Blog niewygodne.info.pl stosuje pliki cookies. 

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. 

Jeśli nie wyrażają Państwo zgody, uprzejmie prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Archiwum: Kwiecień 2018

 

     Jak przeciwnika prywatyzacji cukrowni, banków i PZU skompromitowano metodą "na wariata"? Krótka historia Gabriela Janowskiego
wpis z dnia 30/04/2018

 

Gabriel Janowski będąc posłem kategorycznie sprzeciwiał się "dzikiej" prywatyzacji polskich cukrowni, sektora bankowego, energetycznego oraz PZU. Był niewygodny dla wielu ludzi forsujących wyprzedaż polskiego majątku. 16 stycznia 2000 r., tuż przed debatą na temat odwołania odpowiedzialnego za prywatyzację Emila Wąsacza, ktoś Janowskiemu dosypał do jedzenia narkotyk, a następnie wywlekł wprost przed dziennikarzy i kamery telewizyjne. Poszedł jasny przekaz: główny przeciwnik ministra Skarbu Państwa i orędownik jego odwołania jest niespełna rozumu.

W trakcie trwania III RP mogliśmy obserwować różne formy "likwidowania" politycznych przeciwników. Tajemnicze samobójstwa, ciężkie pobicia, podpalenia domów czy nawet morderstwa osób niewygodnych. To wszystko miało miejsce już w nowej Rzeczypospolitej, która przecież miała być inna od PRL. Fakty są jednak takie, że tam gdzie w grę wchodzi duży pieniądz, tam przestępstwa, spiski oraz przekręty są i będą występowały i to niezależnie od panującego ustroju. Historia Gabriela Janowskiego jest tego najlepszym przykładem. 

Gabriel Jankowski w PRL był pracownikiem naukowym, nauczycielem akademickim, doktorem nauk rolniczych. Pracował w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. W latach 80-tych ubiegłego wieku zaangażował się w działalność opozycyjną, za co był prześladowany przez komunistyczne władze. W 1980 roku powołał opozycyjny Związek Zawodowy Producentów Rolnych, a w marcu 1981 r. został jednym z liderów NSZZ Rolników Indywidualnych "Solidarność". W dniu wprowadzenia stanu wojennego został aresztowany i internowany w więzieniu na Białołęce, skąd w sierpniu 1982 przeniesiono go do obozu internowania w Strzebielinku. Przebywał tam do 18 listopada 1982 r.

W III RP Janowski został politykiem. Początkowo (1989 - 1991) był senatorem. W wyborach parlamentarnych w 1991 roku, startując jako kandydat na posła, otrzymał najlepszy procentowo wynik wyborczy spośród wszystkich kandydatów na posłów w skali całego kraju. 

Gabriel Janowski będąc posłem kategorycznie sprzeciwiał się "dzikiej" prywatyzacji polskich cukrowni, sektora bankowego, energetycznego oraz PZU. Nie zgadzał się na to, aby polskie przedsiębiorstwa były sprzedawane za część swojej wartości. Mówił o tym głośno i przy każdej okazji, co nie mogło się podobać pewnym środowiskom, które na prywatyzacji polskiego majątku robiły fortuny. 

Niewygodnych ludzi można, albo wyciszać, albo kompromitować. W przypadku Janowskiego wybrano tę drugą opcję.

16 stycznia 2000 r., tuż przed debatą na temat odwołania odpowiedzialnego za prywatyzację ówczesnego ministra Skarbu Państwa Emila Wąsacza, Janowski nagle zaczął się zachowywać zupełnie nieracjonalnie. Na korytarzu sejmowym skakał jak małe dziecko, krzyczał, całował w rękę napotkanych mężczyzn. Co istotne - Janowskiego w takim stanie wywleczono wprost przed dziennikarzy i kamery telewizyjne. Dziś z perspektywy czasu nie mam wątpliwości, że zrobiono to specjalnie, aby pokazać, że główny przeciwnik ówczesnego ministra Skarbu Państwa i orędownik jego odwołania, jest niespełna rozumu i nie zasługuje na poważne traktowanie (a tym samym na poważne traktowanie nie zasługują tezy, które głosi).

Co o tym zdarzeniu mówił sam Janowski? Od samego początku uważał, że padł ofiarą spisku, którego celem były wyeliminowanie go z życia publicznego. W 2010 roku stwierdził: - "W wyniku podstępnie podanych narkotyków, usiłowano mnie wyeliminować z polityki, jako wnioskodawcę wniosku o odsunięcie z rządu pana Emila Wąsacza za szkodliwą prywatyzację, sprzedaż banków, domów towarowych, PZU i innych dóbr. Nie udało się, więc sfilmowano mnie w takim stanie i pastwiono się aż do dzisiaj".

Janowski w 2000 roku stracił dobre imię, a jego dziwne zachowanie stało się powodem do drwin przez kolejne lata. Efekt tego wszystkiego był taki, że mało kto Janowskiego traktował już poważnie. Choćby mówił o prywatyzacji najmądrzejsze słowa i przedstawiał najtrafniejsze analizy, to i tak każdy miał przed oczami jego skakanie po sejmowym korytarzu, krzyki, szarpanie się i całowanie mężczyzn po rękach. Cel został osiągnięty - jeden z najgłośniejszych przeciwników "dzikiej" prywatyzacji polskich cukrowni, banków, sektora energetycznego i PZU został skutecznie skompromitowany metodą "na wariata".

 

Źródło: Gabriel Janowski (Wikipedia)
Źródło: Gabriel Janowski pozwał w trybie wyborczym Telewizję Polsat (GazetaKrakowska.pl)

wpis z dnia 30/04/2018

   


  

     Powszechna inwigilacja każdej treści w internecie? Taki plan dla UE Niemcy będą dziś forsować w Brukseli
wpis z dnia 27/04/2018

 

Dziś w Brukseli odbędzie się posiedzenie Rady UE w/s zmian w dyrektywie o prawach autorskich. Brzmi niegroźnie? Nic bardziej mylnego! Eurokraci będą rozważać wprowadzenie zasady, zgodnie z którą właściciele serwisów społecznościowych będą zobligowani do monitorowania i raportowania wszystkiego, co publikują ich użytkownicy: komentarzy na FB, linków na Twitterze, filmów na YouTube. Wszystko po to, aby ustalić, czy nie wykorzystujemy bez licencji treści wyprodukowanych przez największe koncerny medialne. Jeśli tak, będziemy obciążani stosowną opłatą.

Dziś w Brukseli będzie miało miejsce posiedzenie Rady Unii Europejskiej na poziomie zastępców ambasadorów. Podczas spotkania ma zostać wypracowany kompromis w/s rewizji dyrektywy o prawach autorskich. Według wstępnych informacji ewentualne zmiany mają mieć charakter nieomal rewolucyjny, wpłyną istotnie na postrzeganie praw i wolności w internecie oraz wywrócą do góry nogami dotychczasowy ład medialny w Europie.

Okazuje się, że proponowane zmiany mogą bardzo poważnie utrudnić udostępnianie i przeglądanie treści w internecie. Wprowadzona ma być zasada, zgodnie z którą właściciele serwisów społecznościowych takich jak Facebook, Twitter, Instagram czy Youtube, będą zobligowanie do bieżącego monitorowania i raportowania wszystkiego, co publikują ich użytkownicy - począwszy od komentarzy, poprzez linki, a skończywszy na filmach, gifach, memach i innych nośnikach elektronicznych treści. Wszystko po to, aby ustalić, czy dany użytkownik nie wykorzystuje licencjonowanych treści bez zgody ich właścicieli (najczęściej dużych koncernów medialnych). 

W ten sposób dowolna osoba udostępniająca odnośnik z tekstem, na przykład nagłówek prasowy lub streszczenie artykułu, będzie mogła zostać obciążona opłatą licencyjną przez podmiot będący właścicielem udostępnianej treści. 

W praktyce może to oznaczać, że wszystkie serwisy o charakterze otwartym (FB, Twitter, Youtube) stałyby się w 100 proc. odpowiedzialne za działania ich użytkowników na terenie UE, co zapewne oznaczałoby wprowadzenie płatnych licencji na ich użytkowanie lub wdrożenie kosztownego monitoringu i filtrowania wszystkiego, co jest w nich publikowane (tak, aby maksymalnie ograniczyć ryzyko naruszenia praw autorskich innych podmiotów). W efekcie doprowadziłoby to do wielkiego uszczerbku dla wolności słowa i wypowiedzi użytkowników internetu korzystających z serwisów społecznościowych, które stałyby się o wiele bardziej skłonne do usuwania publikowanych treści (z powodu tzw. ostrożności procesowej).

Co ciekawe - państwem, które najmocniej forsuje wprowadzenie wspominanych powyżej zmian w dyrektywie o prawach autorskich są Niemcy. Przypomnijmy, że kraj ten ma już pewne doświadczenia w zakresie sztucznego regulowania treści pojawiających się w internecie. Począwszy od 1 stycznia b.r. obowiązuje tam ustawa nakazująca administratorom portali społecznościowych blokowanie lub usuwanie informacji nieprawdziwych i mowy nienawiści (tzw. ustawa "NetzDG"). Problem polega na tym, że zapisy tej ustawy są bardzo nieprecyzyjne i niejasne, a przez to mogą umożliwiać stosowanie de facto cenzury prewencyjnej w zakresie treści, wobec których ktoś (tj. administrator portalu społecznościowego) doszuka się znamion "nieprawdziwych informacji" lub "hejtu". Wpis taki będzie musiał zniknąć w ciągu 24 godzin. Jeśli tak się nie stanie, właścicielowi portalu będzie groziła gigantyczna kara finansowa do 50 mln euro.

 

Źródło: Stań w obronie prawa autorskiego w erze cyfrowej (changecopyright.org)
Źródło: Niemcy idą po jeszcze większą dominację w mediach, a polski rząd przyklaskuje?! (wPolityce.pl)
Źródło: Sieć na cenzurowanym (Wprost.pl)

wpis z dnia 27/04/2018

  


 

     Powody dyfamacji i oczerniania Polski stają się jasne, gdy popatrzymy przez pryzmat miliardów za mienie bezspadkowe
wpis z dnia 26/04/2018

 

Organizacje żydowskie niemające bezpośredniego związku z ofiarami Holocaustu uważają, że mienie pozostawione przez ofiary Zagłady powinno należeć do nich. Stoi to w sprzeczności z polskim prawem - zarówno tym, które obowiązywało przed wojną, jak i tym które obowiązywało po wojnie (mienie bezspadkowe przechodzi na rzecz Skarbu Państwa). Wymyślono zatem, aby - po pierwsze - umoczyć Polskę w Holocaust (po to była akcja dyfamacyjna), a - po drugie - uruchomić kontakty w USA do wywarcia politycznej presji (i to właśnie się dzieje). Konsekwencje mogą być tragiczne. 

