Blog niewygodne.info.pl stosuje pliki cookies. 

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. 

Jeśli nie wyrażają Państwo zgody, uprzejmie prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Archiwum: Marzec 2018

 

     Polska przepłaci za Patrioty? Jedna bateria będzie nas kosztować 2,375 mld $. Rumuni zapłacili 0,76 mld $. Szwedzi zapłacą 0,4 mld $
wpis z dnia 30/03/2018

 

Ministerstwo Obrony Narodowej ogłosiło, że za dwie baterie rakiet Patriot (tj. cztery radary, cztery stanowiska kierowania walką, 16 wyrzutni oraz 208 pocisków) zapłacimy łącznie 4,750 mld dolarów. W przeliczeniu na jedną baterię daje nam to kwotę 2,375 mld dolarów. Pod koniec 2017 roku umowę na zakup rakiet Patriot od USA podpisali także Rumuni. Co istotne - za jedną baterię zapłacą 765 mln dolarów. Do kontraktu na Patrioty przygotowują się również Szwedzi. W ich przypadku cena za jedną baterię ma wynieść zaledwie 0,4 mld dolarów!

Przypomnijmy - w ostatnią środę umowę zakupu systemu Patriot w ramach pierwszej fazy programu "Wisła" podpisał szef MON Mariusz Błaszczak w obecności m.in. prezydenta Andrzeja Dudy i premiera Mateusza Morawieckiego. System Patriot wraz z systemem zarządzania polem walki (tj. dwie baterie, na które złożą się cztery radary, cztery stanowiska kierowania walką, 12 radiolinii, 16 wyrzutni oraz 208 pocisków) będzie kosztował 4 mld 750 mln dolarów.

W kontekście powyższego warto wspomnieć, że pod koniec ubiegłego roku ministerstwo obrony Rumunii poinformowało o podpisaniu umowy na zakup pierwszej z siedmiu baterii Patriot. Cena? - 765 mln dolarów. Za wszystkie 7 baterii Rumuni w ciągu 10 lat mają zapłacić łącznie 3,9 mld dolarów, czyli o blisko 0,8 mld dolarów mniej niż Polska zapłaci za zestaw dwóch baterii. Gwoli sprawiedliwości należy odnotować, że zamówienie polskie od rumuńskiego różni się w detalach specyfikacji. Na siedem baterii rumuńskich Patriotów ma się składać łącznie 28 wyrzutni i 224 pociski. W przypadku polskich dwóch baterii - wyrzutni ma być 16, a pocisków 208.

Niemniej wątpliwości w zakresie ceny się pojawiają. Tym bardziej, że również Szwecja planuje pozyskać amerykańskie Patrioty. Na zakup zestawu czterech baterii szwedzki rząd planuje wydać... 1,2 mld dolarów, a to oznacza, że jedna bateria będzie kosztować zaledwie 0,4 mld dolarów.

Co ciekawe - szef MON Mariusz Błaszczak, odpierając zarzuty dotyczące przepłacenia, stwierdził, że koszt zakupu systemu Patriot jest i tak o ponad połowę mniejszy niż pierwotnie zaproponowały Stany Zjednoczone. Okazuje się bowiem, że na początku negocjacji strona amerykańska za zakup 2 baterii Patriotów chciała od Polski 10,5 mld dolarów. 
 

Nie mam pewności czy twierdzenie, iż uzyskana cena jest OK, bo pierwotnie nasz biznesowy partner i główny sojusznik wojskowy chciał ponad dwa razy więcej, jest dobrym argumentem. Bez wytłumaczenia na czym dokładnie polega różnica między zamówieniem dla Rumunii i przyszłym zamówieniem dla Szwecji, a zamówieniem dla Polski oraz zbudowaniem do tego przekonującej narracji, temat zakupu Patriotów będzie wyglądał dokładnie tak samo, jak kwestia zakupu francuskich Caracali (za które mieliśmy słono przepłacić).

 

Źródło: Rumunia: 765 mln dolarów na pierwszą baterię Patriotów (Defence24.pl)
Źródło: Polska w pierwszej fazie programu Wisła kupi zestawy Patriot za 4 mld 750 mln USD (Stooq.pl)
Źródło: Szwecja kupi Patrioty. Decyzja rządu (Defence24.pl)

wpis z dnia 30/03/2018

   


   

     W jądrze Unii wał na 48 miliardów euro. Pod nosem brukselskich urzędników szły podatkowe przekręty jakich mało!
wpis z dnia 29/03/2018

 

Afera LuxLeaks zatacza coraz szersze kręgi. Właśnie okazało się, że 60 ze 100 najbogatszych Belgów, w okresie kiedy premierem Luksemburga był Jean-Claude Juncker (obecny szef KE), zakładała w tym malutkim państwie fikcyjne firmy, dzięki którym udało się ukryć przed opodatkowaniem 48 mld euro! Co istotne - władze Luksemburga o wszystkim wiedziały i na wszystko się godziły. Tak samo jak w przypadku 350 międzynarodowych koncernów, które podpisywały z Luksemburgiem tajne umowy pozwalające unikać płacenia podatków w takich krajach jak Polska. Czy tak wygląda praworządność?

Przypomnijmy - w 2014 roku śledztwo dziennikarskie ujawniło, że w latach kiedy Jean-Claude Juncker był premierem Luksemburga (1995 - 2013) rząd tego państwa podpisywał z globalnymi korporacjami specjalne umowy podatkowe (doliczono się ok. 350 umów), które w istocie zwalniały je z obowiązków podatkowych w innych państwach. W ten sposób cierpiały przychody budżetowe państw, gdzie wspomniane korporacje prowadziły działalność zarobkową (np. w Polsce). 

Teraz okazało się, że z wątpliwych optymalizacji podatkowych korzystały nie tylko duże korporacje, ale również prywatne osoby posiadające olbrzymie majątki. Belgijskie media żyją informacjami opublikowanymi przez "Le Soir" i "De Tijd". Okazuje się, że grupa 60 z listy 100 najbogatszych Belgów w okresie kiedy premierem Luksemburga był Juncker, zakładała w tym malutkim państwie fikcyjne spółki. Jedynym celem tych spółek było unikanie płacenia podatków w Belgii. W ten sposób przed belgijskim fiskusem ukryto astronomiczną kwotę 48 miliardów euro! Co istotne - władze Luksemburga o wszystkim wiedziały i na wszystko się godziły.

W kontekście powyższego warto przypomnieć, że Jean-Claude Juncker był premierem Luksemburga od stycznia 1995 r. do grudnia 2013 r. Co ciekawe - tuż przed ujawnieniem afery LuxLeaks, Juncker - tak samo jak Tusk w Polsce - "uciekł" na posadę do Brukseli. W 2014 roku został on szefem Komisji Europejskiej, dzięki czemu ma on obecnie immunitet nietykalności. 

Odpowiedzialności karnej nie uniknęli za to ludzie, którzy całą aferę ujawnili. Byli pracownicy firmy konsultingowo-podatkowej PwC - Antoine Deltour i Raphael Halet. W 2014 roku zdecydowali się oni przekazać dziennikarzom dokumenty dotyczące podatkowych przękrętów, do jakich dochodziło między Luksemburgiem, a międzynarodowymi korporacjami. W nieco ponad dwa lata od momentu, kiedy to zrobili, zostali skazani przez luksemburski sąd na karę więzienia w zawieszeniu. Powód? - Ujawnienie przed światem dokumentów, które potwierdziły istnienie całej afery (sic!)...

 

Źródło: Belgia - Dziesiątki najbogatszych ukryły miliardy euro w Luksemburgu (Stooq.pl)

wpis z dnia 29/03/2018

  


  

     Nie otrzymaliśmy reparacji za II WŚ, a teraz mamy płacić Żydom za mienie zniszczone przez Niemców i zrabowane przez komunistów
wpis z dnia 28/03/2018

 

Z przerażeniem przeczytałem opublikowany dwa dni temu list 59 amerykańskich senatorów. Wzywają oni polski rząd do przyjęcia ustawy umożliwiającej wypłacenie żydowskim ofiarom II wojny światowej oraz ich rodzinom finansowych rekompensat za mienie bezprawnie przejęte przez nazistów, a następnie znacjonalizowane przez komunistów. Co istotne - płatnikami tych rekompensat mieliby być polscy podatnicy, którzy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za decyzje podejmowane w latach 1939-1956 w Berlinie i Moskwie (!).

Jedno jest pewne - ktoś chce wyciągnąć z Polski potężne pieniądze. List większości (59 na 100) amerykańskich senatorów jest w swojej treści przerażający. Senatorzy w swoim wystąpieniu do premiera Mateusza Morawieckiego poparli ubiegłoroczne stanowisko World Jewish Restitution Organization (WJRO) - organizacji utworzonej w 1992 przez World Jewish Congress w celu pomocy w odzyskaniu mienia żydowskiego w Europie (z wyjątkiem Niemiec i Austrii). 

Przypomnijmy - przedstawiciele WJRO wyrazili w październiku ubiegłego roku "głębokie zaniepokojenie" projektem ustawy reprywatyzacyjnej, która raz na zawsze miała rozstrzygnąć kwestie finansowych rekompensat za mienie bezprawnie przejęte przez nazistów, a następnie znacjonalizowane przez komunistów (projekt przewidywał m.in. ograniczenie prawa do dziedziczenia roszczeń tylko do najbliższych krewnych pierwotnych właścicieli w linii prostej [tj. dzieci / rodzice] oraz wykluczenie możliwości reprywatyzacji tzw. mienia bezspadkowego). 

W mojej ocenie rząd Morawieckiego nie powinien się ugiąć. W odpowiedzi na wspomniany list do każdego z amerykańskich senatorów powinna trafić oficjalna odpowiedź, w której wskazane zostaną obecnie obowiązujące ścieżki odzyskiwania mienia przez prawowitych właścicieli lub ich spadkobierców oraz statystyki na temat wszystkich zwrotów dokonanych po 1989 roku (chodzi o pokazanie, iż spadkobiercy ofiar Holocaustu nie potrzebują de facto żadnej nowej ustawy, gdyż obowiązujące obecnie prawo pozwala na odzyskanie utraconego mienia). 

Jednocześnie polski rząd w piśmie do senatorów powinien jednoznacznie uciąć wszelkie spekulacje w sprawie możliwości otrzymania przez bliżej nieokreślone "organizacje żydowskie" jakichkolwiek rekompensat za tzw. "menie bezspadkowe". Nie może być tak, że jakieś organizacje przypisujące sobie interesy zamordowanych w Holocauście Żydów (których spadkobierców nie można zidentyfikować), będą się domagać się od Polski miliardów dolarów odszkodowań za pożydowskie mienie zniszczone lub przejęte przez nazistów, a następnie zrabowane przez komunistów. Jeśli ktoś ma fantazję z takim roszczeniem wystąpić, to proszę bardzo. Niech kieruje swoje żądania do Angeli Merkel lub Władimira Putina.

