów złotych. Polecam obejrzenie materiału w całości. Pod filmem umieściłem screeny z tablic prezentowanych podczas wykładu, które w skrócie zawierają przekazywane przez Teresę Adamską informacje: 

 

 

Screeny prezentowane w materiale filmowym:

 

 

 

 

 

 

 


 

źródło: http://www.youtube.com/watch?v=RvwEGLrATAk (wejście 04/12/2011)

 

Tagi: GAZ ŁUPKOWY | BEZPIECZEŃSTWO ENERGETYCZNE | PATOLOGIE III RP | GOSPODARKA | GAZPROM

bezpośredni link do tekstu

 


wpis nr 30 - 10/12/2011

Rozbudowana sieć stanowisk urzędniczych

bezpośredni link do tekstu

 

Jak najlepiej trwonić publiczne pieniądze? Odpowiedź na to pytanie jest prosta - należy rozbudować do granic absurdu sieć stanowisk urzędniczych w administracji publicznej. Doskonałym tego przykładem jest podległa ministrowi Sławomirowi Nowakowi [wikipedia] (Minister Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej) Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad [wikipedia] (dalej zwana GDDKiA). Organ ten, który zarządza 5% dróg w Polsce zatrudnia łącznie 4754 osoby. Z prostego wyliczenia wynika, że na jednego pracownika GDDKiA przypada w zaokrągleniu 3,5 km szosy. Funkcjonowanie tej instytucji kosztuje polskich podatników kwotę 600 mln zł w ciągu roku. 

 

Dlaczego GDDKiA zatrudnia aż tylu pracowników? Odpowiedź na to pytanie ukryta jest w strukturze organizacyjnej tej instytucji. Otóż na jej czele od 2008 roku stoi "pełniący obowiązki" generalnego dyrektora Lech Witecki, który ma trzech zastępców (warto zauważyć, że Witecki jest tylko "pełniącym obowiązki" bowiem mimo prób nie udaje mu się zdać egzaminu dla urzędników służby cywilnej). Witecki wraz ze swoimi trzema zastępcami kieruje pracą 10 departamentów i 16 oddziałów wojewódzkich GDDKiA, w których struktura organizacyjna jest bardzo mocno rozbudowana. I tak, dla przykładu: oddziałem wojewódzkim GDDKiA w Białymstoku kieruje regionalny dyrektor, któremu dopomaga sekretarka i 5 zastępców (im dopomagają 3 sekretarki). Wspomniana grupa kieruje pracą 15 wydziałów i 6 regionów. Wydziałami kierują naczelnicy oraz ich zastępcy. Biurami w regionach kierują kierownicy. Wszyscy oni mają oczywiście pod sobą kolejnych podwładnych. 

 

Ta rozbudowana sieć aparatu urzędniczo-administracyjnego powoduje, że w GDDKiA pracuje blisko 5 tys. osób, czyli pięć razy więcej niż w całym ministerstwie kierowanym przez Sławomira Nowaka. Co gorsza, jak zauważa w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Adrian Furgalski [google] (ekspert ds. transportu i infrastruktury) - oddziały regionalne GDDKiA obarczone są niesamowitym paraliżem decyzyjnym:

Problemem całej tej instytucji jest centralizacja najprostszych decyzji. Bez zgody Warszawy regionalna GDDKiA nie może kupić paczki ołówków. Jest ciągłe raportowanie do centrali, konsultowanie i kontrolowanie.

 

Źródło informacji i cytatów:

- artykuł Michała Majewskiego i Pawła Reszki pt.: "Ministerstwo ziemi, wody i powietrza", opublikowany w "Plus/Minus" (weekendowym dodatku do "Rzeczpospolitej") z 3-4/12/2011, str. P2-P4.

 

Tagi: GENERALNA DYREKCJA DRÓG KRAJOWYCH I AUTOSTRAD | PATOLOGIE III RP

bezpośredni link do tekstu

 


 

     Niewygodna wiedza (o) WSI

bezpośredni link do tekstu | wpis nr 51 - 19/01/2012

 

W artykule Cezarego Gmyza i Marka Pyzy pt.: "Jak się mści WSI" (opublikowany w "Uważam Rze", nr 2 [49]/2012) możemy przeczytać, że członkowie komisji weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych (polski wywiad wojskowy działający w latach 1991-2006) odkryli w archiwach tej organizacji, że tragiczna  śmierć znanego polskiego korespondenta wojennego Waldemara Milewicza [wikipedia], który w 2004 roku został zabity w Iraku, była prawdopodobnie przypadkowa. Celem starannie przygotowanego zamachu mógł być bowiem zupełnie kto inny. Jak się okazuje w dniu zabójstwa Waldemara Milewicza, w Iraku przebywał noszący takie samo imię i nazwisko pracownik gabinetu politycznego ministra obrony narodowej Romualda Szeremietiewa i Bronisława Komorowskiego, a następnie członek zarządu Cenzinu - firmy handlującej bronią. Jak możemy przeczytać w tekście Gmyza i Pyzy:

Zamach rzeczywiście był starannie zaplanowany (...). Sygnał o pojawieniu się Milewicza [pracownika MON] w Iraku zamachowcy dostali przypuszczalnie, gdy na lotnisku wylegitymował się paszportem. Słynny w Polsce reporter w Iraku nie był znany z wyglądu. Uznano zapewne, że towarzyszący mu członkowie ekipy filmowej to element kamuflażu i zastrzelono dziennikarza w przekonaniu, że likwiduje się osobę zamieszaną w handel bronią.

