Blog niewygodne.info.pl stosuje pliki cookies. 

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. 

Jeśli nie wyrażają Państwo zgody, uprzejmie prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Archiwum: Styczeń 2018

 

     Krótka historia o tym, jak Gazprom kupił niemieckich ekologów w/s Nord Stream I
wpis z dnia 31/01/2018

 

Przypomnijmy - jeszcze w 2009 roku szefowie niemieckich organizacji ekologicznych głośno protestowali przeciwko budowie gazociągu Nord Stream I z Rosji do Niemiec. Zmienili zdanie w 2011 roku, kiedy objęli posady w kierownictwie sponsorowanej przez Rosjan ekofundacji. Jakby tego było mało zarządzane przez nich organizacje wycofały z niemieckich sądów skargi w/s udzielonych przez władze zezwoleń na układanie gazpromowej rury. Można? Jak widać - wszystko można.

Wczesną wiosną 2011 roku konsorcjum Nord Stream zostało sponsorem Fundacji Ochrony Przyrody Niemieckiego Bałtyku. Założyły ją m.in. niemieckie organizacje ekologiczne WWF Deutschland, BUND ("Przyjaciele Ziemi") i NABU (Związek na rzecz Ochrony Przyrody i Bioróżnorodności). Jej prezesem został szef WWF Deutschland Jochen Lamp, a jego zastępczynią - szefowa organizacji "Przyjaciele Ziemi" Corinna Cwielag. 

Największą konsekwencją obsadzenia "gazpromowej" fundacji przez członków i przedstawicieli niemieckich organizacji ekologicznych oraz złożenia przez Nord Stream obietnicy wyłożenia sporych pieniędzy na ochronę środowiska Bałtyku było to, że nagle - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - ustało większość protestów przeciwko budowie gazociągu Nord Stream. Dodatkowo z niemieckich sądów wycofano skargi w sprawie udzielonych przez władze zezwoleń na układanie gazpromowej rury. Wyglądało to trochę tak, jakby pieniądze (Nord Stream wyłożył 5 mln euro na kapitał zakładowy wspomnianej fundacji oraz przekazał kolejne 5 mln euro na programy badawcze) i stanowiska odegrały w tym przypadku kluczową rolę.

Skala wolty niemieckich organizacji ekologicznych w sprawie Nord Stream I była naprawdę spora. WWF Deutschland jeszcze w 2009 roku nie zostawiła suchej nitki na raporcie przygotowanym przez konsorcjum Nord Stream o wpływie budowy gazociągu na środowisko Bałtyku. Obecnie, gdy decydują się losy budowy Nord Stream II, stanowisko niemieckich ekologów wydaje się być o wiele bardziej konsekwentne. Pytanie jednak czy z czasem nie ulegnie ono zmianie, tak jak miało to miejsce 7 lat temu?

 

Źródło: Nord Stream kupił niemieckich ekologów za 10 mln euro (Wyborcza.pl)
Źródło: Nord stream – żółta kartka dla ekologów! (Ekologia.pl)

wpis z dnia 31/01/2018

    


    

     Dyfamacja Polski przebija kolejne poziomy! Tym razem wymyślili kłamstwo w/s karania za mówienie o Jedwabnym
wpis z dnia 30/01/2018

 

To niesamowite ile sympatycy totalnej opozycji są w stanie zrobić, aby zrujnować dobre imię Polski. Piotr Pacewicz na łamach portalu OKO.press zasugerował, że "za nauczanie o Jedwabnem nauczycielom grozi do trzech lata więzienia". Oczywiście nic w tym sformułowaniu byłego zastępcy redaktora naczelnego Gazety Wyborczej nie było prawdą. Niestety, wypociny Pacewicza poszły w świat i perfekcyjnie wpisały się w międzynarodową akcję dyfamacyjną wobec Polski, niejako legalizując jej główne założenia. Tak właśnie przegrywamy wojnę informacyjną...

Wczoraj napisałem, że trwa wojna informacyjna. Jesteśmy ofiarą bezprecedensowego ataku dyfamacyjnego. Bronimy się jak potrafimy, próbujemy akcji zaczepnych, konstruujemy kontrofensywę. Trzeba jednak pamiętać, że każdy nasz błędny ruch, każda nasza nieprzemyślana reakcja będzie wykorzystana przeciwko nam. Musimy się nauczyć żyć w takim stanie, a jednocześnie wpływać na postrzeganie świata przez innych, uwzględniając nasze interesy i nasz punkt widzenia. To może się udać, ale wymaga odpowiednich finansów oraz potężnego wysiłku organizacyjnego, jak i intelektualnego. Jeśli teraz przegramy wojnę na "soft power" (w zakresie narracji), to tym bardziej przegramy ją w wersji "hard" (gdyż nikt nie będzie chciał umierać "za Warszawę"). Niestety, tacy ludzie jak Piotr Pacewicz przybliżają nas do definitywnej porażki.

W tekście opublikowanym na łamach sympatyzującego z totalną opozycją serwisu OKO.press ten były zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej napisał rzecz następującą: "Za nauczanie o Jedwabnem nauczycielom grozi do trzech lata więzienia. (...) Przesada? Niestety nie. Po nowelizacji ustawy o IPN kara więzienia za przypisywanie Polakom współodpowiedzialności za udział w Holocauście wisi także nad nauczycielami".

Na szokujące sugestie Pacewicza bardzo szybko zareagował IPN. Przedstawiciele Instytutu jasno wskazali, że odpowiedzialność karna będzie groziła tylko tym osobom, które "publicznie i wbrew faktom przypisują Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie". A to oznacza, że Pacewicz w swoim tekście najzwyczajniej w świecie skłamał i wprowadził swoich czytelników w rażący błąd. To jednak nie ma znaczenia - tekst poszedł w świat i zaczął "legitymizować" międzynarodową akcję dyfamacyjną wobec Polski.

Najważniejszej wojny informacyjnej ostatnich lat, jaka obecnie została nam wypowiedziana, nie mamy szans wygrać, jeśli ludzie pokroju Pacewicza będą tak otwarcie wprowadzać w błąd i manipulować. Nie mam wątpliwości ten "sabotaż" informacyjny ma na celu przebicie dyfamacji na kolejne poziomy. Odpowiedź na pytanie, czy możemy się spodziewać kolejnych podobnych "sabotaży" jest raczej oczywista. Kwestia w tym, czy sobie z nimi poradzimy?

 

Źródło: Za nauczanie o Jedwabnem nauczycielom grozi do trzech lata więzienia. Nowelizacja ustawy o IPN (Oko.press)

wpis z dnia 30/01/2018

    


  

     Tak potężnej akcji wymierzonej w dobre imię Polski w historii jeszcze nie było! Coś złego wisi w powietrzu...
wpis z dnia 29/01/2018

 

Niemieckie gazety twierdzą, że "Warszawa to stolica rasizmu". Ambasador Izraela, że istniały "Polskie obozy śmierci". Kreml sugeruje, że "nad Wisłą odrodził się faszyzm". Czy nie jesteśmy przypadkiem o krok od jakiegoś bardzo niepokojącego wydarzenia? Jeśli nasz kraj jest równolegle, nieomal ramię w ramię, oczerniany przez Niemców, Żydów i Rosjan, to są duże szanse na to, że świat uwierzy w wiele bzdurnych kłamstw na temat Polski. A wówczas, w razie poważnego konfliktu lub pacyfikacji, nikt nas nie będzie żałował...

Przypomnijmy sekwencję wydarzeń - 11 listopada ub.r. Lesse Lehrich, który w czasie kampanii prezydenckiej w USA był doradcą Hillary Clinton ds. zagranicznych, opublikował tweeta ze zdjęciem z polskiego Marszu Niepodległości. Problem w tym, że zdjęcie to opisał jako "60.000 Nazis marched on Warsaw today". Tweet ten wywołał prawdziwą burzę. Tego dnia był on najbardziej rozpowszechnianym tweetem na świecie. Mimo promowania zupełnie nieprawdziwych informacji, administracja Twettera nie zdecydowała się jednak na zablokowanie tego przekazu. Akcje prostujące ze strony Polski na niewiele sie zdały. W świat poszedł obraz, jakoby 11 listopada na ulicach Warszawy zebrało się 60 tys. nazistów. 

W kolejnych tygodniach kłamliwa propaganda nie ustępowała. Swoje "trzy grosze" dołożyli polscy politycy opozycyjni, którzy zupełnie nieodpowiedzialnymi wypowiedziami legitymizowali fałszywe narracje na temat naszego kraju. Efekt spotęgowała należąca do amerykańskiego kapitału stacja TVN, która przez kilka dni z rzędu, jako topowy temat wszystkich serwisów informacyjnych traktowała incydent z wodzisławskiego lasu, gdzie pięciu neonazistów postanowiło świętować urodziny Hitlera. Natężenie oraz skala, z jaką TVN informował o tym wydarzeniu spowodowały, że przeciętny odbiorca narracji tworzonych przez tę stację mógł odnieść wrażenie, iż w każdej polskiej gminie wyprawiano Hitlerowi podobne imprezy, a neonazizm to niezwykle poważny problem współczesnej Polski. Jednak prawdziwe uderzenie w dobre imię naszego kraju miało dopiero nastąpić...

27 stycznia ambasador Izraela w Polsce stwierdziła, że penalizacja sformułowania "polskie obozy śmierci" jest próbą negowania Holocaustu. Jej wypowiedź uruchomiła prawdziwą lawinę dyfamacji. W ciągu kolejnych 11 godzin na samym tylko Twitterze pojawiło się 25 mln (!) wzmianek w języku angielskim na temat "polskich obozów śmierci". Wszystkie światowe agencje informacyjne podały bzdurną wersję promowaną przez Izrael, jakoby Polska próbowała prawnie negować Holocaust. Skala globalnego oburzenia na Polskę osiągnęła poziom nigdy wcześniej nie widziany. 

Powstaje pytanie - czy w tych okolicznościach Polska jest w stanie wygrać globalną wojnę informacyjną? Odpowiedź jest prosta: Tak. Wystarczy tylko nauczyć się narzucać innym swoje narracje/kontrnarracje oraz - broń Boże - nie obrażać się na tych, którzy zostali przez kłamliwe narracje zmanipulowani. Syndrom "oblężonej twierdzy" jest w tych okolicznościach najgorszym co sami sobie możemy zrobić. Trwa wojna informacyjna i każdy nasz ruch, każda nasza nieprzemyślana reakcja będzie wykorzystana przeciwko nam. Musimy się nauczyć żyć w takim stanie, a jednocześnie wpływać na postrzeganie świata przez innych, uwzględniając nasze interesy i nasz punkt widzenia. To może się udać, ale wymaga odpowiednich finansów oraz potężnego wysiłku organizacyjnego, jak i intelektualnego. Jeśli teraz przegramy wojnę na "soft power", to tym bardziej przegramy ją w wersji "hard". Warto o tym pamiętać.

