Blog niewygodne.info.pl stosuje pliki cookies. 

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. 

Jeśli nie wyrażają Państwo zgody, uprzejmie prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Archiwum: Listopad 2017

 

     Stronniczy jak Tusk. Dlaczego Bruksela to akceptuje? Bo w Komisji Europejskiej rządzą dziś ludzie zaprzyjaźnieni z PO
wpis z dnia 30/11/2017

 

Donald Tusk zasugerował niedawno, że rząd PiS realizuje "plan Kremla". Pomijam, że wypowiedział to człowiek, który powinien otrzymać złoty medal od Federacji Rosyjskiej za zasługi na rzecz interesów Gazpromu. Fakt jest taki, że stronnicza wypowiedź Tuska była bardzo poważną insynuacją, sprzeczną z zasadami Kodeksu Dobrego Postępowania Administracyjnego KE. Dlaczego Komisja Europejska to akceptuje? Bo zasiadają tam osoby zaprzyjaźnione z Tuskiem i PO, przez co dzisiaj nie może być ona traktowana jako organ obiektywny i nieuprzedzony politycznie. 

Czy ktoś kiedyś się zastanawiał dlaczego Komisja Europejska atakuje tylko jedną ze stron politycznego sporu w Polsce? Dlaczego eurokraci z Brukseli milczeli, kiedy ekipa Platformy Obywatelskiej w trybie pilnym zmieniała ustawę o Trybunale Konstytucyjnym, tak aby rzutem na taśmę, tuż przed wyborami parlamentarnymi z 2015 roku obsadzić swoimi ludźmi wszystkie wolne stanowiska sędziowskie w TK? Dlaczego Komisja Europejska nie interesowała się wycinką w Puszczy Białowieskiej, jaka miała miejsce przed 2015 rokiem? A przecież była ona wówczas znacznie większa niż obecnie. Dlaczego wybory samorządowe z 2014 roku, gdzie doszło do całego mnóstwa nieprawidłowości i "cudów" nad urnami, nie wzbudziły wśród przedstawicieli brukselskiej elity żadnego niepokoju? Dlaczego nie widzi błędów po stronie partii, którą założył obecny szef Rady Europejskiej, czyli Donald Tusk?

Odpowiedź jest prosta - tak się składa, że w wyniku wyborów do europarlamentu z 2014 roku, czołowe stanowiska w Komisji Europejskiej pozajmowali kumple Platformy Obywatelskiej z Europejskiej Partii Ludowej (EPP) z Donaldem Tuskiem na czele. Tak się też składa, że władzę u naszych zachodnich sąsiadów piastowali do tej pory również ludzie powiązany z EPP. Platforma Obywatelska, Merkel i Komisja Europejska to zatem jedno, powiązane wspólnymi poglądami i interesami towarzystwo. W takim układzie nie trudno przewidzieć unijną nawalankę w rząd, który nie ma kumpli w EPP, lecz w opcji alternatywnej dla EPP, czyli wśród Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (ECR). 

Gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego z 2014 roku wygrali przedstawiciele ECR, a dzięki temu obsadzili kluczowe stanowiska w Komisji Europejskiej, to dziś zapewne nie byłoby żadnego postępowania Unii przeciwko Polsce w/s praworządności, a niemieccy politycy oraz niemieckie media byłyby zdecydowanie bardziej powściągliwe. 

Warto pamiętać, że Komisja Europejska nie jest żadnym obiektywnym czy nieuprzedzonym politycznie organem. To zbiór ludzi, którzy mają określone poglądy i sympatie. Dzisiaj rządzą tam ludzie związani lub sympatyzujący z PO. Nie wykluczone jednak, że przy okazji najbliższych wyborów do Parlamentu Europejskiego sytuacja ta ulegnie totalnej zmianie. Na tym polega współczesna polityka.

wpis z dnia 30/11/2017

   


   

     UE przedłuża możliwość stosowania Glifosatu, który przez agencję WHO został uznany, za "prawdopodobnie rakotwórczy"
wpis z dnia 29/11/2017

 

W 2016 roku doszło do najdroższej w historii świata przejęcia jednej firmy przez drugą. Niemiecki Bayer zdecydował się odkupić amerykańskiego Monsanto za 66 mld USD. Flagowym produktem tego koncernu jest Roundup - znany na całym świecie środek chwastobójczy, który zwiera glifosat. Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (IARC), wchodząca w skład Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), ogłosiła w marcu 2015 r., że glifosat jest "prawdopodobnie rakotwórczy u ludzi". UE właśnie dała "zielone światło" na jego dalsze stosowanie na terenie Wspólnoty.

Przypomnijmy - w marcu 2015 roku podległa Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (IARC) uznała, że glifosat może mieć związek z występowaniem niektórych nowotworów i jest "prawdopodobnie rakotwórczy u ludzi". Na tej podstawie stan Kalifornia w USA nakazał sprzedaż Roundup-u (tj. flagowego produktu koncernu Monsanto, który zawiera glifosat) z ostrzeżeniem, że to "produkt rakotwórczy".

W 2016 roku na obradach Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa oraz WHO uznano, że glifosat jest bezpieczny dla ssaków, w tym dla ludzi w dawkach mniejszych niż 2 g/kg masy ciała. Analiza ta spotkała się z zarzutem konfliktu interesów, jako że przewodniczący obrad prowadzi instytut, który otrzymał dotację od Monsanto. Inne opinie nie były tak negatywne dla tego związku - np. Europejska Agencja Chemikaliów podtrzymała, że glifosat silnie uszkadza oczy i jest niebezpieczny dla organizmów wodnych. Jednocześnie skonkludowała, że obecne badania nie pozwalają sklasyfikować glifosatu jako kancerogen, mutagen czy związek chemiczny zagrażający reprodukcji.

Od kilku miesięcy w UE trwała dyskusja czy wydłużyć licencję na stosowanie glifosatu na terytorium Wspólnoty. Dotychczasowa licencja wygasa bowiem z końcem bieżącego roku. Do przedłużenia licencji potrzebna była kwalifikowana większość głosów na forum Stałego Komitetu ds. Roślin, Zwierząt, Żywności i Pasz (SCoPAFF). 

Podczas wczorajszego posiedzenia została podjęta decyzja, aby wydłużyć licencję na stosowanie glifosatu na kolejne 5 lat. Za takim rozwiązaniem opowiedziało się 19 państw, 8 było przeciwko, a 1 się wstrzymało od głosu. 

Z nieoficjalnych informacji wynika, że za przedłużeniem licencji dla glifosatu opowiedziały się m.in. Niemcy, Dania, Hiszpania, Czechy oraz Polska. Strona polska miała wcześniej postulować, aby licencję dla glifosatu udzielić nie na 5, lecz na 10 lat.

 

Źródło: Glifosat dopuszczony na rynek UE na kolejne 5 lat (Euractiv.pl)
Źródło: Glifosat: 18 państw UE, w tym Polska za przedłużeniem o 5 lat stosowanie kontrowersyjnego środka (PolskieRadio.pl)
Źródło: Glifosat rakotwórczy? UE zastanawia się, czy odnowić licencję na stosowanie tej substancji (PolskieRadio.pl)
Źródło: UN/WHO panel in conflict of interest row over glyphosate cancer risk (TheGuardian.com)
Źródło: Bayer przejmuje Monsanto. "W Europie technologia GMO nie jest dobrze przyjmowana" (Money.pl)

wpis z dnia 29/11/2017

    


   

     Baltic Pipe: W miejscu, gdzie powstać ma polsko-duński gazociąg ekolodzy odnajdą siedliska morświnów
wpis z dnia 28/11/2017

 

Wynegocjowany przez Tuska i Pawlaka kontrakt jamalski pomiędzy PGNiG, a rosyjskim Gazpromem kończy się w 2022 roku. Jeśli polski rząd rzeczywiście chce uniezależnić się od dostaw z Rosji, to ma bardzo mało czasu na realizację Baltic Pipe, czyli duńsko-polskiego gazociągu na dnie Bałtyku, który mógłby doprowadzić do naszego kraju gaz z norweskich szelfów. Każde opóźnienie (spowodowane np. protestami ekologów o niejasnych źródłach finansowania) będzie oczywiście na rękę Gazpromowi. Gra toczy się o miliardy dolarów, więc wszystkie ciosy dozwolone.

Przypomnijmy - Baltic Pipe to strategiczny projekt infrastrukturalny mający na celu utworzenie nowego korytarza dostaw gazu na europejskim rynku. Gazociąg ma biegnąc po dnie Bałtyku i połączyć polski system przesyłowy z duńskim, a przez to także z gazociągiem Skanled, który transportuje do Europy Zachodniej gaz ziemny ze złóż norweskich (19 koncesji na tamtejszym szelfie należy do PGNiG). Planowana przepustowość tego gazociągu ma wynieść 10 mld m3, co w praktyce powinno wystarczyć do zapewnienia Polsce całkowitej niezależności od dostaw gazu z kierunku wschodniego. 

Wynegocjowany w 2010 roku przez Waldemara Pawlaka za zgodą Donalda Tuska kontrakt Jamalski gwarantował kontrolowanemu przez Kreml Gazpromowi gigantyczne zyski. Polska, do czasu wybudowania gazoportu LNG w Świnoujściu, była zmuszona kupować od Rosjan praktycznie najdroższy gaz w Europie. Szacuje się, że obecnie płacimy rocznie Gazpromowi około 4 miliardów dolarów za sprowadzane do Polski błękitne paliwo. Były jednak lata (2011 - 2012), kiedy kwota ta (z uwagi na stosowane przez Rosjan znacznie wyższe stawki niż obecnie) oscylowała w granicach 6 miliardów dolarów.