Gmyz z Pyzą w swoim artykule wspominają także o jeszcze innej ciekawej historii odkrytej przez likwidatorów komisji weryfikacyjnej WSI. W 1999 roku z fabryki broni "Mesko" w Skarżysku-Kamiennej skradziono kilka rakiet. Wg oficjalnej wersji sprawcami mieli być nastolatkowie, natomiast ich łupem miały paść przestarzałe rakiety "Strzała". Śledztwo szybko zostało zamknięte, zaś jego akta opatrzono klauzulą tajności. Tymczasem członkowie komisji weryfikacyjnej WSI ustalili, że za kradzieżą mogły stać służby specjalne państwa Izrael. Służby te miały powziąć informację jakoby Polacy weszli w posiadanie rosyjskiej superrakiety "Igła", którą próbowali skopiować właśnie w fabryce "Mesko". Izraelski wywiad miał być bardzo zainteresowany przejęciem tej technologii. Organizacja  włamania do zakładu w Skarżysku-Kamiennej miała być, w tych okolicznościach, jedynie naturalną konsekwencją wspomnianego zainteresowania.

 

*   *   *

 

Warto zauważyć, że w chwili obecnej Prokuratura Apelacyjna chce postawić Antoniemu Macierewiczowi (który stał na czele komisji weryfikacyjnej WSI) zarzut niedopełnienia obowiązków, przekroczenia uprawnień i ujawnienia tajemnicy państwowej w związku z opublikowaniem raportu o WSI. Póki co sprawa się odwleka, bowiem prokurator generalny Andrzej Serement zwrócił wniosek śledczym z uwagi na popełnione przez nich błędy proceduralne (zapomniano, że Macierewicz nie był jedynym likwidatorem WSI, zaś jego ówczesnym przełożonym był Radosław Sikorski). 

 

Czym miały się zajmować Wojskowe Służby Informacyjne i pracujący dla nich ludzie? Bilans nieprawidłowości wg komisji weryfikacyjnej miał być bardzo rozległy. Począwszy od nielegalnego handlu bronią, poprzez nielegalną inwigilację polityków, nieprawidłowości przy wielkich przetargach dla wojska, działanie na szkodę Skarbu oraz bezpieczeństwa państwa, a skończywszy na całkowitym zignorowaniu spenetrowania polskiego wywiadu wojskowego przez służby rosyjskie (przez 15 lat działalności WSI nie złapano, ani nie zwerbowano choćby jednego rosyjskiego szpiega). Ale to nie koniec: wg raportu komisji weryfikacyjnej - WSI zdobywały pieniądze m. in. z przemytu sprzętu elektronicznego czy tzw. "przejmowania spadków" po Polakach zmarłych za granicą. Osoby związane z WSI odnajdujemy w aferze FOZZu i w sprawie mafii paliwowej. Zgodnie z tym co pisze Sławomir Cenckiewicz w swojej książce "Długie ramię Moskwy", obszary zainteresowania i działalności WSI były bardzo szerokie. Historyk ten wymienia m.in.: "wpływanie na podejmowanie decyzji politycznych, angażowanie się w walkę z opozycją, próby ingerowania w procesy legislacyjne, werbowanie osób mających wpływ na ważne decyzje biznesowe i gospodarcze, kontrolowanie wybranych przedsiębiorstw państwowych". Ponadto członkowie WSI dopuszczali się "werbowania do współpracy dziennikarzy mediów publicznych i komercyjnych, w tym osób odpowiedzialnych w nich za politykę kadrową".

 

 

Źródło informacji i cytatów:

- Artykuł Cezarego Gmyza i Marka Pyzy pt: "Jak się mści WSI" opublikowany w tygodniku "Uważam Rze", nr 2 [49] / 2012, s. 12-15

 

Tagi: WOJSKOWE SŁUŻBY INFORMACYJNE | PATOLOGIE III RP

bezpośredni link do tekstu

 


 

     Kumoterstwo i nepotyzm w Polskiej Agencji

Żeglugi Powietrznej

bezpośredni link do tekstu | wpis nr 53 - 22/01/2012

 

Artur Dmochowski w swoim artykule pt.: "Śmiertelne chore lotnictwo" opublikowanym w "Gazecie Polskiej" (nr 1 [961] z 04/01/2012) przypomina, że w Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej [wikipedia] (państwowa instytucja nadzorująca polskie lotnictwo i kierująca ruchem lotniczym) wykryto w ubiegłym roku kumoterstwo i nepotyzm i rzadko spotykanej skali:

Praktycznie cała instytucja znalazła się we władaniu kilkunastu rodzin. 40% pracowników Agencji (680 z blisko 2 tys.) miało krewnych wśród zatrudnionych, a 200 osób było ze sobą spokrewnionych bezpośrednio, gdyż mieli te same adres zamieszkania. Raport ukazywał zresztą tylko część zjawiska. Nie ujmował bowiem zatrudnienia osób związanych nieoficjalnie, np.: konkubin i znajomych, o których głośno mówili pracownicy i związkowcy.