Mało kto wie, że roszczenia ofiar Holocaustu, które po wojnie uzyskały obywatelstwo USA, zostały uregulowane umową międzynarodową między PRL a USA z 16 lipca 1960 r. Zgodnie z jej treścią USA otrzymały od PRL kwotę 40 milionów ówczesnych $. W zamian władze USA przejęły na siebie wszelkie zobowiązania z roszczeń odszkodowawczych ofiar Holocaustu, które pozostawiły majątek w Polsce, a po wojnie otrzymały obywatelstwo USA i zobowiązały się, że nie będą wysuwały, ani popierały żadnych nowych roszczeń. 

Umowa z 16 lipca 1960 r. nie regulowała kwestii tzw. mienia bezspadkowego, czyli nieruchomości, dzieł sztuki, środków finansowych pozostawionych przez obywateli Polski narodowości żydowskiej, którzy zostali zamordowani w czasie II wojny światowej i nie pozostawili po sobie spadkobierców. Umowa między USA a PRL tego nie regulowała, bo nie musiała. Obowiązywało bowiem polskie prawo cywilne, zgodnie z którym mienie bezspadkowe finalnie przechodziło na rzecz Skarbu Państwa. 

Teorie, jakoby miało być inaczej pojawiły się dopiero na początku lat 90-tych, w środowisku Światowego Kongresu Żydów. Organizacja ta zaczęła forsować pogląd, jakoby mienie bezspadkowe pozostawione przez ofiary Zagłady powinno należeć do nich (ewentualnie powinni oni otrzymać stosowne rekompensaty finansowe). W tym celu Światowy Kongres Żydów powołał nawet specjalną organizację, tj. World Jewish Restitution Organization (WJRO).

Niewątpliwym sukcesem WJRO było podpisanie w 2009 r. tzw. Deklaracji Terezińskiej. Dokument ten wprowadził do obrotu międzynarodowego pojęcie własności bezspadkowej ("heirlees property"). Na tej podstawie podmioty żydowskie niemające bezpośredniego związku z ofiarami Zagłady coraz częściej zaczęły sobie przypisywać prawo do wspomnianego mienia. 

Jak jednak ugryźć temat w Polsce, gdzie takiego mienia było najwięcej, a jednocześnie obowiązujące prawo dosyć precyzyjnie określało jego status własnościowy? Po pierwsze trzeba umoczyć Polskę we współudział w Holocauście, a z samej Polski zrobić kraj nieomal neonazistowski. Po to właśnie propagowano fake-newsy o "marszu 60 tys. faszystów", czy o Warszawie, jako "stolicy europejskiego nazizmu". Po to forsowano bez umiaru historię o neonazistach z lasu, tak jakoby stanowili oni co najmniej realne zagrożenie dla funkcjonowania państwa. Po to w końcu Izrael odpalił międzynarodową akcję dyfamacyjną, z której wynikało, że Polska nie tylko neguje Holocaust, ale w istocie była jego współorganizatorem. 

Chodziło o pokazanie, że nad Polską nie ma co się litować, szczególnie, że to kraj neofaszystowski, a roszczenia organizacji żydowskich powinny być uwzględnione. Przekaz okazał się być niezwykle skuteczny. Podziałał szczególnie na członków amerykańskiego Kongresu, którzy najpierw listem otwartym wezwali rząd Mateusza Morawieckiego do restytucji żydowskiego mienia, a wczoraj - przez aklamację (!) - przyjęli ustawę "Justice for Uncompensated Survivors Today" (w skrócie: JUST), która obliguje Departamentu Stanu do tworzenia corocznego raportu dla Kongresu w/s realizacji ustaleń zawartych w Deklaracji Terezińskiej (a przypomnijmy - akt ten odnosi się również do własności bezspadkowej).

Gra toczy się potencjalnie o roszczenia warte dziesiątki miliardów złotych, dlatego każde ciosy były, są i będą dozwolone. Zupełnie prawdopodobna może być sytuacja, w której ustawa JUST stanie się narzędziem politycznego nacisku. Pisałem o tym wczoraj, ale nie zaszkodzi powtórzyć. Amerykańska administracja może pewnego dnia powiedzieć tak: "Nie będziecie wypłacać organizacjom żydowskim odszkodowań za mienie bezspadkowe? OK, ale jednocześnie w razie "W" nie będziecie mogli liczyć na nasze militarne wsparcie, naszych żołnierzy, którzy stacjonują na Mazurach przerzucimy z powrotem do Niemiec". Podejrzewam, że tak postawiony szantaż, przy skoordynowanej, agresywnej postawie Rosji, może być bardzo skuteczny i znacząco przybliży sukces różnego rodzaju podmiotów żydowskich niemających bezpośredniego związku z ofiarami Zagłady, w zakresie wielomiliardowych restytucji za mienie bezspadkowe.

 

Źródło: USA: Izba Reprezentantów przyjęła ustawę JUST ws. zwrotu mienia ofiar Holokaustu (Stooq.pl)
Źródło: Tammy Baldwin (Senate.gov)
Źródło: USA: senatorowie apelują do Premiera RP o przyjęcie "sprawiedliwej" ustawy reprywatyzacyjnej (PolskieRadio.pl)

Źródło: Leszek Miller (Twitter.com)

wpis z dnia 26/04/2018

   


  

     Wysokie odszkodowania za wiatraki i roszczenia dot. mienia bezspadkowego - ktoś chce wyciągnąć z Polski grube miliardy
wpis z dnia 25/04/2018

 

Amerykanie z firmy Invenergy chcą pozwać Polskę przed międzynarodowy arbitraż. Chodzi o wiatraki, a dokładnie o to, że w naszym kraju farmy wiatrowe przestały być bezwzględnie dochodowe. W październiku ub.r. szacowali swoje roszczenia na równowartość ok. 2,51 mld zł. Ale to nie wszystko. Coraz częściej mówi się również o roszczeniach międzynarodowych organizacji, które chcą odszkodowań za tzw. pożydowskie mienie bezspadkowe. Tutaj jednak kwoty potencjalnych roszczeń szacowane są na dziesiątki miliardów złotych!

Invenergy to koncern z USA, działający głównie w branży energii odnawialnej (farmy wiatrowe, fotowoltaika) oraz w sektorze gazowy i magazynowania energii. W 2010 roku Amerykanie podpisali ze spółką Polska Energia - Pierwsza Kompania Handlowa Sp. z o.o. (w skrócie: "PE-PKH", która była w całości kontrolowana przez Tauron) 15-letnią umowę na sprzedaż energii elektrycznej i zielonych certyfikatów produkowanych przez farmy wiatrowe należące do Invenergy. Problematyczne w tej umowie było porozumienie w zakresie ceny odsprzedaży energii wyprodukowanej przez Amerykanów. PE-PKH zgodziła się bowiem, aby cena zakupu energii od Invenergy była niższa o 15-20 proc. od ówczesnych cen rynkowych, lecz w zamian miała być niezmienna przez - uwaga - 15 lat! 

Problemy zaczęły się już w 2012 roku kiedy ceny "zielonej energii" w Polsce zaczęły drastycznie spadać. W ciągu roku obniżyły się one o ponad 70 proc. i nagle PE-PKH znalazło się w czarnej d... ze swoim "stałym" kontraktem z Invenergy, na dostawy zielonej energii po zupełnie już nieaktualnej cenie. Tauron (jako właściciel PE-PKH) rozpoczął próby zmiany kontraktu z Amerykanami, tak aby dostosować go do nowych realiów. Niestety, nie przyniosło to rezultatu, dlatego władze spółki postawiły PE-PKH w... stan likwidacji (2014 rok), tak aby umowy zawarte z Amerykanami w 2010 roku przestały obowiązywać. To rozsierdziło Amerykanów, którzy czując się pozbawieni gigantycznego zarobku, postanowili walczyć o wysokie odszkodowanie od Skarbu Państwa. Co ciekawe - w kontaktach z Ministerstwem Energii przedstawiciele spółki Invenergy powoływali się na ustawę o inwestycjach w elektrownie wiatrowe z 2016 r., wprowadzającą wyższe podatki dla wiatraków i blokującą możliwość rozwoju nowych farm, a także na nowelę ustawy o odnawialnych źródłach z 2017 r., które miały zdestabilizować otoczenie regulacyjne dla inwestujących w energię odnawialną w Polsce.

W październiku ub.r. pojawiły się informacje jakoby Invenergy chciało od Polski kwotę 700 mln dolarów odszkodowania (równowartość ok. 2,5 mld zł). 

Powyższe odszkodowanie może być jednak tylko drobną wypłatą, jeśli uwzględnimy coraz częściej pojawiające się w obiegu publicznym roszczenia międzynarodowych organizacji w zakresie tzw. pożydowskiego mienia bezspadkowego. Przypomnijmy, że miesiąc temu 59 amerykańskich senatorów opublikowało list otwarty, w którym wzywali oni polski rząd do przyjęcia ustawy umożliwiającej wypłacenie rekompensat za pożydowskie mienie bezprawnie przejęte przez nazistów, a następnie znacjonalizowane przez komunistów. Co istotne - płatnikami tych rekompensat mieliby być polscy podatnicy, którzy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za decyzje podejmowane w latach 1939-1956 w Berlinie i Moskwie (!).

Gdyby polskie władze posłuchały amerykańskich senatorów i zgodziły się na wprowadzenie ustawy uwzględniającej postulaty Światowej Organizacji ds. Restytucji Mienia Żydowskiego (WJRO) czy Światowego Kongresu Żydów (rekompensaty również za tzw. mienie bezspadkowe, należące przed wojną do Żydów, którzy nie przeżyli Holocaustu i nie pozostawili spadkobierców), to z polskiego budżetu można by wyciągnąć nawet kilkadziesiąt miliardów złotych.

Wczoraj w amerykańskiej Izbie Reprezentantów głosowano nad ustawą pt. "Justice for Uncompensated Survivors Today Act". Nakazuje ona Departamentowi Stanu stałe raportowanie do Kongresu, które kraje nie wywiązują się z "obowiązku restytucji mienia nielegalnie przejętego w czasie Holokaustu i przez rządy komunistyczne". 