 

Źródło: Polityka w sieci (Twitter.com)
Źródło: Neonazis feiern Hitler (Taz.de)

wpis z dnia 29/01/2018

   


   

     Nord Stream 2 pobiegnie przez rezerwat przyrody. Czy ekolodzy będą blokować tak, jak w przypadku Puszczy?
wpis z dnia 26/01/2018

 

Przygotowania do budowy kolejnego niemiecko-rosyjskiego gazociągu idą pełną parą. Rosyjskie służby właśnie wydały zgodę na budowę tego gazociągu na terenie rezerwatu Kurgalskiego w obwodzie petersburskim. Zgoda na takie ułożenie gazociągu jest równoznaczna z utratą unikalnych ekosystemów rezerwatu. Powstaje pytanie: czy organizacje ekologiczne zdecydują się na blokady, takie jak w przypadku Puszczy Białowieskiej w Polsce? Czy też może - tak jak miało to miejsce w 2011 roku w przypadku Nord Stream 1 - odpuszczą przekupieni milionami?

Rosyjska Federalna Służba Nadzoru nad Eksploatacją Surowców Naturalnych właśnie poinformowała, że trasa planowanego gazociągu Nord Stream 2 będzie mogła biec przez rezerwat Kurgalski w obwodzie petersburskim. Przedstawiciele znanej organizacji ekologicznej Greenpeace ocenili wcześniej, że przy budowie gazociągu na terenie rezerwatu powinno się wykorzystać mikrotunelowanie, czyli bezwykopową metodę budowy rurociągu. Eksperci ds. środowiska naturalnego nie mają jednak wątpliwości - przy budowie gazociągu utracone zostaną unikalne ekosystemy rezerwatu. Tak twierdzi np. Jelena Głazkowa z Instytutu Botaniki Rosyjskiej Akademii Nauk. 

Powstaje pytanie - czy ekolodzy i międzynarodowe organizacje ekologiczne będą w tej sprawie protestować i blokować tak, jak w przypadku wycinek gospodarczych w Puszczy Białowieskiej? Czy rozbiją obozowiska wzdłuż planowanej trasy gazociągu? Czy też może, tak jak to miało miejsce w przypadku pierwszej nitki Nord Streamu, zostaną przez rosyjski Gazprom "przekupieni" milionami euro i stanowiskami?

Przypomnijmy, że w 2011 roku szefowie niemieckich organizacji ekologicznych początkowo głośno protestowali przeciwko budowie gazociągu Nord Stream 1 z Rosji do Niemiec. Do czasu. Zmienili zdanie, kiedy objęli posady w kierownictwie sponsorowanej przez Rosjan ekofundacji. Prezesem "gazpromowej" fundacji został szef WWF Deutschland Jochen Lamp, a jego zastępczynią - szefowa organizacji "Przyjaciele Ziemi" Corinna Cwielag. 

Warto również odnotować, że na początku 2010 roku wspomniane WWF Deutschland oraz "Przyjaciele Ziemi" zaskarżyły do sądu zezwolenie na układanie rury na niemieckich wodach terytorialnych. Nie minęło kilka tygodni, a obie organizacje wycofały się z tego protestu. Zbiegło to się w czasie z obietnicą władz Nord Streamu dotyczącą pieniędzy na ochronę środowiska Bałtyku.

Uwzględniając historyczne odniesienia do sytuacji, jaka miała miejsce podczas budowy pierwszej nitki gazociągu Nord Stream, można mieć poważne wątpliwości czy w przypadku Nord Stream 2 ekolodzy będą tak samo zdeterminowani, jak w przypadku protestów związanych z Puszczą Białowieską w Polsce...

 

Źródło: Nord Stream 2 ma biec przez rezerwat mimo zastrzeżeń ekologów (PB.pl)
Źródło: Nord Stream kupił niemieckich ekologów za 10 mln euro (Wyborcza.pl)

wpis z dnia 26/01/2018

  


 

     Wpływy z VAT w ciągu roku wzrosły o 23%. To oznacza, że luka VAT za rządów PO była gigantyczna, a państwo okradano na potęgę!
wpis z dnia 25/01/2018

 

Mafia paliwowa oraz grupy wyłudzające od Skarbu Państwa zwroty podatku VAT przez cały poprzedni rok były w zdecydowanym odwrocie. Wprowadzenie m.in. pakietu paliwowego i energetycznego, odwróconego VAT-u na niektóre towary oraz zwiększenie kar za oszustwa związane z wyłudzaniem zwrotu VAT-u spowodowały, że dochody państwa z tytułu tego podatku wzrosły w 2017 roku o 30 mld zł względem roku 2016 i o 44 mld zł względem roku 2013. To potwierdza, że za PO tzw. luka VAT była w gigantyczna, a państwo okradano na potęgę!

- "Ten rząd przez półtora roku zrobił więcej w zakresie uszczelniania systemu VAT niż poprzednicy przez dziesięć lat" - powiedział w maju ubiegłego roku Tomasz Kassel, partner w PwC. Wymierne efekty najlepiej zmian widać po wynikach budżetowych za 2017 rok. Dochody z VAT wyniosły 157 mld zł, czyli wzrosły o 23 proc. w porównaniu z 2016 rokiem. Nasze państwo zarobiło o 30 mld zł więcej, choć - mając na względzie specyfikę problemu wyłudzania zwrotów VAT przez mafię - chyba lepszym byłoby tutaj użycie słów "nasze państwo nie straciło 30 mld zł".

Jeszcze więcej nasze państwo "nie straciło", gdy porównany wyniki z lat wcześniejszych. Dochody z VAT z 2017 roku względem dochodów z roku 2013 były wyższe aż o 44 mld zł! Tak się złożyło, że akurat w latach kiedy krajem rządziła ekipa Platformy Obywatelskiej tzw. "luka w VAT" (czyli procentowa różnica między wpływami z tytułu podatku VAT jakie państwo powinno osiągać, a wpływami rzeczywiście osiąganymi) z jednego z najniższych poziomów w Europie urosła do jednego z najwyższych.

Przypomnijmy - szacuje się, że w 2007 roku luka VAT wynosiła w naszym kraju około 5 proc. W ciągu 8 kolejnych lat urosła do poziomu ponad 23 proc.! W przełożeniu na wartości nominalne, to około 50,4 mld zł. Nasze państwo było okradane na potęgę i mało kto się tym rzeczywiście przejmował. 

Analitycy Narodowego Banku Polskiego oceniają, że tylko przez ostatnie dwa lata (2016–2017) lukę w VAT udało się zmniejszyć nawet o 9 pkt. proc. (tj. do ok. 15 proc.). Cel do 2020 roku, jaki postawił sobie rząd Morawieckiego, to luka na poziomie 5 proc. Jeśli tempo uszczelniania VAT-u zostanie zachowane, a wobec członków mafii VAT zaczną zapadać wieloletnie wyroki więzienia połączone z przepadkiem całego mienia - wierzę, że jest to całkiem możliwe.

 

Źródło: Dochody z VAT wzrosły o 23 proc. rdr w '17 do 157 mld zł (Stooq.pl)
Źródło: Dziura podatkowa jest najmniejsza od dekady. A ma być jeszcze mniejsza (Forsal.pl)
Źródło: Luka przymknięta na 5,5 mld zł (Rp.pl)

wpis z dnia 25/01/2018

   


  

     Komisja Europejska wszczyna postępowanie w/s Przewozów Regionalnych, które od niedawna zaczęły przynosić zyski
wpis z dnia 24/01/2018

 

Urzędnicy z Komisji Europejskiej idą za ciosem. Po tym jak w ubiegłym tygodniu wszczęli postępowanie w/s rzekomo nielegalnych ulg podatkowych dla polskich stoczni, wczoraj ruszyło postępowanie w/s restrukturyzacji spółki Przewozy Regionalne. Przypomnijmy, że ten największy polski przewoźnik kolejowy przez pierwsze 15 lat istnienia generował same straty. W 2015 roku dokonano restrukturyzacji i już w 2016 roku spółka przyniosła 51 mln zł zysku. Wynik za 2017 rok będzie podobny, a to nie podoba się największym zagranicznym konkurentom.

Przypomnijmy - 15 stycznia Komisja Europejska (KE) wszczęła dochodzenie w sprawie zachęt podatkowych dla stoczni zlokalizowanych na terytorium Polski. Zdaniem przedstawicieli KE takie zachęty (tj. niższe podatki) mogą dawać stoczniom w Polsce nieuprawnioną przewagę nad konkurencją zlokalizowaną zagranicą. Nieco ponad tydzień później urzędnicy z Brukseli wszczęli kolejne postępowanie - tym razem w/s pomocy restrukturyzacyjnej polskiego państwa dla największego kolejowego przewoźnika, tj. Przewozów Regionalnych.

We wrześniu 2015 r. Polska poinformowała Komisję Europejską, że spółka Przewozy Regionalne otrzymała pomoc na restrukturyzację o łącznej wartości 770 mln zł (ok. 181 mln euro). Wówczas to państwowa Agencja Rozwoju Przemysłu dokapitalizowała spółkę wspomnianą kwotą i stała się jej większościowym udziałowcem. Przewozy Regionalne wykorzystały te pieniądze na spłatę długów i sfinansowanie restrukturyzacji. Efekt był niesamowity. Po nieprzerwanych 15 latach przynoszenia strat i nierentownej działalności, spółka (która w między czasie dokonała rebrandingu i zaczęła działać pod marką PolRegio) w 2016 roku odnotowała zysk netto na poziomie 51,2 mln zł. Wyniki za 2017 rok mają być podobne (- "Ten rok zakończymy zyskiem w przedziale 50-60 mln zł. Wynik będzie nie gorszy niż rok temu" – powiedział w listopadzie ub.r. Krzysztof Zgorzelski, prezes Przewozów Regionalnych).

W tym miejscu warto wspomnieć, że zgodnie z unijnymi zasadami przedsiębiorstwa znajdujące się w trudnej sytuacji finansowej, a takim przedsiębiorstwem były bez wątpienia Przewozy Regionalne, mogą otrzymać pomoc restrukturyzacyjną państwa tylko raz na 10 lat. Urzędnicy z Brukseli podejrzewają, że nasz największy kolejowy przewoźnik pomoc państwa (pod różnymi postaciami) otrzymywał także wcześniej i - co istotne - nie upłynęło 10 lat od czasu otrzymania takiej pomocy po raz ostatni. W konsekwencji wszczęto w tym zakresie unijne postępowanie.