Autor opublikowanego w "Gazecie Polskiej" artykułu podaje powód, dla którego osoby spokrewnione i spowinowacone tak chętnie zatrudniały się nawzajem w PAŻP. Otóż średnie miesięczne wynagrodzenie sięgało tam 16 tys. zł. Rekordzista miał zarabiać ponad 40 tys. na stanowisku, gdzie pensja zwykle nie przekracza 3 tys. zł. Przykład nepotyzmu i patologii szedł od samej góry. Prezes Krzysztof Banaszek zatrudnił żonę i siostrę, a jeden z dyrektorów żonę, dwie córki i dwóch zięciów. Natomiast najwyższe podwyżki otrzymywał szef działu kadr - jego pensja w ciągu 3 lat wzrosła o 122%.

 

Przykład Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej idealnie obrazuje patologię, która może wystąpić w przypadku braku należytej kontroli nad jednostkami finansowanymi ze środków państwowych. Co ciekawe: ujawnienie tak wielkich nieprawidłowości nie spowodowało jednak usunięcia ze stanowiska prezesa PAŻP - Krzysztofa Banaszka. Zgodnie z informacjami zawartymi na oficjalnej stronie PAŻP (http://www.pata.pl - wejście 22/01/2012) nadal kieruje on tą instytucją. 

 

 

Źródło informacji i cytatów:

- Artykuł Artura Dmochowskiego pt.: "Śmiertelne chore lotnictwo" opublikowany w "Gazecie Polskiej" nr 1 (961) / 2012 (04/01/2012);

 

Przeczytaj także:

- Agencja dla żony i zięcia (Rzeczpospolita) [wejście 22/01/2012]

- Nepotyzm w Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej sięgnął granic absurdu (Forsal.pl) [wejście 22/01/2012]

 

Tagi: POLSKA AGENCJA ŻEGLUGI POWIETRZNEJ | PATOLOGIE III RP

bezpośredni link do tekstu 

 


 

     Rozpłochowski: Młodzi mogą odnieść wrażenie, że walka o Polskę nie ma sensu

bezpośredni link do tekstu | wpis nr 60 - 02/02/2012

 

W "Gazecie Polskiej" (nr 5/2012) ukazał się wywiad Przemysława  Harczuka z Andrzejem Rozpłochowskim [wikipedia], który w czasach PRL-owskiego zniewolenia był jednym z liderów śląskiej "Solidarności". Zapytany o sprawę wyroku w zawieszeniu dla Czesława Kiszczaka [wikipedia] za udział w organizacji przestępczej wprowadzającej w sposób nielegalny stan wojenny w Polsce oraz ukaranie Adama Słomki [wikipedia] karą 14 dni aresztu za zakłócanie ogłaszania tego wyroku, Rozpłochowski odpowiedział:

Wyobraźmy sobie, że podczas procesu w Norymberdze trybunał potępia Hitlera, jednak najwięksi zbrodniarze dostają symboliczne wyroki w zawieszeniu. W tym czasie ofiara Auschwitz nie wytrzymuje. Za głośne protesty trafia do więzienia. Przecież byłby to absurd. Podobnym absurdem jest wyrok w sprawie Kiszczaka i Słomki.

W dalszej części wywiadu Rozpłochowski pytany jest o potrzebę zmiany ustawy o kombatantach i osobach represjonowanych, która w obecnym kształcie daje przywileje osobom, które walczyły o wolną Polskę jedynie do 1956 roku. Lider podziemnej "Solidarności" chce, aby ustawa swoim zasięgiem objęła także osoby poświęcające się walce o niepodległość w latach 1956-1989. Pytany o powody takiego stanowiska, odpowiada:

Sowiecka okupacja w Polsce trwała przynajmniej do roku 1989. III RP nie potrafiła zadbać o los swoich bohaterów, którzy dziś żyją w nędzy i często muszą grzebać w śmietnikach. (...) Tymczasem ich oprawcy mają się świetnie, pobierają wysokie emerytury. Młodzi mogą odnieść wrażenie, że walka o Polskę, wolność, demokrację nie ma sensu. Trzeba się temu przeciwstawić. Jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało, chodzi nam o oddanie honoru starszym pokoleniom, a zarazem dbałość o kondycję moralną pokoleń przyszłych.