Wybudowanie Baltic Pipe w terminie (tj. do 2022 roku) spowoduje, że nasz kraj będzie mógł całkowicie zrezygnować z drogich dostaw z kierunku wschodniego na rzecz gazu sprowadzanego z szelfów norweskich na Morzu Północnym. Aby zdążyć na czas zostały tylko 4 lata. To bardzo mało, jeśli chodzi o tak strategiczne, wymagające wielkiego wysiłku oraz skoordynowania wielu działań, przedsięwzięcie. 

Uwzględniając fakt, iż Baltic Pipe uderzy przede wszystkim w dochody rosyjskiego Gazpromu, wcale nie zdziwiłbym się, gdyby nagle po Bałtyku zaczęły kursować łodzie wypełnione ekologami twierdzącymi, że duńsko-polski gazociąg jest "śmiertelnym zagrożeniem dla siedlisk morświna" i nie może być ułożony według pierwotnego planu. Każda, nawet kilkumiesięczna "obsuwa" w terminie oddania do użytku tej inwestycji, może się przyczynić do tego, iż polski PGNiG w 2022 roku będzie "skazany" na zawarcie kosztującego gigantyczne pieniądze aneksu do kontraktu jamalskiego, który przedłuży dostawy rosyjskiego gazu do Polski na np. kolejne 2 lata. Wówczas jednak musimy być gotowi na dopłacenie Rosjanom "specjalnej marży", która w skali roku może wynieść dodatkowy miliard dolarów.

 

Czytaj także: A jeśli na Baltic Pipe jest już za późno? (Energetyka24.com)

wpis z dnia 28/11/2017

   


    

     Mało znany fakt: W latach rządów PO-PSL podjęto decyzję o likwidacji aż 3 tys. km sieci kolejowej w Polsce!
wpis z dnia 27/11/2017

 

Na początku transformacji ustrojowej Polska posiadała jedną z bardziej rozbudowanych sieci kolejowych w Europie. W 1990 r. nasz kraj był opleciony 26 tysiącami kilometrów torów kolejowych. Zarządcy III RP szybko uznali jednak, że taka sieć jest niepotrzebna i zaczęli jej stopniową likwidację. Proces ten nabrał tempa po przejęciu władzy przez PO-PSL. Wówczas to podjęto decyzję o likwidacji aż 3 tys. km połączeń. Efekt jest taki, że całkowita długość sieci zmniejszyła się do ok. 18,5 tys. km (2016), co jest ewenementem na skalę świata.

W 1990 roku na terytorium Polski funkcjonowała sieć kolejowa o łącznej długości ok. 26 tys. kilometrów. To oznacza, że statystycznie na 1 km/2 powierzchni naszego kraju przypadało 0,083 km torów kolejowych. W kolejnych latach decyzje w zakresie stopniowej likwidacji sieci kolejowej w Polsce spowodowały, że całkowita długość eksploatowanych torów zmniejszyła się do poziomu ok. 18,5 tys. kilometrów (na 1 km/2 przypada już tylko ok. 0,059 km torów). 

W Niemczech funkcjonuje 43,5 tys. kilometrów sieci kolejowych (dane za 2014 rok). To oznacza, że na 1 km/2 niemieckiego terytorium przypada 0,120 km torów, czyli dwa razy więcej niż w Polsce. Mimo to nikt zza Odrą nie planuje masowej likwidacji sieci kolejowej. 

W kontekście powyższego warto przypomnieć, że w czasach kiedy krajem rządziła koalicja PO-PSL, państwowa spółka odpowiadająca za zarządzanie siecią kolei w Polsce (tj. PKP Polskie Linie Kolejowe) wynajęła międzynarodową firmę doradczą McKinsey, która miała jej podpowiedzieć jakie linie kolejowe w Polsce powinny być zlikwidowane. Rezultat tego "doradztwa" był szokujący. Wg McKinsleya zamknięte miałyby zostać tory świeżo po modernizacji, np. wyremontowany za 50 mln zł w latach 2011–2012 odcinek Lublin – Lubartów. Do wycofania z ruchu została wytypowana także linia między Piłą i Ulikowem, która stanowi część reaktywowanego we wrześniu 2012 roku połączenia z Piły do Szczecina. Ten sam los miałby spotkać tory z Olsztyna do Szczytna, który są modernizowane kosztem 188 mln zł. 

Jakby tego było mało na liście McKinseya znalazł się odcinek z Płocka do Sierpca, który stanowi łącznik rafinerii Orlenu z północną częścią kraju oraz linia z Małkini stanowiąca alternatywny dojazd transportów z węglem do elektrowni w Ostrołęce. Kolej miałaby także wycofać się z utrzymywania torów, m.in. do baz PGNiG w Barnówku i Rejowcu, kopalni węgla kamiennego w Bełchatowie i zakładów chemicznych w Policach. Całość transportu miałyby tam przejąć ciężarówki (sic!). Łącznie McKinsey chciało, aby w ciągu kilku lat w Polsce znikło dodatkowo 8 tys. km połączeń kolejowych!

Ostatecznie PKP PLK oraz rząd Tuska nie posłuchali "ekspertów" z McKinsey'a. Zamiast likwidacji 8 tys. km podjęli oni wówczas decyzję o likwidacji 3 tys. km sieci kolejowej, co też zostało oficjalnie ujęte w strategii PKP do 2015 roku. W tym kontekście jakże inaczej brzmią zapewnienia obecnych przedstawicieli resortu Infrastruktury i Budownictwa oraz kadry zarządzającej PKP PLK, aby w najbliższym czasie wybudować aż 1,5 tys. kilometrów zupełnie nowych linii kolejowych w związku z budową Centralnego Portu Komunikacyjnego.

 

Źródło: PKP PLK chcą wyłączyć z eksploatacji 2 tys. km linii kolejowych (Wnp.pl)
Źródło: Kolejowi doradcy przesadzili z zamykaniem torów. Część tras zostanie (GazetaPrawna.pl)
Źródło: PiS pyta Nowaka o likwidację sieci kolejowej (NaszDziennik.pl)
Źródło: PKP PLK: 1500 km nowych linii do obsługi CPK (Rynek-kolejowy.pl)

wpis z dnia 27/11/2017

   


   

     Niemcy dyktują Polakom ceny wyższe niż u siebie. Wcześniej dostali z Banku Światowego kredyty na ekspansję w Polsce
wpis z dnia 24/11/2017

 

Wczoraj przez internet przetoczyła się informacja o audycie cen produktów tzw. "marek własnych" sprzedawanych w polskich i niemieckich Lidlach. Okazało się, że ceny w sklepach ulokowanych w Polsce są średnio o 10% wyższe, niż w sklepach ulokowanych za Odrą. Koszyk z 86 identycznymi towarami różni się o blisko 60 zł. W Polsce aż 70% asortymentu kosztuje więcej. Przypomnijmy, że wcześniej Grupa Schwarz (właściciel Lidla) dostała z Banku Światowego i EBOiR blisko miliard dolarów kredytu, który umożliwił ekspansję Lidla w krajach Europy środ.-wschodniej.

W 2015 roku brytyjski dziennik "The Guardian" opublikował materiały, z których wynikało, że Bank Światowy oraz Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) pożyczyły w latach 2003 - 2014 blisko miliard dolarów właścicielowi niemieckich sieci handlowych Lidl i Kaufland w celu ekspansji w krajach Europy środkowo-wschodniej. Kuriozalnie brzmiało tłumaczenie przedstawicieli EBOiR w sprawie udzielonych Grupie Schwarz pożyczek (sam EBOiR pożyczył łącznie 700 mln dolarów). - "Daliśmy im kredyt. Oni, owszem, byli raczej agresywną nastawioną na zysk firmą, ale z drugiej strony dawali ludziom dostęp do produktów, których nie mieliby oni szansy inaczej zdobyć" (sic!).

W lipcu 2016 roku EBOiR przyznał Grupie Schwarz kolejne 100 mln euro pożyczki na wsparcie ekspansji i rozwoju działalności sieci Kaufland w Polsce. Według specyfikacji pożyczki, środki zostały przeznaczone m.in. na "kwestie związane z ochroną środowiska, zdrowia, bezpieczeństwa pracy i operacjami w sklepach a także społeczną odpowiedzialnością biznesu". 

Efekt jest taki, że Lidl z Kauflandem zdobyli w Polsce całkiem sporą część rynku handlu detalicznego. Obie sieci handlowe osiągają łącznie w naszym kraju przychody przekraczające 20 miliardów złotych. W kontekście powyższego ciekawi mnie niezmiernie pytanie, czy jakaś polska firma mogłaby liczyć na podobne wsparcie Banku Światowego i EBOiR-u (czyli instytucji publicznej dysponującej środkami pozyskanymi od podatników) w celu dokonania ekspansji na Zachodzie?

Osiągnięcie tak silnej pozycji na rynku polskim przez sklepy należące do Grupy Schwarz oraz polityka koncernu, który nastawiony jest na jak największe wolumeny zamówień w centrali europejskiej (Niemcy) powoduje, że ceny takich samych produktów mogą być inne w różnych państwach. Najdobitniej ukazał to ujawniony wczoraj audyt agentów TakeTask dotyczący cen produktów tzw. "marek własnych" sprzedawanych w polskich i niemieckich Lidlach. Wykazał on, że ceny w sklepach ulokowanych w Polsce są średnio o 10% wyższe, niż w sklepach ulokowanych za Odrą. Koszyk z 86 identycznymi towarami marki by Lidl różni się o blisko 60 zł na niekorzyść naszego kraju. W Polsce aż 70% badanego asortymentu kosztuje więcej niż w Niemczech!