Mając na względzie powyższe zupełnie prawdopodobna może być sytuacja, w której wspomniany "obowiązek restytucji" może być narzędziem nacisku. Amerykańska administracja może pewnego dnia powiedzieć tak: "Nie będziecie wypłacać odszkodowań? OK, ale jednocześnie nie będziecie mogli liczyć na nasze militarne wsparcie, a swoich żołnierzy, którzy stacjonują na Mazurach przerzucimy z powrotem do Niemiec". Podejrzewam, że tak postawiony szantaż, przy skoordynowanej, agresywnej postawie Rosji, może być bardzo skuteczny i uruchomi potężny potok kasy na restytucje, roszczenia i odszkodowania.

 

Źródło: Rząd pozwany za wiatraki (Rp.pl)
Źródło: Tammy Baldwin (Senate.gov)

wpis z dnia 25/04/2018

   


  

     Wszystkie "konstytucje dla biznesu" będą nic nie warte, jeśli fiskus nadal będzie niszczył przedsiębiorców swoimi zabójczymi interpretacjami
wpis z dnia 24/04/2018

 

Prawo podatkowe w Polsce jest niezwykle skomplikowane. Potwierdzeniem tego faktu są oficjalne statystyki w zakresie liczby indywidualnych interpretacji podatkowych. Od 2003 roku urzędy skarbowe wydały ich ponad 330 tys.! Jedna interpretacja mogła zaprzeczać drugiej, zmieniać stosowanie prawa o 180 stopni lub - co gorsze - sięgać swoimi konsekwencjami w przeszłość. Niestety, ostatnie historie o tym, jak to fiskus chce dopłat za pięć lat wstecz od informatyków, którzy wcześniej korzystali z 50-proc. kosztów w PIT, pokazują że w istocie nic się nie zmienia...

Prawo podatkowe winno być bowiem na tyle proste i jasne, by nie musiało być interpretowane przez urzędników. Niestety, nie żyjemy w świecie idealnym, mnogość ustaw i przepisów generuje wiele "pól szarości", kiedy nie wiadomo jak się zachować i ile podatku zapłacić. Przedsiębiorcy, zamiast skupiać się na rozwoju swojego biznesu, nieraz toczą z fiskusem krwawą i męczącą walkę o każdą złotówkę.

Zachodniopomorski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych w Szczecinie (ZZMiUW) zorganizował przetarg na konserwację cieków naturalnych oraz kanałów stanowiących urządzenia melioracji wodnych. Co istotne - w specyfikacji istotnych warunków zamówienia usługi te zostały oznaczone jako opodatkowane stawką 8-proc. VAT. Przetarg wygrała firma "X", która rozliczyła się według stawki 8 proc. VAT (tak, jak wskazano w specyfikacji warunków przygotowanych przez jednostkę Skarbu Państwa, jaką jest ZZMiUW).

Problem polega na tym, że urzędnicy skarbowi uznali, iż wspomniana firma "X" powinna się rozliczać według dwóch stawek (8 i 23 proc.), a nie tak, jak wskazano w specyfikacji warunków, według jednej niższej stawki. Fiskus wprost potwierdził, że informacja przekazywana przez jednostkę Skarbu Państwa oferentom w warunkach przetargu była błędna, ale konsekwencje (w postaci dopłaty wielu milionów złotych zaległego podatku) winna ponieść firma, która przetarg wygrała.

Inny przykład z ostatnich dni, to sprawa informatyków i inżynierów, którzy odliczali 50 proc. koszty uzyskania przychodu od honorariów z praw autorskich, a dzięki temu płacili niższy PIT. Robili to na podstawie obowiązującej przez kilka lat i korzystnej dla nich interpretacji podatkowej fiskusa, która jednak w ostatnim czasie uległa zmianie. Efekt tego jest taki, że dziś muszą dopłacać PIT za pięć poprzednich lat podatkowych.

Powyższe problemy nie istniałyby, gdyby obowiązujące podatki oraz zasady ich stosowania były maksymalnie proste i pozbawione wyjątków generujących interpretacyjne "szare pola". W tym kontekście premier Morawiecki może sobie mówić o różnych "konstytucjach dla biznesu". Póki jednak nie nastąpi realne uproszczenie systemu podatkowego, póki przedsiębiorcy będą musieli uwzględniać w swojej działalności różnego rodzaju podatkowe patologie (takie jak wydawanie różniących się, a często sprzecznych ze sobą, interpretacji), póty najpiękniej brzmiące deklaracje i plany polityków będą tylko pustym, pijarowym wabikiem dla betonowego elektoratu.

 

Źródło: Fiskus chce dopłat za pięć lat wstecz od informatyków, którzy korzystali z 50-proc. kosztów w PIT (Rp.pl)
Źródło: Fiskus szuka podatku nawet w rowach (Interia.pl)

wpis z dnia 24/04/2018

   


  

     Chcieli wykończyć polską konkurencję w Danii. Wymyślili, że nasza żywność jest szkodliwa i zabija (!)
wpis z dnia 23/04/2018

 

W ostatnich latach polskie firmy stały się potęgą w eksporcie łososia wędzonego (w 2016 r. wartość eksportu = 6,5 mld zł). Firma BK Salmon z woj. pomorskiego dostarczała go na rynek duński. W sierpniu ub.r. w duńskich mediach pojawiła się informacja, że 1 osoba zmarła, a 2 inne poważnie się zatruły, po tym jak zjadły łososia z Polski. Kilka miesięcy później duńskie władze sanitarne jednoznacznie wykluczyły, aby powodem śmierci i zachorowań były produkty z polskiej firmy. Cóż jednak z tego - BK Salmon stracił do tego czasu wszystkie kontrakty w Danii.

Raport Warsaw Enterprise Institut (WEI) na temat barier i utrudnień dla polskich firm w UE wskazuje, iż w debacie publicznej i mediach na zachodzie Europy nie raz podważa się jakość, a czasami także bezpieczeństwo produktów pochodzących z Polski. Tego typu działania polegają głównie na nagłaśnianiu i wyolbrzymianiu skali rzekomych zagrożeń związanych z polską żywnością: - "W licznych kampaniach informacyjnych czy marketingowych (stanowiących klasyczny przykład tzw. czarnego PR) następują bezpośrednie ataki na polskich producentów żywności i jakość produktów z branży spożywczej. Tymczasem faktycznym powodem takich ataków jest obawa przed konkurencyjnością polskich firm i napływem
rzeczywiście tańszej, polskiej żywności" - czytamy w raporcie WEI.

Historia firmy BK Salmon jest potwierdzeniem uwag poczynionych przez WEI. Pokazuje ona jak czarnym pijarem i oszczerstwami można wykończyć konkurencję z Polski, która przebojem wdarła się na rynki unijne i coraz lepiej sobie tam radziła.

Polska firma z Żelistrzewa (województwo pomorskie) zajmuje się przede wszystkim wędzeniem łososia norweskiego. Spora część ich produktów jest eksportowana (na marginesie warto wspomnieć, że w 2016 r. wartość eksportu łososia wędzonego wyniosła ok. 6,5 mld zł). BK Salmon miała podpisane kontrakty z Dansk Supermarked Group (DSG) - operatorem znajdujących się na terenie Danii sklepów Netto, Fotex, Bilska czy Salling. Wszystko jednak do czasu. Pod koniec sierpnia 2017 r. w Danii wybuchła afera w związku ze śmiercią 1 osoby i zatruciem 2 kolejnych. Duńskie media informowały, że wszystkie te osoby zjadły wędzonego łososia wyprodukowanego w Polsce przez BK Salmon, który miał zawierać w sobie bakterię listerii. 

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Dansk Supermarked Group (DSG) natychmiastowo i całkowicie zerwała współpracę z BK Salmon, a polska żywność została napiętnowana jako "gorsza" i "niebezpieczna". 

Co istotne - po kilku miesiącach duńskie władze sanitarne opublikowały wyniki badań przeprowadzonych na obecność szczepów bakterii. Badania jednoznacznie wykazały, że powodem śmierci i zachorowań nie były produkty z polskiej firmy. Cóż jednak z tego - BK Salmon stracił wszystkie kontrakty biznesowe w Danii, a straty wizerunkowe dla polskiej żywności spowodowane rozdmuchaniem przez duńskie media afery w oparciu o zupełnie niesprawdzone źródła informacji mogą być liczone w miliardach euro (o sprawie było bowiem głośno nie tylko w Danii, ale również w innych państwach UE). 

 

Polskie firmy straciły. Ktoś inny jednak zyskał, gdyż unijny rynek nie lubi próżni...

 

Źródło: Bariery i utrudnienia dla polskich firm w Unii Europejskiej (WEI.org.pl)
Źródło: BK Salmon komentuje sprawę zatruć w Danii (PortalSpozywczy.pl)

 

wpis z dnia 23/04/2018

  


  

     J. Kaczyński (2011): "Ponad połowa ceny benzyny to podatki. Ja obniżyłbym akcyzę, ale do tego trzeba odwagi"
wpis z dnia 20/04/2018

 

Prezes PiS Jarosław Kaczyński w sierpniu 2011 roku wyraził się w sposób klarowny: – "Ponad połowa ceny benzyny to podatki. Rząd może je zmniejszyć. Ja obniżyłbym akcyzę, przez co spadłyby ceny benzyny, ale do tego trzeba odwagi i odpowiedzialności". Obecnie, mimo iż PiS rządzi już 2,5 roku i decyduje o wszystkim, nadal nie widać wspominanej przez prezesa "odwagi i odpowiedzialności" do forsowania obniżek. Zamiast tego mamy próby podbicia ceny paliwa nowymi podatkami. Najpierw tzw. podatkiem drogowym, a jak to nie wyszło - nową opłatą emisyjną. 

Fakty są następujące - cena kupowanego w Polsce paliwa jest istotnie wypaczona przez mnogość i wysokość naliczonych przy okazji podatków. VAT, podatek akcyzowy, opłata paliwowa czy zapasowa przyczyniają się do tego, że rachunek za tankowanie na stacji rośnie o minimum 110 proc. (w relacji do ceny nie zawierającej podatków).

Pod tym względem racje miała premier Beata Szydło, która w 2016 roku powiedziała, iż podnoszenie podatków nie jest dobrym sposobem na rozwój gospodarczy. Jednocześnie potwierdziła, że rząd PiS nie będzie tego robił.