Niestety, mimo upływu 23 lat od przełomu roku '89, czyli umownego momentu odzyskania niepodległości (należy z całą stanowczością podkreślić umowność tej daty), polska polityka historyczna pozostawia wiele do życzenia. Brakuje przede wszystkim jasnego przekazu płynącego ze strony establishmentu, który definiowałby w sposób czytelny okres PRL-u i zniewolenia sowieckiego. Warto zauważyć, że jedynie niewielka liczba publicystów mainstreamowych buduje swoje narracje dotyczące okresu 1945-1989 w oparciu o jednoznaczne uznanie ówcześnie panującej władzy jako reżymowej, totalitarnej, zabójczej dla społeczeństwa i jego wolnościowych dążeń. Nie ma więc się czemu dziwić, jeśli dzisiaj statystyczny 20-latek, ukształtowany umysłowo zgodnie z linią "Gazety Wyborczej" i TVN-u, za okres panowania "państwa policyjnego" będzie uznawał lata 2005 - 2007, kiedy u władzy byli znienawidzeni przez wspomniane media bracia Kaczyńscy.

 

 

Źródło informacji i cytatów:

- Wywiad Przemysława Harczuka z Andrzejem Rozpłochowskim pt.: "Zwróciłem order, bo nie akceptuje takiego prawa", opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska" nr 5 (965) / 2012 z 01/02/2012, s. 15.

 

Tagi: CYTATY | PRL | PATOLOGIE III RP | POLITYKA HISTORYCZNA

bezpośredni link do tekstu

 


 

     Sąd: Premier Tusk jest "bezczynny" w sprawie katastrofy 

smoleńskiej

bezpośredni link do tekstu | wpis nr 74 - 01/03/2012

 

Beata Gosiewska, wdowa po zmarłym w katastrofie smoleńskiej Przemysławie Gosiewskim, wraz z pełnomocnikiem rodziny Rafałem Rogalskim, wysyłali przez kilka miesięcy do kancelarii premiera pisma, w których wnosili o dodatkowe informacje w kwestii podjęcia decyzji o zastosowaniu konwencji chicagowskiej przy badaniu przyczyn katastrofy. Prosili także o pełną informację posiadaną przez polski rząd na temat prowadzonego przez Rosjan śledztwa. W odpowiedzi Kancelaria Prezesa Rady Ministrów odpisywała w sposób lakoniczny, częściowo niezrozumiały i pozbawiony warstwy merytorycznej:

Zgoda na zastosowany przez Federację Rosyjską reżim prawny została udzielona w formie konkludentnej.

albo

Odnośnie zasad współpracy przy badaniu okoliczności katastrofy przekazano informacje takie, jakie Kancelaria posiada.

Mając na względzie powyższe rodzina Przemysława Gosiewskiego w listopadzie 2011 r. postanowiła wnieść skargę na bezczynność premiera do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Ten zaś w ubiegłym tygodniu stwierdził, że skarga jest zasadna i zobowiązał premiera do udzielenia w ciągu najbliższego miesiąca pełnej informacji publicznej, która będzie odpowiedzią na pytania zadane przez rodzinę. Jak stwierdził sędzia w uzasadnieniu:

Do tej pory premier albo w ogóle nie odpowiadał na pytania, albo udzielał informacji wymijających, enigmatycznych, niepełnych lub lakonicznych.

Powyższy wyrok WSA, jeśli nie zostanie zmieniony w apelacji, może okazać się bardzo niewygodny dla Donalda Tuska i jego najbliższych współpracowników. Nie jest bowiem wykluczone, że premier będzie zmuszony publicznie potwierdzić fakt, że 13/04/2010 doszło w Moskwie do spotkania Władimira Putina z obecną marszałek sejmu Ewą Kopacz, szefem Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Edmundem Klichem, szefem Kancelarii Premiera Tomaszem Arabskim oraz szefową MAK Tatianą Anodiną, na którym strona polska, bez słowa sprzeciwu zgodziła się na prowadzenie śledztwa wg konwencji chicagowskiej dotyczącej międzynarodowego lotnictwa cywilnego i jej załącznika nr 13, co w praktyce oznaczało przekazanie całości śledztwa w ręce Rosjan. Efekty tej decyzji okazały się być bardzo znamienne: do chwili obecnej nie mamy wraku Tupolewa czy czarnych skrzynek, strona rosyjska prowadzi śledztwo w sposób pozostawiający wiele do życzenia, zaś MAK wydał kontrowersyjny raport, który przez niezależnych ekspertów został w dużej części podważony. Dodatkowo nie ma pewności czy strona polska otrzymała komplet zdjęć i protokołów z miejsca tragedii. Wątpliwości budzą także rosyjskie protokoły z sekcji zwłok ofiar katastrofy, co idealnie obrazuje przykład ponownej sekcji Zbigniewa Wassermanna, dokonanej po ekshumacji jego zwłok w Polsce. Okazało się, że protokół moskiewski i opinia polskich biegłych były zbieżne ze sobą jedynie w 3%.

 

Okoliczności wyjaśniania przyczyn tragedii z 10/04/2010 ukazują bardzo dosadnie słabość państwa, które nie potrafi skutecznie zadbać o interesy własnych obywateli - w tym konkretnym przypadku: interesy rodzin, których bliscy zginęli w Smoleńsku. Obecne elity rządzące skupiają w sobie potężne pokłady kompleksów, które w zderzeniu z realną polityką owocują słabością i niekompetencją. Pełna uległość premiera Tuska i środowiska, z którego się wywodzi, skutkuje coraz gorszą pozycją Polski na arenie międzynarodowej. Powoduje także spustoszenie wewnątrz państwa, które z miesiąca na miesiąc pogrąża się w niewydolności. Dodatkowo struktura tego państwa coraz mocniej rdzewieje, przybliżając tylko widmo zupełnej katastrofy. To wszystko sprawia, że w stosunku do aktualnego rządu i establishmentu III RP, mickiewiczowskie zdanie o elitach, które zamiast na narodu czele, stoją na jego wierzchu, wydaje się być niezwykle trafne.