 

Źródło: Tammy Baldwin (Senate.gov)
Źródło: USA: senatorowie apelują do Premiera RP o przyjęcie "sprawiedliwej" ustawy reprywatyzacyjnej (PolskieRadio.pl)

wpis z dnia 28/03/2018

   


  

     PiS rżnie gałąź, na której siedzi. Próba wprowadzenia opłat za wjazd do miast jest tego najlepszym przykładem
wpis z dnia 27/03/2018

 

Powraca pomysł wprowadzenia opłat za wjazd do centrów miast. Kilka dni temu przemycono go w rządowym projekcie nowelizacji ustawy o biokomponentach i biopaliwach ciekłych. Wynika z niego jednoznacznie, że rady gmin będą uprawnione do ustanawiania tzw. strefy czystego transportu, gdzie kierowcy samochodów spalinowych będą mogli wjeżdżać po uiszczeniu stosownej opłaty (do 2,5 zł za godzinę i do 25 zł za dobę). Nie wiem kto PiS-owi doradza te pomysły, ale ich realizacja będzie klasycznym rżnięciem gałęzi, na której się siedzi. Upadek z wysokości z pewnością zaboli.

Coraz częściej pojawiają się pytania - dlaczego PiS traci sondażowe poparcie, a Platforma je zyskuje (ostatni sondaż wskazuje na kolejny spadek poparcia dla PiS o 3 pp. i wzrost poparcia dla PO o ponad 2 pp.)? Odpowiedź na tą kwestię jest bardzo prosta - PiS od pewnego czasu zaczął bowiem podcinać gałąź, na której siedzi. 

Przypomnijmy - ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego doszło do władzy na hasłach o "umiarze i pokorze". Tym mieli się różnić od ekipy Platformy Obywatelskiej. Teraz ludzie słyszą, że "nagrody się należały" i to z ust nie byle kogo, bo premier Beaty Szydło, która w swoim expose mówiła o... "umiarze i pokorze". Z takiej pojęciowej konfuzji nie może wyniknąć nic dobrego. 

Były "nagrody, które się należały", teraz mamy opłatę emisyjną i możliwość żądania opłat za wjazd do centrów miast. Wszystkie te pomysł łączy jeden wspólny mianownik - otóż najbardziej rażą one / dotykają osoby uboższe, które na co dzień ciężko pracują, a ich pensje nie przekraczają 2,5 tys. zł miesięcznie. Kwota 70 tys. zł nagrody dla ministra po 100-kroć bardziej przemówi do kogoś, kto potrzebuje 1/3 życia, aby taką kwotę uzbierać z oszczędności, niż do kogoś, kto jest w stanie ją sobie wygospodarować w ciągu roku. Tak samo z nowymi opłatami (emisyjnymi / za wjazd do miasta) - jeśli zostaną przyjęte w toku procesu legislacyjnego, to również najmocniej odczują je osoby zarabiające mniej.

PiS, na kilka miesięcy przed wyborami samorządowymi i 1,5 roku przed wyborami parlamentarnymi, postanowił sprawdzić jak duży jest jego "żelazny" elektorat. Jeśli partii Jarosława Kaczyńskiego nie uda się szybko zdefiniować na nowo swojego politycznego celu, który byłby spójny i zrozumiały dla wyborców centrowych, to widmo przegranej w konfrontacji ze zjednoczoną opozycją (wszyscy przeciwko PiS) jest bardzo realne. Krzykliwe narracje o "nagrodach, które się należały" czy nowe pomysły, jak uderzyć po kieszeni kierowców z pewnością PiS-owi nie pomagają.

 

Źródło: 25 zł za wjazd do centrów miast. "Rząd rozpaczliwie szuka pieniędzy" (Money.pl)

wpis z dnia 27/03/2018

   


  

     Polskie banki dla zagranicznych właścicieli są prawdziwymi perłami w koronie. To u nas zyski są największe
wpis z dnia 26/03/2018

 

Okazuje się, że polskie banki, które są kontrolowane przez zagraniczny kapitał, mają bardzo duży wpływ na wyniki finansowe macierzystej grupy. Działający na terytorium Polski mBank wypracował w 2017 roku 450 mln euro zysku operacyjnego. Stanowiło to 91,8 proc. wyniku swojej macierzystej grupy, czyli niemieckiego Commerzbank. Jeszcze większe udziały miał Bank Millennium. W 2017 roku wypracował 260 mln euro zysku operacyjnego, co stanowiło 92,9 proc. całkowitego wyniku kontrolującej ten bank portugalskiej grupy BCP.

- "W całej Europie nie ma drugiego kraju, który by tak lekkomyślnie sprzedał banki" - stwierdził swego czasu Józef Oleksy w trakcie rozmowy z Aleksandrem Gudzowatym (potajemnie nagrywanej). Niestety, były premier z ramienia SLD miał wiele racji. Dzika prywatyzacja z lat 90-tych i początku dwutysięcznych doprowadziła do sytuacji, w której banki zostały sprzedane za niewielką część swojej wartości.

Pośrednim efektem powyższego było również to, iż udział banków zagranicznych wśród 10 największych banków wynosił ponad 60 proc. (dla porównania: we Francji udział banków zagranicznych wśród 10 największych wynosi 5 proc., w Niemczech 8 proc., a we Wlk. Brytanii - 15 proc.).

Sytuacja kiedy 60 proc. największych banków jest kontrolowana przez zagraniczny kapitał, jest niestety charakterystyczna dla państw neo-kolonialnych. Głównym efektem takiego statusu własnościowego jest fakt, że co roku gigantyczne pieniądze opuszczały nasz kraj w postaci dywidend, różnego rodzaju opłat licencyjnych czy kosztów obsługi "pożyczek", które banki-matki nakazują zaciągać swoim bankom-córkom z krajów neo-kolonialnych. Taki transfer pieniędzy powoduje, że Polsce znacznie trudniej było dogonić pod względem kapitałowym rozwinięte kraje Europy Zachodniej. 

Obecnie udział zagranicznych grup w polskim sektorze bankowym nie jest już tak duży jak przed laty (głównie z powodu przejęcia od Włochów kontroli nad Bankiem PEKAO przez Grupę PZU). Niemniej warto odnotować, że dla niektórych zagranicznych właścicieli posiadanie jakiegoś polskiego banku jest wciąż niezwykle zyskowne. Dla przykładu: działający na terytorium Polski mBank wypracował w 2017 roku 450 mln euro zysku operacyjnego. Stanowiło to aż 91,8 proc. wyniku swojej macierzystej grupy, czyli niemieckiego Commerzbank. Jeszcze większe udziały miał Bank Millennium. W 2017 roku wypracował 260 mln euro zysku operacyjnego, co stanowiło 92,9 proc. całkowitego wyniku kontrolującej ten bank grupy Banco Comercial Portugues.

Powyższe przykłady pokazują, że polskie banki, które są kontrolowane przez zagranicznych właścicieli, są dla nich prawdziwymi perłami w koronie.

 

Źródło: Ważna rola polskich banków (Rp.pl)

wpis z dnia 26/03/2018

  


   

     Prywatyzacja Techmy i KrakChemii: Sąd potwierdził, że były nieprawidłowości, a mimo to uwolnił Lewandowskiego od zarzutów!
wpis z dnia 23/03/2018

 

Mało kto już pamięta, że w 1997 roku przeciwko Januszowi Lewandowskiemu sformułowano akt oskarżenia w/s działania na szkodę interesu publicznego, przekroczenia uprawnień i niedopełnienie obowiązków przy prywatyzacji spółek Techma i KrakChemia. Początkowo proces odwlekano z uwagi na immunitet Lewandowskiego. Gdy po wielu latach (2009 r.) można było ogłosić prawomocne orzeczenie, to okazało się, że część zarzutów uległa przedawnieniu. W pozostałym zakresie sędzia stwierdził, że co prawda "doszło do zaniedbań i nieprawidłowości, ale nie doszło do złamania prawa" (sic!).

Przypomnijmy - w 1991 roku Janusz Lewandowski, który pełnił wówczas urząd ministra ds. przekształceń własnościowych, zdecydował o prywatyzacji dwóch krakowskich spółek: Krakchemii i Techmy. Problem w tym, że jednym z kupujących miał być kolega ministra z jego macierzystej partii (Kongresu Liberalno-Demokratycznego). Po drugie, w toku postępowania prywatyzacyjnego odrzucono lepszą (droższą) ofertę. Po trzecie, wątpliwości wzbudzała dokumentacja prywatyzacji (jeden z ważnych dokumentów był antydatowany). Po czwarte, kupujący przejmował cały zysk prywatyzowanych firm (faktycznie zostały one sprywatyzowane za swoje własne pieniądze).

Efekt był taki, że Skarb Państwa na prywatyzacji obu spółek miał stracić kwotę blisko 2,4 mln zł. W styczniu 1997 roku prokuratura zarzuciła Lewandowskiemu, że jako minister przekształceń własnościowych działał na szkodę interesu publicznego i prywatnego, przekraczając uprawnienia i nie dopełniając obowiązków. Chodziło m.in. o pomijanie korzystniejszych ofert, poświadczenie nieprawdy w antydatowanym dokumencie i wyrażenie zgody na sprzedaż akcji pomimo upływu terminu, przyjęcie zaniżonej stopy kredytu refinansowego, nienaliczanie odsetek karnych i doprowadzenie do stworzenia mechanizmu samofinansowania zakupu spółki poprzez przejęcie przez nabywców dywidendy i spłacanie należności w ratach. 

Akt oskarżenia w tej sprawie pierwotnie skierowano do sądu w Warszawie. Tam jednak sprawa przeleżała trzy lata, po czym odesłano ją do Krakowa (formalnie z uwagi na przeciążenie warszawskiego sądu). We wrześniu 2000 r. Sąd Okręgowy w Krakowie prawomocnie umorzył postępowanie przeciwko Lewandowskiemu (ponieważ chronił go wówczas immunitet poselski).

Prokuratura powtórnie wniosła akt oskarżenia w marcu 2002 roku, a sam proces ruszył w kwietniu 2003 r. Dwa lata później Janusz Lewandowski został uniewinniony od stawianych mu zarzutów. W styczniu 2006 roku Sąd Okręgowy uchylił wyrok uniewinniający byłego ministra i sprawa musiała zacząć się od początku. Już wówczas część zarzutów wobec byłego ministra przekształceń własnościowych uległa przedawnieniu. Ponowny proces rozpoczął się w maju 2006 roku. Lewandowski tłumaczył wówczas, że prywatyzacje krakowskich spółek były "częścią szerokiego planu prywatyzacji przedsiębiorstw z udziałem polskich przedsiębiorców, którzy nie dysponowali odpowiednim kapitałem do udziału w prywatyzacji" i powinny być one oceniane "na tle uwarunkowań tamtego okresu i jako fragment świadomego planu gospodarczego".

W czerwcu 2008 roku sąd ponownie dał wiarę zeznaniom Lewandowskiego i powtórnie go uniewinnił. Od wyroku odwołała się prokuratura. Sprawa trafiła do Sądu Okręgowego, gdzie finalnie zakończyła się w marcu 2009 roku nie uwzględnieniem apelacji prokuratora i utrzymaniem w mocy wyroku sądu pierwszej instancji. Kuriozalne było uzasadnienie wygłoszone przez sędziego Sądu Okręgowego wydającego orzeczenie: "Oskarżony i inne osoby uczestniczące w prywatyzacji przyznali, że nie mieli doświadczenia, a wiedza ekspertów z zachodu nie przystawała do polskiej rzeczywistości. Podjęli ryzyko. Oczywiste jest, że mogło dojść i doszło do zaniedbań i nieprawidłowości, ale zdaniem sądu nie doszło do złamania prawa".

