Kim jest Donald Tusk w Brukseli? Odpowiedź brzmi: nikim
wpis z dnia 17/03/2015

foto: European People's Party EPP (Flickr.com / CC by SA 2.0)

Niewyraźny, niewidoczny, mglisty, bełkotliwy. Mimo zajmowania eksponowanego stanowiska jego głosu nie słychać, a twarzy nie widać. Nie ma własnego zdania. Będąc "sekretarzem kanclerz Niemiec" nieustannie czeka na dyspozycje Angeli Merkel - z takimi ocenami można się spotkać po pierwszym półroczu urzędowania Tuska na stanowisku szefa Rady Europejskiej. Czy Tusk w Brukseli jest nikim? 

 

Pisałem o tym wcześniej, ale nie zaszkodzi powtórzyć - Niemcy przez kilka lat hodowali Tuska poprzez wręczane mu medale, honory, wyróżnienia i poklepywanie po plecach. Kiedy już go odpowiednio urobili, to wstawili na eksponowane europejskie stanowisko, mimo braku znajomości angielskiego czy francuskiego. Ważne jednak, że zna niemiecki, dzięki czemu może przyjmować bezpośrednie instrukcje płynące z Berlina. Cała akcja z "europejską prezydencją" Tuska polegała na spacyfikowaniu (przejęciu w kontrolę) przez Niemcy (za pośrednictwem polityka z kraju "nowej Unii") europejskiego stanowiska, które mogłoby coś znaczyć, gdyby piastował je przebojowy polityk o wyraźnych poglądach. W przypadku jednak obsadzenia go przez totalną miernotę nie znaczy nic. W ten sposób Berlin kontroluje potencjalne narracje, jakie mógłby tworzyć szef Rady Europejskiej.

 

Mając na uwadze powyższe należy jednoznacznie podkreślić, że Donald Tusk na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej, to żaden sukces Polski. To sukces niemieckiej polityki, bo to de facto ich człowiek zajął to stanowisko. Mają go w swojej kieszeni i w przestrzeni kreowania narracji unijno-europejskich będzie działał tak, jak mu powiedzą. A to, że nie działa jak powinien jest tylko i wyłącznie wypadkową jego miernego charakteru politycznego oraz dyspozycji płynących z Berlina.
   

wpis z dnia 17/03/2015

 

r  e  k  l  a  m  a