 

 

Źródło informacji i cytatów:

- Artykuł Katarzyny Pawlak pt.: "Tusk przegrał w sądzie z Gosiewską", opublikowany w "Gazecie Polskiej Codziennie", nr 47 (142) / 2012, wydanie z 25-26/02/2012, s. 3

 

Tagi: KATASTROFA SMOLEŃSKA | TUSK, Donald | PATOLOGIE III RP

bezpośredni link do tekstu

 


 

     Niewygodne zestawienie kolejowych katastrof

bezpośredni link do tekstu | wpis nr 78 - 10/03/2012

 

Poniżej zestawienie katastrof i wypadków kolejowych jakie miały miejsce w okresie istnienia III RP (1989-2012). Warto zwrócić uwagę, że na początku lat 90-tych ruch kolejowy w naszym kraju był kilkukrotnie większy niż obecnie, a pociągami podróżowało o wiele więcej osób. Mimo to, w ciągu całej ostatniej dekady XX wieku, wydarzyło się mniej katastrof kolejowych aniżeli w ciągu ostatnich 3 lat:

20 sierpnia 1990 – zderzenie pociągów w Warszawie, w którym zginęło 16 osób, a 43 zostało rannych.

24 czerwca 1991 – katastrofa kolejowa pod Tychami, w której zginęły 3 osoby, a 22 doznało obrażeń ciała.

25 lutego 1994 – zderzenie pociągów pod Starzynami, w którym zginęła jedna osoba, a 7 zostało rannych.

9 grudnia 1994 – zderzenie pociągów na stacji w Bednarach, w którym zginęła 1 osoba, a 66 zostało rannych.

5 maja 1997 – wypadek kolejowy na stacji w Reptowie, w którym zginęło 12 osób, a 36 było rannych.

16 lipca 1998 – wypadek kolejowy na stacji w Grajewie, w którym 1 osoba została ranna.

10 września 2000 – katastrofa kolejowa w Żurawicy, w wyniku której zginęły 2 osoby, a 7 zostało rannych.

17 listopada 2006 – katastrofa kolejowa na przejeździe w Gołaszynie, w której zginęły 4 osoby a 1 została ranna.

11 lipca 2006 – wypadek kolejowy w Kłaju, w którym 1 osoba została ranna.

15 listopada 2007 – katastrofa kolejowa w Polednie, w której zginęły 2 osoby, a około 20 zostało rannych.

6 kwietnia 2009 – katastrofa kolejowa w Białogardzie, w której zginęła 1 osoba, a około 25 zostało rannych.

13 lipca 2010 – zderzenie pociągów w Korzybiu, w którym ranne zostały ok. 34 osoby.

8 listopada 2010 – katastrofa kolejowa w Białymstoku, w której ranne zostały 3 osoby.

28 kwietnia 2011 – katastrofa kolejowa w Mostach, w której zginęły 2 osoby, a 25 zostało rannych.

26 lipca 2011 – katastrofa kolejowa w Zwierzynie, w której zginęły 3 osoby.

12 sierpnia 2011 – katastrofa kolejowa w Babach, w której zginęły 2 osoby, a 80 zostało rannych.

3 marca 2012 – katastrofa kolejowa w Szczekocinach, w której zginęło 16 osób, a 57 zostało rannych.

 

* * *

Łukasz Warzecha w swoim artykule pt.: "Tu nie ma ucieczki od polityki" (link: tutaj) zauważył, że wypowiedzi części polityków i niektórych komentatorów nawiązujące do katastrofy w Szczekocinach, pobrzmiewały w generalnym tonie: 'zostawmy politykę, przecież zginęli ludzie, nie można sprawy upolityczniać'. Pod tekstem red. Warzechy znalazłem, trafny w mojej opinii, komentarz internauty o nicku 'Jan C.', który w sposób jasny i zrozumiały argumentuje dlaczego tego typu nieszczęścia wręcz winny być przedmiotem 'upolitycznienia':

 

"Zostawmy politykę, przecież zginęli ludzie, nie można sprawy upolityczniać..."

* Każda próba ucieczki od polityki jest ucieczką od przyszłości i od życia, jest ucieczką w nieodpowiedzialność.

** Polityka to rozsądna troska o nasze dobro wspólne. Tam, gdzie wchodzi w rachubę nasze dobro wspólne, wszystko jest polityką, wszystko już jest upolitycznione.

*** To, że zginęli ludzie świadczy, że ucierpiało i zapewne wciąż jest zagrożone nasze dobro wspólne. Dziś spotkało to ich, jutro może spotkać nas.
Tusk nauczył się żyć w nieustannej iluzji, w obiecankach-cacankach, w światku wirtualnym, pozbawionym realizmu. Nie można go dłużej chronić tak, jakby tego chciał wyrażając powyższy apel. Jakakolwiek forma przemilczania prawdy jest tu zbrodnią.