Deklaracje jedno, rzeczywistość drugie. Na początku kwietnia do Sejmu wpłynął projekt ustawy o zmianie ustawy o biokomponentach i biopaliwach ciekłych oraz niektórych innych ustaw, który zawiera on w sobie przepisy wprowadzające nowy podatek - opłatę emisyjną. Jej stawka miałaby wynieść 80 zł za 1000 litrów - zarówno dla benzyn silnikowych jak i olejów napędowych. W praktyce oznacza to podwyżkę rzędu 10 groszy na każdym litrze paliwa (8 groszy opłaty emisyjnej + 2 grosze VAT). Część z tej kwoty miałaby trafić do nowoutworzonego, specjalnego Funduszu Niskoemisyjnego Transportu, który miałby się zajmować "systemowym wsparciem dla rozwoju rynku oraz infrastruktury paliw alternatywnych w transporcie w związku ze zobowiązaniami Polski, wyznaczonymi w dyrektywie ws. wspierania rozwoju rynku i infrastruktury paliw alternatywnych" (czytaj: mrzonki o milionie elektrycznych pojazdów do 2025 roku).

Warto odnotować, że to nie pierwsza próba PiS podniesienia podatków płaconych w cenie paliwa. 6 lipca 2017 roku do Sejmu wpłynął projekt ustawy powołujący Fundusz Dróg Samorządowych (druk sejmowy nr 1712). W celu jego finansowania uznano, iż tankujący legalnie paliwa będą mieli obowiązek płacenia nowej opłaty drogowej. Finalnie jednak okazało się, że projekt tej ustawy trafił do kosza, a opłata drogowa nie weszła w życie.

Powstaje pytanie - jak się mają projekty ustaw forsujące nowe podatki (opłata drogowa, opłata emisyjna) do bardzo klarownej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z 2011 roku, w której to stwierdził, że (gdyby rządził) obniżyłby podatki doliczane do ceny benzyny? Kiedy u partii rządzącej pojawi się wywoływana przez jej prezesa "odwaga i odpowiedzialność" do przeforsowania takich zmian, które doprowadzą do obniżenia ceny paliwa?

 

Źródło: Opłata drogowa to nie wszystko. PiS już wcześniej okłamywało Polaków ws. podatków (Newsweek.pl)
Źródło: Rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o biokomponentach i biopaliwach ciekłych oraz niektórych innych ustaw (Sejm.gov.pl) 

wpis z dnia 20/04/2018

   


  

     Milion aut elektrycznych rządu PiS do 2025 roku będzie jak elektrownia atomowa rządu PO do 2020 roku
wpis z dnia 19/04/2018

 

Jednym z pomysłów rządu PiS było wprowadzenie Polski do grona państw "elektromobilnych". Zgodnie z planem auta elektryczne winny przebojem wedrzeć się na polski rynek i polskie drogi, a pomóc w osiągnięciu tego celu miała założona w 2016 roku spółka ElectroMobility Poland. Po upływie ponad 1,5 roku od powołania jej do życia (w tym celu kasę wyłożyły państwowe PGE, Tauron, Enea i Energa), wizja miliona "elektryków" jeżdżących po Polsce w 2025 roku nadal pozostaje tylko wizją i coraz bardziej upodabnia się do pomysłu "ATOM 2020" forsowanego przez PO. 

Przypomnijmy - 13 stycznia 2009 roku rząd Tuska, w blasku fleszy i przy sporym zainteresowaniu mediów, przyjął uchwałę, zgodnie z którą do 2020 roku miał wybudować pierwszą polską elektrownie atomową. W tym celu ówczesne władze powołały specjalne spółki wraz z zarządami i radami nadzorczymi oraz utworzyły stanowisko pełnomocnika rządu ds. budowy elektrowni atomowej. 

Nikt wówczas (2009 rok) nie spodziewał się, że hasło "pierwszej polskiej elektrowni atomowej" będzie jedynie pustą narracją, kolorowym wabikiem dla mediów i platformianego elektoratu, wymysłem czysto politycznym, który da ciepłe posadki i wymiernie korzyści dla stosunkowo wąskiej grupy ludzi. Warto podkreślić, że "projekt atomowy" trwa już 9 lat i - jak do tej pory - pochłonął 958 milionów złotych, a mimo to nadal nie znamy nawet lokalizacji, w jakiej miałaby powstać pierwsza polska siłownia jądrowa.

Im dłużej przypominam sobie wymyśloną przez Tuska historię "polskiego atomu", co to miał być do 2020 roku, z tym większym niepokojem spoglądam na projekt "miliona aut elektrycznych" do 2025 roku. Koncept rozwoju elektromobilności miał być jednym z "kół zamachowych" polskiej gospodarki oraz polskiej innowacyjności wg PiS. Zakładał on, że do 2025 roku po polskich drogach jeździć będzie milion samochodów elektrycznych (to nic, że aby zasilić taką flotę pojazdów elektrycznych potrzeba dodatkowej podaży energii na poziomie 4,3 TWh, której obcenie nikt nie jest w stanie w naszym kraju wyprodukować).

Aby projekt "miliona aut" był możliwy do zrealizowania w październiku 2016 r. powołano - tak, jak w przypadku elektrowni atomowej - specjalną spółkę celową, którą nazwano ElectroMobility Poland. Na stronie internetowej tej spółki czytamy, że jej misją jest "budowa spójnego ekosystemu elektromobilności w Polsce", a głównym celem "opracowanie koncepcji polskiego samochodu elektrycznego". Ponadto ElectroMobility Poland planuje "stworzyć podstawy dla powstania nowego rynku w Polsce i stać się częścią globalnego przemysłu pojazdów elektrycznych".

Wszystko brzmi pięknie. Problem w tym, że od momentu powołania spółki do życia minęło już ponad 18 miesięcy. W tym czasie spółka przeprowadziła konkurs na wizualizację pierwszego polskiego pojazdu elektrycznego i... w sumie to by było na tyle. Kolejnym krokiem ma być "wyłonienie partnerów, których zadaniem w postępowaniu na budowę prototypu było opracowanie koncepcji technicznej i biznesowej samochodu elektrycznego, umożliwiającej jego przyszłą produkowalność". Kiedy to jednak nastąpi? Dokładnie nie wiadomo.

To wszystko sprawia, że zaczynam dostrzegać analogię między "milionem elektryków" do 2025 roku a "projektem atomowym", który miał być ukończony w 2020 roku. Czy rządowy "Plan Rozwoju Elektromobilności" będzie tylko pustą narracją, kolorowym wabikiem dla mediów i elektoratu, tak jak pustą narracją oraz wabikiem dla mediów i elektoratu okazała się być elektrownia atomowa Tuska? Niestety, są podstawy do tego, aby tak twierdzić.

 

Źródło: Piotr Zaremba nowym prezesem ElectroMobility Poland (businessinsider.com.pl)
Źródło: Elektromobilność w Polsce (emobilitypoland.pl)
Źródło: Jest dyrektor zarządzający ElectroMobility Poland (Cire.pl)

wpis z dnia 19/04/2018

   


  

     Władza zapowiada obniżenie CIT dla przedsiębiorców. Po cichu jednak będzie podwyższać VAT dla 180 kategorii produktów!
wpis z dnia 18/04/2018

 

Premier Morawiecki ogłosił kilka dni temu, że obniży podatek CIT z 15 do 9 proc. W rzeczywistości zmiana ta będzie się odnosić do stosunkowo niewielkiej grupy mikroprzedsiębiorców. To jednak nie ma znaczenia. Ważne jest bowiem to, że narracja o "obniżce CIT" przykryje planowaną podwyżkę stawek VAT (z 8 do 23 proc.) dla 180 kategorii produktów, która przyczyni się do tego, że w całkowitym bilansie podatkowym zapłacimy więcej, niż obecnie. O tym jednak we Wiadomościach TVP raczej już nie usłyszymy.

Żeby była jasność - każda propozycja obniżenia podatków, nawet symboliczna i odnosząca się tylko do określonej grupy płatników jest dobra. Pod tym względem premierowi Mateuszowi Morawieckiemu należą się brawa za zapowiedzi obniżenia CIT-u dla małych firm z 15 do 9 proc. To, że zmiana będzie dotyczyć stosunkowo niewielkiej grupy mikroprzedsiębiorców (większość bowiem rozlicza się według PIT, a nie CIT) nie ma tutaj znaczenia. 

Problemy zaczynają się, kiedy na temat podatków spojrzymy nieco szerzej. Otóż w dwa dni po ogłoszeniu przez premiera Morawieckiego obniżek podatku CIT, do gry wkracza wiceminister finansów Paweł Gruza. Na otwarciu II Kongresu Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan oświadczył on, że resort finansów planuje zmniejszenie liczby towarów z obniżoną stawką podatku VAT. 

- "Jest zidentyfikowanych 240 kategorii, które mają przywilej stawki obniżonej i chcemy zredukować to czterokrotnie, do mniej więcej 60" - stwierdził Gruza. 

No cóż - jeśli zapowiadana przez wiceministra Gruzę zmiana wejdzie w życie i ceny ok. 180 kategorii produktów wzrosną (wszak wzrośnie stawka VAT z poziomu 8 proc. do 23 proc.), to obawiam się, że w całkowitym bilansie podatkowym (uwzględniając nawet obniżkę CIT dla mikroprzedsiębiorców w wersji proponowanej przez premiera Morawieckiego) i tak zapłacimy więcej, niż mniej. 

Oczywiście prorządowe media głównego nurtu, pokroju Wiadomości TVP czy serwisów internetowych wPolityce / Niezależna, raczej nie będą punktować władzy za wspomnianą podatkową niekonsekwencję (z jednej strony obniżka CIT dla wybranych, z drugiej podwyżka VAT dla wszystkich). Więcej - obawiam się, że spora grupa osób, przytłoczona wiadomościami o "entuzjastycznie przyjętej obniżce CIT", nawet nie będzie miała okazji się dowiedzieć, że doszło do podwyższenia płaconych przez nich podatków. Niestety, obserwując dotychczasowe poczynania obecnej władzy na odcinku propagandy wcale nie wykluczałbym takiego scenariusza.

 

Źródło: Gruza: będzie zmniejszenie liczby towarów z obniżoną stawką VAT (Pap.pl)
Źródło: Z obniżką CIT-u przez premiera Morawieckiego jest jeden poważny problem (businessinsider.com.pl)

wpis z dnia 18/04/2018

   


   

     Serbia przez 25 lat będzie płacić żydowskim organizacjom odszkodowania za tzw. mienie bezspadkowe. Dla Polski to bardzo groźny precedens
wpis z dnia 17/04/2018

 

Dopiero teraz dochodzi do nas jak bardzo niebezpieczna dla polskiej racji stanu jest podpisana w 2009 roku przez rząd D. Tuska tzw. Deklaracja Terezińska. Dokument ten sam w sobie nie ma mocy prawnej. Problem w tym, że ekipa Tuska podpisując go uwiarygodniła roszczenia Światowego Kongresu Żydów w zakresie tzw. mienia bezspadkowego (dobrowolnie przyznała bowiem, że kwestia ta istnieje i nie jest uregulowana). Serbia również podpisała tę deklarację. Efekt jest taki, że dziś - jako pierwszy kraj w Europie - płaci żydowskim organizacjom wysokie odszkodowania.