 

Źródło: Zakupy w Lidlu. W niemieckim sklepie sieci wiele produktów jest tańszych niż w polskim. Nawet o 85 proc. (Wyborcza.pl)
Źródło: 100 mln euro pożyczki z EBOR dla Kauflandu w Polsce (DlaHandlu.pl)
Źródło: Lidl has received almost $1bn in public development funding (TheGuardian.com)

wpis z dnia 24/11/2017 

  


  

     Polska na 51. miejscu pod względem skomplikowania systemu podatkowego. Dlaczego nie możemy skopiować systemu Irlandii (4. miejsce)?

wpis z dnia 23/11/2017

 

Ustawy o podatku PIT, CIT oraz VAT mają łącznie kilkaset stron objętości. Na ich podstawie polskie organy skarbowe wydały już - uwaga - 335 tys. indywidualnych interpretacji niejasnych i niejednoznacznych przepisów podatkowych. Przeciętny polski przedsiębiorca musi poświęcać aż 260 godz. rocznie na spełnienie wszystkich podatkowych wymogów. W tym kontekście nie powinno nas dziwić, że nasz system podatkowy zajmuje 51. miejsce na świecie pod względem skomplikowania. Dlaczego nie możemy zastosować rozwiązań jakie funkcjonują w Irlandii (4. miejsce)?

Pisałem o tym już kiedyś, ale nie zaszkodzi powtórzyć - lobby podatkowo-administracyjne w naszym kraju jest niezwykle silne. Dziesiątki tysięcy urzędników (po jednej stronie) oraz księgowych (po drugiej stronie), mają pracę tylko dlatego, że wyliczają, sprawdzają lub optymalizują prawidłową wysokość podatku do zapłaty. Wszystko to jest możliwe, gdyż w Polsce istnieje niezwykle skomplikowany, najeżony wielką ilością różnego rodzaju ulg, progów, wyjątków i zwolnień, system podatkowy.

Powyższe potwierdza najnowszy raport PwC i Banku Światowego, gdzie polski system podatkowy został sklasyfikowany na 51. miejscu na świecie pod względem skomplikowania. Okazuje się, że przeciętny polski przedsiębiorca musi poświęcać aż 260 godz. rocznie na spełnienie wszystkich podatkowych wymogów, a całkowita stopa podatkowa dla Polski wynosi 40,5 proc. (tyle uzyskiwanego dochodu statystyczny polski przedsiębiorca musi przeznaczać na podatki i daniny publiczne). Dla porównania - średnia liczba godzin w skali roku potrzebnych do załatwienia wszystkich spraw podatkowych w UE wynosi jedynie 161, a średnia całkowita stopa podatkowa to 39,6 proc.

W kontekście powyższego warto również odnotować wyniki innego raportu autorstwa OECD (pt. Tax Administration), z których wynika, że administracja podatkowa w naszym kraju na swoje utrzymanie pochłania proporcjonalnie największą część środków pieniężnych zabranych podatnikom spośród wszystkich administracji podatkowych państw należących do UE. 

Dlaczego rządzący nami politycy nie kwapią się do przeprowadzenia gruntownej reformy systemu podatkowego? Dlaczego nie chcą wdrożyć rozwiązań, jakie funkcjonują np. w Irlandii (według raportu PwC zajęła 4. miejsce na świecie pod względem nieskomplikowania systemu podatkowego i 1. miejsce w Europie)? Dlaczego nie ma odważnych parlamentarzystów, którzy stworzyliby projekt ustawy likwidującej połowę funkcjonujących w Polsce podatków (z niezwykle kosztownym podatkiem dochodowym PIT na czele), dziesiątki ulgi czy wyjątków, w których można się pogubić i zostawili tylko dwie, góra trzy daniny o charakterze liniowym oraz powszechnym? Czy lobby podatkowo-administracyjne jest w naszym kraju naprawdę aż tak silne, że blokuje przeprowadzenie tego typu reform?

 

Źródło: Paying Taxes 2018 (PwC.com)
Źródło: Tax Administration 2015 (OECD.org)

wpis z dnia 23/11/2017

   


  

     Brytyjczycy chcą odkupić od Polski zamkniętą kopalnie i przywrócić ją do życia. Chodzi o ukryte pod ziemią 40 mld zł!
wpis z dnia 22/11/2017

 

Sektor górniczy w Polsce znowu przynosi gigantyczne zyski. Po trzech kwartałach bieżącego roku działające na terytorium naszego kraju kopalnie węgla kamiennego odnotowały 1,66 mld zł czystego zysku. W tych okolicznościach nie powinno nas dziwić, że pojawiła się firma z Wlk. Brytanii, które chce odkupić od Polski zamkniętą nie tak dawno (z uwagi na nierentowność) kopalnie Krupiński, zainwestować w nią swoje pieniądze i powrócić do wydobywania zalegającego pod ziemią węgla, którego wartość ocenia się na 40 miliardów złotych! 

Jak ustalił "Dziennik Gazeta Prawna", brytyjska spółka Tamar Resources (zarejestrowana w Londynie, choć posiadająca kapitał amerykański) chce wznowić pracę zamkniętej nie tak dawno kopalni Krupiński. 

Warto podkreślić, że kopalnia ta była nierentowna (w 10 lat przyniosła 1 mld zł straty), bowiem jej poprzedni właściciel, tj. państwowa Jastrzębska Spółka Węglowa (JSW), skupił się głównie na eksploatacji głębokich (a więc kosztownych w wydobyciu) złóż słabej jakość węgla energetycznego. Tymczasem Krupiński słynie z najwyższej jakości złoża węgla koksowego (niezbędnego do produkcji stali). Chodzi o złoże nr 405/1. Przy obecnych cenach wartość zlokalizowanego tam węgla przekracza 40 mld złotych!

Problem w tym, że JSW nie miała odpowiednio wielkich środków finansowych, które pokryłyby koszty inwestycji niezbędnych, aby dotrzeć do złoża nr 405/1. Stąd decyzja o wygaszeniu Krupińskiego, którego dalsze funkcjonowanie (w warunkach eksploatacji tylko i wyłącznie złóż węgla energetycznego) przynosiłoby same straty. 

Nie wykluczone jednak, że Tamar Resources takie środki posiada. Powstaje pytanie - czy w dobie "renesansu" sektora górniczego w Polsce (po trzech kwartałach bieżącego roku działające na terytorium naszego kraju kopalnie węgla kamiennego odnotowały 1,66 mld zł czystego zysku) państwo polskie powinno się godzić na zagranicznego inwestora, który uzyskałby dostęp do złóż węgla o gigantycznej wartości rynkowej?

Nie to jednak może być największym problemem w tej sprawie. "Dziennik Gazeta Prawna" zwraca bowiem uwagę na fakt, iż Komisja Europejska wyraziła zgodę na wydanie przez polski rząd kwoty 8 mld zł (w ramach pomocy publicznej na ratowanie górnictwa) w zamian za zamknięcie m.in. kopalni Krupiński. Co z tego zatem, że brytyjski inwestor / JSW lub ktokolwiek inny będzie chciał reaktywować Krupińskiego mając przy tym odpowiednie środki na inwestycje, skoro na drodze może stanąć Bruksela z żądaniem zwrotu 8 mld zł pomocy publicznej. Takiej kwoty raczej nikt nie posiada...

 

Źródło: Czy nieczynne kopalnie dostaną drugie życie? (GazetaPrawna.pl)
Źródło: DGP: Nowi inwestorzy zainteresowani reaktywacją kopalni Krupiński i Makoszowy (BiznesAlert.pl)
Źródło: Ministerstwo Energii prowadzi likwidację kopalni Krupiński (RadioWnet.pl)

wpis z dnia 22/11/2017

   


 

     W 2016 roku w Niemczech miało miejsce 466 demonstracji neonazistowskich. Ale to Polska ma być "faszystowska"
wpis z dnia 21/11/2017

 

W sprawie faszyzmu i neonazizmu Zachód drzazgę dostrzega w oku Polski, lecz belki we własnym nie widzi. Zgodnie z oficjalnymi informacjami niemieckiego MSW - w ubiegłym roku na terytorium naszego zachodniego sąsiada odbyło się aż 466 demonstracji o charakterze neonazistowskim. Jakby tego było mało odnotowano aż 3533 ataki o podłożu ksenofobicznym lub rasistowskim na uchodźców bądź na ośrodki, w których mieszkają. W wyniku tych ataków rannych zostało 560 osób, w tym 43 dzieci. Problemem dla świata ma być jednak Polska i jej Marsz Niepodległości.

Spora grupa środowisk nieprzychylnych Polsce rozpoczęła bezpardonowy atak na nasz kraj po tym, jak kilkadziesiąt osób na liczącym 60 tys. uczestników Marszu Niepodległości wzięła ze sobą kilka transparentów zawierających treści ksenofobiczne. Na tej podstawie ukuto narrację, jakoby 11 listopada ulicami Warszawy przeszedł marsz "60 tys. nazistów". Ten fake-news przebił się na niemal wszystkie czołówki mediów na świecie. Ilość czarnego pijaru jaka wylała się na nas w ciągu ostatnich kilku dni była bezprecedensowa, jeśli spojrzymy przez pryzmat okresu po 1989 roku. 

