Polski przemysł wciąż jest tylko naśladowcą. W dużej mierze wynika to z drenażu naszej gospodarki przez państwa zachodnie
wpis z dnia 13/09/2014

foto: bulliver (Flickr.com / CC 2.0)

Raport Komisji Europejskiej na temat konkurencyjności przemysłu w UE nie pozostawia złudzeń. Ćwierćwiecze "transformacji" (czytaj: przejęć i likwidacji) przyczyniło się do tego, że polska gospodarka stała się uzależniona od kosztownego transferu technologii z Zachodu, a przez to mało innowacyjna. Nie ma się czemu dziwić skoro w Polsce powstają głównie montownie, a większość fabryk z prawdziwego zdarzenia została zamknięta.

Nie ulega wątpliwości, że szalona prywatyzacja i likwidacja sporej części sektora przemysłowego w latach 90-tych była na rękę państwom zachodnim. Jaki bowiem miałyby pożytek z konkurencyjnej gospodarki? Jaki miałyby pożytek z mocnego gospodarczo kraju, którego sukces byłby oparty na silnym przemyśle? Odpowiedź jest prosta - żaden. Państwa zachodnie, a głównie Niemcy, upatrywały w polskim przemyśle wroga, z którym trzeba było podjąć walkę. Stąd fala przejęć, a następnie likwidacji sporej części sektora wytwórczego w Polsce. Zamiast wspierających innowacje fabryk i zakładów przemysłowych, powstały należące do zagranicznych właścicieli montownie, których produkcja oparta jest na kosztownym transferze technologii. Stopniowe ograniczanie potencjału polskiej gospodarki i przejmowanie kontroli nad kluczowymi jej obszarami stało się faktem. Dzięki temu owoce polskiego wzrostu przejadane są we Frankfurcie, Londynie czy Paryżu. Tam są bowiem ulokowane centrale owych montowni, składających dostarczone z zagranicy części za 1/4 tego, co zarobi przeciętny robotnik spod Hamburga czy Rotterdamu. Drenaż zysków za granice widać najlepiej na wskaźniku kosztów związanych z zatrudnieniem w relacji do PKB. Statystyka ta pokazuje, jaka część wytworzonego PKB została przeznaczona na potrzeby ludzi w formie wynagrodzeń za pracę, składek emerytalno-rentowych i zdrowotnych oraz podatków na sfinansowanie tzw. konsumpcji zbiorowej, np. szkolnictwa i transportu publicznego, przychodni i szpitali itp. Generalnie zasada jest prosta: im wyższy udział kosztów związanych z zatrudnieniem w relacji do PKB danego kraju, tym większy panuje dobrobyt. W Szwajcarii do pracowniczych kieszeni i fiskusa trafia prawie 60 proc. PKB. W USA – ponad 55 proc. PKB, w Niemczech i większości państw Europy Zachodniej od 42 do 55 proc. PKB. Jak ten wskaźnik wygląda w Polsce? W 2008 r. wynosił 37,1 proc., a w ciągu kolejnych kilku lat obniżył się do zaledwie 36 procent (przedostatnie miejsce w Europie).

 

Czytaj więcej: Polski przemysł ciągle jest tylko naśladowcą (Rp.pl)
Czytaj także: Rachunek za wyprzedaż (NaszDziennik.pl)

wpis z dnia 13/09/2014