- http://blog.rp.pl/warzecha/2012/03/07/tu-nie-ma-ucieczki-od-polityki/comment-page-1/#comment-3236 

 

Źródło informacji i cytatów:

- Artykuł Łukasza Warzechy pt.: "Tu nie ma ucieczki od polityki", bezpośredni link: tutaj (wejście: 10/03/2012)

 

Tagi: PATOLOGIE III RP | KOLEJE W POLSCE | CYTATY

bezpośredni link do tekstu

 


 

     "Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

bezpośredni link do tekstu | wpis nr 80 - 13/03/2012

 

Artur Dmochowski w swoim felietonie pt.: "Być jak Sławek Nowak" opublikowanym w "Gazecie Polskiej Codziennie" zastanawia się skąd wzięła się grupa kilkuset tysięcy młodych ludzi, którzy aż do wybuchu afery z ACTA, bezrefleksyjnie popierali rząd Donalda Tuska. Diagnoza w tej sprawie postawiona przez Dmochowskiego wydaje się być celna i godna odnotowania:

Kim są i skąd się wzieli "młodzi, wykształceni z wielkich miast", których mobilizacja już dwukrotnie dała wyborcze zwycięstwo Platformie, a których ekstremalne skrzydło zobaczyliśmy w czasie walki z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu? - Są niewątpliwie produktem systemu edukacyjnego i medialnego, które powstały po 1989 r., jednak w znacznej mierze wywodzą się z PRL-u. Ludzie decydujący o obliczu polskiej szkoły i mediów pozostali przecież w większości ci sami - wystarczy przypomnieć, jak głęboko w okresie poprzedzającym rok 1989 tkwią korzenie właścicieli prywatnych telewizji. A to przecież one kształtują obecnie, silniej nawet niż rodzina, szkoła czy Kościół, zarówno postawy i nastroje, jak i sposób myślenia oraz system wartości całego społeczeństwa, a młodzieży w szczególności.

I najważniejsze: 

Po Okrągłym Stole wyrosły już dwa pokolenia wykształcone wyłącznie w pokomunistycznej Polsce. A ci, którzy obecnie wchodzą w pełnoletność, nie znają innej atmosfery medialnej niż panująca od 2005 roku - delegitymizująca opozycję, urządzająca nagonki na PiS, drwiny z katolickich "moherów" etc. Szczególnie od momentu, gdy po przejęciu przez rządzących telewizji publicznej nastąpiło domknięcie systemu medialnego, młodzież skazana została wyłącznie na jednostronny, zmanipulowany przekaz informacyjny, gdyż alternatywa w postaci mediów niezależnych to jednak wciąż niewielki margines.

Praktycznie wszystko o czym pisze Dmochowski jest prawdą. Nie sposób znaleźć argumentów, które mogłyby podważyć powyższe stwierdzenia. Szczególnie fragment o medialnej atmosferze jaka zapanowała po 2005 roku w Polsce musi budzić niepokój. Młodzi ludzie, którzy dziś wchodzą w pełnoletność rzeczywiście mogą odnieść wrażenie, że polityka to nie "rozsądna troska o nasze dobro wspólne", ale nieustająca walka europejskiej i postępowej PO z zaściankowym PiSem. Walka na śmierć i życie, która w przeważającej części zajmuje medialny przekaz, przez co w sposób inwazyjny przyciąga uwagę widzów. Taki obraz "polityki" jest wypaczony i jednoznacznie nieprawdziwy, ale tylko on jest rozpoznawalny przez polską młodzież. 

 

Co więcej - media związane z układem pro-rządowym od kilku lat wciskają w głowy Polaków kłamliwe tezy, których celem jest pielęgnowanie wrażenia jakoby wybór miałby być tylko zero-jedynkowy. Albo popiera się siły "europejskie" (czytaj: jedynie słuszny wybór, no chyba że chcesz być uznawany za 'oszołoma'), albo "narodowo-katolickie" (czytaj: obciach i żenada). Kreowany w ten sposób obraz jest szkodliwy dla całego państwa. Jest to bowiem paliwo napędowe dla tzw. wojny polsko-polskiej. Idea ta, ukuta u zarania III RP przez Michnikowszczyznę, przewiduje, że Polacy potrafią się jednoczyć jedynie w obliczu wielkich, narodowych tragedii. Na co dzień jednak nie dane jest im porozumienie się nawet w najprostszych kwestiach. Wizja ta jest oczywiście całkowicie kłamliwa, ale nieustannie propagowana przez mainstream, w oczach zwykłych ludzi staje się czymś zupełnie realnym. W ten sposób, uwaga Polaków - śledzących medialne doniesienia z frontu walki polsko-polskiej - jest całkowicie odwrócona od spraw fundamentalnych dla istnienia państwa, co w istocie swojej stanowi jedną z głównych patologii III RP.