Efekt tego postępowania może być taki, że państwowe Przewozy Regionalne (w najgorszym przypadku) będą musiały zwrócić otrzymane od państwa pieniądze. A taki scenariusz będzie oznaczał de facto upadek spółki. Warto wiedzieć, że zagraniczni przewoźnicy kolejowi (którzy do tej pory działają na polskim rynku w dość ograniczonym zakresie) tylko czekają na takie rozstrzygnięcie.

 

Źródło: Komisja Europejska wszczyna formalne postępowanie ws. pomocy Przewozom Regionalnym (Rynek-Kolejowy.pl)
Źródło: „Polregio” z zyskiem drugi rok z rzędu (wGospodarce.pl)

wpis z dnia 24/01/2018

   


  

     Pierwszy raz w historii zadłużenie III RP zamiast rosnąć, spadało! W ciągu roku pomniejszyło się o ok. 800 mln zł
wpis z dnia 23/01/2018

 

Jak do tej pory (lata 1989 - 2016) zadłużenie Skarbu Państwa przyrastało średnio od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu miliardów zł rocznie. Rok 2017 był pierwszym w historii III RP, w którym przyrost długu nie tylko całkowicie wyhamował, ale nawet udało się (bez "skoku na OFE" itp.) zmniejszyć nominalne saldo zadłużenia o kwotę około 800 mln zł. To konsekwencja niskiego deficytu (a tym samym mniejszej potrzeby zaciągania nowych długów) oraz faktu, iż polska złotówka w ub.r. była jedną z najsilniejszych walut na świecie.

Zgodnie z oficjalnymi statystykami publikowanymi przez Ministerstwo Finansów na koniec 2016 roku zadłużenie Skarbu Państwa wynosiło 928,67 mld zł. Okazało się, że w ciągu całego 2017 roku zadłużenie to pomniejszyło się o około 800 mln zł, do poziomu 927,87 mld zł. Sytuacja ta jest bez precedensu w historii III RP. Nigdy bowiem (nie licząc roku 2014, kiedy dokonano "skoku na OFE", a rząd Tuska księgowo umorzył 153,15 mld zł obligacji) saldo zadłużenia w ciągu roku nie zmniejszyło się. Zawsze notowano przyrost długu - od kilkunastu, do nawet 94 mld zł w skali roku.

Poniżej oficjalne dane ze strony Ministerstwa Finansów na temat kwotowego i procentowego przyrostu zadłużenia Skarbu Państwa (dane są publikowane począwszy od 2002 roku):

Rok 2002:
Stan zadłużenia na koniec roku: 327,89 mld zł
Przyrost zadłużenia względem końca 2001 roku: +43.95 mld zł 
Procentowa zmiana: +15,5 proc.

Rok 2003:
Stan zadłużenia na koniec roku: 378,94 mld zł 
Przyrost zadłużenia względem końca 2002 roku: +51,04 mld zł
Procentowa zmiana: +15,6 proc.

Rok 2004:
Stan zadłużenia na koniec roku: 402,86 mld zł
Przyrost zadłużenia względem końca 2003 roku: +23,91 mld zł 
Procentowa zmiana: +6,3 proc.

Rok 2005: 
Stan zadłużenia na koniec roku: 440,16 mld zł 
Przyrost zadłużenia względem końca 2004 roku: +37,30 mld zł 
Procentowa zmiana: +9,3 proc. 

Rok 2006: 
Stan zadłużenia na koniec roku: 478,52 mld zł 
Przyrost zadłużenia względem końca 2005 roku: +38,35 mld zł 
Procentowa zmiana: +8,7 proc. 

Rok 2007: 
Stan zadłużenia na koniec roku: 501,53 mld zł 
Przyrost zadłużenia względem końca 2006 roku: +23,00 mld zł 
Procentowa zmiana: +4,8 proc. 

Rok 2008: 
Stan zadłużenia na koniec roku: 569,94 mld zł 
Przyrost zadłużenia względem końca 2007 roku: +68,41 mld zł 
Procentowa zmiana: +13,6 proc. 

Rok 2009: 
Stan zadłużenia na koniec roku: 631,53 mld zł 
Przyrost zadłużenia względem końca 2008 roku: +61,58 mld zł 
Procentowa zmiana: +10,8 proc. 

Rok 2010: 
Stan zadłużenia na koniec roku: 701,85 mld zł 
Przyrost zadłużenia względem końca 2009 roku: +70,34 mld zł 
Procentowa zmiana: +11,1 proc. 

Rok 2011: 
Stan zadłużenia na koniec roku: 771,13 mld zł 
Przyrost zadłużenia względem końca 2010 roku: +69,28 mld zł 
Procentowa zmiana: +9,9 proc. 

Rok 2012: 
Stan zadłużenia na koniec roku: 793,85 mld zł 
Przyrost zadłużenia względem końca 2011 roku: +22,72 mld zł 
Procentowa zmiana: +2,9 proc. 

Rok 2013: 
Stan zadłużenia na koniec roku: 838,02 mld zł 
Przyrost zadłużenia względem końca 2012 roku: +44,17 mld zł 
Procentowa zmiana: +5,6 proc. 

Rok 2014 (w tym roku rząd Tuska dokonał operacji na OFE):
Stan zadłużenia na koniec roku: 779,92 mld zł 
Spadek zadłużenia względem końca 2013 roku: -58,09 mld zł 
Procentowa zmiana: -6,9 proc. 

Rok 2015:
Stan zadłużenia na koniec roku: 834,54 mld zł
Przyrost zadłużenia względem końca 2014 roku: +54,60 mld zł 
Procentowa zmiana: +7,0 proc.

Rok 2016:
Stan zadłużenia na koniec roku: 928,66 mld zł
Przyrost zadłużenia względem końca 2015 roku: +94,11 mld zł 
Procentowa zmiana: +11,3 proc. 

Rok 2017:
Stan zadłużenia na koniec roku: 927,87 mld zł
Spadek zadłużenia względem końca 2016 roku: -0,8 mld zł
Procentowa zmiana: -0,1 proc.

Z powyższych statystyk wynika, że dług Skarbu Państwa najszybciej (procentowo) przyrastał w czasach kiedy Polską rządziła koalicja SLD-UP - w 2003 roku o +15,6 proc., a w 2002 o +15,5 proc. W 2008 roku, kiedy krajem rządziła koalicja PO-PSL, odnotowano trzeci pod tym względem wynik w historii. Zadłużenie Skarbu Państwa wzrosło wówczas o +13,6 proc. Skok zadłużenia za rządów PiS jaki wystąpił po pierwszym roku rządów tej partii (2016 rok), procentowo stanowił "dopiero" czwarty wynik przyrostu zadłużenia w XXI wieku. Zobowiązania naszego kraju wzrosły wówczas w ciągu roku o +11,3 proc.

 

Źródło: Zadłużenie Skarbu Państwa (Mf.gov.pl)

wpis z dnia 23/01/2018

   


  

     Przez 25 lat ograniczyliśmy emisje CO2 w takim samym tempie jak Niemcy. Ale to nas nazwali "trucicielem Europy"
wpis z dnia 22/01/2018

 

Nasi zachodni sąsiedzi kilka lat temu zapragnęli być europejskim prymusem pod wzgl. odnawialnych źródeł energii. Miały one zastąpić moce największych niemieckich elektrowni węglowych (z 5 najbardziej emisyjnych elektrowni w UE aż 4 zlokalizowane są na terytorium Niemiec). Ambitne plany szlag jednak trafił. Koszty "Energiewende" okazały się być miażdżące, w efekcie czego tempo ograniczania emisji CO2 było takie jak w Polsce. Fakt ten trzeba było jakoś przykryć, stąd wymyślono kłamstwo o Polsce jako "największym trucicielu UE".

Warto przytoczyć garść statystyk. W 1990 roku niemiecka gospodarka wyemitowała do atmosfery 1030,5 mln ton CO2. W ciągu kolejnych 25 lat naszym zachodnim sąsiadom udało się ograniczyć roczne emisje CO2 do poziomu 777,9 mln ton (2015 rok). Procentowo wychodzi zatem na to, że Niemcy ograniczyli emisje o 24,51 proc.

W 1990 roku polska gospodarka wyemitowała do atmosfery 387,3 mln ton CO2. W ciągu następnego ćwierćwiecza udało się nam ograniczyć roczne emisje CO2 do poziomu 294,9 mln ton (2015 rok). To oznacza spadek emisji o 23,86 proc., czyli zbliżony do wyniku osiągniętego przez Niemców.

Nasi zachodni sąsiedzi mieli oczywiście o wiele ambitniejsze plany w zakresie ograniczenia emisji CO2 do atmosfery. Do 2020 roku emisje miały być ograniczone o 40 proc. w porównaniu do stanu z 1990 roku. Środkiem do osiągnięcia wspomnianego celu miały być odnawialne źródła energii - głównie wiatraki energotwórcze oraz elektrownie fotowoltaiczne. 

Już dziś wiadomo jednak, że celu tego gospodarka RFN nie da rady osiągnąć. Wyliczenia ekspertów mówią, iż w 2020 roku emisje CO2 w porównaniu do stanu z 1990 roku będą ograniczone jedynie o 31,7 - 32,5 proc. Koszty niemieckiego "Energiewende" okazały się bowiem zbyt przytłaczające. Energia pozyskiwana ze spalania węgla ma się nadal świetnie i nikt w najbliższym czasie nie planuje zamykać niemieckich elektrowni węglowych. 

W tym kontekście warto zauważyć, że Niemcy to wciąż światowy lider wydobycia węgla brunatnego. Produkują go więcej niż USA z Chinami razem wzięte, a używają przede wszystkim do opalania własnych elektrowni, z których aż cztery wchodzą w skład listy pięciu najbardziej trujących elektrowni w Europie. Aby przykryć te niewygodne fakty oraz odwrócić uwagę od fikcyjnych założeń "Energiewende" wymyślono narracje, zgodnie z którą to Polacy (a nie Niemcy) są największym trucicielem w Europie. Niestety, wiele osób w te kłamstwa uwierzyło.