Co ciekawe - kilka głupich transparentów na Marszu Niepodległości przyczyniło się do światowej histerii. Jednak, gdy chodzi o niemal "cykliczne" imprezy neonazistów u naszych zachodnich sąsiadów, to mało kto w ogóle to zauważa i się tym przejmuje. Zainteresowanie z jakim światowe media relacjonują kwestię wzrastających w siłę niemieckich ruchów neonazistowskich jest bliskie zeru. A byłoby o czym opowiadać - tylko w ubiegłym roku na terytorium naszego zachodniego sąsiada doszło bowiem do 466 demonstracji o charakterze neonazistowskim. Jakby tego było mało odnotowano aż 3533 ataki o podłożu ksenofobicznym lub rasistowskim na uchodźców bądź na ośrodki, w których mieszkają. W wyniku tych ataków rannych zostało 560 osób, w tym 43 dzieci. O coraz większej popularności Alternatywy dla Niemiec (AfD), która oficjalnie kultywuje pamięć o żołnierzach Wermachtu z okresu II wojny światowej nawet nie będę wspominał. 

Wydaje się zatem, że w sprawie faszyzmu i neonazizmu Zachód drzazgę dostrzega w oku Polski, lecz belki we własnym nie widzi. Zrobienie światowej afery z powodu kilku (dosłownie - kilku!) transparentów, jakie pojawiły się na 60-tysięcznym Marszu Niepodległości, było zupełnie nieadekwatne do skali neonazistowskiego zagrożenia, jakie płynie choćby ze strony Niemiec czy innych państw Europy Zachodniej, gdzie ideologia ksenofobii i nietolerancji wobec np. Żydów jest znacznie silniejsza niż w Polsce. Niestety, ktoś zdecydował, że to Polska ma być dziś "faszystowska".

 

Źródło: Cezary Gmyz (Twitter.com)
Źródło: Ponad 3,5 tysiąca ataków na uchodźców w Niemczech (PolsatNews.pl)

wpis z dnia 21/11/2017

    


  

     Na każdym metrze autostrady A4 jej prywatny zarządca zarabia na czysto po 2750 zł rocznie!
wpis z dnia 20/11/2017

 

Mająca koncesję na zarządzanie 60-km odcinkiem autostrady A4 spółka Stalexport Autostrady zarobiła netto w ubiegłym roku 165,3 mln zł. To oznacza, że każdy jeden metr tej państwowej autostrady przyniósł prywatnej spółce 2750 zł zysku na czysto! W tym roku może być jeszcze lepiej - po trzech kwartałach Stalexport miał bowiem 123,6 mln zł zysku netto i jeśli natężenie ruchu się utrzyma, to ubiegłoroczny rekord może być przełamany o dodatkowe kilka milionów złotych. A wszystko reguluje tajna umowa, której nikt nie może ujawnić.

W 2015 roku spółka Stalexport Autostrady (na której czele stoi były minister skarbu z rządu AWS-UW - Emil Wąsacz) zarobiła na czysto 113,6 mln zł. Rok później zysk wzrósł do 165,3 mln zł. Po trzech kwartałach 2017 roku spółka zarobiła 123,6 mln zł. Oznacza to w praktyce, że ten zarządca płatnego odcinka autostrady A4 pomiędzy Krakowem a Katowicami (60 kilometrów) na każdym zarządzanym przez siebie metrze drogi zarobił przez niespełna 3 lata kwotę 6700 zł na czysto (w najlepszym - jak do tej pory - roku 2016 było to 2750 zł zysku na każdym metrze autostrady). 

Oto jak w praktyce wygląda wykorzystywanie uprzywilejowanej pozycji nadanej przez państwo i niemal całkowity monopol na narzucanie cen do nierealnych wysokości. Przypomnijmy - umowa koncesyjna dotycząca zarządzania i pobierania opłat na 60 kilometrowym odcinku autostrady A4 między Katowicami a Krakowem została zawarta w 1997 roku. Treść tej umowy od wielu lat wzbudza wielkie kontrowersje. Po pierwsze - jest ona utajniona, co oznacza, że żaden zwykły śmiertelnik nie dowie się na jakich dokładnie zasadach państwo polskie zdecydowało się oddać na 30 lat zarządzanie wspomnianym fragmentem autostrady prywatnej spółce. Po drugie - zgodnie z publikowanymi w prasie i mediach przeciekami na temat treści tej umowy, każde podniesienie jakości lub przepustowości dróg równoległych do A4 może być traktowane jako droga konkurencyjna i skutkować wypłaceniem Stalexportowi Autostrada odszkodowania przez państwo polskie.

W kontekście powyższego warto odnotować, że rząd PiS początkowo (marzec 2016 r.) skłaniał się ku odtajnieniu zapisów umowy koncesyjnej ze Stalexportem. Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa zamierzało wówczas skontrolować warunki podpisanej w 1997 roku umowy. Jakie były efekty tej kontroli? Tego niestety nie wiemy. Fakt jest jednak taki, że ponad półtora roku później umowa ta jest nadal tajna.

 

Źródło: Kierowcy płacą, zarządca autostrady A4 zarabia. Zysk ponad 123 mln zł (Wyborcza.pl)
Źródło: Rząd ujawni umowę koncesyjną Stalexportu? (Wnp.pl)

wpis z dnia 20/11/2017

   


  

     Wyprzedawali polski majątek za śmieszne pieniądze. Dziś są elitą eurokratów w Brukseli
wpis z dnia 17/11/2017

 

Donald Tusk w sierpniu 1993 r. powiedział: "Polskie przedsiębiorstwa są mało albo nic nie warte. Dlatego są i będą tanio sprzedawane". Okazało się, że czołobitnym realizatorem tych słów w pierwszej połowie lat 90-tych był nie kto inny, jak Janusz Lewandowski. "Kupić tanio od państwa - drogo sprzedać zagranicznym inwestorom" - zastosowanie tej przynoszącej gigantyczne zyski zasady przez Jana Kulczyka w stosunku do np. Browarów Wielkopolskich było możliwe tylko dlatego, że Lewandowski pełnił wówczas funkcję ministra ds. przekształceń własnościowych.

Janusz Lewandowski to niezwykle kontrowersyjna postać w historii III RP. Szczególnie jeśli spojrzymy na jego dokonania w zakresie przekształceń własnościowych z początku lat 90-tych. Funkcje ministra przekształceń własnościowych pełnił dwukrotnie - pierwszy raz w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego (1991), a drugi raz w rządzie Hanny Suchockiej (1992 - 1993).

To za kadencji Lewandowskiego dochodziło do budzących duże wątpliwości prywatyzacji polskich przedsiębiorstw, które według dzisiaj obowiązujących standardów mogłyby być przez niektórych uznane za działania o charakterze kryminalnym. Przypomnijmy, że w 1992 roku doszło do głośnej prywatyzacji należących do Skarbu Państwa Zakładów Celulozowo-Papierniczych w Kwidzynie. Zakłady te zostały wielkimi nakładami zmodernizowane i na początku lat 90-tych stanowiły prawdziwą perłę wśród wszystkich zakładów produkcyjnych w Polsce. Lewandowski zgodził się je sprywatyzować za 120 mln USD, mimo iż niektóre szacunki mówiły, iż są warte dwukrotnie więcej.

Innym przykładem jest prywatyzacja Browarów Wielkopolskich z 1993 roku. Nabywcą w tym przypadku okazał się być Jan Kulczyk, który w tym przypadku chyba po raz pierwszy o zastosował zasadę: kupić tanio od państwa - drogo sprzedać zagranicznym inwestorom. Za pakiet 40 proc. akcji zapłacił wówczas 20 mln zł. Na transakcję zgodził się Janusz Lewandowski, który później tłumaczył się, że sądził, iż sprzedaje browary kapitałowi polskiemu. Kulczyk jednak do kooperacji zaprosił South African Breweries International (później SABMiller). Kiedy spadkobiercy Kulczyka w 2016 roku żegnali się ostatecznie z przemysłem browarniczym, zainkasowali łącznie na sprzedaży posiadanych przez siebie akcji SABMillera ok. 10,5 mld zł. To, że akcje światowego giganta produkcji piwa trafiły do Kulczyka, to w linii prostej konsekwencja przejęcia Browarów Wielkopolskich za śmieszne 20 mln zł.

Wszystko w myśl tego, co powiedział swego czasu Donald Tusk, że: "Polskie przedsiębiorstwa są mało albo nic nie warte. Dlatego są i będą tanio sprzedawane". Wyprzedaż zakładów w Kwidzynie i Browarów w Poznaniu, to tylko dwa z wielu przykładów tego jak wyglądała "dzika" prywatyzacja w latach 90-tych. Aby była jasność - nie mam nic przeciwko inwestorom, którzy wykorzystując okazje postanowili wyłożyć określone środki finansowe, by przejąć dany biznes i zarabiać na nim pieniądze. Pretensje (i to uzasadnione) można mieć za to do neoliberalnych polityków, którzy uznali, że jedną szansą dla polskiej gospodarki jest jej wyprzedaż poniżej rzeczywistej wartości odpowiadającej potencjałowi i mocom wytwórczym.