 

"...Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie" - moderatorzy mediów pro-rządowych, jak słusznie zauważył Dmochowski, mają wpływ na nastroje, opinie oraz cały system wartości większości społeczeństwa, w tym przede wszystkim młodzieży, dla której zdanie Onet.pl może się okazać kluczowe w sposobie postrzegania otaczającego świata. Problem polega na tym, że dzisiejszy układ medialny gwarantuje dalsze "urabianie" nowych pokoleń w przekonaniu prawdziwości idei wojny polsko-polskiej, a to nie wróży dobrze polskiemu państwu. Jego obywatele - pochłonięci wewnętrznymi sporami kreowanymi przez polskojęzyczne media - nadal będą bowiem łatwi w kontroli i podatni na manipulacje. I chyba o to chodzi...  

 

 

Źródło informacji i cytatów:

- Felieton Artura Dmochowskiego pt.:  "Być jak Sławek Nowak" opublikowanym w "Gazecie Polskiej Codziennie", nr 59 (154) / 2012, s. 14

 

Tagi: CYTATY | MEDIA | PATOLOGIE III RP

bezpośredni link do tekstu

 


 

     Korupcja - cichy zabójca polskiego budżetu

bezpośredni link do tekstu | wpis nr 84 - 21/03/2012

 

Jaka jest rzeczywista skala korupcji w Polsce? Ile publicznych pieniędzy pochłaniają co roku działania o charakterze korupcyjnym? Czy oprócz kosztów ekonomicznych państwo ponosi jeszcze jakieś inne koszty związane z tym procederem? Zgodnie z opinią Małgorzaty Brennek, ekspertki Fundacji Republikańskiej, wyrażoną w jej artykule pt.: "Walka z korupcją to miliardowy interes" ("Rzeczpospolita", wydanie elektroniczne z dnia 08/01/2012) straty spowodowane korupcją są olbrzymie i bezpośrednio przejawiają się w dwóch aspektach: ekonomicznym i społecznym. Jeśli chodzi o koszty ekonomiczne korupcji w Polsce, to mają one mieć odzwierciedlenie w finansowych wynikach kontroli przeprowadzanych przez NIK (Izba ze szczególnym uwzględnieniem kontroluje bowiem obszary państwa narażone na działania korupcyjne). I tak w 2010 r. nieprawidłowości ujawnione przez NIK przyniosły stratę sięgającą 14,5 mld złotych. Na przestrzeni lat 2005-2010 straty państwa wyniosły aż 83,7 mld zł! Jest wysoce prawdopodobne, że spora ilość nieprawidłowości ujawnionych przez NIK, które przyczyniły się do tak olbrzymich strat polskiego państwa jest wynikiem praktyk o charakterze korupcyjnym, które istotnie mogły wpłynąć na uszczuplenie przychodów budżetowych z tytułu podatków, ceł, sprzedaży i najmu nieruchomości, prywatyzacji czy realizacji zamówień publicznych. Jednak zdaniem Małgorzaty Brennek wskazane powyżej kwoty to tylko wierzchołek góry lodowej, bowiem kontrole NIK obejmują jedynie niewielki wycinek funkcjonowania państwa. Z uwagi na to rzeczywista wielkość kosztów finansowych ponoszonych przez państwo może być kilkukrotnie wyższa.

 

Drugą formą występowania strat spowodowanych korupcją są tzw. koszty społeczne, które objawiają się przede wszystkim w niskim zaufaniu obywateli do polityków i instytucji publicznych. Warto zauważyć, że zgodnie z badaniami przeprowadzonymi przez CBOS w 2010 r., aż 60% respondentów było zdania, że korupcja występuje najczęściej wśród polityków: działaczy partyjnych, radnych, posłów czy senatorów. To przekonanie Polaków przełożyło się na przykład na rekordowo niski poziom zaufania do Sejmu, który w 2010 r., zgodnie z badaniami CBOS, wynosił jedynie 21%. Jak celnie zauważa M. Brennek: brak zaufania obywateli do polityków i instytucji publicznych skutkuje brakiem poszanowania dla prawa i norm moralnych, a w konsekwencji niską sterowalnością państwa.

 

Co istotne i warte podkreślenia: bazując na statystyce Krajowego Centrum Informacji Kryminalnej przy Komendzie Głównej Policji, należy zauważyć, że w latach 2004-2009 zarejestrowano w sumie 41265 przestępstw o naturze korupcyjnej. Niepokojące jest to, że liczba tych przestępstw stale rośnie - w 2004 r. zanotowano ich jedynie 2250, kiedy w 2009 r. było ich już 11726. Można zadać pytanie dlaczego wolumen przestępstw o charakterze korupcyjnym jest tak wysoki? Dlaczego ma tendencję wzrostową? Zdaniem autorki artykułu powodami, dla których korupcja pozostaje w naszym kraju przestępstwem o małym ryzyku i dużej opłacalności (przez co stworzone są idealne warunki do jej trwania i rozwoju) jest niewydolność prokuratury oraz nadzwyczajna łagodność polskich sądów

 