W ten oto sposób za skandaliczną, z punktu widzenia współczesnych standardów państwa prawa, prywatyzację Techmy i KrakChemii, gdzie wg śledczych Skarb Państwa miał ponieść stratę w wysokości blisko 2,4 mln zł, zupełnie nikt nie poniósł odpowiedzialności.

 

Źródło: Janusz Lewandowski uniewinniony (Wprost.pl)
Źródło: Prywatyzator idzie na komisarza (RadioMaryja.pl)

wpis z dnia 23/03/2018

   


 

     Dług rośnie w rekordowym tempie, a rząd przepycha opłatę emisyjną. Tymczasem w Sejmie znowu aborcja i czarny piątek na ulicach
wpis z dnia 22/03/2018

 

Wystarczyło, że projekt ustawy o aborcji pojawił się na agendzie jednej z sejmowych komisji, a już sprowokowało to środowiska feministyczne do organizacji nowego ogólnopolskiego strajku kobiet (tzw. czarny piątek) i skanalizowało uwagę sporej części mediów i społeczeństwa. Niemal w tym samym czasie wypłynęły fatalne dane na temat zadłużenia Polski (znowu rośnie ono w rekordowym tempie), a rząd zaczął przepychać kolanem nowy podatek (opłata emisyjna). Czy mamy do czynienia z próbą odwrócenia uwagi, czy może z nieskoordynowaną wojną na wielu frontach?

Zgodnie z opublikowanymi właśnie przez Ministerstwo Finansów wstępnymi szacunkami, zadłużenie Skarbu Państwa na koniec lutego 2018 r. wyniosło ok. 952,0 mld zł, co oznaczało wzrost o 17,3 mld zł (+1,9 proc.) licząc miesiąc do miesiąca i o 23,5 mld zł (+2,5 proc.) licząc końca 2017 r. Zakładając, że takie tempo przyrostu zadłużenia utrzymałoby się do końca roku, to pobity by został dotychczasowy całoroczny rekord przyrostu długu z 2016 roku (94,1 mld zł).

To jednak nie koniec złych informacji. Rząd przyjął właśnie projekt ustawy o biokomponentach i biopaliwach ciekłych. Przemycono w nim zapis o wprowadzeniu tak zwanej opłaty emisyjnej. Ma ona wynieść 8 groszy plus VAT za litr paliwa. Czyli razem 10 groszy. W efekcie powyższego kierowcy w ciągu roku zapłacą więcej o 1,7 mld zł. 

Niemal w tym samym czasie na agendę sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka trafił projekt ustawy niemal całkowicie zakazujący przerywania ciąży. Projekt ten znowu rozgrzał do czerwoności środowiska feministyczne, które w najbliższy piątek postanowiły zorganizować kolejny "ogólnopolski strajk kobiet".

Efekt "czarnego piątku" oraz wszystkich dyskusji jakie się wokół tego wydarzenia odbędą, będzie taki, że temat aborcji znowu skanalizuje uwagę mediów oraz sporej części społeczeństwa. Zaryzykuje stwierdzenie, że temat nowego podatku (opłaty emisyjnej) czy wzrostu zadłużenia w rekordowym tempie nie będzie tematem "numer 1". Emocje skupią się na czymś zupełnie innym. 

W kontekście powyższego warto również zauważyć, że każda odpowiedź na pytanie z czym mamy obecnie do czynienia (czy z próbą odwrócenia uwagi, czy też może z nieskoordynowaną wojną na wielu frontach) jest negatywna dla rządzącego obozu "dobrej zmiany". Zarówno przypadkowa koincydencja faktów, jak i celowo ukuta intryga z aborcją (która miałaby przykryć inne tematy) musi się skończyć źle dla PiS, który prawdopodobnie utracił zdolność narzucania własnych narracji, a musi skupić się na gaszeniu bieżących pożarów.

 

Źródło: Zadłużenie Skarbu Państwa (Mf.gov.pl) 
Źródło: Aborcja. Sejmowa komisja za projektem ograniczającym prawo do przerywania ciąży (Wyborcza.pl)
Źródło: Nowy podatek paliwowy coraz bliżej. Cena może wzrosnąć (RMF24pl)

wpis z dnia 22/03/2018

   


  

     Salon w histerii, bo ponad 100 tys. kobiet postanowiło zostać w domu z dziećmi, zamiast pracować za psie pieniądze
wpis z dnia 21/03/2018

 

W kontekście wyliczeń, iż 103 tys. kobiet zrezygnowało z aktywności zawodowej od momentu, w którym rząd uruchomił wypłatę dodatków na dzieci warto jednoznacznie wskazać, że problemem nie jest tutaj sam program 500+, za którego pomocą redystrybuowane są dochody państwa na rzecz ludzi posiadających dzieci. Problemem jest niedowartościowanie ludzkiej pracy, które powoduje, iż nie tylko ze społecznego, ale także ekonomicznego punktu widzenia kobiety wolą zostać w domu z dziećmi.

Z opublikowanego kilka dni temu raportu Instytutu Badań Strukturalnych wynika, że w I kwartale 2017 r. 103 tys. kobiet zrezygnowało z aktywności zawodowej z powodu świadczeń otrzymywanych przez ich rodziny w ramach programu 500+. Media mainstreamowe oraz spora część publicystów niemal natychmiast podjęło lament, że oto polskiemu rynkowi pracy dzieje się wielka krzywda, bowiem odpłynęły z niego kobiety wykonujące "ciężkie i nisko płatne zajęcia". 

Niestety lamentom tym najczęściej nie towarzyszyła jakakolwiek refleksja na temat tego, jakie były rzeczywiste powody bezprecedensowego "odpływu" kobiet z rynku pracy. Mało kto wskazywał na niewątpliwą patologie w postaci zabójczo niskich zarobków. Idę w zakład, że większość ze wspomnianych 103 tys. kobiet pracując nie zarabiała więcej niż 1500 - 1600 zł na rękę. Patrząc przez ten pryzmat nie powinno nas dziwić, że kobiety wolą być w domu ze swoimi małymi dziećmi, aniżeli przerzucać towar na półkach w hipermarkecie za marne grosze. Bogaty salon tego jednak nie zrozumie. 

W sprawie 500+ oraz decyzji, jakie z powodu tego programu wsparcia są podejmowane przez kobiety, które wolą odejść z pracy by poświęcić się wychowaniu swoich pociech, racje ma Piotr Gursztyn (publicysta tygodnika "Do Rzeczy"). Na twitterze napisał od następujący komentarz: "Narzekanie, że 100 tys. kobiet wskutek 500+ rzuciło swoje gówniano płatne >> posady << przypomina narzekania na to, że chłopi po zniesieniu pańszczyzny porzucili miejsca swej dotychczasowej pracy". 

Warto również odnotować komentarz Cezarego Kaźmierczaka (prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców), który w ten sposób odniósł się do salonowych lamentów: "Jak się okazuje dla co poniektórych >> wolny rynek << chyba nie dotyczy pracowników. Jak kobieta za 1500 zł nie chce siedzieć na kasie w Lydlu i woli być z dziećmi w domu, to już nie jest >> wolny rynek <<".

Reasumując: uważam, że histeria salonu z powodu tego, że 103 tys. kobiet postanowiło zostać ze swoimi dziećmi, a nie harować za psie pieniądze, jest zdecydowanie na wyrost. Nawet gdyby podchodzić na poważnie do "luki" jaka z tego tytułu powstała w polskim rynku pracy, to trzeba sobie uświadomić, że ta "luka" już dawno została zniwelowana przez pracowników ze Wschodu, którzy doskonale odnaleźli się na polskim rynku pracy.

 

Źródło: Program 500+ zniechęcił do pracy 103 tys. kobiet (Forsal.pl)
Źródło: Piotr Gursztyn (Twitter.com)
Źródło: Cezary Kaźmierczak (Twitter.com)

wpis z dnia 21/03/2018

  


 

     Był fejk o 10 sierotach z Aleppo. Był fejk o oplutej muzułmance. Teraz wypuścili fejka o rasizmie w bibliotece
wpis z dnia 20/03/2018

 

Schemat działania jest zawsze taki sam - jedno medium wypuszcza "fejkową" lub bardzo zmanipulowaną informację, której wydźwięk jest niekorzystny dla Polski lub Polaków. Reszta salonu to powiela i zaczyna się ostra jazda: na TVN24 żółty pasek, Wyborcza szczuje, totalni biją na alarm. Gdy temat jest nośny (np. oskarżenie Polaków o rasizm), to fejk zostanie powielony również przez zagraniczne redakcje. Tak było ostatnim razem, gdy mężczyzna w Lublinie miał rzekomo opluć muzułmankę. Tak mogło być teraz w/s biblioteki. Na szczęście dementi tej instytucji kompleksowo zaorało temat.

Kilka dni temu Rajel Matsili, ciemnoskóra Polka, oświadczyła, że musi uciec z Warszawy po tym, jak doświadczyła tam przejawów rasizmu. - "Nie mogłam się nawet zapisać do biblioteki na Pradze Południe, bo podejrzliwa bibliotekarka zaczęła się ode mnie domagać pokazania umowy o pracę i udowodnienia, że jestem stąd" - żaliła się Matsili na antenie radia TOK FM. 

Temat prześladowania na tle rasistowskim został szybko podchwycony przez media salonowe. Panią Matsili zaprosił do siebie TVN24. Na antenie tej stacji mogła kontynuować swój wywód na temat prześladowania w bibliotece:

"Pani bibliotekarka przeprowadziła ze mną bardzo szczegółowe dochodzenie i śledztwo. Dopadła mnie między regałami i zaczęła wypytywać o moje pochodzenie, czy jestem Polką. Powiedziałam, że jestem Polką, że posiadam polski dowód osobisty, polski paszport. Ona jakby z lekkim niedowierzaniem zapytała mnie, czy mam meldunek w Warszawie (...) i czy mam umowę o pracę. Powiedziałam jej, że wydaje mi się, że do biblioteki nie potrzebuję donosić żadnej umowy o prace, wystarczy, że przedstawię dokument, że ja, to ja"

Do sprawy podłączył się Rafał Trzaskowski - kandydat Platformy Obywatelskiej na prezydenta Warszawy, który na swoim twitterze napisał: "Wczoraj spotkałem się z Rajel. Nie ma zgody na rasizm w Warszawie. Reagujmy, kiedy ktoś atakuje lub obraża kogokolwiek, kto wygląda inaczej".