 

Źródło: Na czym Jan Kulczyk zarabiał najwięcej (Gazeta.pl)
Źródło: Prywatyzacyjne bezprawie (TygodnikPrzeglad.pl)
Źródło: Historia prywatyzacji polskiego przemysłu (Bibula.com)

wpis z dnia 17/11/2017

    


   

     Krótka historia o tym, jak Kulczyk z Francuzami państwową TPSA sprytnie przejmowali
wpis z dnia 16/11/2017

 

Telekomunikacja Polska SA (TPSA) pod koniec lat 90-tych była monopolistą na rynku telekomunikacyjnym w naszym kraju. Ta potężna firma obsługiwała nie tylko 10 mln klientów (stan na 2000 r.), lecz także zarządzała krytyczną infrastrukturą obronną kraju (na którą wydano wcześniej setki milionów złotych). Z jakiegoś jednak powodu rządzący nami politycy zdecydowali, aby TPSA sprywatyzować. Problem w tym, że prywatyzacja okazała się być pseudoprywatyzacją, bowiem TPSA kupiła państwowa spółka francuska, która weszła w układ z lokalnym oligarchą.

Pomysł prywatyzacji TPSA pojawił się jeszcze w 1997 r. (za rządów SLD), jednak finalnie zaczął być zrealizowany w czasach rządów AWS (1997 - 2001). Przypomnijmy - w pierwszym etapie prywatyzacji (w 1998 roku) sprzedano w ofercie publicznej na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie pakiet 210 milionów akcji, które stanowiły 15 proc. kapitału akcyjnego spółki. Ta część prywatyzacji nie wzbudziła kontrowersji. Państwo polskie sprzedało wówczas tylko mniejszościową część udziałów TPSA, dostało za to bardzo dużo pieniędzy, a przy tym zachowało pakiet większościowy akcji dla siebie. 

W lipcu 2000 r. Rada Ministrów zdecydowała o sprzedaży 35 proc. akcji Telekomunikacji Polskiej. Jako nabywcę wybrano France Telecom - kontrolowanego przez francuski rząd giganta telekomunikacyjnego. 

Bardzo szybko pojawiły się jednak głosy, aby nie oddawać w Francuzom pakietu kontrolnego nad TPSA. Wówczas do gry wkroczył Jan Kulczyk, który w toku negocjacji z rządem ustalił, że w ramach sprzedawanych 35 proc. akcji przejmie blisko 13,6 proc., tak aby sami tylko Francuzi nie mieli pakietu kontrolnego nad TPSA. Kulczyk nie wyjawił jednak skąd weźmie pieniądze na zakup wspomnianego pakietu, a to okazało się być "ukrytą opcją francuską". Ale po kolei.

Kulczyk (a dokładnie Kulczyk Holding) wraz z France Telecom na potrzeby prywatyzacji TPSA stworzyli konsorcjum. Za wspomniane 35 proc. akcji polskiego giganta telekomunikacyjnego zapłacili łącznie 4,3 mld zł. Zgodnie z umową Kulczykowi przypadło blisko 13,6 proc. Problem polegał na tym, że Kulczyk Holding nie miał odpowiedniej ilości gotówki na zakup TPSA i musiał zaciągnąć kredyty w zagranicznych bankach. Te zaś zażądały, aby gwarancji na spłatę kredytu udzieliła Kulczykowi... France Telecom. W umowie z bankami, które udzieliły Kulczykowi kredytu na zakup TPSA stwierdzono, że jeśli międzynarodowe agencje ratingowe obniżą France Telecom oceny wiarygodności kredytowej, to banki będą mogły zażądać, aby Kulczyk Holding sprzedał przymusowo France Telecom posiadane 13,6 proc. akcji TPSA. Oczywiście Skarb Państwa nic o takiej konfiguracji umownej nie wiedział. Przedstawiciele rządu AWS uwierzyli za to deklaracjom Kulczyka, że zamierza być długookresowym współwłaścicielem TPSA. 

Sytuacja przewidziana w umowie kredytowej zmaterializowała się bardzo szybko. W czerwcu 2002 r. agencje ratingowe Standard & Poor's oraz Moody's obniżyły rating wiarygodności kredytowej France Telecom i zażądały od Kulczyka, aby ten sprzedał Francuzom posiadane przez siebie akcje TPSA (co spowoduje, że France Telecom przejmie pełną kontrolę nad TPSA).

Ostatecznie Kulczyk sprzedał France Telecom posiadane przez siebie akcje TPSA w 2005 roku. Zgodnie z umową Francuzi otrzymali nie tylko 13,6 proc. akcji, ale również wzięli na siebie spłatę zaciągniętego przez polskiego biznesmena kredytu. W zamian Kulczyk zainkasował od France Telecom 40 mln euro na czysto.

Sprzedaż TPSA z 2000 roku jest doskonałym przykładem na to jak nie powinna wyglądać prywatyzacja państwowego przedsiębiorstwa. Po pierwsze: była to pseudoprywatyzacja, bowiem kontrolę nad TPSA przejęła inna państwowa firma (tyle, że z zagranicy). Po drugie: jak można było dopuścić do sytuacji, w której lokalny oligarcha (poprzez niejasny system finansowania) był de facto "słupem" potrzebnym do przejęcia pełnej kontroli nad polskim monopolistą. Wszak gdyby nie Kulczyk Francuzi nie przejęliby kontroli nad TPSA, a historia tej spółki mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej (pakiet kontrolny akcji mógłby pozostać nadal w rękach Skarbu Państwa, tak jak ma to miejsce w przypadku innych strategicznych spółek takich jak PKO BP, Orlen, KGHM, Lotos czy PZU).

Na koniec warto odnotować, że Orange Brand Services Limited (spółka zależna od France Telecom) pobiera dziś od Orange Polska (czyli dawna TPSA) opłaty licencyjne za sprzedaż usług i produktów pod marką Orange, które - co do zasady - wynoszą 1,6 proc. osiąganych przychodów operacyjnych. W tym miejscu warto odnotować, że w 2016 roku Orange Polska miała ponad 11,5 mld złotych przychodów. W ten oto sprytny sposób Francuzi zapewnili sobie stałe źródło finansowania i to niezależnie od tego, czy Orange Polska osiąga zyski czy przynosi stratę. Kasa za opłaty licencyjne zawsze będzie płynąć poza granice naszego kraju. A wszystko zaczęło się od nieprzemyślanej decyzji polityków o pseudoprywatyzacji polegającej na sprzedaży monopolisty innemu państwowemu monopoliście, tylko że z zagranicy.

 

Źródło: 45/2012 Orange marką handlową TP S.A. - Orange Polska (Orange-ir.pl)
Źródło: Kulczyk może stracić akcje TP S.A. (GSMonline.pl)
Źródło: Kulczyk – nagrywany biznesmen (Polityka.pl)
Źródło: Na czym Jan Kulczyk zarabiał najwięcej (Gazeta.pl)

wpis z dnia 16/11/2017

   


  

     Marsz Niepodległości był "marszem 60 tys. nazistów", tak samo jak Przystanek Woodstock był "zlotem gwałcicieli i narkomanów"
wpis z dnia 15/11/2017

 

Ilość czarnego pijaru, jaka globalnie wylała się na nasz kraj w ciągu ostatnich kilku dni jest chyba bez precedensu. Na Zachodzie rzeczywiście uwierzyli w fake-newsa rozsyłanego przez byłego doradcę Hilary Clinton, jakoby 11 listopada na ulice Warszawy wyszło 60 tys. nazistów. Oczywiście - Marsz Niepodległości był marszem "60 tys. nazistów" w takim samym stopniu, jak Przystanek Woodstock jest zlotem "200 tys. gwałcicieli i narkomanów". Kłamliwa propaganda jednak chwyciła, a stąd już prosta droga do odpowiedzialności za Holocaust i całe zło świata. Czy ktoś jest w stanie to powstrzymać?

Jesse Lehrich to były rzecznik Hillary Clinton ds. zagranicznych. Tuż po zakończeniu Marszu Niepodległości opublikował on tweeta, z którego wynika, iż 11 listopada na ulice Warszawy wyszło 60 tys. nazistów. Niestety, ta kłamliwa informacja obiegła cały świat. 12 listopada tweet Lehricha był najbardziej komentowanym i rozpowszechnianym tweetem w całym internecie. Tysiące (a może miliony?) osób uwierzyło, że w Warszawie rzeczywiście doszło do największej w powojennej historii świata manifestacji nazistów. 

Na początek słowo wyjaśnienia - to, że pod marsz organizowany przez narodowców podpinają się idioci wyznający ideologie nazistowską (których populacja nie przekracza 0,5 proc. uczestników Marszu) nie oznacza, że to "Marsz nazistów". Marsz Niepodległości to marsz Polaków, którzy czują się po prostu dumni z faktu bycia Polakami i chcą godnie świętować Dzień Niepodległości. A z racji tej, że tego dnia nie ma innej alternatywy, idą w marszu organizowanym przez narodowców. 

Twierdzić, że 11 listopada ulicami Warszawy przeszedł pochód 60 tys. nazistów, to tak jakby twierdzić, że Przystanek Woodstock to zlot 200 tys. gwałcicieli i narkomanów. Obie narracje są oczywiście zupełnie kłamliwe. Wyciąganie wniosków na podstawie kilku transparentów jest tak samo niesprawiedliwe, jak ocenianie imprezy Jerzego Owsiaka tylko i wyłącznie przez pryzmat kryminalnych incydentów, które w konfrontacji z liczbą uczestników tego wydarzenia stanowią jakiś drobny ułamek wszystkich interakcji. 

Niestety, w dobie mediów społecznościowych na kłamliwych narracjach można budować fałszywe przekazy o danym wydarzeniu lub sprawie, które dotrą do wielu milionów odbiorców. Tak właśnie było z tweetem Jesse Lehricha. W efekcie ilość czarnego pijaru, jaka globalnie wylała się na nasz kraj w ciągu ostatnich kilku dni, była bez precedensu. Zaryzykuje stwierdzenie, że jeszcze nigdy nikt nie przysporzył nam tyle złej prasy co były doradca Hilarii Clinton swoim tweetem.