Jeśli chodzi o prokuraturę to bardzo duża ilość postępowań dotyczących korupcji jest przez nią umarzana. M. Brennek jako przyczynę takiego stanu rzeczy wskazuje specyfikę przestępstw korupcyjnych, które szczególnie na etapie zbierania dowodów, wymagają większego zaangażowania i kompetencji osób prowadzących śledztwa. Jeśli zaangażowania brakuje najłatwiej taką sprawę po prostu umorzyć lub ewentualnie w ogóle jej nie podejmować. Potwierdzeniem tego może być podejście prokuratury do doniesień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, składanych przez inne instytucje państwowe takich jak: Regionalne Izby Obrachunkowe, Urząd Zamówień Publicznych czy Najwyższą Izbę Kontroli. Dla przykładu - NIK w latach 2008-2010 złożyła do prokuratury 280 zawiadomień o podejrzeniu przestępstwa, lecz tylko 11% spraw skończyło się sporządzeniem aktu oskarżenia. Jeszcze gorzej prezentują się statystyki sądowe - zdecydowana większość osób skazywanych za przestępstwa korupcyjne otrzymuje kary pozbawienia wolności w zawieszeniu. Efektem tego w latach 2004-2010 tylko ok. 5% osób skazanych za korupcję trafiło do więzienia.

 

Nieefektywność działania państwa w kwestii represji (zwalczanie korupcji za pomocą ścigania i karania), przejawiająca się w niewydolności prokuratury i nadzwyczajnej łagodności polskich sądów, z pewnością przyczynia się do wielomiliardowych strat budżetu państwa. W tym kontekście niezwykle ważna jest polityka prewencji antykorupcyjnej rozumianej jako stanowienie i egzekwowanie odpowiednich przepisów i procedur. Niestety także i w tym zakresie wydaje się, że państwo nie zdaje egzaminu, co w trafny sposób zostało zauważone przez Małgorzatę Brennek:

Znamienne w tym względzie są posunięcia rządu Donalda Tuska, który w ramach walki z korupcją ogłosił utworzenie tarczy antykorupcyjnej i powołał urząd Pełnomocnika Rządu ds. Opracowania Programu Zapobiegania Nieprawidłowościom w Instytucjach Publicznych. Tarcza okazała się bytem wirtualnym. Nie uchroniła przed nieprawidłowościami żadnego ze znaczących przetargów ostatnich lat, np.: w sprawie polskich stoczni czy informatyzacji policji. Nie zapobiegła również aferze hazardowej. Trudno się temu dziwić, jeżeli weźmiemy pod uwagę, iż nie została ona oparta na żadnym formalnym dokumencie, co wykazał finał procesu wytoczonego Kancelarii Premiera w trybie dostępu do informacji publicznej przez Antykorupcyjną Koalicję Organizacji Pozarządowych. Z kolei rzeczywistym celem utworzenia urzędu pełnomocnika było stworzenie przeciwwagi dla kierowanego przez Mariusza Kamińskiego CBA. Kiedy CBA przestało być zagrożeniem, urząd ten stał się swoistą atrapą, mającą stworzyć przeświadczenie, że rząd chce zapobiegać korupcji, podczas gdy w rzeczywistości brak było woli politycznej do działania w tym zakresie. Stąd niereagowanie na żenującą niekompetencję i nieskuteczność działania Julii Pitery, która zasłynęła kilkoma raportami, w tym m.in. 6-stronnocowym opracowaniem o wykorzystywaniu kart kredytowych przez urzędników poprzedniego rządu, który wykazał nieuprawniony zakup dorsza za 8,15 zł, i utajnionym przez rok raportem o CBA (jego upublicznienie miało zagrozić bezpieczeństwu państwa), który okazał się zlepkiem nic nie wnoszących informacji medialnych.

Małgorzata Brennek wskazuje także, iż rząd - oprócz tego, że w czasie minionej kadencji nie podjął żadnych realnych działań mających na celu ograniczenie korupcji - swoimi decyzjami wręcz zaszkodził sprawie prewencji antykorupcyjnej. Przyjęte bowiem zostały dwie bardzo niekorzystne, z tego punktu widzenia, nowelizacje. Pierwsza z nich dotyczyła ustawy o NIK, gdzie w sposób zasadniczy została ograniczona możliwość niezależnego działania Izby. Druga nowelizacja dotyczy ustawy o dostępie do informacji publicznej (polecam: Nowelizacja ustawy o dostępie do informacji publicznej). Ograniczyła ona zwykłemu obywatelowi dostęp do informacji o działaniu władz, które nie muszą już publicznie ujawniać jakie stanowisko będzie zajmowała Polska w negocjacjach międzynarodowych. Możliwa jest także odmowa udzielenia informacji na temat prywatyzowanego majątku. 

 

 

Źródło informacji i cytatów:

- Artykuł Małgorzaty Brennek pt.: "Walka z korupcją to miliardowy interes", opublikowany w dniu 08/01/2012 na stronie serwisu www.rp.pl 

 

Tagi: PATOLOGIE III RP | KORUPCJA W POLSCE

bezpośredni link do tekstu

 


 

 

c   c
 
 

(c) Niewygodne.info.pl  2011-2012 | idea | kontakt