Odpowiedź jaka wyszła ze strony biblioteki, w której miało dojść do prześladowania pani Matsili, zaskoczyła chyba wszystkich. W oświadczeniu opublikowanym przez dyrektor Biblioteki Publicznej im. Zygmunta Jana Rumla w Dzielnicy Praga-Południe m.st. Warszawy możemy przeczytać m.in.:

"Prawdą jest, że osoba pragnąca zapisać się do każdej biblioteki publicznej na terenie Warszawy zobowiązana jest do potwierdzenia swojego związku z miastem. Może być to stwierdzone na podstawie dokumentu np. dowodu osobistego bądź umowy o pracę. Taki zapis widnieje w regulaminie instytucji i poproszenie o powyższe dokumenty nie jest w żadnej mierze nacechowane rasistowskimi przesłankami (...). Zarzut rasizmu dla kogoś z powodu podania warunków zapisania się do biblioteki, pokazuje do jakiego stopnia część obecnego pokolenia straciła zdolność samodzielnego myślenia".

Był już fejk o 10 sierotach z Aleppo. Był fejk o oplutej w Lublinie muzułmance. Teraz wypuścili fejka o rasizmie w bibliotece. Wszystko to okazało się być nieprawdą. Cel zawsze był taki sam - wywołać wśród odbiorców tych pseudo-informacji oburzenie, a przy okazji - o ile będzie to możliwe - zwrócić uwagę "zagranicy" przez pryzmat rzekomo mających miejsce w naszym kraju patologii. Dobrze, że i tym razem "kosa trafiła na kamień" i z prowokacji nic nie wyszło.

wpis z dnia 20/03/2018

   


  

     Fabrykę papieru w Kostrzynie sprywatyzowali za 80 zł. W następnych latach dała ona zarobić setki milionów złotych
wpis z dnia 19/03/2018

 

Zakłady Papiernicze w Kostrzynie nad Odrą na początku lat 90-tych zatrudniały kilkaset osób. Obok zakładów celulozowo - papierniczych w Kwidzynie były one największym tego typu przedsiębiorstwem w Polsce. Decyzja o ich prywatyzacji zapadła w 1993 roku. Za sam konsulting zagranicznych firm doradczych przy prywatyzacji kostrzyńskich zakładów ministerstwo przekształceń własnościowych musiało zapłacić blisko 80 tys. dolarów, by finalnie sprzedać je nowemu właścicielowi za - uwaga - równowartość 80 zł! 

Aby była jasność - nie mam nic przeciwko inwestorom, którzy wykorzystując okazje postanowili wyłożyć określone środki finansowe, by przejąć dany biznes i zarabiać na nim pieniądze. Pretensje (i to uzasadnione) można mieć za to do neoliberalnych polityków, którzy uznali, że jedną szansą dla polskiej gospodarki jest jej wyprzedaż poniżej rzeczywistej wartości odpowiadającej potencjałowi i mocom wytwórczym.

W roku 1990 Zakłady Papiernicze w Kostrzynie nad Odrą przekształcono w spółkę akcyjną. W tym samym roku przyjęto w Polsce ustawę o prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych, która formalnie otworzyła drogę do sprzedaży przedsiębiorstw należących do Skarbu Państwa w ręce zagranicznego kapitału. 

Inwestorzy z zagranicy bardzo często domagali się, aby przy procesie prywatyzacji pracowały firmy doradcze, które byłyby w stanie przeprowadzić niezależne audyty dotyczące stanu danego przedsiębiorstwa. Problem w tym, że w pierwszych latach po 1989 roku w Polsce takie firmy nie istniały, więc trzeba je było wynajmować zagranicą. 

Nie inaczej było w przypadku w przypadku Zakładów Papierniczych w Kostrzynie nad Odrą. Z informacji dostępnych w sieci wynika, że firma Dames and Moore z Los Angeles oraz Hambros Bank z Londynu za procesy doradcze przy prywatyzacji ww. przedsiębiorstwa zainkasowały 79 tys. dolarów. Dziś to raczej niewielka kwota, ale należy pamiętać, że na początku lat 90-tych wartość dolara była zupełnie inna (na marginesie - z wyliczeń ekonomisty dr Ryszarda Ślązaka wynika, że np. w 1994 r. łączne wynagrodzenie dla firm doradzających przy prywatyzacji sięgnęło prawie 7 proc. całkowitych wpływów z prywatyzacji).

7 października 1993 roku minister przekształceń własnościowych (a był nim wówczas Janusz Lewandowski) sprzedał 80 proc. akcji Kostrzyńskich Zakładów Papierniczych szwedzkiemu koncernowi papierniczemu Trebruk AB. Szwedzi za przejęcie pełnej kontroli nad zakładem zapłacili symboliczną sumę 800 tys. starych złotych (tj. równowartość dzisiejszych 80 zł). W zamian zobowiązali się do spłaty wszystkich długów, jakie zakłady w Kostrzynie wygenerowały po 1989 roku oraz zainwestowania w firmę 55 mln dolarów. 

Na efekty przekształcenia własnościowego nie trzeba było długo czekać. - "W ciągu 12 lat udało nam się zwiększyć wydajność produkcji ze 130 tys. do 270 tys. ton rocznie, i to na tych samych maszynach" - mówił w 2010 roku ówczesny prezes spółki Arctic Paper (następca Trebruk AB) Michał Jarczyński. Rok 2009 spółka zakończyła z przychodami w wysokości 1,8 mld zł i zyskiem netto w wysokości 132,4 mln złotych. Większa część tych wyników była zasługą kostrzyńskiego zakładu przejętego za wspomniane 80 zł.

W kontekście procesów prywatyzacyjnych, jakie miały miejsce w latach 90-tych ubiegłego stulecia myślę, że warto zapoznać się z wpisem dokonanym kilka dni temu na portalu Wykop.pl przez użytkownika o nicku grafikulus. Opisuje on szczegółowo co trzeba było zrobić, aby "na legalu" wyprzedać państwowe przedsiębiorstwo poniżej jego realnej wartości. Link do wpisu znajduje się tutaj.

 

Źródło: Szwedzka scheda (Forbes.pl)
Źródło: Historia prywatyzacji polskiego przemysłu (Bibula.com)
Źródło: Wpis na temat prywatyzacji polskich przedsiębiorstw państwowych (Wykop.pl) 

wpis z dnia 19/03/2018

   


   

     Jerusalem Post porównuje Polskę do Austrii. Tej Austrii, która ochoczo służyła Hitlerowi, która dała mu najwięcej gestapowców (!)
wpis z dnia 16/03/2018

 

Usilne próby powiązania Polski z Holocaustem i odpowiedzialnością za II wojnę światową nie ustają. Wczorajszy Jerusalem Post z Izraela dał spory tekst o tym, że powinniśmy brać przykład z Austrii. Tej Austrii, która owszem, "była ofiarą wojny, ale była również odpowiedzialna za Holokaust". Tymczasem Polacy "nie chcą być sprawcami, tylko ofiarami". Perfidia tego porównania jest niesamowita. Oto bowiem Polska, która nigdy nie kolaborowała ma być zrównana z krajem, który ochoczo służył Hitlerowi i który proporcjonalnie dał mu najwięcej gestapowców. Ręce opadają.

Akcja dyfamacyjna przeciwko Polsce w ostatnich miesiącach przybrała niewyobrażalne wręcz rozmiary. Jak dla mnie punktem przełomowym był 11 listopada ub.r. Wówczas to Lesse Lehrich, były doradca Hillary Clinton ds. zagranicznych, opublikował tweeta ze zdjęciem z polskiego Marszu Niepodległości. Problem w tym, że zdjęcie to opisał jako "60.000 Nazis marched on Warsaw today". Tego dnia był to najbardziej rozpowszechniany tweet na świecie. Dotarł do dziesiątek milionów osób na świecie. Mimo promowania zupełnie nieprawdziwych informacji, administracja Twettera nie zdecydowała się jednak na zablokowanie tego przekazu. Akcje prostujące ze strony Polski na niewiele sie zdały. W świat poszedł obraz, jakoby 11 listopada na ulicach Warszawy zebrało się 60 tys. nazistów. 

Niedługo później należąca do amerykańskiego kapitału stacja TVN, przez kilka dni z rzędu, jako topowy temat wszystkich serwisów informacyjnych traktowała incydent z wodzisławskiego lasu, gdzie pięciu neonazistów postanowiło świętować urodziny Hitlera. Tort ze sfastyką zrobioną z wafelków i czekoladek stał się nieomal symbolem Polski faszystowskiej. 

Jednak prawdziwe uderzenie w dobre imię naszego kraju miało dopiero nastąpić. 27 stycznia ambasador Izraela w Polsce stwierdziła, że penalizacja sformułowania "polskie obozy śmierci" jest próbą negowania Holocaustu. Nagle wszystkie światowe agencje informacyjne podały bzdurną informację promowaną przez Izrael, jakoby Polska próbowała prawnie negować Holocaust. W tym samym czasie niemieckie gazety stwierdziły, że "Warszawa to stolica rasizmu", izraelscy politycy, że istniały "Polskie obozy śmierci", a propaganda Kremla zasugerowała, że "nad Wisłą odrodził się faszyzm".

Obecnie, po upływie kilku tygodni, świat nie wykazuje już tak wielkiego zainteresowania "odradzającym się w Polsce faszyzmem". Na tapecie jest obecnie konflikt na linii Wielkiej Brytanii i Rosji. Są jednak ośrodki, które w szerzeniu akcji dyfamacyjnej przeciwko Polsce nie ustają.

Izraelski Jerusalem Post dał wczoraj spory tekst o tym, że powinniśmy brać przykład z Austrii. Tej Austrii, która owszem, "była ofiarą wojny, ale była również odpowiedzialna za Holokaust". Tymczasem, według Jerusalem Post, Polacy "nie chcą być sprawcami, lecz tylko ofiarami" i taka postawa zasługuje na potępienie.

Perfidia tego porównania jest niesamowita. Oto bowiem Polska, która nigdy nie kolaborowała, która jako jedyna na świecie zorganizowała instytucjonalną pomoc dla Żydów, której obywatele (w odróżnieniu od niemal wszystkich nacji europejskich) nie stworzyli narodowej jednostki Waffen-SS, ma być zrównana z krajem, który ochoczo służył Hitlerowi i który proporcjonalnie dał mu najwięcej gestapowców. Ręce opadają.

 

Źródło: POLAND SHOULD NOTE AUSTRIAN CHANCELLOR SEBASTIAN KURZ'S SPEECH (JPost.com)

wpis z dnia 16/03/2018

   


  

     Dla przedsiębiorców kary do 84 mln zł. Dla urzędników zaledwie do 100 tys. zł! Rząd szykuje rażącą niesprawiedliwość w/s RODO
wpis z dnia 15/03/2018

 

Komitet Stały Rady Ministrów postanowił zalegalizować rażącą niesprawiedliwość. W związku z koniecznością wdrożenia unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (w skrócie: RODO) rząd w pośpiechu pracuje nad nową wersją ustawy o ochronie danych. Pierwotnie kary za naruszenie tej ustawy miały być równe dla wszystkich. Urzędy, jak i przedsiębiorcy mogli być ukarani sankcjami finansowymi do 20 mln euro (ok. 84 mln zł). Teraz rząd postanowił zrobić wyłom i ograniczył odpowiedzialność organów administracji publicznej do kwoty... 100 tys. zł.

Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady dotyczące ochrony danych osobowych (RODO) zacznie obowiązywać już 25 maja. Mając na uwadze powyższe prace rządu nad nowelizacją ustawy o ochronie danych osobowych, która ma uwzględniać postanowienia RODO, wchodzą w końcową fazę. W ich efekcie Komitet Stały Rady Ministrów przyjął właśnie rekomendowaną przez Ministerstwo Cyfryzacji propozycję, aby maksymalną wysokość kar za naruszenie przepisów o RODO dla jednostek administracji publicznej obniżyć do 100 tys. zł.  

Problem w tym, że dla całej reszty podmiotów zobligowanych do przestrzegania postanowień ustawy (w tym przede wszystkim przedsiębiorców) maksymalna wysokość kar za naruszenie przepisów o RODO nie została obniżona i nadal będzie wynosić 20 mln euro (czyli równowartość ok. 84 mln zł).

Jeśli ta rażąca niesprawiedliwość przejdzie dalej w procesie legislacyjnym, a finalnie zostanie zatwierdzona przez prezydenta, to będziemy mieli pewność, że Polska to nadal kraj "równych i równiejszych". Wszak zalegalizowana zostanie sytuacja, w której to samo przewinienie (wyciek danych osobowych) w przypadku np. urzędu wojewódzkiego czy starostwa powiatowego będzie mogło być przez organ nadzorczy ukarane zupełnie inną finansową sankcją, aniżeli w przypadku prywatnego przedsiębiorcy.

Pomijam tu zupełnie kwestię, o której wspomina PortalSamorzadowy.pl - wdrożenie zmian związanych z unijnym RODO będzie kosztowało nasz kraj grube miliardy złotych. Dodatkowo trzeba będzie utworzyć co najmniej kilka tysięcy nowych urzędniczych etatów. Pytaniem retorycznym jest to, kto za to wszystko zapłaci...

 

Źródło: RODO kosztować będzie urzędy miliardy złotych. Potrzebne dziesiątki tysięcy specjalistów (PortalSamorzadowy.pl)

wpis z dnia 15/03/2018

   


  

     Za PO-PSL z Funduszu Rezerwy Demograficznej ciągle znikały pieniądze. Wystarczyło aby odeszli, a Fundusz zaczął przynosić zyski
wpis z dnia 14/03/2018

 

Fundusz Rezerwy Demograficznej miał być podporą i gwarantem całego systemu emerytalnego w Polsce. Wszystko szło zgodnie z planem do czasu przejęcia władzy przez ekipę PO-PSL. Z uwagi na "trudną sytuację budżetową" rząd Tuska zaczął bowiem podbierać zgromadzone tam pieniądze. W latach 2010 - 2014 zasoby Funduszu skurczyły się o 16,9 mld zł! Wystarczyło jednak odsunięcie ludzi Tuska od władzy, a saldo Funduszu zaczęło się poprawiać. Nie dość, że w latach 2015-2017 nikt nie podbierał stamtąd kasy, to jeszcze w ubiegłym roku Fundusz zdołał nieźle zarobić.

Fundusz Rezerwy Demograficznej według pierwotnych założeń miał być swego rodzaju mechanizmem bezpieczeństwa dla całego systemu emerytalnego w Polsce. Nasze państwo miało na nim gromadzić środki na kompensację tzw. "powojennego wyżu demograficznego". Innymi słowy - pieniądze zgromadzone na tym Funduszu miały być wykorzystane dopiero wówczas, gdy liczba osób pobierających świadczenia emerytalne przekroczy liczbę osób czynnie pracujących. 

Niestety, po dojściu do władzy ekipy PO-PSL założenia Funduszu Rezerwy Demograficznej (FRD) - który miał uchronić nasz kraj przed skutkami demograficzno-emerytalnych zmian w przyszłości - pozostały tylko założeniami. Rząd Donalda Tuska zaczął bowiem wykorzystywać pieniądze zgromadzone w Funduszu na bieżące potrzeby budżetowe. Po raz pierwszy miało to miejsce w 2010 roku, kiedy rząd zmniejszył zasoby Funduszu o kwotę 7,5 mld zł. W 2011 roku zrobił to samo - wówczas to uszczuplił Fundusz o 4 mld zł. W 2012 roku z Funduszu zniknęło blisko 2,9 mld zł, a w 2014 - 2,5 mld zł. Łącznie latach 2010 - 2014 zasoby Funduszu skurczyły się aż o 16,9 mld zł! Efekt był taki, że na koniec 2014 roku całkowite saldo FRD wynosiło 14,7 mld zł (zamiast co najmniej 31,6 mld zł).

Wystarczyło jednak przegonić ekipę PO-PSL od władzy, a saldo FRD nagle zaczęło rosnąć. Po pierwsze - począwszy od 2015 roku nikt nie podbierał stamtąd kasy na bieżące wydatki budżetowe. Po drugie - w ubiegłym roku Fundusz zdołał całkiem przyzwoicie zarobić. Z samej działalności inwestycyjnej FRD uzyskał ponad 1,3 mld zł - z czego blisko połowę zapewniły posiadane akcje spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

To, że zmiany są "in plus", najlepiej można poznać patrząc na to, jak zmieniało się saldo FRD. Jeszcze na koniec 2016 roku wynosiło ono 18,5 mld zł. W ciągu kolejnego roku (2017) podskoczyło już do poziomu 24,6 mld zł. Prognoza na 2018 rok wskazuje, że w dniu 31 grudnia saldo FRD osiągnie poziom ok. 27,2 mld zł.

 

Źródło: Fundusz Rezerwy Demograficznej (Zus.pl)
Źródło: Państwowy FRD zarobił na giełdzie (GazetaPrawna.pl)
Źródło: Rząd znowu grabi Fundusz Rezerwy Demograficznej. Rachunek jak zwykle zapłacą obywatele (wPolityce.pl)

wpis z dnia 14/03/2018

   


  

     Polska straciła 18.0% populacji, Francja 1.4%, a Wlk. Brytania 0.9%. Mimo to nasz udział w odszkodowaniach od Niemiec wyniósł zaledwie 2.0%!
wpis z dnia 13/03/2018

 

W wyniku II WŚ Polska poniosła gigantyczne straty ludnościowe. Populacja naszego kraju zmniejszyła się aż o 18,0 proc. Dla porównania straty ludnościowe Francji wyniosły 1,4 proc., a Wlk. Brytanii - 0,9 proc. Jakby tego było mało utraciliśmy 38,0 proc. majątku narodowego (Francuzi 1,5 proc., a Brytyjczycy jedynie 0,8 proc.). Mimo to, zamiast przyznanych nam po wojnie reparacji, dostaliśmy od NRD ok. 6 mln książek o maksiźmie, a nasz udział w finansowym zadośćuczynieniu dla ofiar II WŚ, wyniósł zaledwie 2 proc. całości wypłaconej kwoty. Warto o tym przypominać.

Aby była jasność - żądania wysuwane "na rympał", które dotyczą wypłaty 300, 600 czy 900 miliardów euro w ramach zaległych reparacji wojennych, są dziś zupełnie nie do zrealizowania. I każdy polityk zajmujący się tą kwestią powinien mieć tego świadomość. Niemcy po prostu nie wypłacą Polsce takich kwot. Jednak odpowiednio dawkowane argumenty uzasadniające konieczność roszczeń reparacyjnych, przedstawiane we właściwym świetle i momencie, mogą nam pomóc w realizacji czegoś innego, lecz równie ważnego z punktu widzenia żywotnych interesów naszego państwa. Chodzi oczywiście o bieżącą politykę międzynarodową.

Pod tym względem polscy politycy powinni "wykuć na blaszkę" kilka podstawowych faktów i nauczyć się je przytaczać w odpowiednich momentach. Niezaprzeczalnym jest to, że nasz kraj podczas II wojny światowej wykrwawił się w sposób niemiłosierny. Populacja Polski między początkiem roku 1939 a końcem roku 1945 zmniejszyła się w wyniku działań wojennych aż o 18,0 proc.! W tym miejscu każdorazowo trzeba porównywać tę statystykę z informacjami na temat zmian w liczbie ludności, jakie nastąpiły w innych krajach. Idealnym przykładem jest tu Francja (gdzie straty w populacji wyniosły 1,5 proc.) oraz Wlk. Brytania (straty na poziomie 0,8 proc.). Jakby tego było mało w wyniku działań wojennych straciliśmy 38,0 proc. majątku narodowego (Francuzi 1,5 proc., a Brytyjczycy jedynie 0,8 proc.).

Pomimo gigantycznych strat ludnościowych czy materialnych Polska otrzymała zdecydowanie najmniej reparacji czy odszkodowań. Najpierw mocarstwa zdecydowały, że będzie nam przysługiwać 15 proc. reparacji, jakie Niemcy wypłacą ZSRR. W praktyce oznaczało to, iż dostarczono do naszego kraju m.in. 5 mln sztuk dzieł klasyków marksizmu-leninizmu oraz 1 mln sztuk "Krótkiego Kursu Historii WKP(b)" autorstwa Stalina. Książki te zostały wydrukowane w NRD, dlatego zaliczano je do niemieckich "reparacji". Polscy politycy powinni się nauczyć przytaczać ten przykład, jako karykaturalną formę realizacji roszczeń reparacyjnych po 1945 roku, w którą wpakowali nas Brytyjczycy do spółki z Amerykanami. Dodatkowo, jak mantra powinien być powtarzany argument, iż udział Polski w zadośćuczynieniu, które Niemcy wypłacały ofiarom II wojny światowej wyniósł 1,5 mld euro z ponad 70 mld, jakie zostały do tej pory wypłacone. To oznacza, że udział procentowy wyniósł zaledwie 2,1 proc. całości kwoty.

Powyższe statystyki rzecz jasna nie przybliżą nas do uzyskania kwot reparacji. Ich odpowiednio częste przytaczanie może nam jednak bardzo pomóc w prowadzeniu bieżącej polityki. W tym kontekście, wbrew temu co twierdzą niektórzy politycy partii opozycyjnych, temat reparacji wojennych wcale nie jest zamknięty i nadal ma prawo funkcjonować na arenie międzynarodowej, czy też w dyskursie politycznym na szczeblu bilateralnym (Berlin - Warszawa). Choćby jako argument wykorzystywany w procesie załatwiania konkretnych spraw bieżących po linii polskiej racji stanu i polskich interesów.

 

Źródło: Mamy moralne prawo, ale... (Gosc.pl)
Źródło: Nieważność zrzeczenia się przez Polskę reparacji wojennych a niemieckie roszczenia odszkodowawcze (repozytorium.amu.edu.pl)
Źródło: Reparacje wojenne od Niemiec. Polska dostała 1,5 mld euro, ale do innych krajów nam daleko (Money.pl)

wpis z dnia 13/03/2018

   


  

     Islandia zakazuje rytualnych obrzezań. "Możecie spodziewać się konsekwencji na całym świecie!" - Skąd my to znamy?
wpis z dnia 12/03/2018

 

Do islandzkiego parlamentu kilka tygodni temu trafił projekt ustawy, która zakazuje dokonywania rytualnych obrzezań małych chłopców. Jeśli projekt wejdzie w życie, to za dokonanie takiego czynu grozić będzie kara do 6 lat więzienia, a Islandia stanie się pierwszym europejskim krajem, gdzie rytualne obrzezania będą penalizowane. To oczywiście nie podoba się żydowskim i muzułmańskim liderom religijnym, dla których ustawa jest przejawem antysemityzmu i islamofobii. Pojawiły się już też pierwsze groźby "konsekwencji na całym świecie"... Skąd my to znamy?