Przypomnijmy - w czerwcu 2009 roku w Pradze i Terezinie w Czechach odbyła się międzynarodowa konferencja z udziałem przedstawicieli 46 państw (reprezentantem polskiego rządu był Władysław Bartoszewski). Na konferencji tej rozmawiano m.in. o kwestiach zwrotu nieruchomości należących przed wojną do Żydów, którzy zostali zabici przez Niemców w trakcie Holocaustu. Zakończyła się ona podpisaniem tzw. Deklaracji Terezińskiej - dokumentu, który nie miał żadnej mocy prawnej w relacjach międzynarodowych, ale zasygnalizował, że problem zwrotu mienia i nieruchomości należących przed wojną do Żydów nadal istnieje, a państwa-sygnatariusze Deklaracji będą robić wszystko, aby wdrożyć do swojego prawodawstwa odpowiednie regulacje, które rozwiążą m.in. kwestie tzw. mienia bezspadkowego.

Warto zauważyć, że w kontrze do postanowień Deklaracji Terezińskiej stał ubiegłoroczny projekt tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej, która raz na zawsze miała rozstrzygnąć kwestie finansowych rekompensat za mienie bezprawnie przejęte przez nazistów, a następnie znacjonalizowane przez komunistów (projekt przewidywał m.in. ograniczenie prawa do dziedziczenia roszczeń tylko do najbliższych krewnych pierwotnych właścicieli w linii prostej [tj. dzieci / rodzice] oraz wykluczenie możliwości reprywatyzacji tzw. mienia bezspadkowego).

Wspomniany projekt rozwścieczył przedstawicieli World Jewish Restitution Organization (WJRO) - organizacji utworzonej w 1992 przez World Jewish Congress w celu pomocy w odzyskaniu mienia żydowskiego w Europie (z wyjątkiem Niemiec i Austrii). Żydom skupionym w WJRO nie podobało się szczególnie wykluczenie możliwości reprywatyzacji tzw. mienia bezspadkowego. Wkrótce później Izrael rozpętał prawdziwą wojnę informacyjną, w której oskarżył Polskę o kwestionowanie Holocaustu i współudział w zbrodni dokonanej na Żydach podczas II wojny światowej. Efekt był taki, że rząd PiS rakiem wycofał się z projektu dużej ustawy reprywatyzacyjnej. 

W kontekście powyższego warto przypomnieć o kazusie innego sygnatariusza Deklaracji Terezińskiej - Serbii. Otóż to bałkańskie państwo zdecydowało porozumieć się z Izraelem, USA i World Jewish Restitution Organization i postanowiło, że począwszy od 2017 roku przez kolejnych 25 lat będzie wypłacać po 950 tys. euro rocznie na rzecz "serbskiej społeczności żydowskiej". Kwota ta ma ostatecznie i definitywnie zamknąć temat restytucji pożydowskiego mienia w Serbii.

Problem w przypadku Polski polega na tym, że analogiczne porozumienie się w zakresie "zwrotu" bezspadkowego mienia musiałoby uwzględnić kwoty o kilkaset (jeśli nie kilka tysięcy) razy większe niż serbskie 950 tys. euro w skali roku.

 

Źródło: United States Welcomes Serbia’s Passage of Holocaust Restitution Law (RS.USembassy.gov)

wpis z dnia 17/04/2018

   


  

     Wśród 10 największych elektrowni węglowych UE, aż 7 leży w RFN. W tej stawce odpowiadają one za 69 proc. emisji
wpis z dnia 16/04/2018

 

Niemiecka energetyka węglem brunatnym stoi. Do takich wniosków można dojść przeglądając ranking 10 największych elektrowni węglowych w UE emitujących najwięcej gazów cieplarnianych do atmosfery. Choć pierwsze miejsce zajmuje w nim elektrownia w Bełchatowie (37,6 mln ton emisji w 2017), to kolejnych sześć miejsc należy do elektrowni zlokalizowanych na terytorium RFN, które w 2017 roku wyemitowały łącznie ponad 122 mln ton gazów cieplarnianych. Na 8. miejscu jest elektrownia Kozienice, ale kolejne 9. miejsce znowu przypadło elektrowni z Niemiec. 

Zgodnie z opublikowanym kilka dni temu raportem firmy Sandbag, w Europie po raz pierwszy od siedmiu lat urosły emisje gazów cieplarnianych. Okazuje się, że w 2017 roku przedsiębiorstwa objęte systemem ETS (europejski system handlu uprawnieniami do emisji CO2) wyemitowały łącznie do atmosfery 1,756 miliarda ton CO2 (wynik z wyłączeniem linii lotniczych), oznacza to wzrost o 0,3 procent w porównaniu z 2016 rokiem.

Co istotne - aż 38 procent emisji w ramach systemu ETS pochodziło z elektrowni węglowych. Jednocześnie po raz pierwszy w historii ponad połowa emisji z takich elektrowni pochodziła z elektrowni opalanych węglem brunatnym. W tym kontekście bardzo ciekawie prezentuje się przygotowany przez pracowników firmy Sandbag ranking 10 największych elektrowni węglowych w UE emitujących najwięcej gazów cieplarnianych do atmosfery. Okazuje się, że aż 7 z nich w ubiegłym roku było zlokalizowanych na terytorium RFN, a jednocześnie było opalanych węglem brunatnym:

1. Bełchatów (POL) - 37,6 mln ton CO2 (brunatny)
2. Neurath (GER) - 29,9 mln ton CO2 (brunatny)
3. Niederaussem (GER) - 27,2 mln ton CO2 (brunatny)
4. Janschwalde (GER) - 23,6 mln ton CO2 (brunatny)
5. Weisweiler (GER) - 18,9 mln ton CO2 (brunatny)
6. Schwarze Pumpe (GER) - 11,4 mln ton CO2 (brunatny)
7. Lippendorf (GER) - 11,4 mln ton CO2 (brunatny)
8. Kozienice (POL) - 11,2 mln ton CO2 (kamienny)
9. Boxberg (GER) - 10,6 mln ton CO2 (brunatny)
10. Maritsa East 2 (BUL) - 10,5 mln ton CO2 (brunatny)

Pisałem o tym niedawno, ale w nawiązaniu do wskazanych powyżej wyników nie zaszkodzi powtórzyć. Nasi zachodni sąsiedzi kilka lat temu zapragnęli być europejskim prymusem pod względem odnawialnych źródeł energii. Miały one zastąpić moce największych niemieckich elektrowni węglowych (w tym przede wszystkim tych, które są wymienione w powyższym rankingu). Ambitne plany szlag jednak trafił. Koszty "Energiewende" okazały się być miażdżące, w efekcie czego tempo ograniczania emisji CO2 w Niemczech nie różniło się zbytnio od tempa ograniczania emisji w Polsce. Fakt ten trzeba było jakoś przykryć, stąd wymyślono i rozpropagowano kłamstwo o Polsce jako "największym trucicielu UE".

 

Źródło: Po raz pierwszy od siedmiu lat w Europie rosną emisje gazów cieplarnianych (BiznesAlert.pl)
Źródło: NEW DATA: EU ETS emissions rise for first time in 7 years (SandBag.org.uk)

wpis z dnia 16/04/2018

  


 

     Emerytalna patologia fiskalna: Dlaczego państwo nalicza podatek od kwoty zabranej w podatkach?!
wpis z dnia 13/04/2018

 

Ludzie całe życie płacą do urzędów skarbowych podatki oraz przekazują składki do ZUS. Kiedy po kilkudziesięciu latach pracy w końcu udaje im się osiągnąć wiek emerytalny i zaczynają otrzymywać emeryturę, to nagle okazuje się, że państwo łupie ich po raz drugi raz. Wypłacając emerytury nalicza bowiem podatki od kwot, które emeryt oddał wcześniej w podatkach (!). Ta fiskalna patologia (trzeba nazywać rzeczy po imieniu) trwa już od dłuższego czasu i niestety nic nie wskazuje, aby cokolwiek miało się w tym aspekcie zmienić.

Zgodnie z oficjalnymi informacjami GUS w 2016 roku było w Polsce 6,34 mln emerytów. Przeciętna miesięczna emerytura z wyniosła 2 131,70 zł brutto (czyli ok. 1 767 zł na rękę). Najwyższe świadczenia wypłacano w województwie śląskim (przeciętna miesięczna emerytura wynosiła tam 2 589,60 zł brutto, tj. ok. 2 136 zł na rękę), a najniższe w województwie podkarpackim (1 876,36 zł brutto, tj. ok. 1 561 zł netto).

Wiarygodniejszym wskaźnikiem niż średnia często jest mediana. W przypadku emerytur w 2016 roku wyniosła ona 1 834,40 zł brutto (czyli ok. 1 527 zł netto). To oznacza, że dokładnie połowa świadczeniobiorców (mediana) otrzymywała emeryturę w wysokości mniejszej od wskazanej powyżej kwoty, a druga połowa - wyższą. 

Co istotne - 5,9 proc. emerytów (tj. ok. 374 tys. osób) otrzymywało świadczenia emerytalne niższe niż 50 proc. mediany (tj. poniżej 917,20 zł brutto = 786 zł netto)! 

Dla wszystkich emerytów otrzymujących świadczenia poniżej progu egzystencji (wspomniane 374 tys. osób z emeryturami niższymi od 50 proc. mediany), jak również tych, których świadczenia są głodowe (właściwie cała populacja emerytów otrzymujących mniej od mediany, czyli ok. < 1 500 zł na rękę) ważne jest każde dodatkowe 100 - 200 zł. Niestety, państwo w swojej bezkompromisowej gonitwie za wszelkimi przychodami zabiera im wspomniane pieniądze w podatkach dochodowych, naliczając je od wypłacanych kwot, które przecież już raz stanowiły pobrany podatek. 

To specyficzne opodatkowanie zwracanego podatku (w rozumieniu daniny publicznej, jaką były składki emerytalne) w istocie jest fiskalną patologią. Niestety nic nie wskazuje na to, aby w tym zakresie miało się cokolwiek zmienić. Złożony w ubiegłym roku przez PSL projekt ustawy dotyczący emerytur bez podatku PIT przepadł miesiąc temu w Sejmie i to już podczas pierwszego czytania. Przeciwko tej ustawie było... Prawo i Sprawiedliwość.