 

Źródło: German coalition negotiators agree to scrap 2020 climate target (Euractiv.com)
Źródło: Germany to miss climate targets ‘disastrously’: leaked government paper (ClimateChangeNews.com)
Źródło: 44,5% udział Niemiec w wydobyciu w. brunatnego w Europie (Twitter.com)
Źródło: Lista państw według rocznej emisji dwutlenku węgla (Wikipedia.org)
Źródło: List of countries by carbon dioxide emissions (Wikipedia.org)

wpis z dnia 22/01/2018

   


  

     Nowe podatki dla kierowców mają zapewnić czyste powietrze w miastach. PiS-ie! Nie tędy droga!
wpis z dnia 19/01/2018

 

Jadwiga Emilewicz, nowa minister przedsiębiorczości i technologii, przyznała wczoraj, że rząd PiS popiera pomysł wprowadzenia dodatkowych opłat dla kierowców za możliwość wjazdu autem do centrum miasta w maksymalnej wysokości 30 zł. Opcja taka ma być przewidziana w ustawie o elektromobilności. Chodzi o zniechęcenie kierowców do używania samochodów, dzięki czemu powietrze w centrach miast miałoby być czystsze. Nie wiem kto w PiS wpadł na ten pomysł, ale jest on bezdennie głupi. Podnoszenie podatków pod pozorem ekologii to najgorsze możliwe rozwiązanie. 

Ustawa o elektromobilności ma dać samorządom lokalnym możliwość wprowadzenia dodatkowej opłaty za wjazd samochodem z silnikiem spalinowym do centrum miasta. Problem w tym, że opłata za jednorazowy wjazd będzie mogła wynieść nawet do 30 zł!

Co się stanie, gdy takiej opłaty nie uiścimy, a do centrum miasta jednak wiedziemy? Odpowiedź jest prosta - zapłacimy jeszcze więcej. Gdy zostaniemy złapani na "gorącym uczynku", to czeka nas kara grzywny do 500 zł.

Jeżeli rząd PiS chce rzeczywiście rozwiązać problem smogu w dużych miastach, to nie powinien utrudniać życia zwykłym kierowcom i nakładać na nich obowiązek płacenia nowych podatków. Zamiast wprowadzać w życie kolejną daniną publiczną, która będzie drenować kieszenie Polaków, o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby promowanie za pomocą ulg i zwolnień podatkowych tych, którzy zdecydowaliby się na zakup pojazdu nisko lub zero-emisyjnego, albo świadomie i z premedytacją przesiedliby się z własnych aut do komunikacji miejskiej. Jeśli ekologia ma być forsowana to lepiej robić to za pomocą finansowych zachęt (wspomniane ulgi), a nie kar (nowe opłaty i grzywny). 

Pisałem nie tak dawno, że PiS może dziś przegrać tylko sam ze sobą. Branie od kierowców dodatkowej kasy za możliwość wjazdu samochodem do centrum miasta z pewnością przybliża partię Jarosława Kaczyńskiego do takiej właśnie porażki.

 

Źródło: 30 zł za wjazd do centrum miasta? Minister Emilewicz: Zapraszam do transportu publicznego (DoRzeczy.pl)

wpis z dnia 19/01/2018

   


   

     Mało znany fakt: Za Tuska zlikwidowano ok. 400 posterunków policji. W latach 2016-17 odtworzono ponad 70 z nich
wpis z dnia 18/01/2018

 

W czasach rządów PO-PSL wielokrotnie powtarzano opinię, że ekipa Tuska "likwidowała struktury polskiego państwa". Jeśli uwzględnimy fakt, że w okresie 2008-2014 z mapy Polski znikło blisko 1000 szkół podstawowych, 900 placówek pocztowych oraz około 400 posterunków policji, to coś jest na rzeczy. Proces zamiany Polski małych miasteczek i wsi w przygnębiającą pustynię trwał w najlepsze. Najgorsze jest to, że wszystko było instytucjonalnie zaplanowane. A przynajmniej można było odnieść takie wrażenie. 

Według danych Instytutu Badań Edukacyjnych w roku szkolnym 2007/2008 funkcjonowało 13483 szkół podstawowych, natomiast w roku szkolnym 2012/2013 działało 12696 podstawówek. Istotne jest to, że zdecydowana większość likwidowanych wówczas szkół (86 proc.) działała na terenach gmin wiejskich lub miejsko-wiejskich.

Podobnie było w placówkami pocztowymi. Według danych Poczty Polskiej i nadzorującego rynek pocztowy Urzędu Komunikacji Elektronicznej w 2006 r. było w Polsce 8553 urzędów, filii i agencji pocztowych – z czego na obszarach wiejskich 4516. W 2014 roku liczba placówek pocztowych zmniejszyła się do ok. 7500. Większość likwidacji, tak jak przy szkołach podstawowych, dotknęła placówek w gminach wiejskich lub miejsko-wiejskich.

Jeśli chodzi o policyjne posterunki, to na początku 2007 r. na terenie całej Polski działały 804 tego typu obiekty. Na początku 2014 r. ich liczba spadła do 430. 

Mając na uwadze powyższe statystyki nie powinny nas dziwić opinie, iż w czasach rządów PO-PSL doszło do spektakularnej likwidacji sporej części struktur polskiego państwa. Efekt tego był taki, że Polska małych miasteczek i wsi zamieniła się w przygnębiającą pustynię, z której instytucje państwowe wycofywały się w sposób perfidny i przemyślany. Mieszkający tam ludzie zamiast załatwić sprawę na miejscu, musieli jeździć do sąsiednich miejscowości, poświęcając przy tym dodatkowy czas i pieniądze. 

Patrząc przez pryzmat konsekwencji zmian, o których mowa powyżej, dobrze się stało, że procesy te zostały w ostatnim czasie wyhamowane, a w niektórych przypadkach niekorzystne trendy całkowicie się odwróciły. Dla przykładu - oficjalne dane Polskiej Policji mówią, że w 2017 roku odtworzono 34 posterunki, natomiast w ciągu 2 lat (2016-2017) odtworzono już łącznie 71 posterunków. To daje nadzieję, że niechlubna akcja "zwijania" Polski lokalnej to przeszłość i - miejmy nadzieję - w najbliższym czasie nie będzie miała ona prawa się powtórzyć.

 

Źródło: Polska Policja (Twitter.com)
Źródło: Raport ze znikającego państwa (NowyObywatel.pl)

wpis z dnia 18/01/2018

   


   

     Kurczą się rezerwy walutowe rządu. W ciągu 4 miesięcy spadły aż o 60 proc.!
wpis z dnia 17/01/2018

 

Warto odnotować, bo temat ten raczej nie przebije się do szerszego grona odbiorców za pomocą mainstreamu: Okazuje się, że jeszcze na koniec sierpnia 2017 r. stan środków walutowych jaki znajdował się w dyspozycji Ministerstwa Finansów wynosił 9,49 mld euro (tj. równowartość 40,459 mld zł). Jednak w ciągu czterech kolejnych miesięcy wspomniane rezerwy spadły aż o 60 proc. Na koniec roku resort finansów dysponował zaledwie 3,79 mld euro (równowartość 15,841 mld zł). Powód? Nagłe wydatki budżetowe...

Poniżej prezentuję oficjalne dane Ministerstwa Finansów na temat salda środków walutowych w euro według stanu na koniec danego miesiąca. Warto zwrócić szczególną uwagę na grudniowy spadek:

 

Sierpień 2017: 9,493 mld euro (40,459 mld zł)
Wrzesień 2017: 7,612 mld euro (32,802 mld zł)
Październik 2017: 6,824 mld euro (29,000 mld zł)
Listopad 2017: 6,936 mld euro (29,172 mln zł)
Grudzień 2017: 3,798 mld euro (15,841 mld zł)

 

Po co resortowi finansów wielomiliardowe rezerwy walutowe? Otóż przede wszystkim służą one do bieżącej obsługi zadłużenia zagranicznego Skarbu Państwa. Dla przykładu - w grudniu 2017 r. (wykorzystując wspomniane środki) Ministerstwo Finansów spłaciło 465,3 mln euro zadłużenia kapitałowego (równowartość 1,955 mld zł) oraz 54,2 mln euro zadłużenia z tytułu odsetek (równowartość 228,1 mln zł). Powyższe transakcje nie tłumaczą jednak tak drastycznego spadku wysokości salda środków walutowych, jaki miał miejsce w ostatnim miesiącu ubiegłego roku. Co się zatem stało?

Otóż według nieoficjalnych informacji Ministerstwo Finansów na gwałt potrzebowało w grudniu pieniędzy na pokrycie wydatków budżetowych (które, co do zasady, rosną w ostatnim miesiącu roku). W efekcie powyższego rządowy Bank Gospodarstwa Krajowego dostał "zlecenie" upłynnienia na rynku wymiany walut około 2,5 mld euro i pozyskania za tę kwotę złotówek, które będzie można wykorzystać na finansowanie bieżących wydatków budżetowych. 

Konsekwencją tej transakcji był dość ostry spadek salda rachunku walutowego, szczególnie jeśli uwzględnimy wartość tego salda, jaką ewidencjonowano na koniec sierpnia, czyli 9,493 mld euro.

 

Źródło: MF miało do dyspozycji 9,49 mld euro środków walutowych na koniec sierpnia (Wyborcza.biz)
Źródło: MF miało do dyspozycji 3,79 mld euro środków walutowych na koniec grudnia (Forsal.pl)
Źródło: Rząd sprzedawał waluty pod koniec roku. To jeden z powodów umocnienia złotego (Forsal.pl)

wpis z dnia 17/01/2018

   


  

     PKP z rekordowym wynikiem. LOT 280 mln zł zysku. Kopalnie znowu na plusie. Dlaczego teraz się opłaca, a wcześniej niekoniecznie?
wpis z dnia 16/01/2018

 

Okazuje się, że kolejowa Grupa PKP osiągnęła w ubiegłym roku kapitalny wynik finansowy - pierwsze szacunki mówią o kwocie 500 mln zł zysku na czysto! Świetne wyniki odnotowały również PLL LOT - z tytułu działalności podstawowej nasz narodowy przewoźnik lotniczy osiągnął zysk w wysokości 280 mln zł. Jeśli do tego doliczymy 1,6 mld zł zysku polskiego górnictwa (dane po 3 kwartałach 2017 r.), to zasadnym staje się pytanie - dlaczego teraz wszystko się opłaca i przynosi zyski, a jeszcze 3-4 lata temu nie było to takie oczywiste?

Grupa PKP ogłosiła wczoraj wstępne wyniki finansowe za 2017 roku. Okazało się, że tak dobrego okresu w historii PKP jeszcze nie było. Zdaniem prezesa Krzysztofa Mamińskiego cała Grupa PKP (w skład której wchodzą m.in. PKP Intercity S.A., PKP Cargo S.A., czy PKP Polskie Linie Kolejowe S.A.) miała ponad 500 mln zł skonsolidowanego zysku netto. Jeśli natomiast zsumować wstępne wyniki wszystkich spółek, które należą do Grupy PKP (co istotne - PKP S.A. nie w każdym przypadku ma 100% udziałów), to okaże się, że osiągnęły one łącznie ok. 700 mln zł zysku na czysto.