Społeczność żydowska stanowi zaledwie 0,1 proc. populacji Islandii (na tej wyspie żyje łącznie ok. 365 000 osób, z czego gminy żydowskie skupiają ok. 250 osób). Nieco więcej jest tam muzułmanów - ok. 0,5 proc. populacji (ok. 1 500 osób). Teoretycznie zatem projekt ustawy zakazującej dokonywania rytualnych obrzezań małych chłopców nie powinien mieć jakiegoś specjalnego impaktu na islandzkie społeczeństwo. Może i na społeczeństwo nie, ale na opinie międzynarodowej społeczności żydowskiej i muzułmańskiej już ma.

Projektodawcy ustawy zakazującej rytualnego obrzezania twierdzą, że jest ono sprzeczne z normami panującymi na Islandii, a dodatkowo narusza postanowienia konwencji ONZ o prawach dziecka. Dodatkowo wskazują, że rytualne obrzezania małych dziewczynek zostały już zakazane w większości krajów Europy, więc dlaczego podobnie nie podstąpić z rytualnym obrzezaniem małych chłopców?

Odmiennego zdania są oczywiście społeczności żydowskie i muzułmańskie. Ich przedstawiciele twierdzą, że ustawa jest "niebezpiecznym atakiem na wolność religijną". Pojawiają się też głosy sugerujące, że przyjęcie tej ustawy przez parlament Islandii będzie aktem antysemityzmu i islamofobii. 

Są już także pierwsze groźby poniesienia "konsekwencji na całym świecie". Jak donosi portal IcelandNews.is - Jon Gunnar Benjaminsson z Iceland Unlimited (firmy zajmującej się organizowaniem wycieczek po Islandii) otrzymał maila od członków "bostońskiej społeczności żydowskiej", którzy informują, że w związku z projektem ustawy zakazującej obrzezania małych chłopców wstrzymują się z przylotem na wycieczkę do Islandii:

"Jeśli ustawa zostanie przegłosowana, anulujemy rezerwację i pojedziemy w inne miejsce. Będziemy również przestrzegać innych członków bostońskiej społeczności żydowskiej przed wyjazdem do Islandii, a także skontaktujemy się z naszymi braćmi i siostrami ze społeczności muzułmańskiej. Żywimy nadzieję, że wasz rząd odzyska resztki przyzwoitości i nie dopuści do przyjęcia tej haniebnej ustawy. Jeśli natomiast projekt zostanie przegłosowany, możecie spodziewać się konsekwencji na całym świecie".

Aby była jasność - nie kwestionuje prawa danej społeczności czy grupy religijnej do wyrażania dezaprobaty wobec poszczególnych zmian w prawie dokonywanych przez kraje, gdzie wspomniane społeczności czy grupy są mniejszością. Chce tylko pokazać, że niektóre z nich mogą wykorzystywać swoje wpływy i koneksje na arenie międzynarodowej, aby zadbać o własne interesy lub punkt widzenia. Tak było w przypadku polskiej ustawy o IPN, która na tyle nie spodobała się społeczności żydowskiej, że ta postanowiła uruchomić przeciwko nam gigantyczną akcję dyfamacyjną skutkującą ochłodzeniem relacji z USA. Teraz podobnie może być w przypadku Islandii, której projektowana ustawa o zakazie obrzezania małych chłopców bardzo nie podoba się żydowskim grupom wyznaniowym.

 

Źródło: Turyści grożą odwołaniem wycieczek do Islandii (IcelandNews.is)
Źródło: Iceland law to outlaw male circumcision sparks row over religious freedom (TheGuardian.com)

wpis z dnia 12/03/2018

   


 

     W obozie śmierci w Świętochłowicach zginęło wielu członków AK i NSZ. Jego komendantem był Salomon Morel
wpis z dnia 9/03/2018

 

W lutym 1945 r. w miejscu niemieckiego obozu koncentracyjnego w Świętochłowicach komuniści założyli obóz pracy podlegający Urzędowi Bezpieczeństwa. Choć pierwotnie miało to być miejsce przeznaczone dla volksdeutschów, to z czasem zaczęto tam zwozić Polaków, głównie z AK i NSZ, których łączyła "niechęć do komunistycznej władzy". W ciągu 10 miesięcy istnienia przez obóz przewinęło się ok. 6,0 tys. więźniów, z których ok. 2,5 tys. poniosło śmierć. Komendantem obozu był słynący z okrucieństwa i sadyzmu Salomon Morel. W 1992 roku uciekł do Izraela. 

W początkowym okresie obozem kierowały dwie osoby przybyłe w rejon Górnego Śląska z województwa lubelskiego: 20-letni Aleksy Krut oraz 26-letni Salomon Morel. Od czerwca 1945 obozem kierował samodzielnie Salomon Morel. Obaj słynęli z niezwykłej brutalności oraz sadyzmu. 

Jedną z tortur, jaką stosował Morel, była tzw. piramida. Strażnicy obozu na polecenie Morela rzucali więźniów jednego na drugiego, tworząc pięć, sześć warstw złożonych z ludzi. Efektem tego było duszenie się więźniów znajdujących się w najniższej części "piramidy". 

Z uwagi na brutalność strażników i komendanta Morela, w obozie w Świętochłowicach notowane były przypadki rzucania się uwięzionych na druty pod wysokim napięciem oraz samobójstwa przez powieszenie.

Na przełomie października i listopada 1945 obóz wizytowała trzyosobowa komisja z prokuratorem Jerzym Rybakiewiczem na czele, która przejrzała akta, przesłuchała wszystkich więźniów, po czym zwolniła prawie wszystkich osadzonych do domu. Musieli oni przedtem podpisać zobowiązanie, że pod groźbą kary więzienia nie będą z nikim rozmawiać o tym, co się działo w obozie. Ostatecznie obóz przestał funkcjonować w listopadzie 1945 r.

W obozie w Świętochłowicach w okresie od lutego do listopada 1945 r. więzionych było co najmniej 5764 więźniów, z których niemal 1/3 nie przeżyła pobytu. IPN udokumentował liczbę zmarłych w obozie na 1855 osób. Istnieją jednak przesłanki, aby całkowitą liczbę ofiar szacować na około 2,5 tysiąca.

W 1992 roku katowicki oddział Głównej Komisji Badań Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wszczął oficjalne śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych na terenie obozu pracy w Świętochłowicach. Niedługo później Salomon Morel uciekł z Polski do Izraela. 30 września 1996 roku Salomonowi Morelowi oficjalnie postawiono dziewięć zarzutów, w tym ludobójstwa, pobicia, znęcania się fizycznego i moralnego, sprowadzenia niebezpieczeństwa powszechnego dla życia i zdrowia więźniów. W lipcu 2005 Izrael odmówił wydania Morela polskim władzom, gdyż prawo izraelskie nie przewiduje ekstradycji swoich obywateli. 

Nie mogąc sprowadzić Morela do Polski w lutym 2006 roku podjęto decyzję o zawieszeniu wypłacania mu wysokiej emerytury z Biura Emerytalnego Służby Więziennej. Podstawą formalną do podjęcia takiej decyzji było stwierdzenie braków w dokumentacji, na podstawie której wydana została decyzja emerytalna. Stan ten trwał jednak tylko kilka miesięcy. Okazało się bowiem, że Morel przesłał brakujące dokumenty pocztą z Izraela, co też przyczyniło się do wznowienia wypłacania mu emerytury.

Salomon Morel zmarł 14 lutego 2007 r. w Tel Awiwie. Nigdy nie poniósł odpowiedzialności za swoje zbrodnie.

 

Źródło: Salomon Morel (Wikipedia)
Źródło: Obóz Zgoda (Wikipedia)

wpis z dnia 9/03/2018

   


  

     Na modernizację linii kolejowej wydadzą 2,13 mld zł. Po jej przeprowadzeniu prędkość jazdy spadnie z 150 do 130 km/h
wpis z dnia 8/03/2018

 

To jest jednak hit! Modernizacja linii kolejowej Poznań – Szczecin ma kosztować 2,13 mld zł. Obecnie na wchodzącym w jej skład 50-kilometrowym odcinku między Dobiegniewem a Wronkami pociągi pasażerskie mogą się poruszać z prędkością do 150 km/h. Po zakończeniu remontu maksymalna prędkość, z jaką będzie można tam jeździć, spadnie do zaledwie 130 km/h. Wszystko to efekt biurokratycznego pośpiechu. PKP Polskie Linie Kolejowe nie zdążyły bowiem odwołać się od urzędniczej decyzji środowiskowej ograniczającej prędkość do 130 km/h.

Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Poznaniu wydała w 2015 roku decyzję środowiskową, która umożliwiła przeprowadzenie modernizacji linii kolejowej Poznań - Szczecin, jednak z istotnym zastrzeżeniem. Otóż na odcinku Wronki – Dobiegniew, gdzie obecnie pociągi pasażerskie mogą się poruszać z prędkością do 150 km/h, nastąpi ograniczenie prędkości jazdy zaledwie do 130 km/h. Powód? - Ochrona przyrody. Zdaniem urzędników z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska na wspomnianym odcinku istnieje "zwiększone ryzyko kolizji pociągów z ptakami i ssakami". I właśnie dlatego trzeba ograniczyć prędkość do 130 km/h.

Co istotne - PKP Polskie Linie Kolejowe nie odwołały się od wspomnianej decyzji środowiskowej. Powód...? Tutaj dochodzimy do kolejnego absurdu. Otóż modernizacja wspomnianej linii kolejowej odbywa się w ramach unijnego instrumentu CEF (ang.: Connecting Europe Facility). Unia Europejska przeznaczyła w swoim budżecie na cele związane z rozwojem sieci transportowej, energetycznej oraz telekomunikacyjnej odrębną pulę środków finansowych. Problem w tym, że wspomniane fundusze można wykorzystać tylko do 2020 roku. Aby ograniczyć ryzyko, że środki te przepadną, gdyż modernizacji nie uda się zakończyć do 2020 roku, PKP Polskie Linie Kolejowe postanowiły "skrócić" postępowanie administracyjne i nie odwołały się od decyzji wydanej przez Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Poznaniu. 

Efekt uprawomocnienia się decyzji środowiskowej jest taki, że po zakończeniu modernizacji linii kolejowej Poznań – Szczecin, 50-kilometrowy odcinek między Dobiegniewem a Wronkami będzie przystosowany do jazdy z prędkością 160 km/h, jednak urzędowo będzie można tam się poruszać jedynie 130 km/h i to pomimo, że dzisiaj (tj. przed modernizacją), pociągi mogą tam jeździć 150 km/h. 

Oto bareizm w czystej postaci!