Powstaje pytanie - czy w tych okolicznościach Polska jest w stanie wygrać globalną wojnę informacyjną? Odpowiedź jest prosta: Tak. Wystarczy tylko narzucać innym skuteczne narracje/kontrnarracje oraz - broń Boże - nie obrażać się na tych, którzy zostali przez kłamliwe narracje zmanipulowani. Syndrom "oblężonej twierdzy" jest w tych okolicznościach najgorszym co sami sobie możemy zrobić.

Eryk Mistewicz w jednym ze swoich tekstów publicystycznych celnie zauważył, że Polska po 1989 roku nie potrafiła skutecznie opowiedzieć światu swojej historii. Nie potrafiła zarządzać swoją przeszłością dla osiągnięcia własnych, bieżących celów - choćby dla stworzenia poczucia jedności i godności narodu. Pozwoliliśmy, aby inni w sposób dowolny rysowali naszą historię, zgodnie z fundamentalną w tym przypadku zasadą, że niedopilnowane mity i narracje zostają w końcu przejmowane. Jesse Lehrich przejął naszą narrację dotyczącą święta niepodległości i przedstawił ją w nowym, nazistowskim wydaniu. Stulecie niepodległości, które będziemy obchodzić w przyszłym roku będzie idealną okazją, aby tę utraconą narrację nie tylko odzyskać, ale napisać ją na nowo - w jednoznacznie korzystnym dla nas świetle. Wymaga to oczywiście dużego poświęcenia oraz współdziałania na wielu frontach, ale nie jest niemożliwe. Zróbmy to wspólnie. Na złość Lehrichowi i jemu podobnym.

 

Źródło: Jesse Lehrich (Twitter.com)

Źródło: Piotr Kozłowski (Twitter.com)

wpis z dnia 15/11/2017

   


   

     Francuzi wstawiają się za Rosjanami w/s Nord Stream 2. Reżim Putina przestaje być reżimem, gdy chodzi o pieniądze
wpis z dnia 14/11/2017

 

Nie ma Europy solidarnej. Nie ma nawet Europy "dwóch prędkości". Jest za to Europa wykluczających się wzajemnie interesów, gdzie - co do zasady - wygrywają silniejsi lub sprytniejsi. I właśnie dlatego nie powinno nas już dziwić to, że największa francuska spółka energetyczna broni publicznie rosyjskiego Gazpromu oraz forsowanego przez Kreml projektu gazociągu Nord Stream 2. Liczy się bowiem kasa i własne bezpieczeństwo, a nie interesy obcych krajów. Oto przykład dla polskich polityków, jak powinni postrzegać współczesne stosunku międzynarodowe.

Engie to jedna z największych spółek energetycznych Europy, która jest kontrolowana przez francuski rząd. Szef tej spółki - Gerard Mestrallet - już w ubiegłym roku w wywiadzie dla francuskiego wydania Russia Today przekonywał, iż rosyjski Nord Stream 2 "przyczyni się do wzmocnienia bezpieczeństwa energetycznego państw Europy Zachodniej" oraz, że "robi wszystko, aby przekonać przywódców UE nie tylko do umożliwienia, ale także wsparcia budowy Nord Stream 2". 

Engie wchodzi w skład 5 zachodnioeuropejskich koncernów energetycznych (oprócz francuskiego Engie są to również niemiecki Uniper i Wintershall, austriacki OMV, jak i holenderskie Shell), które chciały wraz z Gazpromem utworzyć wspólne konsorcjum niezbędne do realizacji gazociągu Nord Stream 2. Zgody na takie rozwiązanie nie dał jednak polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. UOKiK uznał, iż powstanie międzynarodowej spółki (w skład której wszedłby kapitał rosyjski, niemiecki, francuski, holenderski i austriacki) odpowiedzialnej za finansowanie, budowę i eksploatację gazociągu Nord Stream 2, mogłoby doprowadzić do ograniczenia konkurencji na rynku polskim. Rosyjski Gazprom już teraz posiada bowiem pozycję dominującą w dostawach gazu do Polski, a to oznacza, że budowa gazociągu Nord Stream 2 mogłaby doprowadzić do dalszego wzmocnienia siły negocjacyjnej kontrolowanej przez Kreml spółki wobec odbiorców w naszym kraju.

Po decyzji UOKiK-u zachodnie koncerny niemal natychmiast zaczęły poszukiwać sposobów na wsparcie finansowe projektu Nord Stream 2 z ominięciem konieczności zakładania wspólnego konsorcjum. Wówczas pojawił się pomysł udzielenia Rosjanom preferencyjnych pożyczek (mimo istnienia sankcji za nielegalne zajęcie Krymu), dzięki czemu Gazprom uzyskałby odpowiednio wysokie finansowe wsparcie i samodzielna budowa, tego omijającego nasz kraj gazociągu, byłaby możliwa. 

Wówczas do gry wkroczyła administracja Donalda Trumpa. W sierpniu br. USA przyjęły ustawę zgodnie z którą Waszyngton będzie mógł nakładać sankcje na zachodnie firmy, które zdecydują się podjąć współpracę z Rosjanami przy budowie Nord Stream 2. To oczywiście nie mogło się spodobać Francuzom z Engie, którzy w projekcie drugiego rurociągu omijającego nasz kraj upatrują sposób na zarobienie sporych pieniędzy. - "To skandal! Jeżeli USA uda się ograniczyć dostawy rosyjskiego gazu do Europy, co oczywiście doprowadzi do zmniejszenia konkurencyjności europejskiego rynku paliwa oraz do wyższych cen dla europejskich klientów przemysłowych i gospodarstw domowych" - powiedział dyrektor ds. zarządzania dostawami gazu we francuskim Engie Phillipe Vedrenne.

Przykład Nord Streamu 2 pokazuje, że to, co dla Francuzów jest szansą na zrobienie dobrego deal'u (więcej dostaw gazu z Rosji), dla innych państw może być poważnym zagrożeniem bezpieczeństwa energetycznego. Pod tym względem nie ma Europy solidarnej. Nie ma nawet Europy "dwóch prędkości". Jest za to Europa wykluczających się wzajemnie interesów, gdzie - co do zasady - wygrywają silniejsi lub sprytniejsi. Warto, aby nasi politycy o tym wiedzieli.

 

Źródło: Engie broni Nord Stream 2 przed sankcjami USA (BiznesAlert.pl)

wpis z dnia 14/11/2017

  


  

     Prywatni zarządcy autostrad tylko w 2016 r. otrzymali od państwa aż 1,55 mld zł! A wszystko na podstawie tajnych umów!
wpis z dnia 13/11/2017

 

Nóż w kieszeni się otwiera, kiedy człowiek czyta takie informacje. Okazuje się, że w 2016 roku z Krajowy Fundusz Drogowy przekazał zarządcom płatnych autostrad w Polsce kwotę aż 1 mld 555 mln zł! To o 177 mln więcej niż wpływy z całego systemu Viatoll za 2016 rok! Wszystko to dzieje się na bazie tajnych umów, których ani Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa, ani sami koncesjonariusze nie chcą ujawnić. Powód? - Umowy te mają rzekomo zawierać informacje o "charakterze gospodarczym", a na ich ujawnieniu "mogłaby skorzystać konkurencja" (sic!).

Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że opłaty jakie pobierane są na bramkach za wjazd na autostradę A1 (odcinek Toruń - Gdańsk) oraz za wjazd na autostradę A2 (odcinek Świecko - Nowy Tomyśl) są w całości przekazywane do... polskiego państwa. Mimo, że poborcą opłat są prywatne spółki zarządzające tymi odcinkami autostrad, to wszystkie środki z tego tytułu trafiają na konto Krajowego Funduszu Drogowego (KFD). Na czym zatem zarabiają spółki zarządzające tymi odcinkami? Otóż na wypłacanej przez KFD tzw. "opłacie za dostępność".

Problem w tym, że wypłacana prywatnym koncesjonariuszom przez państwo polskie "opłata za dostępność" jest kilkukrotnie większa niż kwoty, jakie koncesjonariusze przekazują do KFD za opłaty pobierane od kierowców na bramkach. W 2013 roku skumulowana kwota opłat jakie KFD zapłacił za dostępność wspomnianych odcinków wyniosła nieco ponad 1,2 mld zł. W 2014 roku było to już 1,271 mld zł! Tymczasem, według informacji podanych przez "Gazetę Wyborczą", spółki "GTC" (koncesjonariusz A1 na odcinku Toruń - Gdańsk) i "AWSA II" (koncesjonariusz A2 na odcinku Świecko - Nowy Tomyśl) przekazały we wspomnianym 2014 roku na konta Funduszu jedynie 132 mln zł z tytułu opłat pobranych od kierowców na bramkach.

Warto dodać, że "opłata za dostępność" wypłacona prywatnym zarządcom odcinków autostrad w 2016 roku była jeszcze większa i wyniosła 1,555 mld zł. Kwota ta okazała się być o 177 mln zł wyższa od wszystkich wpływów z ViaTolla za cały 2016 tok!