 

Źródło: Emerytury i renty w 2016 r. (STAT.gov.pl)
Źródło: Emerytury bez podatku i składek. PiS odrzucił projekt (Money.pl)

wpis z dnia 13/04/2018

   


   

     Sasin: "Płace wszystkich Polaków rosną bardzo szybko". Ostrzegam - forsowanie alternatywnej rzeczywistości może mieć zgubne skutki
wpis z dnia 12/04/2018

 

Fałszowanie rzeczywistości, nachalna propaganda czy malowanie trawy na zielono w dłuższej perspektywie jeszcze nigdy nie wyszły nikomu na dobre. Najlepszym tego przykładem była ekipa PO, która usilnie starała się przekonać Polaków, że żyją w "złotym okresie". Jak to się dla nich skończyło pokazały wyniki wyborów z 2015 roku. Niestety, poszczególni politycy PiS idą w ślady swoich poprzedników i zachowują się tak, jak zblazowany Bronisław Komorowski, kiedy krzyczał, że tylko ślepiec może nie dostrzec tego, jak w Polsce jest wspaniale i dobrze.

W marcu 2015 roku, podczas swojej konwencji wyborczej Bronisław Komorowski krzyczał do zebranych sympatyków: "Trzeba być ślepym żeby nie widzieć, że żyjemy w złotym okresie dla Polski". Dwa miesiące później okazało się, że większość społeczeństwa jest jednak ślepa i nie podzieliła nachalnego optymizmu forsowanego przez kandydata na prezydenta Platformy Obywatelskiej.

Niestety, niektórzy politycy Prawa i Sprawiedliwości chyba nie wyciągnęli wniosków z przypowieści o "złotym okresie" i sami postanowili wykazać się kreatywnością w zakresie forsowania alternatywnej rzeczywistości. Jacek Sasin, który obecnie pełni funkcję sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz przewodniczącego Komitetu Stałego Rady Ministrów, stwierdził na antenie Radia Zet rzecz następującą:

W naszym odczuciu, w odczuciu Pani premier Beaty Szydło, która zdecydowała o tym, żeby te premie przyznawać, te premie się należały. Mówiła zresztą o tym w Sejmie. Miała takie głębokie przekonanie, bardzo dobrze oceniała pracę ministrów. I ja myślę, że obiektywnie rzecz biorąc, ta praca musi być bardzo dobrze oceniona. To widać również po tym, jakie są efekty tego rządu. Chociażby przed programem rozmawialiśmy chwilę o średniej płacy, ona dzisiaj zbliża się do pięciu tysięcy. Rosną te płace bardzo szybko wszystkich Polaków, więc rzeczywiście efekty pracy rządu są znakomite.

Sasin w tej wypowiedzi wkomponował dwie manipulacje, jeśli nie kłamstwa. Po pierwsze nie jest prawdą, że płace wszystkich Polaków rosną bardzo szybko. Jeśli rosną to raczej dość powoli, a sporą część tych wzrostów i tak zjada inflacja. Po drugie - wzrosty płac (niezależnie od tego, czy ocenimy je jako szybkie czy też powolne) nie są bezpośrednią zasługą prac rządu. To efekt wielu różnych czynników, głównie natury gospodarczo-ekonomicznej. Rząd może mieć jedynie pośredni wpływ na te kwestie, np. obniżając podatki czy administracyjno-skarbowe koszty zatrudnienia. Tego jednak za tej kadencji nie było. 

Kiedy ważny polityk rządowy forsuje alternatywą rzeczywistość, to musi się liczyć z konsekwencjami. Czasem bowiem słuchanie o tym jak jest dobrze, jak ludzie się bogacą i generalnie dzięki łaskawie panującej władzy są szczęśliwi może podnieść ciśnienie u elektoratu, który nie dostrzega tego, jak jest dobrze, nie specjalnie się bogaci i nie jest do końca szczęśliwy. W najgorszym razie narzucanie nieprawdziwej wizji świata może się skończyć tak, jak skończyła się dla Komorowskiego narracja o "złotym okresie". Politycy PiS powinni to mieć na uwadze.

 

Źródło: Jacek Sasin: W naszym odczuciu nagrody rządowi się należały, ale Polacy uznali inaczej (RadioZet.pl)

wpis z dnia 12/04/2018

   


  

     W dwa lata po odsunięciu Platformy od władzy, luka VAT w Polsce zmniejszyła się niemal o połowę
wpis z dnia 11/04/2018

 

Okazuje się, że tzw. luka w VAT zmniejszyła się w 2017 roku do poziomu 14 proc. potencjalnych wpływów z tego podatku (ok. 22 mld zł), podczas gdy jeszcze rok wcześniej wynosiła 20 proc. (ok. 34 mld zł), a w 2015 r. - rekordowe 23,9 proc. (ok. 40 mld zł). Warto zauważyć, że w 2007 roku Polska miała jedną z najniższą luk VAT w całej UE (dane Komisji Europejskiej mówiły ok. 7 mld zł). Jednak już od 2008 roku luka zaczęła się powiększać w bardzo szybkim tempie, by w roku 2015 osiągnąć rekordowy pułap. Dlaczego odsunięcie PO od władzy zbiegło się ze spadkiem luki VAT?

Dwaj posłowie PO - Wojciech Król i Paweł Bańkowski - złożyli do ministra finansów interpelację dotyczącą sumy wyłudzeń VAT w latach 2015-2017. W odpowiedzi wiceminister finansów przedstawił dane dotyczące tzw. luki w VAT, czyli różnicy między realnymi wpływami z tego podatku do budżetu kraju, a wpływami możliwymi do osiągnięcia. Okazało się, że w 2017 roku luka VAT wyniosła 14 proc. potencjalnych wpływów z tego podatku (ok. 22 mld zł), w 2016 roku - 20 proc. (ok. 34 mld zł), a w 2015 roku - 23,9 proc. (ok. 40 mld zł).

Z opublikowanych przez resort finansów informacji wynika jednoznacznie, że luka VAT w ciągu zaledwie dwóch lat zmniejszyła się blisko o połowę (z poziomu niemal 24 proc. potencjalnych wpływów z tego podatku, co stanowiło ok. 40 mld zł, do 14 proc., co przełożyło się na stratę rzędu ok. 22 mld zł).

- "Ten rząd przez półtora roku zrobił więcej w zakresie uszczelniania systemu VAT niż poprzednicy przez dziesięć lat" - twierdził w maju br. Tomasz Kassel, partner w PwC (firmy audytorsko-doradczej). I nie ma się co dziwić takim sformułowaniom, szczególnie, jeśli dane za lata 2015 - 2017 zestawimy z informacjami dostępnymi za okres od 2007 do 2015 roku. Warto zauważyć, że jeszcze w 2007 roku Polska była wiceliderem wśród krajów UE z najniższą luką VAT. Komisja Europejska szacowała ją wówczas na około 7,1 mld zł. Jednak w ciągu kolejnych lat - głównie poprzez działalność mafii wyłudzającej nielegalne zwroty podatku - luka VAT urosła kilkukrotnie (dochodząc do poziomu ok. 40 mld zł w 2015 roku), a skumulowane straty państwa z tego tytułu w latach 2008 - 2015 mogły wynieść nawet 262 mld zł!

Dlaczego, kiedy u władzy była ekipa PO-PSL, walka z wyłudzeniami VAT szła jak po grudzie? Być może ta historia przybliży nam ówczesne podejście rządzących do problemu: W 2014 roku Ministerstwo Finansów dostrzegło problem gigantycznych wyłudzeń podatku VAT na handlu elektroniką (telefony komórkowe, smartfony, tablety, notebooki itp.). Rozpoczęły się prace nad nowelizacją ustawy o VAT, która miała zdusić możliwość wyłudzania tego podatku w przypadku handlu ww. przedmiotami (tzw. odwrócony VAT). 

Po kilku miesiącach prac resortowi finansów udało się przedstawić założenia noweli ustawy. 19 sierpnia 2014 r. przyjął je rząd, a 10 września projekt ustawy był gotowy. Niestety, zamiast sprężyć się i przeprocesować projekt przez ścieżkę legislacyjną tak, aby mógł on wejść w życie zgodnie z planem, tj. 1 stycznia 2015 roku, rządzących dopadła dziwna "opieszałość", a determinacja do wprowadzenia zmian gdzieś się rozpłynęła. Efekt tego był taki, że nowelizacji nie udało się przeforsować w terminie gwarantującym jej wejście w życie od 1 stycznia 2015 r. Przestępcy wyłudzający VAT dostali od rządzących w prezencie ekstra 3 miesiące na prowadzenie swojego przestępczego procederu. Eksperci szacowali, że w tym czasie Skarb Państwa mógł stracić dodatkowy miliard złotych!

 

Źródło: MF: luka w VAT w 2017 r. zmalała do ok. 14 proc. potencjalnych wpływów z tego podatku (Stooq.pl)
Źródło: Rząd podaruje oszustom kwartał (PB.pl)

wpis z dnia 11/04/2018

   


   

     Jądro PiS zaczyna wspierać Tuska. Jeśli Suski twierdzi, że nie będzie głosował na Dudę, to kto na tym zyska?
wpis z dnia 10/04/2018

 

Projekt pt. "Powrót Tuska do kraju" zaczyna stopniowo wchodzić w fazę realizacji. Przychylne sondaże, pozytywne wypowiedzi w mediach, tworzenie mitu, że mamy do czynienia z kimś ważnym - to wszystko przybliża założyciela Platformy Obywatelskiej to osiągnięcia sukcesu w postaci wygranej w wyborach prezydenckich. Kluczowe jednak wydaje się być zachowanie samego PiS. Jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego nadal będzie poniżać publicznie swojego prezydenta, to wynik wyborów w 2020 roku już dziś można uznać za przesądzony.

Problem PiS, w kontekście wyborów prezydenckich w 2020 roku, polega na tym, że partia ta na ten moment jest skazana na Andrzeja Dudę. Po pierwsze - to właśnie Duda, a nie Lech czy Jarosław Kaczyński, potrafił zdobyć największe poparcie "centrowego", czy też - jak kto woli - umiarkowanego elektoratu. Warto zauważyć, że w wyborach z 2015 roku Duda uzyskał 8,630 mln głosów. To o 373 tys. głosów więcej niż otrzymał Lech Kaczyński w 2005 roku (8,257 mln głosów) i aż o 711 tys. głosów więcej niż dostał Jarosław Kaczyński w 2010 roku (7,919 mln głosów).