 

Źródło: Pieniądze wyrzucone w kolej. Po modernizacji torów spadnie prędkość i przepustowość (GazetaPrawna.pl)
Źródło: Modernizacja linii do Szczecina... obniży prędkość pociągów (Rynek-Kolejowy.pl)

wpis z dnia 8/03/2018

    


  

     Nowa opłata emisyjna, czyli jak za mrzonki o elektrycznych samochodzikach zapłacimy realną kasę przy każdym tankowaniu
wpis z dnia 7/03/2018

 

Ministerstwo Energetyki wpadło na "genialny" pomysł. Siedzący tam urzędnicy uznali chyba, że Polacy płacą za mało podatków w rachunkach za paliwa, dlatego trzeba im dołożyć kolejny. Opłata emisyjna miałaby wynosić 0,08 zł za każdy litr. Niewiele? W ciągu roku w Polsce tankuje się około 22 mld litrów paliwa. To oznacza, że z tytułu nowego podatku udałoby się zebrać niebagatelną kwotę 1,7 mld zł. Ma ona trafić do nowego Funduszu Niskoemisyjnego Transportu, który będzie forsował wizje państwa opartego o transport pojazdami elektrycznymi. 

Ogłoszona właśnie przez resort energii nowa wersja ustawy o biopaliwach przewiduje wprowadzenie tzw. opłaty emisyjnej, która miałaby być płacona przez kierowców tankujących benzynę i olej napędowy. Projektodawcy przewidują, że jej wysokość miałaby wynieść 0,08 zł za każdy litr zatankowanego paliwa. Niby niewiele, ale gdy uświadomimy sobie, że w Polsce w ciągu roku tankuje się około 22 mld litrów benzyny i oleju napędowego, to okazuje się, że z tytułu nowego podatku udałoby się zebrać niebagatelną kwotę ok. 1,7 mld zł.

Część z tej kwoty miałaby trafić do nowoutworzonego, specjalnego Funduszu Niskoemisyjnego Transportu. Fundusz ten miałby się zajmować "systemowym wsparciem dla rozwoju rynku oraz infrastruktury paliw alternatywnych w transporcie w związku ze zobowiązaniami Polski, wyznaczonymi w dyrektywie ws. wspierania rozwoju rynku i infrastruktury paliw alternatywnych".

Wiem, że branża nieco inna, ale w kontekście powyższego warto zauważyć, że w naszym kraju działają już Fundusz Promocji Mięsa Wieprzowego, Fundusz Promocji Mleka, Fundusz Promocji Mięsa Wołowego, Fundusz Promocji Mięsa Końskiego, Fundusz Promocji Mięsa Drobiowego, Fundusz Promocji Mięsa Owczego, Fundusz Promocji Ziarna Zbóż i Przetworów Zbożowych, Fundusz Promocji Owoców i Warzyw oraz Fundusz Promocji Ryb. Wszystkie one są sponsorowane w sposób podobny do tego, jaki ma obowiązywać w przypadku Funduszu Niskoemisyjnego Transportu (czyli drobny procent/promil wartości obrotu danym towarem traktowany jako składka na rzecz danego funduszu). Czy ktoś słyszał kiedykolwiek o jakichkolwiek osiągnięciach tych funduszy? Czy ich istnienie realnie przełożyło się na wzrost spożycia np. mięsa wołowego czy końskiego? Obawiam się, że nie. Tak samo może być w przypadku planowanego przez resort energii nowego Funduszu Niskoemisyjnego Transportu. Jego budżet będzie gigantyczny, a przełożenie na "systemowe wsparcie dla rozwoju rynku oraz infrastruktury paliw alternatywnych" minimalne.

Pod tym względem trudno nie przyznać racji publicyści i komentatorowi politycznemu Łukaszowi Warzesze, który stwierdził, że za pośrednictwem nowego podatku zapłacimy "realną kasę przy każdym tankowaniu za mrzonki o elektrycznych samochodzikach". Przy okazji zaś stworzy się idealną przechowalnię dla leśnych dziadków czy innych "misiewiczów".

 

Źródło: W projekcie ME nowa opłata emisyjna w cenie paliw - 8 groszy za litr (Pb.pl)
Źródło: POPiHN: Konsumpcja paliw ciekłych w Polsce wzrosła o 12% w I kw 2017 r. (Wyborcza.biz)
Źródło: Łukasz Warzecha (Twitter.com)
Źródło: Administrowanie funduszami promocji produktów rolno-spożywczych (BIP.kowr.gov.pl)

 

wpis z dnia 7/03/2018

   


  

     Polskie kopalnie w 2017 r. odnotowały 3,6 mld zł zysku. I właśnie dlatego wydobywać węgiel chcą tu dziś Niemcy, Anglicy i Australijczycy
wpis z dnia 6/03/2018

 

Ubiegły rok był dla polskiego górnictwa bardzo udany. Działające na terytorium naszego kraju kopalnie węgla kamiennego wypracowały bowiem ponad 3,6 mld zł zysku. Co istotne - tak dobre rezultaty finansowe były możliwe mimo spadających "mocy przerobowych". W 2017 roku wydobyto bowiem o 4,9 mln ton węgla mniej niż w 2016 roku (70,4 mln vs 65,5 mln). Wspomniana "luka produkcyjna" oraz gigantyczne zyski powodują, że w kolejce do posiadania własnych kopalni w Polsce ustawili się już inwestorzy z Niemiec, Wlk. Brytanii oraz Australii.

Wczorajsza "Gazeta Prawna" donosi, że podczas posiedzenia trójstronnego zespołu ds. bezpieczeństwa socjalnego górników ujawnione zostały wstępne wyniki sektora węgla kamiennego za ubiegły rok. Okazało się, że polskie kopalnie wypracowały 3 mld 611 mln złotych zysku na czysto. Co istotne - polskie górnictwo osiągnęło wyższe przychody i zyski mimo wyraźnego spadku wydobycia węgla o prawie 4,9 mln ton. W ub. roku kopalnie wyprodukowały niespełna 65,5 mln ton węgla, wobec prawie 70,4 mln ton rok wcześniej (spadek o 6,9 proc.).

Efekt fenomenalnych wyników finansowych osiąganych przez polskie górnictwo naturalnie budzi zainteresowanie zagranicznych inwestorów. Jeszcze w ubiegłym roku niemiecka firma Bergbau zapowiedziała, iż zamierza złożyć wniosek o koncesję na wydobycie węgla kamiennego w ramach projektu Orzesze. Prezes tej firmy - Heinz Schernikau - zapewniał, że inwestycja ta będzie opłacalna, a kopalnia nie będzie miała problemów ze sprzedażą węgla (ma być eksportowany do krajów ościennych; warto podkreślić, że same tylko Niemcy importują rocznie 50 mln ton węgla).

W listopadzie ub.r. "Dziennik Gazeta Prawna" podał, że brytyjska spółka Tamar Resources (zarejestrowana w Londynie, choć posiadająca kapitał amerykański) chce wznowić pracę zamkniętej nie tak dawno kopalni Krupiński. 

Warto podkreślić, że kopalnia ta była nierentowna (w 10 lat przyniosła 1 mld zł straty), bowiem jej poprzedni właściciel, tj. państwowa Jastrzębska Spółka Węglowa (JSW), skupił się głównie na eksploatacji głębokich (a więc kosztownych w wydobyciu) złóż słabej jakości węgla energetycznego. Tymczasem Krupiński słynie z najwyższej jakości złoża węgla koksowego (niezbędnego do produkcji stali). Chodzi o złoże nr 405/1. Przy obecnych cenach wartość zlokalizowanego tam węgla przekracza 40 mld złotych!

Australijska firma Prairie Mining już inwestuje w Polsce. Firma ta otrzymała koncesje na wydobywanie węgla w dwóch lokalizacjach i rozpoczęła budowę kopalni "Jan Karski". Roczna produkcja węgla w tej kopalni ma wynieść 6,3 mln ton.

Wydobywanie "czarnego złota" znowu stało się bardzo opłacalne. Nic nie wskazuje na to, aby wyniki za 2018 rok miały być gorsze od rezultatów osiągniętych w roku 2017. Powyższe zwiększy tylko zainteresowanie zagranicznych inwestorów polskim węglem. I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu forsowana była opinia, aby pozamykać większość działających w naszym kraju kopalni. Ciekawe do kogo wędrowałyby obecne zyski z wydobycia? Czy byłyby to polskie spółki wydobywcze, czy może zagraniczne (np. niemieckie), które okazyjnie przejęłyby majątek zamykanych kopalni, a następnie - gdy prosperity wróciło - wystąpiły o wznowienie produkcji?

 

Źródło: Ponad 3,6 mld zł zysku górnictwa w 2017 r., wydobycie mniejsze o 4,9 mln ton (GazetaPrawna.pl)
Źródło: DGP: Nowi inwestorzy zainteresowani reaktywacją kopalni Krupiński i Makoszowy (BiznesAlert.pl)
Źródło: Heinz Schernikau: Stawiamy na polski węgiel (Rp.pl)

wpis z dnia 6/03/2018

   


  

     Zapomniana masakra na Radogoszczu - Niemcy podpalili budynek z 1,5 tys. Polaków w środku. Przeżyło 30 osób...
wpis z dnia 5/03/2018

 

W styczniu 1945 r. w niemieckim więzieniu policyjnym na łódzkim Radogoszczu przetrzymywanych było ok. 1,5 tys. Polaków. W związku ze zbliżaniem się frontu wschodniego dowódca SS i Policji w Kraju Warty i Generalnym Gubernatorstwie Wilhelm Koppe (który po wojnie zmienił nazwisko i został szefem fabryki czekolady w RFN) wydał decyzję, aby wymordować polskich więźniów. W efekcie powyższego w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 r. Niemcy przystąpili do masakry Polaków. Budynek więzienia podpalono, a następnie wysadzono. Przeżyło zaledwie 30 osób.

W listopadzie 1939 roku, niedługo po tym jak Niemcy przejęli kontrolę nad Łodzią, na terenie fabryki włókienniczej Michała Glazera na Radogoszczu utworzono tzw. obóz przejściowy. Jego powstanie związane było z masowymi aresztowaniami, jakich Niemcy dokonali w Łodzi i okręgu łódzkim jesienią 1939 roku w ramach tzw. Intelligenzaktion (aresztowania i eksterminacja objęły głównie inteligencję oraz znanych działaczy społeczno-politycznych i gospodarczych).

Z dniem 1 lipca 1940 r. obóz przejściowy został przez Niemców przekształcony w "Rozszerzone Więzienie Policyjne, Radogoszcz". Więźniów wysyłano stamtąd do innych więzień (Sieradz, Łęczyca lub Wieluń), obozów pracy karnej (najczęściej Ostrów Wielkopolski) lub obozów koncentracyjnych (Mauthausen-Gusen, Auschwitz, Dachau). 

W związku ze zbliżaniem się frontu wschodniego Wilhelm Koppe - Wyższy Dowódca SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie – podjął następującą decyzję: więzienia takie jak na Radogoszczu mają być albo ewakuowane na zachód, albo wszyscy więźniowie mają być wymordowanie. Komendant łódzkiego więzienia, porucznik policji Walter Pelzhausen, podjął decyzję o eksterminacji. Początkowo więźniowie byli mordowani bagnetami i strzałami z pistoletów. Po kilkudziesięciu minutach rzezi część więźniów podjęła się czynnego oporu i rzuciła się na Niemców z cegłami i kawałkami desek. Zaskoczeni Niemcy wybiegli z budynku więzienia. Wówczas to została podjęta decyzja o podpaleniu więzienia. Budynek bardzo szybko cały stanął w ogniu. Na więźniów próbujących wydostać się z niego czekały kule oprawców. Spośród blisko 1500 więźniów ocalało około 30 osób.