Jak to możliwe, że prywatni zarządcy otrzymują od polskiego państwa aż tak gigantyczne "opłaty za dostępność"? Niestety, nie jest nam dane poznać w szczegółach mechanizmu naliczania tych opłat, bowiem rządy SLD i PO-PSL zdecydowały się utajnić treść umów, jakie były podpisywane ze spółkami GTC i AWSA II. Sieć Obywatelska Watchdog Polska poskarżyła się nawet do sądu na odmowę ujawnienia treści tych umów (które powinny być jawne, choćby z powodu gigantycznych kwot publicznych pieniędzy, jakie są co roku przekazywane na konta prywatnych firm). Niestety Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie oddalił skargę w części wnoszącej o udostępnienie umów, stwierdzając, że "zachodzi przypadek ograniczenia konstytucyjnego prawa dostępu do informacji publicznej, (...) ze względu na określoną w ustawie o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji ochronę wolności i praw podmiotów gospodarczych".

Innymi słowy - sąd uznał, że "deal stulecia" nadal musi być tajny, bowiem konkurencja dla spółek GTC i AWSA II (ktokolwiek nią jest?) mogłaby jeszcze na takim ujawnieniu przypadkiem skorzystać. Oto cała esencja postkolonialności III RP.

 

Źródło: Rekordowe wpływy z Viatoll trafiają do prywatnej kieszeni (Interia.pl)
Źródło: Zatajona autostrada (SiecObywatelska.pl)
Źródło: Ponad miliard złotych dopłat do prywatnych dróg w Polsce (Wyborcza.biz) 
Źródło: Rząd płaci hojnie i potajemnie zarządcom autostrad (Wyborcza.pl)

wpis z dnia 13/11/2017 

   


  

     Trzeci rok z rzędu spokojnie na Marszu Niepodległości. Dziwnym trafem zbiega się to z odsunięciem PO od władzy
wpis z dnia 11/11/2017

 

Co najmniej 120 tysięcy Polaków z dumą w sercu i radością na twarzach przeszło ulicami Warszawy świętując 99. rocznicę odzyskania przez nasz kraj niepodległości. Wbrew niektórym zachodnim mediom (brytyjskie Independent oraz DailyMail) nie był to żaden "marsz faszystów". To był marsz Polaków, którzy cieszą się z faktu, że mogą żyć w wolnym i niepodległym państwie. Co istotne - trzeci rok z rzędu nie doszło do żadnych burd i zamieszek. W mojej ocenie może mieć to bezpośredni związek z odsunięciem od władzy ekipy PO-PSL.

Marcin Palade, były członek zarządu Polskiego Radia, napisał dziś na twitterze:

"Marsz Niepodległości 11 listopada 2012. Na rogu Żurawiej i Marszałkowskiej, kilka metrów ode mnie, grupka mężczyzn w kominiarkach zaczęła rzucać kamieniami w policyjne tarcze, po czym bez problemu przeszła za kordon. Tej sceny nie zapomnę do końca życia". (źródło)

W kontekście powyższego przypomnijmy, że z ujawnionych przez tygodnik "Do Rzeczy" taśm wynika, że platformiane władze w 2013 roku z okazji marszu 11 listopada miały przygotować parszywą prowokację. Szefostwo MSW miało wówczas podrzegać podległe sobie służby do prowokacji, którą miało się okazać podpalenie podczas marszu niepodległości budki wartowniczej przy ambasadzie rosyjskiej, a następnie zrzucenie winy na uczestników marszu (źródło).

Mając na uwadze powyższe nie powinno nas dziwić, że od czasu odsunięcia ekipy Platformy Obywatelskiej od władzy Marsze Niepodległości odbywają się praktycznie bez żadnych incydentów.

To, że w tym roku również było spokojnie, że co najmniej 120 tys. osób (a może więcej) mogło się cieszyć wolnością i niepodległością, w mojej ocenie może być konsekwencją odsunięcia PO od władzy. Policja, zamiast uczestniczyć w prowokacjach przeciwko uczestnikom Marszu, dbała o porządek i bezpieczeństwo, czego najlepszym przykładem było szybkie i sprawne usunięcie nielegalnej kontrmanifestacji ObywateliRP, która stała na drodze Marszu Niepodległości. Brawo panowie policjanci. Oby tak było już zawsze. 

wpis z dnia 11/11/2017

    


  

     Francja i Włochy deklarują współpracę z Turcją w/s systemu obrony powietrznej. Gdzie głosy oburzenia obrońców demokracji?
wpis z dnia 10/11/2017

 

Kiedy kilka tygodni temu z wizytą do Polski zawitał prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan przez polskojęzyczne media przetoczyła się fala krytyki. Wrażliwi "obrońcy demokracji" byli oburzeni tym, że polski prezydent, jako "pierwszy w UE" (co akurat prawdą nie było), podjął się przyjęcia tureckiego przywódcy po brutalnym stłumieniu puczu z 2016 r. Ci sami "wrażliwcy" dziś jednak milczą, kiedy Francja i Włochy podpisują z tą samą "autorytarną" Turcją warte setki milionów euro porozumienie w/s wspólnej produkcji sprzętu wojskowego oraz systemu obrony powietrznej. 

Przypomnijmy - kiedy Recep Tayyip Erdoga wizytował kilka tygodni temu w Polsce, w polskojęzycznych mediach pojawił się tekst Paula Fluckigera, pracującego dla kontrolowanej przez niemiecki rząd agencji Deutsche Welle dziennikarza, który był krytyczny wobec polskich władz za to, że zdecydowali się przyjąć tureckiego prezydenta. Tekst ten - w mojej ocenie - miał wzbudzić wśród Polaków swego rodzaju pedagogikę wstydu. Oto bowiem do Warszawy przyjeżdża kontrowersyjny prezydent autorytarnego kraju, który odpowiada za śmierć lub represje wielu osób. Do tego Polska ma być pierwszym państwem UE, które po ubiegłorocznym krwawym stłumieniu wojskowego puczu, przyjmuje z oficjalną wizytą Recepa Tayyipa Erdogana.

Co jednak wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie. Trudno dziś bowiem odnaleźć w sieci jakiekolwiek krytyczne teksty czy komentarze, które powstałyby w reakcji na podpisane właśnie między Francją, Włochami i Turcją porozumienie o ścisłej współpracy wojskowej. W efekcie państwa te mają wzmocnić wzajemne współdziałania w ramach produkcji wojskowych systemów elektronicznych, oprogramowania i systemów symulacji oraz sprzętu wojennego, a także systemów obrony powietrznej i przeciwrakietowej. Na początku francusko-włoskie konsorcjum EUROSAM oraz tureckie firmy wojskowe mają przeanalizować koncepcję budowy wspólnego systemu ziemia-powietrze opartego na funkcjonującym już systemie rakietowym SAMP-T (produkcji EUROSAM-u).

Jeżeli rzeczywista współpraca ułoży się tak, jak chcą tego podpisujący porozumienie przedstawiciele Francji, Włoch i Turcji, to w grę mogą wchodzić wydatki rzędu kilkuset milionów euro.

Powstaje pytanie - gdzie podziali się wszyscy zacięci krytycy wizyty prezydenta Turcji w Polsce, którzy twierdzili że przyjęcie Erdogana przez prezydenta Dudę urąga standardom zachodnioeuropejskiej cywilizacji? Czy wojskowa współpraca Francji i Włoch z tą samą "autorytarną" Turcją nie urąga już żadnym standardom, bo to Francja i Włochy, a nie Polska, a ponadto w grę wchodzą grube miliony euro?

 

Źródło: Turkey, France and Italy to strengthen cooperation on missile defense: sources (Reuters.com)

wpis z dnia 10/11/2017

    


  

     Duńczycy i Niemcy zacierają ręce - posłowie PiS chcą im przekazać gałąź polskiej gospodarki wartą 2 mld zł!
wpis z dnia 9/11/2017

 

Posłowie PiS forsują absurdalną ustawę o zakazie hodowli zwierząt futerkowych, która zniszczy gałąź gospodarki naszego kraju wartą blisko 2 miliardy złotych! Wejście w życie tej ustawy spowoduje, że Polska z pozycji nr 2 w UE pod względem produkcji futer (niemal 100 proc. idzie na eksport) spadnie na samo dno, a zyski przejmą Duńczycy (pozycja nr 1) oraz Niemcy (pozycja nr 3). Pytanie do ABW: Czy świadome wyzbywanie się zasobów i źródeł dochodów na rzecz zagranicy, to nie jest przypadkiem działalność antypaństwowa?

Do Sejmu właśnie wpłynął projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt. Projekt ten przewiduje, że od 2020 roku zakazane będzie trzymane psów na łańcuchach. I chwała za to pomysłodawcom. Problemem jest druga część tego projektu, która dotyczy zakazu hodowli zwierząt futerkowych, czyli kwestii która przynosi naszemu krajowi całkiem spore zyski (szacuje się, że roczne przychody ze sprzedaży futer - a niemal 100 proc. z nich idzie na eksport - wynoszą od 400 do 500 mln euro) i daje bezpośrednie utrzymanie dla ok. 10 tys. osób. 

Pisałem już o tym jakiś czas temu, ale nie zaszkodzi powtórzyć - uchwalenie ustawy, która ze względów humanitarnych miałaby wprowadzić na terenie naszego kraju całkowity zakaz hodowli zwierząt futerkowych, wcale nie uchroni tych zwierząt przed śmiercią. Światowy popyt na skóry i futra sprawia, że wspomniane zwierzęta zostaną tak czy inaczej zabite. Jedyną różnicą jest to, że będą zabijane w innych państwach, które dziś są największymi konkurentami Polski w tej branży (tj. w Danii, Niemczech i Rosji). Jednak "przy okazji" zostanie zlikwidowana gałąź gospodarki, która co roku przynosi polskim producentom i hodowcom ok. 2 miliardy złotych.