Podobnie rewelacyjne wyniki osiąga PLL LOT. Z tytułu działalności podstawowej nasz narodowy przewoźnik lotniczy osiągnął w ubiegłym roku 283 mln zł zysku na czysto (wzrost o 52 proc. r/r). Dodatkowo od początku 2016 roku otworzył ponad 40 nowych połączeń, zwiększył liczbę pasażerów z 4,3 mln (2015) do prawie 7 mln obsłużonych w 2017 roku oraz powiększył flotę samolotów o ponad 20 nowych jednostek. Co ciekawe - ekspansja LOT niemal zbiegła się w czasie z marginalizacją i ostatecznym upadkiem niemieckich linii Air Berlin (swego czasu drugie co do wielkości linie lotnicze w RFN), które zakończyły operacje lotnicze z końcem października 2017 r.

Jeśli do tego dodamy fenomenalne wyniki polskiego górnictwa węgla kamiennego (w ciągu trzech pierwszych kwartałów 2017 roku sektor ten wypracował ponad 1,6 mld zł zysku na czysto), to zasadnym staje się pytanie - dlaczego teraz wszystko się opłaca i przynosi zyski, a jeszcze kilka lat temu nie było to takie oczywiste? Przypomnijmy, że Grupa PKP np. w 2009 roku odnotowała stratę na poziomie -674 mln zł. Skumulowana strata PLL LOT za lata 2008 - 2015 to -748,2 mln zł. Polskie górnictwo jeszcze 3 lata temu przynosiło gigantyczne, wielomiliardowe straty. Teraz wszystkie te przedsiębiorstwa i sektory gospodarki są rentowne i przynoszą zyski. Co takiego wydarzyło się w ostatnich latach, że teraz się opłaca, a wcześniej nie było to takie oczywiste?

 

Źródło: Grupa PKP miała ok. 500 mln zł skonsolidowanego zysku netto w 2017 r. (Stooq.pl)
Źródło: Ponad 1,6 mld zł zysku górnictwa po trzech kwartałach (Pb.pl)
Źródło: LOT zarobił w 2017 r. ponad 280 mln zł na działalności podstawowej (Bankier.pl)

wpis z dnia 16/01/2018

   


  

     Komisja Europejska eskaluje sztuczny problem z Polską, bo chce odwrócić uwagę od prawdziwego problemu z Włochami
wpis z dnia 15/01/2018

 

Eurokraci z Brukseli coraz mocniej przypominają straceńców biegających chaotycznie po palącym się gruncie. Wiedzą, że najdalej za kilka miesięcy będą mieli bardzo poważny problem z Włochami, gdzie nastroje "Italy-exit'owe" ciągle się wzmagają, a marcowe przyspieszone wybory do włoskiego parlamentu prawdopodobnie wygra antyunijna formacja M5S. Włochy, po Wlk. Brytanii mogą być zatem kolejnym państwem, które opuści UE zarządzaną przez Tuska i Junckera. Aby odwrócić uwagę od tego problemu eurokraci eskalują konflikt z Polską.

We Włoszech coraz więcej osób chce wyjścia z Unii Europejskiej oraz strefy euro. Zgodnie z grudniowym sondażem Laboratorium Analiz Politycznych Uniwersytetu w Sienie i Instytutu Spraw Międzynarodowych, pomysł opuszczenia UE popiera już 33 proc. Włochów. Co jednak istotne - gdyby brać pod uwagę wyłącznie opinie osób między 18. a 45. rokiem życia, to odsetek popierających ideę rozwodu z UE popiera aż 51 proc. badanych! 

Okazuje się, że to młodzi ludzie najczęściej chcą wyjścia Włoch z UE oraz strefy euro. To oni też stanowią główny elektorat antyunijnej i antysystemowej formacji "Ruch 5 Gwiazd" (M5S). Już 4 marca we Włoszech odbędą się przedterminowe wybory parlamentarne. Według wszystkich sondaży największe szanse na zwycięstwo ma... M5S. Formacja ta może liczyć na 25 - 28 proc. poparcia. Nie wykluczone jednak, że w ciągu najbliższych tygodni poparcie dla antyunijnego "Ruchu 5 Gwiazd" może jeszcze wzrosnąć. 

Im lepszy wynik wyborczy uzyska M5S, tym gorsze nastroje będą panowały w Brukseli. Unia jeszcze nie uporządkowała do końca spraw po "Brexit'cie", a już miałby im się szykować kolejny "-exit" (tym razem "Italy-exit" lub "ItaLeave", jak kto woli). Widmo ciągłych porażek spędza sen z powiek Junckerowi, Timmermansowi czy Tuskowi. Oni wiedzą, że mogą odejść jako ci, którzy rozwalili całą Unię Europejską. Co w takiej sytuacji zrobić? Najlepiej wygenerować jakiś sztuczny problem, a następnie eskalować go do granic możliwości, tak aby całkowicie zająć nim uwagę europejskiej opinii publicznej. Nie mam wątpliwości, że kwestia tzw. "polskiej praworządności" jest właśnie przykładem takiego zachowania. 

W tym wszystkim eurokraci coraz mocniej przypominają straceńców biegających chaotycznie po palącym się gruncie. Dlaczego? Warto zapoznać się z tekstem Zbigniewa Parafianowicza opublikowanym na łamach "Dziennika Gazety Prawnej". Link podaję w źródłach poniżej.

 

Źródło: Włosi chcą wyjścia kraju z UE i strefy euro [SONDAŻ] (Dziennik.pl)
Źródło: Jak Włosi, współtwórcy Unii Europejskiej, przestali ją lubić (Onet.pl)
Źródło: Parafianowicz: Przejrzysta Unia tylko na sztandarach. Komisja Europejska odpowie na każde pytanie. Oprócz tego, które zostało zadane (GazetaPrawna.pl)

wpis z dnia 15/01/2018

  


 

     Dokładnie 27 lat temu wojska sowieckie dokonały masakry ludności cywilnej w Wilnie. Ludzie byli miażdżeni czołgami. Pamiętajmy
wpis z dnia 13/01/2018

 

Proces wybijania się na niepodległość spod jarzma sowieckiego nie wszędzie przebiegał w sposób bezkrwawy. Dokładnie 27 lat temu, 13 stycznia 1991 roku, wojska ZSRR dokonały masakry ludności cywilnej, która broniła wieży telewizyjnej nadającej program telewizyjny niepodległej Litwy. Nieuzbrojeni ludzie, głównie studenci, kładli się na ziemię, tworząc "żywe zapory" przed nadciągającymi czołgami. Sowieci nie mieli litości. Tego dnia zabili (zmiażdżyli lub zastrzelili) 14 osób. Około 700 odniosło obrażenia.

Przypomnijmy - 11 marca 1990 roku Rada Najwyższa Litwy ogłosiła "Akt o Przywróceniu Niepodległości Republiki Litewskiej". Deklaracji tej nie uznała Moskwa (do której akt ten był de facto kierowany). Sowieci początkowo odpowiedzieli blokadą gospodarczą wybijającej się na niepodległość republiki. To jednak nie zmieniło nastrojów, jakie panowały w Wilnie. 

10 stycznia 1991 roku Michaił Gorbaczow (ówczesny przywódca ZSRR) wystosował wobec litewskich władz ultimatum, w którym żądał przywrócenia sowieckiego porządku konstytucyjnego na terenie Litwy. Do zbuntowanej republiki skierowano wojsko i oddziały specjalne.

Ludzie wyszli na ulice. Przeczuwając, że sowieci mogą się zdecydować na wariant siłowy, Litwini zaczęli okupywać najważniejsze budynki administracji publicznej - w tym wieżę telewizyjną w Wilnie, która na terytorium Litwy nadawała sygnał TV (od kilku miesięcy niezależny od Moskwy).

Pod tym względem wieża telewizyjna była punktem o znaczeniu strategicznym. Ten, kto kontrolował wieżę, ten kontrolował przepływ informacji w kraju. Sowieci zdawali sobie z tego doskonale sprawę. 13 stycznia 1991 roku podjęli decyzję o siłowym przejęciu tego obiektu. Czołgi Armii Czerwonej oraz sowieccy komandosi przeprowadzili szturm. Część z poszkodowanych ofiar została zmiażdżona przez gąsienice sowieckich czołgów. Ludzie zgromadzeni pod wieżą telewizyjną (głównie studenci) liczyli, że gdy stworzą "żywe zapory", to wojsko się zatrzyma. Mylili się. Sowieci nie mieli litości. W wyniku szturmu zginęło 14 bezbronnych Litwinów, a około 700 osób zostało rannych. Po stronie rosyjskiej zginął 1 żołnierz - został przypadkowo trafiony podczas ostrzału cywilów przez innego komandosa. 

Krwawy atak na wieżę telewizyjną oraz śmierć bezbronnych Litwinów wywołały oburzenie całego świata. 9 lutego 1991 roku przeprowadzono referendum, w wyniku którego 90 proc. Litwinów opowiedziała się za niepodległością i odłączeniem od ZSRR. Dwa dni później - 11 lutego 1991 roku - pierwsze państwo na świecie oficjalne uznało niepodległość Litwy. Była to Islandia.

Niestety masakra z 13 stycznia 1991 roku nie była ostatnią dokonaną przez żołnierzy sowieckich na terytorium Litwy. Ataki (w mniejszej skali) powtarzały się także w kolejnych miesiącach. Najpoważniejszym była masakra posterunku granicznego w Miednikach (na granicy z Białorusią). 31 lipca 1991 roku wojska sowieckie zabiły tam 7 litewskich celników i policjantów.

 

Źródło: 25. rocznica obrony wieży telewizyjnej w Wilnie (PrzegladBaltycki.pl)
Źródło: January Events (Lithuania) (Wikipedia)

wpis z dnia 13/01/2018

   


   

     Dynamiczny rozwój polskich portów hamowany przez niemiecko-rosyjską rurę na dnie Bałtyku
wpis z dnia 12/01/2018

 

W 2017 roku polskie porty w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie i Świnoujściu przeładowały łącznie aż 86 mln ton towarów. To najlepszy wynik w historii polskich portów. Co istotne - najbliższe lata będą pod tym względem jeszcze lepsze. Jedyne, co może wpłynąć na dalszy rozwój polskich portów - szczególnie portów w Szczecinie i Świnoujściu - to niemiecko-rosyjska rura gazowa. Na szczęście Angela Merkel obiecała Donaldowi Tuskowi, że w razie potrzeby Niemcy pogłębią przebieg gazociągu na dnie Bałtyku... Oh, wait!