O umiarkowanym elektoracie piszę nie bez kozery, bowiem to właśnie ten elektorat - przy założeniu obustronnej mobilizacji elektoratów "betonowych" - decyduje o finalnym wyniku wyborów w Polsce. Stąd też publiczne poniżanie przez "jądro PiS" swojego własnego prezydenta będzie skutkowało częściową demobilizacją elektoratu "betonowego", co nawet przy sprzyjających notowaniach u centrystów, będzie oznaczało porażkę Dudy w 2020 roku z silnym kandydatem zjednoczonej opozycji, którym bez wątpienia będzie Donald Tusk.

Po drugie - nawet, gdyby komitet wykonawczy PiS postawił na Dudzie przysłowiowy krzyżyk i postanowił, aby w 2020 roku partię reprezentował inny kandydat, to powstaje pytanie o jego personalia. Obecnie nie ma bowiem nikogo, kto przy poparciu "betonowego" elektoratu PiS, byłby w stanie zjednać do siebie również elektorat "umiarkowany". Jeśli ktoś w PiS myśli, że dobrym kandydatem byłaby tutaj Beata "nagrody się należały" Szydło, to jest w sporym błędzie. Była premier, choćby nawet zebrała 100 proc. poparcie wśród sympatyków samego PiS, to nie przekona do siebie tzw. centrum.

Jeśli Marek Suski twierdzi, że Andrzej Duda stracił jego głos, to bardziej jest to problem PiS niż Andrzeja Dudy. Im dłużej partia Jarosława Kaczyńskiego będzie poniżać publicznie swojego prezydenta, tym mniejsze ma szanse na to, że jej kandydat (niezależnie czy byłby to Duda, czy też ktokolwiek inny) wygra wybory w 2020 roku. 

wpis z dnia 10/04/2018

   


 

     Przekop Mierzei miał być torpedowany przez Rosjan lub ekologów. Póki co robią to jednak członkowie PO!
wpis z dnia 9/04/2018

 

Baliśmy się, że to Rosjanie albo ekolodzy będą podejmować działania blokujące przekop Mierzi Wiślanej. A tu proszę, niespodzianka - póki co robią to członkowie Platformy Obywatelskiej! Zarząd województwa pomorskiego, w którym zasiada aż czterech członków PO i jeden członek PSL, podjął właśnie decyzje o negatywnym zaopiniowaniu planu przekopu Mierzei. Opinia ta jest zbieżna ze stanowiskiem grupy roboczej z Ob. Kaliningradzkiego, która reprezentuje interesy Federacji Rosyjskiej i jest przeciwko realizacji tej inwestycji.

Rok temu pisałem na łamach tego bloga, że w Obwodzie Kaliningradzkim powołano specjalną "grupę roboczą", w skład której weszli przedstawiciele lokalnych władz, rosyjscy naukowcy oraz zieloni aktywiści. Celem tej grupy miało być przygotowanie "oceny ekologicznych skutków przekopu Mierzei Wiślanej". Powołanie wspomnianego gremium było oczywiście ruchem czysto pozorowanym, wszak od samego początku było bowiem wiadome, że ocena pomysłu uniezależnienia się portu w Elblągu od rosyjskiej cieśniny nie może być przez Rosjan postrzegana pozytywnie.

Do stanowiska prezentowanego przez rosyjską grupę roboczą nawiązała ostatnia decyzja zarządu województwa pomorskiego. Otóż to kontrolowane przez aktywistów Platformy Obywatelskiej gremium (aż 4 na 5 członków zarządu to ludzie wybrani do sejmiku województwa pomorskiego z list PO; 5 członek zarządu to działacz PSL) podjęło właśnie decyzje o negatywnym zaopiniowaniu planu przekopu Mierzei Wiślanej. Powód? - Zarząd stwierdził, że inwestycja ta nie ma uzasadnienia ekonomicznego, a dostarczona mu przez inwestora dokumentacja miała być niekompletna. 

Zupełnie odmiennego zdania Urząd Morski w Gdyni (ustawowy inwestor), który stwierdził, że budowa przekopu przez Mierzeję to przede wszystkim gwarancja rozwoju ekonomicznego regionu. Ponadto za realizacją tej inwestycji ma przemawiać interes publiczny polegający na zapewnieniu bezpieczeństwa publicznego w regionie i na wschodniej granicy Unii Europejskiej oraz wschodniej flance NATO (swobodny i nieograniczony dostęp jednostek pływających [w tym jednostek Marynarki Wojennej, Straży Granicznej i NATO] do portów Zalewu Wiślanego).

Torpedowanie pomysłu przekopu przez Mierzeję przez Rosjan czy ekologów było oczywiste. Uniezależnienie się portu w Elblągu od przeprawy w Bałtyjsku oraz rozwój gospodarczy całego regionu z pewnością nie mogą się podobać zarządzającym Federacją Rosyjską czy nawiedzonym ekologom. Ale to, że otwartymi przeciwnikami realizacji tej inwestycji będą lokalni działacze Platformy Obywatelskiej na Pomorzu jest dla mnie nowością i sporym zaskoczeniem. Wygląda na to, że nie przekonują ich polska racja stanu i polskie interesy. Szkoda. Tym bardziej, że to oni rządzą w województwie pomorskim.

 

Źródło: Projekt był niekompletny i zabrakło analiz. Plan przekopu przez Mierzeję Wiślaną oceniony negatywnie (RadioGdansk.pl)

wpis z dnia 9/04/2018

   


  

     Gambit Kaczyńskiego. Wycie opozycji wskazuje, że cały "konwój wstydu" w jednym momencie szlag trafił
wpis z dnia 6/04/2018

 

Kiedy wydawało się, że sytuacja PiS jest nie do pozazdroszczenia, a nagrody i premie będą ciągnęły tę formacje coraz niżej w sondażowych badaniach opinii publicznej, nagle pojawia się on - mówiąc w przenośni - cały na biało i rozwala jedyną skuteczną narrację opozycji w niecałe 10 minut. Jarosław Kaczyński, podejmując gambitową decyzje o obniżeniu poselskich pensji, rozwścieczył wszystkich swoich przeciwników. Oto bowiem okazało się, że Platforma z Nowoczesną nie mają dla Polaków praktycznie nic do zaoferowania poza billboardami z "konwoju wstydu". 

Wydawało się, że opozycja w końcu znalazła "czuły punkt" PiS-u, w który im mocniej będzie walić, tym bardziej będzie zyskiwać w sondażach. Tym punktem były oczywiście słynne nagrody dla ministrów z rządu Beaty Szydło. PiS zasłużenie stracił w sondażach około 10 pp. poparcia. Za pychę i arogancję wyrażoną w sformułowaniu "nagrody się należały" mógł stracić jeszcze więcej. Tym bardziej, że Platforma i Nowoczesna ewidentnie złapały wiart w żagle i na nagrodach mogły w sposób istotny odbudować swoją popularność.

I wtedy pojawia się on - Jarosław Kaczyński. Na wczorajszej konferencji prasowej w 10 minut rozbił całą narrację opozycji i spowodował, że Platforma straciła spore pieniądze zainwestowane w akcję z mobilnymi billboardami "konwoju wstydu", który dopiero co wczoraj wyruszył w Polskę, a już dziś musi wracać i się demontować. Kaczyński powiedział bowiem rzecz następującą:

"Komitet polityczny PiS - na mój wniosek - ustalił, że do laski marszałkowskiej zostanie złożony projekt obniżenia pensji poselskiej o 20 proc., wprowadzenia nowych limitów obniżających dla wójtów, burmistrzów, marszałków, starostów, a także dla ich zastępców (...) Będzie dużo, dużo skromniej (...) Społeczeństwo oczekuje skromności i ta skromność będzie wprowadzana".

Opozycja myślała, że ustrzeliła PiS, a okazało się że sama dostała rykoszetem po własnym strzale. Racje ma publicysta Stanisław Janecki, który komentując wczorajsze wydarzenia, napisał na twitterze: "Nauka dla amatorów polityki: na pojedynek z zawodowcem nie wychodzi się bez bardzo solidnego treningu, bo można być liczonym". Okazało się bowiem, że największe partie opozycyjne nie mają dla Polaków praktycznie nic do zaoferowania poza billboardami z "konwoju wstydu". Gdy Kaczyński zdejmuje z agendy problem, który jego formacja sama wykreowała (nagrody), a dodatkowo idzie za ciosem i żąda obniżenia poselskich i samorządowych pensji, to nagle opozycja się zapowietrza i nie wie jak zareagować. To jednocześnie pokazuje jak bardzo Schetyna z Lubnauer, stawiając wszystko na kartę anty-pisowską, uzależniając de facto swoje działania od działań PiS, a nie przedstawiając własnego programu i własnej alternatywy, z dnia na dzień mogą znaleźć się w czarnej d... 

wpis z dnia 6/04/2018

   


 

     Via Baltica z poślizgiem, bo włoska firma, która wygrała przetarg sama zaskarżyła swoją własną ofertę (sic!)
wpis z dnia 5/04/2018

 

Obwodnica Łomży to jeden z kluczowych odcinków trasy Via Baltica - międzynarodowej drogi, która ma biec od Estonii, poprzez Łotwę, Litwę, aż do Polski, a następnie połączyć się z biegnącą na południe Europy Via Carpatią. Przetarg na jego budowę GDDKiA ogłosiła jeszcze rok temu. Wygrała go włoska firma Impresa Pizzarotti, która zaoferowała, że odcinek ten wybuduje za 443 mln zł (mimo, iż cenę kosztorysową GDDKiA ustaliła na poziomie 963 mln zł). Teraz okazało się, że budowa będzie miała opóźnienie, bo... Włosi sami zaskarżyli korzystną dla siebie decyzję!

Do w sumie kuriozalnej sytuacji doszło przy przetargu na budowę 13-kilometrowe odcinka obwodnicy Łomży, który stanowi jeden z kluczowych elementów międzynarodowej trasy Via Baltica. Formalnie wygrała go włoska firma Impresa Pizzarotti, która przekazała najkorzystniejszą - z punktu widzenia specyfikacji warunków zamówienia - ofertę. Włosi stwierdzili, że odcinek ten (w skład którego wchodzi również budowa mostu nad Narwią o długości ponad 1,2 kilometra) wybudują za 443 mln zł.

Wspomniana kwota okazała się być o 46 proc. niższa od ceny kosztorysowej ustalonej wewnętrznie przez GDDKiA na poziomie 963,6 mln zł. Gdy do Włochów dotarło, że złożyli nierealistyczną ofertę zaczęło się kombinowanie, jak wycofać się z całego przedsięwzięcia. Okazało się, że jedynym sposobem, aby to uczynić jest... samooskarżenie! 