- "Przybyliśmy na miejsce, gdy ciała zamordowanych nie przestały jeszcze dymić. Ogień już ustał, a czerwona cegła ruin straszyła z daleka. Setki zwłok ludzkich zalegały teren. Twarze ofiar zbrodni wykrzywione były okropnym bólem i zamarłym krzykiem grozy, a tych oczu nie zapomni nikt, kto patrzył wtedy na to piekło na ziemi" - wspominał Arkadiusz Sitek w książce "Radogoszcz więzienie policyjne w latach 1939-1945".

Wilhelm Koppe, który wydał instrukcję dotyczące likwidacji więźniów na terenie Generalnego Gubernatorstwa (w tym więźniów przetrzymywanych na łódzkim Radogoszczu), po 1945 roku przybrał fałszywe nazwisko Lohmann i został dyrektorem jednej z fabryk czekolady w RFN. Kilka lat później został namierzony i oskarżony przez władze polskie o zbrodnie wojenne popełnione w okupowanej Polsce. Mimo powtarzających się próśb o ekstradycję, Koppe nie został wydany przez władze RFN i uniknął odpowiedzialności karnej za zbrodnie przeciwko ludzkości. Co prawda w 1960 roku został aresztowany, ale 19 kwietnia 1962 roku zwolniono go za kaucją w wysokości 30 tysięcy marek. W 1964 roku prokuratura w Bonn wszczęła przeciw niemu postępowanie, oskarżając m.in. o współudział w zamordowaniu 145 tys. osób. W 1966 roku postępowanie zostało oddalone przez sąd krajowy w Bonn, z powodu złego stanu zdrowia oskarżonego. 

Wilhelm Koppe nigdy nie poniósł kary za zbrodnie dokonane podczas II wojny światowej. Zmarł w 1975 w Bonn.

 

Źródło: Masakra w więzieniu na Radogoszczu (Wikipedia)
Źródło: Wilhelm Koppe (Wikipedia)

wpis z dnia 5/03/2018

   


   

     Morderca Antoniego i Janiny Żubrydów w PRL zrobił karierę filmową. W III RP w jego obronie wstawił się nawet A. Wajda
wpis z dnia 2/03/2018

 

Antoni Żubryd był przedwojennym oficerem Wojska Polskiego. Walczył przeciwko Niemcom, jak i Rosjanom. W październiku 1946 roku został podstępnie zamordowany przez swojego przyjaciela Jerzego Vaulina, który okazał się być agentem Urzędu Bezpieczeństwa. Vaulin zabił Żubryda oraz jego żonę Janinę (która była wówczas w ósmym miesiącu ciąży) strzałami w tył głowy. Za zbrodnie tą nigdy nie poniósł konsekwencji. W PRL Vaulin zrobił karierę filmowca. W III RP usłyszał akt oskarżenia, ale sąd umorzył prowadzoną przeciwko niemu sprawę z uwagi na... przedawnienie.

Jerzy Vaulin podjął współpracę z UB w lecie 1946 roku. Według dokumentów IPN został zwerbowany przez Wydział V Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Wrocławiu. Wkrótce został skierowany na Rzeszowszczyznę, gdzie jako agent miał nawiązać współpracę z oddziałem Narodowych Sił Zbrojnych, dowodzonym przez kpt. Antoniego Żubryda.

Vaulin szybko stał się jednym z najbardziej zaufanych podkomendnych Żubryda. Dzięki temu 24 października 1946 roku udało mu się podstępem (strzałem w tył głowy) zabić Antoniego Żubryda, a następnie jego żonę, Janinę (która była w ósmym miesiącu ciąży).

Po tej akcji powrócił do Wrocławia, gdzie kontynuował przerwane studia na Politechnice. W kilka lat później ukończył również Akademię Nauk Politycznych w Warszawie oraz Państwową Wyższą Szkołę Filmową i Teatralną w Łodzi. W trakcie swojej kariery zrealizował ponad 20 filmów, za które był wielokrotnie nagradzany przez Ministra Obrony Narodowej. 

28 czerwca 1994 Sąd Wojewódzki w Rzeszowie unieważnił postanowienia Wojskowej Prokuratury Rejonowej z 12 grudnia 1946 roku dotyczące umorzenia postępowania wobec śmierci Antoniego Żubryda i jednocześnie dokonał rehabilitacji Żubryda, uznając go za bohatera walczącego o niepodległy byt państwa polskiego.

Pod koniec lat 90. eksperci kryminalistyki na podstawie zdjęć zwłok Antoniego i Janiny Żubrydów ustalili, że zostali oni zastrzeleni znienacka i od tyłu. W prowadzonym wówczas śledztwie Jerzy Vaulin przyznał się (!) do zamordowania Antoniego i Janiny Żubrydów. Podał jednak swoją wersję wydarzeń, z której wynikało, że zrobił to w obronie koniecznej. Wkrótce później został oskarżony przez Prokuratora Rejonowego w Brzozowie o zabójstwo Antoniego i Janinę Żubrydów, zaś proces w tej sprawie rozpoczął się 18 listopada 1999 roku przed Sądem Okręgowym w Krośnie.

Po trwającym trzy lata procesie (podczas którego sędzia prowadzący podjął decyzję o tajności rozpraw i zakazał udziału w nich przedstawicieli mediów) postępowanie zostało jednak umorzone. Sąd uzasadnił to nieudowodnieniem przez oskarżyciela faktu, iż oskarżony (strzelając swoim ofiarom w tył głowy) działał na zlecenie Urzędu Bezpieczeństwa, a nie - jak twierdził - w obronie własnej (!). 

W 1999 roku powstał film dokumentalny pt. "List do syna" w reżyserii Iwony Bartólewskiej. Film ten bazował na liście, który Jerzy Vaulin przekazał synowi Antoniego i Janiny Żubrydów, Januszowi Niemcowi. W korespondencji tej Vaulin przyznał się do zabójstwa Żubrydów. Wyświetlenie filmu w Telewizji Polskiej zostało zablokowane przez Jerzego Vaulina. Morderca Żubrydów stwierdził wówczas, że film jest obarczony wadą prawną, polegającą na tym, iż reżyserka nie zapłaciła mu honorarium autorskiego za wykorzystany w filmie utwór literacki, którym był... list kierowany do syna swoich ofiar (!).

 

Źródło: Jerzy Vaulin (Wikipedia)
Źródło: Rafał Ziemkiewicz (Twitter.com)

wpis z dnia 2/03/2018

  


  

     PiS nie poleci na sądach czy zmianach ustrojowych. PiS poleci na nagrodach dla rządu, kumoterstwie i zakazie handlu w niedzielę
wpis z dnia 1/03/2018

 

Wiele na to wskazuje, że w najbliższym czasie PiS roztrwoni większość swojej gigantycznej przewagi nad opozycją. Wszystko przez sprawy, które albo 1) kłują po oczach zwykłego wyborcę i są zaprzeczeniem "dobrej zmiany" (np. wysokie nagrody dla rządu czy kumoterskie praktyki w spółkach Skarbu Państwa), albo 2) dotkną bezpośrednio elektorat, który na PiS głosował (np. zakaz handlu w niedzielę). Wielu odurzonych sondażami członków partii Jarosława Kaczyńskiego spoczęło na laurach myśląc, że już nie ma z kim przegrać. A to nie jest prawda.

Aby była jasność - nie uważam, że alternatywą dla PiS jest dziś Grzegorz Schetyna czy Ryś Petru. Wystarczy jednak, że po stronie opozycji pojawi się ktoś nowy, ktoś kto swoim autorytetem będzie w stanie przyciągać do siebie innych ludzi, ktoś kto swoimi wypowiedziami nie będzie szedł w duchu wiernopoddańczego oddania Brukseli i jednocześnie da rękojmie skutecznego działania w przypadku przejęcia steru władzy. W takich okolicznościach wyborcy dostrzegą alternatywę, z którą będą gotowi się utożsamić. A to dla PiS-u, który - jakkolwiek byśmy na tę partię spoglądali - popełnia coraz więcej błędów, oznacza koniec gigantycznej przewagi w sondażach.

Wielu przewidywało, że PiS wywróci się na reformie sądownictwa, przejęciu TK czy forsowaniu zmian ustrojowych. Nic bardziej mylnego. Te sprawy nie dotyczą bowiem zwykłych ludzi i - w istocie - ich nie bulwersują. PiS, jako partia, która jest postrzegana jako "skuteczna w działaniu", może się wywrócić z zupełnie innych powodów. Pierwszym z nich są sprawy, które "kłują po oczach". Jako przykłady podałbym tutaj sporą skalę kumoterstwa w spółkach Skarbu Państwa, publiczne wypowiedzi polityków PiS, którzy nieudolnie starają się ten stan rzeczy uzasadniać, czy ostatnie nagrody dla członków rządu, które - jak stwierdził zarabiający ponad 15 tys. zł miesięcznie Jarosław Gowin - miały podreperować domowe budżety ministrów. Sprawy te mogą bulwersować i są zaprzeczeniem tzw. "dobrej zmiany" (miało być inaczej niż za PO). 

Druga kwestia to wszelkie decyzje, których skutki bezpośrednio dotkną elektorat PiS-u. Do tej pory partia Jarosława Kaczyńskiego przeforsowała bardzo dużo zmian, które wpływały na życie i funkcjonowanie wielu grup społecznych. Liczebność tych grup była jednak dość ograniczona i - co najważniejsze - zmiany te nie dotykały elektoratu PiS. Sytuacja zmieni się jednak już od 11 marca. Wówczas to nastąpi pierwsza niedziela wolna od handlu. W mojej ocenie zakaz handlu w niedzielę zdenerwuje wyborców, którzy do tej pory mogli być zadowoleni z rządów PiS. Wbrew pozorom spora grupa wchodząca w skład elektoratu PiS wykorzystywała niedziele nie tylko na kościół, czy rodzinę, ale również na konsumpcję. Teraz (decyzją PiS-u) zostanie im to odebrane. W zamian dostaną soboty z zatłoczonymi galeriami handlowymi, gdzie komfort robienia zakupów będzie dużo niższy.

Argument typu "a bo Niemcy też mają pozamykane sklepy w niedzielę" można w łatwy sposób obalić. Otóż statystyczny Niemiec pracuje w skali całego roku dużo krócej niż statystyczny Polak (wyliczenia OECD mówią o różnicy rzędu 500 godzin). W efekcie powyższego ma więcej wolnego czasu na uprawianie konsumpcji w ciągu tygodnia. Statystyczny wyborca PiS takiego komfortu raczej nie posiada.

W konsekwencji kumulacji spraw, które kłują po oczach, są zaprzeczeniem "dobrej zmiany" lub uderzają w elektorat PiS, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie tracić poparcie. Jeśli do tego na opozycji pojawi się nowy lider, to nie mam wątpliwości, że obecna przewaga PiS-u nad resztą partii będzie topnieć jeszcze szybciej.

 

wpis z dnia 1/03/2018