Port Gdańsk w 2017 r. przeładował rekordowe 40,6 mln ton ładunków, czyli o prawie 9 proc. więcej niż rok wcześniej. Mijający rok był także rekordowy dla portów Szczecin-Świnoujście, które przeładowały 25 mln ton ładunków. Jeśli do tego doliczymy jeszcze wyniki portu w Gdyni, to okaże się w 2017 roku polskie porty przeładowały łącznie ponad 86 mln ton towarów, co było rekordem w historii naszego kraju. 

Wszystko wskazuje na to, że w kolejnych latach polskie porty będą przeładowywać jeszcze więcej ładunków. W Gdańsku powstanie Port Centralny (który umożliwi przeładunek do 140 mln ton rocznie), w Gdyni - nowy Port Zewnętrzny, a tor wodny do zespołu portowego Świnoujście-Szczecin zostanie pogłębiony do 12,5 metra. Na dalszy rozwój polskich portów może wpłynąć... niemiecko-rosyjska rura z gazem biegnąca po dnie Bałtyku.

Co prawda 21 czerwca 2011 roku doszło do ustaleń między Angelą Merkel, a Donaldem Tuskiem w sprawie położenia gazociągu Nord Stream. Tuskowi zakomunikowano wówczas, że budowany gazociąg będzie częściowo blokował dostęp do portów w Świnoujściu i Szczecinie. Merkel obiecała jednak, że gdy tylko pojawi się taka potrzeba i wspomniane porty będą chciały przyjmować większe statki handlowe, to Niemcy "uregulują kwestie prawne" dotyczące pogłębienia położenia rur po swojej stronie, tak aby odblokować drogę morską do Świnoujścia i Szczecina dla dużych statków handlowych.

Kilka lat później (2015 r.) Zarząd Morskich Portów Szczecin i Świnoujście (ZMPSiŚ) rozpoczął prace przygotowawcze do budowy w Świnoujściu terminala kontenerowego i terminala ładunków masowych, które miały pozwolić na przyjmowanie statków o zanurzeniu większym niż 13,5 metra. W związku z powyższym ZMPSiŚ złożył do sądu w Hamburgu pozew przeciwko niemieckiemu Federalnemu Urzędowi ds. Żeglugi Morskiej i Hydrografii. Chodzi o to, że niemiecki urząd wyraził zgodę na przebudowę dwóch pierwszych nitek gazociągu Nord Stream I ułożonych w poprzek toru wodnego zapewniającego ruch statków z i do Świnoujścia. Strona polska domagała się w pozwie, aby na skrzyżowaniu gazociągu ze szlakiem żeglugowym do Świnoujścia rury gazowe zostały położone głębiej, co umożliwiłoby poruszanie się statków o większym zanurzeniu. 

Niestety, obietnice Angeli Merkel złożone w 2011 roku Donaldowi Tuskowi, o tym, że w razie potrzeby Niemcy "uregulują kwestie prawne" dotyczące pogłębienia położenia rur po swojej stronie, okazały się być nic nie wartym pustosłowiem. 17 grudnia 2015 r. sąd w Hamburgu odrzucił wspomniany pozew ZMPSiŚ, a tym samym prawnie usankcjonował stan, w którym rozwój portów w Szczecinie i Świnoujściu będzie bardzo ograniczony.

 

Źródło: Niemcy nie dotrzymały słowa. Polska przegrała sprawę przeciwko Nord Stream (BiznesAlert.pl)
Źródło: Port Gdańsk przeładował rekordowe 40 mln ton ładunków (Pap.pl)
Źródło: Port Gdynia wkrótce ma przyjmować statki o długości do 400 metrów (Stooq.pl)
Źródło: Rekord przeładunków w portach (Tvp.pl)
Źródło: Niemcy blokują rozwój polskich portów. "Nord Stream jak szlaban" [ANALIZA] (Energetyka24.com)

wpis z dnia 12/01/2018

    


    

     Prokurator chciał postawić zarzuty wiceministrowi z rządu Tuska. W konsekwencji został odsunięty od śledztwa!
wpis z dnia 11/01/2018

 

Oto jak "niezależna" była prokuratura w czasach nieskrępowanej wolności i demokracji Tuska & Platformy Obywatelskiej. W 2014 roku prokurator z białostockiej prokuratury chciał postawić Jackowi Kapicy - ówczesnemu szefowi Służby Celnej oraz wiceministrowi finansów w rządzie PO-PSL - zarzuty niedopełnienia obowiązków służbowych w związku z aferą hazardową. Okazało się to jednak niemożliwe. Prokurator ten został bowiem szybko odsunięty od śledztwa, a całą sprawę przeniesiono do zupełnie innej prokuratury. 

Przypomnijmy - w 2014 roku białostocka prokuratura chciała oskarżyć Jacka Kapicę (pełniącego wówczas funkcję wiceministra finansów w rządzie PO-PSL) o niedopełnienie obowiązków szefa Służb Celnych, które odpowiadały za kontrolowanie automatów do gry - tzw. jednorękich bandytów. Zgodnie z obowiązującym niegdyś prawem, takie automaty (szacuje się, że w latach 2003-2009 zainstalowano ich na terenie Polski nawet do 100 tys. sztuk) powinny umożliwiać grę tylko na niskie stawki, a maksymalne wygrane mogły wynosić do kilkudziesięciu złotych. W rzeczywistości jednak - co dowiodły ekspertyzy zlecone przez białostockich śledczych - umożliwiały one grę o dowolne stawki, a wygrane mogły być wysokie, sięgające nawet kilku tysięcy złotych.

Mimo, że automaty umożliwiały wysokie wygrane, to nie były one jednak obłożone 45 proc. podatkiem. Stosowano wobec nich niewielką, ryczałtową opłatę w wysokości kilkudziesięciu euro miesięcznie (taką, jaką stosowało się wobec automatów dla niskich wygranych). 

"Jednorękich bandytów" o wysokich wygranych zaczęto zwalczać dopiero w 2009 roku, po nagłośnieniu sprawy przez media. Wybuchła wówczas wielowątkowa "afera hazardowa", w wyniku której posady ministrów stracili Grzegorz Schetyna i Mirosław Drzewiecki. Jakimś cudem uchował się w rządzie Jacek Kapica, mimo iż to właśnie urzędnicy bezpośrednio mu podlegający byli odpowiedzialni za "przymykanie oczu" na "jednorękich bandytów" umożliwiających duże wygrane. Medialne szacunki twierdziły, że z powodu takiego zachowania ekipy Kapicy Skarb Państwa na przestrzeni kilku lat mógł stracić nawet kilka miliardów złotych. Z tego właśnie powodu na szefa Służby Celnej zaczęto kręcić bata nie tyle politycznego, lecz prokuratorskiego.

Czarne chmury nad Kapicą zebrały się w drugiej połowie 2014 roku. Wówczas to prowadzący śledztwo prokurator z Białegostoku był już gotowy do stawiania zarzutów i kierowania sprawy do sądu. I nagle do sprawy włączają się jego przełożeni. Okazało się, że prokuratorowi, który chciał oskarżyć Kapicę, sprawa została odebrana, a wątek śledztwa dotyczący nieprawidłowości urzędników ministerialnych w związku z aferą hazardową, został przeniesiony z Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku do Prokuratury Apelacyjnej w Poznaniu, gdzie sprawa ostatecznie zostaje umorzona. Warto odnotować, że decyzja o przeniesieniu śledztwa została podjęta przez Prokuraturę Generalną zarządzaną przez Andrzeja Seremeta. 

Od koniec ubiegłego roku Prokuratura Krajowa wznowiła umorzone śledztwo dotyczy decyzji urzędników Ministerstwa Finansów z lat 2006–2009. Nie wykluczone zatem, że Jacek Kapica znowu może mieć problemy.

 

Źródło: Znikające zarzuty dla wiceministra Kapicy. Po interwencji Prokuratury Generalnej (Tvn24.pl)
Źródło: Wznowienie śledztwa ws. afery hazardowej: są ważkie argumenty, by śledztwo wznowić (PolskieRadio.pl)

wpis z dnia 11/01/2018

   


   

     Co z tego, że bezrobocie spada do 4,5 proc., skoro zarobki są nadal 3 razy niższe od tych na Zachodzie?!
wpis z dnia 10/01/2018

 

Według danych unijnego Eurostatu w Polsce praktycznie nie ma już bezrobocia. W listopadzie 2017 r. wyrównana sezonowo stopa bezrobocia w naszym kraju spadła do poziomu zaledwie 4,5%, wobec 4,6% w październiku. Problem w tym, że większość pracujących tu ludzi otrzymuje za swoje poświęcenie średnio 3 razy niższe wynagrodzenia, aniżeli statystyczny Francuz czy Niemiec. Niestety, po blisko 14 latach spędzonych w UE nasze płace urosły na tyle niewiele, by nadal można nas było traktować jak tanią siłę roboczą.

Prawie wszyscy przedsiębiorcy w Polsce uskarżają się na brak wolnych rąk do pracy. Potwierdzają to najnowsze statystyki Eurostatu, z których wynika, że w naszym kraju praktycznie nie ma bezrobocia. W listopadzie 2017 r. wyrównana sezonowo stopa bezrobocia w naszym kraju spadła do poziomu zaledwie 4,5% (Eurostat mierzy stopę bezrobocia jako procent osób w wieku 15-74 lata pozostających bez pracy, zdolnych podjąć zatrudnienie w ciągu najbliższych dwóch tygodni, którzy aktywnie poszukiwali pracy w ciągu ostatnim czasie).

Mimo ekstremalnie niskiego bezrobocia presja płacowa wydaje się być jednak wciąż zbyt niska. Według ostatnich odczytów Eurostatu godzinowy koszt pracy statystycznego Polaka (w skład którego wchodzi przede wszystkim pensja pracownika) wynosił 8,6 euro, co stanowiło zaledwie ok. 34 proc. unijnej średniej (która wynosi 25,4 euro na godzinę). Okazuje się, że wspomniana kwota 8,6 euro była tylko o 13,1 proc. wyższa od kwoty kosztów pracy przeciętnego polskiego pracownika jaka obowiązywała w 2008 roku. Piszę "tylko", bowiem okazuje się, że w tym samym czasie pensje w bogatych krajach "starej Unii" rosły szybciej niż w Polsce. W Belgii w latach 2008-2016 odnotowano wzrost o +19,1 proc. W Niemczech o +18,2 proc., a we Francji o +14,1 proc. W skali całej UE godzinowe koszty pracy urosły przeciętnie o +18,1 proc. (z poziomu 21,5 euro w 2008 r. do 25,4 euro w 2016 r.).