Konkurenci Włochów mieli czas do połowy marca, aby złożyć odwołanie od decyzji GDDKiA przyznającej firmie Impresa Pizzarotti prawo do budowy wspomnianego odcinka Via Baltiki. Żaden z nich tego nie zrobił. Odwołanie złożyli za to Włosi z Impresa Pizzarotti (sic!), którzy zakwestionowali wybór swojej oferty jako najkorzystniejszej. 

Co istotne - GDDKiA, mimo iż działała zgodnie z prawem, postanowiła uwzględnić to odwołanie, i pod koniec zeszłego tygodnia unieważniła wybór oferty Włochów wartej 443 mln zł, jako najkorzystniejszej. Jednocześnie GDDKiA zapowiedziała, że w przetargu pozostało jeszcze 7 oferentów i obecnie zostanie wybrana kolejna najkorzystniejsza oferta (z informacji publikowanych przez Wyborczą wynika, że kolejną pod względem korzystności ofertą była ta złożona przez konsorcjum firm Porr i Unibep - proponowali wybudowanie obwodnicy Łomży za cenę ok. 30 mln zł wyższą niż Włosi z Pizzarotti). 

Pytanie - co zrobi GDDKiA, jeśli kolejny oferent również zaskarży własną ofertę? Ogólnie rzecz biorcą chyba nie mamy - jako Polska - szczęścia do przetargów drogowych. Przypomnijmy sprawę chińskiego COVEC-u, który wygrał przetarg na budowę odcinka A2 między Łodzią a Warszawą. W 2011 roku Chińczycy nieomal z dnia na dzień uciekli z placu budowy. Zaczęły się wzajemne oskarżenia o nienależyte wykonywanie warunków umowy, które finalnie zakończyło się w 2017 roku podpisaniem sądowej ugody. Oczywiście treść tej ugody utajniono, jak niemal wszystko co wiąże się z autostradami w Polsce. Mimo, iż budowa tej autostrady była prowadzona ze środków zabranych podatnikom, to zwykły Kowalski nigdy nie dowie się w jaki sposób nastąpiło rozliczenie pomiędzy GDDKiA a COVEC oraz ile pieniędzy Skarb Państwa musiał dodatkowo wyłożyć, aby zaspokoić roszczenia Chińczyków.

 

Źródło: Dziwne perypetie obwodnicy Łomży. Włoski wykonawca zaskarżył swoją wygraną w przetargu (Wyborcza.pl)
Czytaj także: Znowu tajne porozumienie w/s polskich autostrad! Dlaczego przy tym temacie musi być aż tyle tajemnic? (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 5/04/2018

   


 

     Mało zarabiamy. Dużo pracujemy. Polska nadal w europejskiej czołówce niechlubnego rankingu
wpis z dnia 4/04/2018

 

Okazuje się, że szeregowy pracownik Lidla w Czechach będzie niebawem zarabiał tyle, ile wynosi równowartość tzw. średniej krajowej w Polsce (tj. ok. 4600 zł brutto). Pod względem płac i czasu poświęcanego na pracę Polacy są w ogonie Europy. Pomimo wielu lat spędzonych w UE statystyczny Polak nadal otrzymuje niższe wynagrodzenia za pracę, w której spędza o więcej czasu już nie tylko od statystycznego Niemca, Francuza czy Włocha, ale również Czecha, Słowaka czy Węgra! 

Kilka dni temu unijny Eurostat podał, iż średnie wynagrodzenie za godzinę pracy w Unii Europejskiej w 2017 roku wyniosło 23,1 euro, natomiast w strefie euro 26,9 euro. Najwyższą stawkę otrzymali pracownicy w Luksemburgu (43,8 euro), Danii (38,7 euro) i Belgii (37,9 euro). Niewiele gorsze stawki funkcjonowały w takich krajach jak Francja (33 euro), Holandia (33,7 euro) czy Niemcy (32,3 euro). Na tym tle godzinowa stawka, jaką Eurostat przypisał Polsce (6,3 euro) wygląda niezwykle mizernie i jest jedną z najgorszych w całej UE (wyprzedzamy tylko Rumunię i Bułgarię). 

To nie koniec niewygodnych statystyk. Także pod względem czasu pracy Polska wypada niezwykle słabo. Statystyki OECD dotyczące tygodniowej liczby godzin poświęcanych na pracę nie pozostawiają wątpliwości - statystyczny Polak spędza w pracy znacznie więcej czasu (37 godzin tygodniowo) już nie tylko od statystycznego Niemca (26 godzin), Belga (27 godzin) czy Francuza (30 godzin). Pracujemy dłużej również od Słowaków (33 godziny tygodniowo), Węgrów czy Czechów (po 34 godziny). 

W kontekście powyższego niezwykle ciekawie brzmią doniesienia płynące ze strony naszych południowych sąsiadów. Okazuje się, że szeregowy pracownik Lidla będzie tam niebawem zarabiał tyle, ile wynosi równowartość tzw. średniej krajowej w Polsce (tj. ok. 4600 zł brutto). Warto podkreślić, że w istocie kwota ta (ok. 4600 zł brutto) jest nieosiągalna dla większości pracowników etatowych w Polsce...

Mimo, iż forsowany jakiś czas temu przez Francję polityczny projekt utworzenia "Unii dwóch prędkości" ostatnio nieco przygasł, to w rzeczywistości taką Unię możemy obserwować na co dzień. Wystarczy, że uświadomimy sobie jak gigantyczne są różnice w zakresie zarobków oraz natężenia pracy. Co gorsze - w tej kwestii przegrywamy już nie tylko z Europą Zachodnią. Przeganiają nas także nasi najbliżsi sąsiedzi, którzy tak jak my musieli się wyrwać z systemu gospodarki centralnie planowanej.

 

Źródło: How many euros on average per hour worked? (EC.Europa.eu)
Źródło: Płaca w Lidlu w Czechach wyższa niż średnia płaca w Polsce (Bankier.pl)
Źródło: Average annual hours actually worked per worker (OECD.org)

wpis z dnia 4/04/2018

   


  

     Dziwna opieszałość rządu PO z 2014 r. mogła dać oszustom dodatkowy miliard! Właśnie dlatego potrzebna jest komisja w/s VAT
wpis z dnia 3/04/2018

 

W 2014 roku Ministerstwo Finansów pracowało nad nowelizacją ustawy o VAT, która miała zdusić możliwość wyłudzania tego podatku przy handlu komórkami, smartfonami i tabletami. Nowelizacja miała wejść w życie 1 stycznia 2015 r. Mimo, iż projekt noweli był już gotowy 10 września 2014 r., to rządzących z PO dopadła dziwna "opieszałość". Projektu nie udało się przeforsować w terminie, dzięki czemu przestępcy dostali dodatkowy kwartał na dalsze wyłudzanie VAT, a Skarb Państwa stracił nawet miliard złotych! I choćby dlatego komisja śledcza w/s VAT powinna koniecznie powstać.

W ciągu najbliższych dni Prawo i Sprawiedliwość ma złożyć w Sejmie projekt uchwały dotyczący powołania sejmowej komisji śledczej d/s wyłudzeń podatku VAT. Przypomnijmy - począwszy od 2007 roku w Polsce na masową skalę zaczęto wyłudzać zwroty podatku od towarów i usług. Szacuje się, że Skarb Państwa w latach 2007 - 2015 stracił z powodu tego procederu od kilkudziesięciu, do nawet 300 mld zł!

Niektórzy twierdzą, że taka komisja śledcza jest niepotrzebna, gdyż w dużej części będzie ona powielać czynności wykonywane przez prokuraturę i nie wniesie nic nowego do wyjaśnienia przyczyn gigantycznej skali wyłudzeń. Jestem zupełnie odmiennego zdania. Poniższa historia pokazuje dobitnie, że w procesie walki z wyłudzaniem VAT zachowanie polityków miało kluczowe znaczenie, a ich odpowiedzialność polityczna powinna być brana pod uwagę tak samo, jak odpowiedzialność karna przestępców, którzy wykorzystywali ich opieszałość. 

W 2014 roku Ministerstwo Finansów dostrzegło problem gigantycznych wyłudzeń podatku VAT na handlu elektroniką (telefony komórkowe, smartfony, tablety, notebooki itp.). Rozpoczęły się prace nad nowelizacją ustawy o VAT, która miała zdusić możliwość wyłudzania tego podatku w przypadku handlu ww. przedmiotami (tzw. odwrócony VAT). 

Po kilku miesiącach prac (27 czerwca 2014 r.) resortowi finansów udało się przedstawić założenia noweli ustawy. 19 sierpnia 2014 r. przyjął je rząd, a 10 września projekt ustawy był gotowy. Niestety, zamiast sprężyć się i przeprocesować projekt przez ścieżkę legislacyjną tak, aby mógł on wejść w życie zgodnie z planem, tj. 1 stycznia 2015 roku, rządzących dopadła dziwna "opieszałość". Determinacja do wprowadzenia zmian gdzieś się rozpłynęła. Potwierdza to dokumentacja z Rządowego Centrum Legislacji. Wynika z niej, że np. na pismo z 19 września 2014 r. zawierające uwagi do noweli Urzędu Zamówień Publicznych, resort finansów przygotował odpowiedź dopiero 17 października 2014 r. 

Wszystko to sprawiło, że nowelizacji nie udało się przeforsować w terminie gwarantującym jej wejście w życie od 1 stycznia 2015 r. Przestępcy wyłudzający VAT dostali od rządzących w prezencie dodatkowe 3 miesiące na prowadzenie swojego przestępczego procederu. Eksperci szacowali, że w tym czasie Skarb Państwa mógł stracić dodatkowy miliard złotych! 

Co istotne - rządzący tłumaczyli swoją opieszałość skomplikowanym charakterem zmian oraz tym, że "uczciwi podatnicy muszą też mieć odpowiedni czas na przygotowanie się do wprowadzanych zmian" (via: słowa ówczesnego rzecznika resortu finansów). Tymczasem oczekiwania branży handlującej legalnie elektroniką były zupełnie inne. Wypowiadający się dla "Pulsu Biznesu" Michał Kanownik, dyrektor Związku Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego, stwierdził wówczas że branża wcale nie potrzebuje więcej czasu, a każda zwłoka we wprowadzeniu w życie noweli ograniczającej wyłudzenia VAT jest jednoznacznie zła. I właśnie dlatego komisja śledcza w/s wyłudzeń VAT powinna powstać. Choćby po to, aby wyjaśnić co było przyczyną zwłoki we wprowadzeniu wspomnianej noweli.

 

Źródło: Rząd podaruje oszustom kwartał (PB.pl)

wpis z dnia 3/04/2018