Czy w najbliższym czasie coś może się istotnie zmienić? Odpowiedź jest prosta - tak, ale tylko w drodze ewolucji (a nie rewolucji). Odczyty Eurostatu w zakresie kosztów pracy w Polsce za ubiegły rok powinny być już wyraźnie wyższe, od tych z 2016. Niemniej do poziomów "zachodnioeuropejskich" nadal będzie nam bardzo daleko. Musi jeszcze upłynąć co najmniej 10 lat takich, jak rok poprzedni, aby płace w Polsce rzeczywiście stały się "europejskie". Pytanie tylko, czy przez tak długi okres w naszym kraju będzie nadal panowała względnie dobra koniunktura, co wydaje się być podstawą o charakterze sine qua non dla dalszego wzrostu poziomu wypłacanych wynagrodzeń?

 

Źródło: Eurostat: Stopa bezrobocia w Polsce w listopadzie - 4,5 proc, w strefie euro - 8,7 proc. (Wprost.pl)
Źródło: Hourly labour costs ranged from €4.4 to €42.0 across the EU Member States in 2016 (Ec.Europa.eu)

wpis z dnia 10/01/2018

    


   

     Niemcy, aby się rozwijać muszą zarabiać w Polsce. Komisarz z Brukseli potwierdza niewygodną prawdę
wpis z dnia 9/01/2018

 

Gunther Oettinger to komisarz ds. budżetu UE. W wywiadzie udzielonym dla dziennika "Handelsblatt" był szczery aż do bólu. Powiedział, że większość unijnych środków przekazywanych Polsce jest i tak odsyłana do Niemiec w ramach realizacji zamówień. Zarabiają niemieckie firmy budowlane, kupowane są niemieckie maszyny, sprzęt i samochody. - "Z ekonomicznego punktu widzenia Niemcy wcale nie są płatnikiem netto UE, lecz beneficjentem netto" - dodał Oettinger, czym potwierdził, że UE to bardzo opłacalny biznes dla naszych zachodnich sąsiadów.

Na pytanie dziennikarza dziennika "Handelsblatt" o to, czy nie byłoby właściwym, aby Unia Europejska - w ramach zbierania środków na obsługę "kryzysu migracyjnego" - zabrała pieniądze Polsce i Węgrom (czyli krajom, które odmówiły udziału w procesie relokacji migrantów), Gunther Oettinger odpowiedział w sposób następujący:

"Polityka budżetowa UE nie powinna być wykorzystywana do wymierzania politycznych kar. (...) Warto zwrócić uwagę, że duża część każdego euro, jakie UE przekazuje Polsce w ramach funduszy strukturalnych, wraca następnie z powrotem do Niemiec. Polacy wykorzystują unijne środki, aby składać zamówienia u niemieckich firm budowlanych, kupować niemieckie maszyny i niemieckie samochody. Tak więc płatnicy netto, tacy jak Niemcy, powinni być zainteresowani nie zmniejszaniem funduszy strukturalnych. Z ekonomicznego punktu widzenia Niemcy wcale nie są płatnikiem netto UE, lecz beneficjentem netto".

Oettinger nie był oczywiście pierwszym, który zauważył, że Niemcy są beneficjentem netto. Austriacki polityk Johannes Hahn, w czasie kiedy był unijnym komisarzem d/s polityki regionalnej (2012), w wywiadzie dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung" przyznał, że z każdego 1 euro wydanego w Polsce przez Niemcy w ramach unijnej polityki strukturalnej, za Odrę finalnie powraca aż 0,89 euro! Wszystko dzięki zamówieniom na towary, usługi lub know-how, które do naszego kraju mogą dostarczyć jedynie niemieckie firmy. 

Jeszcze lepiej ta statystyka wygląda jeśli uwzględnimy wszystkie kraje wchodzące w skład Grupy Wyszehradzkiej (Polska, Czechy, Słowacja i Węgry). Z każdego 1 euro wydanego w tych krajach przez Niemcy w ramach unijnej polityki strukturalnej do naszego zachodniego sąsiada powraca aż... 1,25 euro!

Powyższe pokazuje, że Unia Europejska to dla Niemiec bardzo opłacalny biznes. Mimo, iż są największym płatnikiem netto do unijnego budżetu, to dzięki neokolonialnej strukturze gospodarek nowych państw UE, udaje się im odzyskać wpłacone pieniądze i to z nawiązką. To też jest powód, dla którego Niemcy tak histerycznie zareagowali na wynik ostatnich wyborów w naszym kraju. Po prostu obawiali się, że nowe władze w Warszawie będą chciały ograniczyć skalę re-transferu unijnych środków zza Odrę. A to dla naszych zachodnich sąsiadów kwestia żywotnych interesów.

 

Źródło: Oettinger: Germany May Have To Pay More To E.U. (Handelsblatt.com)
Źródło: Deutschland profitiert besonders von Strukturhilfen (Faz.net)

wpis z dnia 9/01/2018

   


  

     Sprzedali 22,1 proc. Polskich Hut Stali za 6 milionów zł. NIK stwierdziła, że wycenę spółki zaniżono o 2 miliardy zł!
wpis z dnia 8/01/2018

 

W 2003 r. podjęto decyzję o prywatyzacji Polskich Hut Stali SA (huty w Krakowie, Dąbrowie Górniczej, Świętochłowicach i Sosnowcu). Rząd oraz ministerstwa skarbu i gospodarki (opanowane przez polityków SLD) zgodziły się wówczas na sprzedaż pakietu 22,1 proc. akcji tej spółki za kwotę 6 milionów zł (przy kilku warunkach). Późniejszy raport NIK stwierdził jednak, że na potrzeby prywatyzacji wycenę spółki zaniżono o blisko 2 miliardy zł, a najlepszym tego dowodem był fakt, że już w 2004 r. spółka miała 1,7 miliarda zł zysku na czysto!

Raport Najwyższej Izby Kontroli (NIK) z grudnia 2006 r. pt. "Informacja o wynikach kontroli prywatyzacji Polskich Hut Stali SA" nie pozostawia wątpliwości. Już w pierwszych jego zdaniach możemy przeczytać: "Ocena skontrolowanych zagadnień jest negatywna w odniesieniu do przebiegu i warunków finansowych prywatyzacji Polskich Hut Stali SA". Kontrolerzy NIK uznali przede wszystkim, że to "finansowe parametry umowy prywatyzacyjnej były niekorzystne dla Skarbu Państwa ze względu na zbyt niskie ceny wyprzedawanych akcji Polskich Hut Stali" (dalej: PHS). Ale po kolei...

W raporcie NIK czytamy, że wycena PHS sporządzona przez Konsorcjum Doradcze BRE Corporate Finance SA i Evip International Sp. z o.o., była zaniżona o prawie dwa miliardy zł. Tutaj trzeba poczynić małą, acz istotną uwagę. Wspomniane konsorcjum zostało wybrane jako doradca prywatyzacyjny w trybie "niekonkurencyjnym", tj. z wolnej ręki. Z punktu widzenia legalności i gospodarności NIK negatywnie oceniła taki stan rzeczy, szczególnie, że wynagrodzenie za doradztwo wyniosło w tym przypadku aż 3,07 mln zł brutto. Kontrolerzy NIK zauważyli, że "nieprzestrzeganie przepisów dotyczących zamówień publicznych należy do typowych przejawów występowania zjawisk korupcyjnych".

Tak jak napisałem wycena PHS została - wg NIK - zaniżona o prawie dwa miliardy zł. Jaki był tego powód? Kontrolerzy NIK stwierdzili, że Konsorcjum Doradcze BRE Corporate Finance SA i Evip International opierało się na zaniżonej prognozie wyników finansowych Spółki (co miało wielki wpływ na kwotę ostatecznej wyceny). Co jednak ciekawe - w opracowanym zaledwie trzy miesiące wcześniej "Biznes Planie" dla PHS, sporządzonym przez to samo Konsorcjum Doradcze (!), prognoza wyników finansowych była wyższa o 2,5 miliarda zł, a w aktualizacji tego "Biznes Planu" wykonanej w niespełna rok po wycenie – znowu była wyższa o 1,9 miliarda zł...

Efekt tego był taki, że Skarb Państwa uzyskał za pakiet 23,5 mln akcji PHS (stanowiących w momencie podpisywania
umowy 22,1 proc. istniejących wówczas wszystkich akcji tej spółki) kwotę niespełna 6 mln zł, a cena jednej akcji wyniosła zaledwie 25 groszy. 

Zdaniem NIK odpowiedzialność za wynegocjowanie i przyjęcie niekorzystnych warunków prywatyzacji ponosi ówczesny Minister Skarbu Państwa, a Rada Ministrów i minister właściwy do spraw gospodarki - za ich zaakceptowanie. Szefem Rady Ministrów był wówczas Leszek Miller, ministrami Skarbu Państwa byli Wiesław Kaczmarek (2001-2003), Sławomir Cytrycki (2003), Piotr Czyżewski (2003 - 2004) oraz Zbigniew Kaniewski (2004), natomiast ministrami właściwym d/s gospodarki byli Jacek Piechota oraz Jerzy Hausner.

 

Źródło: Informacja o wynikach kontroli prywatyzacji Polskich Hut Stali SA (MSP.gov.pl)

wpis z dnia 8/01/2018

     


   

     Podwójne standardy Brukseli widać na przykładzie Polski i Węgier. Eurokraci nie zaatakowali Orbana z art. 7 TUE

wpis z dnia 4/01/2018

 

Reforma sądownictwa na Węgrzech w wielu aspektach jest tożsama z reformą sądownictwa w Polsce. Mimo to Komisja Europejska skupiła się na krytyce przede wszystkim nowych postanowień regulujących wiek emerytalny sędziów. Węgrzy w sprawie wieku się wycofali, jednak pozostałe kwestie zostały przemilczane. Eurokraci de facto zalegitymizowali zmiany w zakresie sądownictwa na Węgrzech, które teraz próbuje przeprowadzić Polska. Czy powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, iż Orban należy do tej samej frakcji co Juncker i Tusk, a Kaczyński już nie?

Victor Orban, po przejęciu władzy na Węgrzech w 2010 roku, w ciągu zaledwie 2 lat przeprowadził gruntowne reformy ustrojowe w swoim kraju. Dokonał istotnych zmian w wymiarze sprawiedliwości, Sądzie Konstytucyjnym oraz w banku centralnym. Do tego zmienił ordynację wyborczą oraz wprowadził swoich ludzi do najważniejszych węgierskich urzędów i instytucji. Na Budapeszt szybko spadła fala ostrej krytyki. Komisja Europejska przedstawiła zastrzeżenia wobec reformy sądownictwa, ustawy o banku centralnym oraz stabilizacji finansowej kraju.

W odpowiedzi na zarzuty rząd Orbana dowodził, że przyjęte zmiany nie zagrażają demokracji, nie przekreślają zasady trójpodziału władz i nie stanowią zagrożenia dla stabilności finansów państwa. Ustąpił co prawda w kilku kwestiach (np. w przypadku pomysłu, że sędziowie na Węgrzech mają przejść na wcześniejszą emeryturę przez co zostaną de facto wykluczeni z możliwości orzekania), niemniej zdecydowaną większość reform o charakterze ustrojowym (ze zmianą konstytucji na czele) udało mu się spokojnie wdrożyć. 

I tu dochodzimy do clue sprawy - Komisja Europejska ostatecznie nie zdecydowała się na odpalenie przeciwko Węgrom art. 7 TUE. Zmiany w sądownictwie oraz zmiany o charakterze ustrojowym zostały de facto przez eurokratów zalegitymizowane. Czy powodem tego stanu rzeczy jest fakt, że rządzący od wielu lat Komisją Europejską urzędnicy wywodzą się z Europejskiej Partii Ludowej (European People's Party), do której należy również Victor Orban? W tym kontekście zasadnym jest pytanie czy KE zdecydowałaby się na art. 7 TUE, gdyby PiS również wchodził w skład frakcji EPP?

 

Źródło: Dominik Hejj (Twitter.com)
Źródło: Co naprawdę zrobił Orban na Węgrzech? (Fronda.pl)

wpis z dnia 4/01/2018

    


   

     Na wejściu Polski do strefy euro najbardziej zyskają Niemcy. To ich bilans handlowy (a nie Polski) istotnie się umocni
wpis z dnia 3/01/2018

 

Znowu powraca temat wejścia Polski do strefy euro. Tym razem wywołała go grupa ekonomistów i nauczycieli akademickich wywodzących się w sporej części z PRL i PZPR, którzy dziś stosują specyficzny szantaż: "Nie wejdziemy do strefy euro, to nie zakotwiczymy się na stałe w Europie". W kontekście tego apelu warto wyraźnie przypomnieć - na wejściu Polski do strefy euro najmocniej zyskają... Niemcy! Nie bez powodu to ich politycy najwięcej mówią o konieczności poszerzenia eurolandu o kraje takie, jak nasz. To dla nich interes i trzeba o tym pamiętać.

Dziennik "Rzeczpospolita" opublikował wczoraj apel kilkunastu ekonomistów i wykładowców akademickich, którzy postulują do premiera Mateusza Morawieckiego o jak najszybsze wznowienie przygotowań do wejścia Polski do strefy euro. Ekonomiści ci (których spora część wywodzi się jeszcze z PRL / PZPR) stosują specyficzny szantaż. Twierdzą oni bowiem, że jeśli nie wejdziemy do strefy euro, to nie zakotwiczymy się na stałe w Europie.

W odpowiedzi na ten apel szef KPRM Michał Dworczyk stwierdził, że co prawda Polska wstępując do UE "zobowiązała się do przyjęcia euro w jakiejś perspektywie", natomiast kiedy to nastąpi, to jest "zupełnie oddzielny temat". Dodał przy tym, że "Trzeba znaleźć moment najlepszy, bo dla nas nadrzędną sprawą jest dobro Polaków, w związku z tym nie należy tego rozpatrywać od strony politycznej, a od strony ekonomicznej".

Pod tym względem nie sposób nie zgodzić się z Dworczykiem. Pisałem o tym niedawno, ale w kontekście powrotu tematu Polski w eurolandzie nie zaszkodzi powtórzyć: strefa euro została stworzona głównie po to, aby gospodarka naszego zachodniego sąsiada miała się doskonale. Warto wiedzieć, że gospodarka Niemiec opiera się przede wszystkim na eksporcie. Aby był on opłacalny waluta, za pomocą której dokonywane są transakcje, nie może być zbyt silna. Szczególnie względem walut obowiązujących u największych partnerów handlowych. Niemieccy stratedzy finansowi doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Dlatego już od lat 90-tych robili dosłownie wszystko, aby na terenie EWG (a później UE) wprowadzić jednolitą walutę, która uratowałaby niemiecką gospodarkę przed utratą konkurencyjności. W ten sposób wymyślono euro - wspólną walutę wielu różnych gospodarek Unii Europejskiej. 

Gdyby dzisiaj w Niemczech obowiązywała marka (DM), to nasz sąsiad podzieliłby los Szwajcarii, której gospodarka utraciła sporą część swojej konkurencyjności poprzez zbyt silną wartość franka szwajcarskiego. Im bowiem niemiecka gospodarka byłaby silniejszą, tym automatycznie silniejsza byłaby niemiecka marka. A taka konfiguracja jest najgorsza dla maksymalizacji zysków wynikających z eksportu. Dlatego potrzeba było "spłycenia" wartości wspólnej waluty transakcyjnej, tak aby eksport nadal się opłacał i generował rekordowe nadwyżki w handlu zagranicznym. Dzięki temu, że w strefie euro mamy takie gospodarki jak Grecja, Włochy czy Hiszpania dziś w kantorach za 1 euro płacimy ok. 4,20 zł, a nie 5,50 zł. A taka konfiguracja jest bardzo korzystna dla niemieckich eksporterów sprzedających towary w Polsce.

Niemieccy politycy bardzo chcieliby widzieć takie kraje jak Polska, Węgry, Rumunię czy Bułgarię we wspólnej strefie euro. I wcale nie chodzi tu o jakiś solidaryzm europejski. To raczej czysta kalkulacja. Im słabsza gospodarka wejdzie do eurolandu, tym kurs dolara, funta, rubla czy juana umocni się względem euro, a to oznacza większe zyski dla gospodarki Niemiec, która z eskportu żyje. 

Osobiście uważam, że Polska powinna wejść do strefy euro, ale dopiero gdy kurs 1 PLN do 1 Euro osiągnie wartość nieprzekraczającą 3,00 PLN. Wówczas to wejście do eurolandu będzie dla nas autentycznie opłacalne. Dlatego poczekajmy jeszcze ze 2-3 lata. Nikt nas nie goni, a cierpliwością i spokojnymi ruchami w czasach prosperity możemy więcej ugrać dla siebie.

 

Źródło: Dworczyk: obecnie nie ma prac nad wejściem Polski do strefy euro (Stooq.pl)

wpis z dnia 3/01/2018

    


  

     Od dziś kulczykowa autostrada będzie jeszcze droższa! Spółka arbitralnie podnosi opłaty, bo 57 zł to za mało!
wpis z dnia 2/01/2018

 

Od dziś od 6.00 rana spółka Autostrada Wielkopolska S.A. (AWSA) postanowiła po raz kolejny podnieść opłaty za przejazd zarządzanym przez siebie płatnym odcinkiem 150 kilometrów autostrady A2. Tym razem tłumaczy to potrzebą uzyskania m.in. środków na "spłatę kredytów zaciągniętych w bankach komercyjnych". Czy to oznacza, że wcale nie trzeba było mieć pieniędzy na budowę takiej autostrady (wszak sfinansowano ją z kredytów), a najważniejsze były "chody" u rządzących w 1997 roku polityków z SLD, którzy przyznali stosowną koncesję?

Przypomnijmy - Jan Kulczyk wpadł na pomysł budowy płatnej autostrady już w 1992 roku. To wówczas, wraz z Andrzejem Patalasem, założył spółkę Autostrada Wielkopolska S.A. (dalej AWSA), której celem miało być zrealizowanie budowy i eksploatacji zachodniego odcinka autostrady A2 (między granicą z Niemcami w Świecku, a Koninem). Koncesję na powyższe spółka Kulczyka otrzymała od rządu Włodzimierza Cimoszewicza (SLD) w 1997 roku. Co ciekawe - rząd przyznał tę koncesję tuż przed wyborami parlamentarnymi, które SLD przegrało (do władzy doszła wówczas ekipa AWS).

Obecnie spółka AWSA ogłasza kolejną już podwyżkę opłat za przejazd każdym z trzech ok. 50-kilometrowych płatnych odcinków A2. Od dziś od 6.00 rana za każdy z nich jadąc samochodem osobowym zapłacimy po 20 zł (zamiast 19 zł). Razem da to 60 zł. 

Jak AWSA uzasadnia zmianę ceny? Rzeczniczka spółki poinformowała, że pieniądze uzyskane z opłat za przejazd są przeznaczane na m.in. "bieżące zimowe i letnie utrzymanie autostrady, na remonty a także na spłatę kredytów zaciągniętych w bankach komercyjnych".

Warto odnotować, że AWSA wzięła na budowę odcinków A2 kredyt o wartości 275 mln euro w Europejskim Banku Inwestycyjnym (EBI). Kredyt ten musiał być wraz z odsetkami (tj. 800 mln euro) gwarantowany przez państwo polskie (zaraz po przegranych przez SLD wyborach firmy, które chwilę wcześniej otrzymały od rządu SLD koncesje, zwróciły się do rządu AWS o wsparcie finansowe na swoje inwestycje). W lipcu 2017 roku AWSA spłaciła w całości kredyt z EBI. Było to jednak możliwe dzięki zaciągnięciu kolejnych kredytów we francuskim banku Credit Lyonnais i niemieckim Commerzbank. I właśnie na spłatę rat wspomnianych nowych kredytów ma iść kasa uzyskana z podwyżek opłat za przejazd płatnymi odcinkami zarządzanymi przez AWSA (tak przynajmniej literalnie wynika z komunikatu spółki).

Cezary Kaźmierczak (szef Związku Przedsiębiorców i Pracodawców) na wieść o podwyżce opłat na kluczykowej A2, zareagował na twitterze w sposób następujący:

"Umowy na A2 (Kulczyk) i A4 (Stalexport) należy wypowiedzieć, zapłacić odszkodowania i wprowadzić winiety na autostrady jak w większości krajów Europy. Trzeba skończyć z ordynarnym i wulgarnym dojeniem Polaków, jak w jakimś Bantustanie".

W kontekście powyższego warto przypomnieć, że do autostrady A2 biegnie równoległa droga krajowa nr 92. Łatwo zatem można ominąć płatną drogę "kulczykową". Fakt, że pojedziemy około godziny dłużej, ale dzięki temu zaoszczędzimy 60 zł (jadąc samochodem osobowym; w przypadku pojazdów ciężarowych oszczędności są dużo większe).

 

Źródło: Przejazd autostradą A2 będzie droższy. I to już od wtorku (Rmf24.pl)
Źródło: Rząd płaci hojnie i potajemnie zarządcom autostrad. Wyliczamy ile. Starczyłoby na budowę dróg (Wyborcza.pl)
Źródło: Autostrada Wielkopolska spłaciła kredyt na budowę A2 gwarantowany przez rząd, pożyczając pieniądze w bankach komercyjnych (Wyborcza.pl)
Źródło: Cezary Kaźmierczak (Twitter.com)

wpis z dnia 2/01/2017