Skoro jednak ustawa o zakazie hodowli zwierząt futerkowych ma być przyjęta, to dlaczego nie iść dalej? Przecież los norek jest dokładnie taki sam jak los świń czy krów przeznaczanych na ubój. A tych zwierząt też zabijamy co roku dziesiątki milionów. Dlaczego posłowie PiS chcą chronić przed śmiercią norki, a zapominają o świniach i krowach?

Może ta opinia będzie kontrowersyjna, ale jak dla mnie świadome wyzbywanie się zasobów i źródeł dochodów (lub rezygnacja z nich) na rzecz zagranicy zahacza o działalność antypaństwową. Być może zatem sprawą powinna się zainteresować Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, jako jednostka której celem jest m.in. dbanie o interesy naszego kraju? Wszak chodzi o wielomiliardowe zyski, które w wyniku przyjęcia niedorzecznej ustawy (prawdopodobnie forsowanej przez lobbystów), powędrują do naszych największych konkurentów! I nie ma tu dla mnie żadnego znaczenia, że pod projektem ustawy podpisał się sam prezes PiS Jarosław Kaczyński. W tym przypadku - tym gorzej dla niego.

 

Źródło: Podpis prezesa przeciw hodowli na futra (Rp.pl)

wpis z dnia 9/11/2017

   


  

     Tak tonie PO: Bawią się w rekonstrukcje fikcyjnego gabinetu, biorą do siebie Janickiego, a na następce HGW wyznaczają jej bliskiego współpracownika
wpis z dnia 8/11/2017

 

Nie wiem jak bardzo trzeba być zdesperowanym, aby przyjmować w swoje szeregi Mariana Janickiego - kontrowersyjnego szefa BOR z czasów Smoleńska, który w "nagrodę" że państwo "zdało egzamin" dostał od B. Komorowskiego generalski awans. Nie wiem jakim trzeba być politycznym ślepcem, aby na następce H. Gronkiewicz-Waltz wskazywać jej bliskiego współpracownika. O absurdzie "rekonstrukcji" fikcyjnego gabinetu cieni nawet nie będę wspominał. Oto Platforma Obywatelska AD 2017. Partia, która miała powalczyć z PiS o zwycięstwo, właśnie zaczęła tonąć szybciej niż nam mogło się wydawać.

To, że Platformie od dłuższego już czasu nie idzie w sondażach, to wiemy. Ale to, co mieliśmy okazję zobaczyć w ciągu ostatniego tygodnia to totalna katastrofa, którą chyba już tylko może powstrzymać jakaś zupełna rewolucja kadrowa.

Fakty są następujące - nie było dnia, w którym PO nie dawałaby PiS jakiejś super niespodzianki. Najpierw wystrzelili z Trzaskowski. Niby fajny kandydat średniego pokolenia. Doświadczony. Niestety (dla niego i PO) nie trzeba wiele napracować, aby połączyć go z Hanną Gronkiewicz-Waltz (HGW). Wszak to on osobiście odpowiadał za poprzednią kampanię wyborczą HGW, to on pływał z nią motorówką po Wiśle, to on był jej bliskim współpracownikiem. Stąd już prosta droga do narracji, że Trzaskowski to żadna zmiana lecz kontynuacja tego, co było za HGW.

Dalej pojawił się news o Marianie Janickim, kontrowersyjnym szefie BOR, który przez wielu uważany jest za "ojca" wszelkich zaniedbań związanych z nienależytą ochroną najważniejszych osób w państwie z czasów katastrofy smoleńskiej. Jego oficjalne wstąpienie do PO z pewnością nie przyniesie tej partii pożytku. Janicki nie wnosi bowiem absolutnie niczego, a wiąże się z nim potencjalnie spory "elektora negatywny". Takie transfery są jak znalazł dla propagandowej machiny PiS.

Wczoraj natomiast Grzegorz Schetyna ogłosił, że planuje "rekonstrukcje gabinetu cieni PO". Jak absurdalnie to brzmi wiedzą chyba wszyscy oprócz samego Schetyny...

PiS ma wielkie szczęście, że obecna opozycja ma wymiar albo skrajnie "totalny" (z twarzą "Trójzęba" z ObywateliRP), albo zalicza mnóstwo wizerunkowych wpadek (przykład Ryszarda Petru), albo miota się w meandrach nieudolnie prowadzonych narracji, które przeciętni studenci nauk o polityce mogą w 5 minut roznieść w drobny mak (dorobek Platformy z ostatnich dni). Powstaje pytanie - czy coś w tym zakresie zmieni się do najbliższych wyborów? Jeśli nie, to PiS zwycięstwo ma w kieszeni. 

wpis z dnia 8/11/2017

   


  

     Uwikłanie globalnej elity w "Paradise Papers" to spadek poziomu życia dla 99 proc. ludzi na świecie
wpis z dnia 7/11/2017

 

Jean-Claude Juncker zanim został szefem Komisji Europejskiej przez 18 lat był premierem Luksemburga. W tym czasie ten mały kraj stał się prawdziwą wylęgarnią nielegalnych "optymalizacji podatkowych", które realnie uderzyły w budżety innych państw Europy. Z powodu transferu dochodów i ukrywania ich w rajach podatkowych i takich krajach jak Luksemburg, nieliczne globalne elity mogły się cieszyć dodatkowymi miliardami kosztem spadku poziomu życia dla 99 proc. populacji świata. I to jest prawdziwy problem, z którym UE powinna zacząć walczyć.

Prowadzone od ponad roku przez Międzynarodowe Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych (380 dziennikarzy z 70 państw) dochodzenie wykazało jednoznacznie, że najwięksi biznesmeni, wpływowi politycy, wielkie koncerny oraz celebryci ukrywają swoje dochody w rajach podatkowych. Powód jest zawsze taki sam - chodzi o to, aby oszukać system podatkowy swojego kraju i zgarnąć więcej pieniędzy dla siebie. Z ujawnionych dokumentów (przeciek nazwano "Paradise Papers") wynika, że z rajów podatkowych korzystają wielkie koncerny (Nike, Apple czy Uber), królowa brytyjska Elżbieta II, gwiazda rocka Bono, gwiazda muzyki pop Madonna, czy Stephen Bronfman, główny darczyńca na rzecz kampanii premiera Kanady Justina Trudeau.

Problem z rajami podatkowymi polega na tym, że wąska grupa globalnych elit wzbogaca się kosztem 99 proc. populacji. Wszak to, że ukrywają oni swoje dochody i przenoszą je na rachunki prowadzone w krajach uznanych za podatkowe raje oznacza, że ograniczają oni budżety państw, z których się wywodzą i w których (najczęściej) prowadzą swoje biznesy. 

W tym kontekście racje ma Mateusz Morawiecki, który poproszony o komentarz do sprawy "Paradise Papers", stwierdził: "Raje podatkowe to niezbudowane szpitale i drogi w Polsce, we Włoszech, na Słowacji czy w Hiszpanii (...) Komisja Europejska, Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej powinny niezwłocznie zająć się tematem Paradise Papers, gdyż mówimy najpewniej o miliardach niezapłaconych podatków, które uszczupliły budżety państw członkowskich".

Przypomnijmy, że aby rozwiązać problem rajów podatkowych wcale nie trzeba jakiegoś wielkiego wysiłku. Prawdopodobnie wystarczyłoby porozumienie USA, UE, Japonii oraz Wlk. Brytanii, które przewidywałoby, że państwa uznane za raje podatkowe nie mogłyby być obsługiwane przez banki (nastąpiłoby wyłączenie ich poza system bankowy). Niestety mam poważne wątpliwości, czy np. Komisja Europejska tak chętnie zabierze się za rozwiązanie tego problemu. Wszak na jej czele stoi obecnie Jean-Claude Juncker, który będąc premierem Luksemburga zrobił z tego kraju prawdziwą wylęgarnie nielegalnych optymalizacji podatkowych ze szkodą dla wszystkich państw Europy (sprawa Lux Leaks).

 

Źródło: Paradise Papers. Jak najbogatsi ukrywają fortuny w rajach podatkowych (tvn24.pl)
Źródło: Morawiecki: KE, PE i Rada UE powinny niezwłocznie zająć się Paradise Papers (Stooq.pl)
Źródło: Eksperci: Raje podatkowe zwalczyć będzie trudno, ale walczyć trzeba (Stooq.pl)

wpis z dnia 7/11/2017

   


   

     Dług Bytomia w 2006 r. wynosił 10,5 mln zł. Potem władzę przejęli ludzie z PO i pozaciągali długów na 279 mln zł!
wpis z dnia 6/11/2017

 

Prawie 600 urzędników bytomskiego magistratu nie otrzyma w grudniu pensji. To efekt braku pieniędzy w kasie miasta spowodowanego gigantycznymi kosztami obsługi zadłużenia. Warto przypomnieć, że w 2006 roku zadłużenie Bytomia wynosiło 10,5 mln zł. Potem wybory w mieście wygrała ekipa Platformy Obywatelskiej i zaczął się prawdziwy festiwal zadłużania. Władze miasta pozaciągały nowych kredytów (bądź zrolowały stare) oraz wyemitowały obligacje na łączną kwotę prawie 279 mln zł. W efekcie dzisiaj nie ma pieniędzy na wypłaty dla urzędników, bo większość kasy idzie na spłatę długów.

Kilka dni temu władze Bytomia ogłosiły, że nie mają pieniędzy na grudniowe wypłaty dla blisko 600 urzędników bytomskiego magistratu. Powodem takiego stanu rzeczy jest fatalna sytuacja finansowa miasta, które zmaga się z potężnym deficytem oraz kwotą 216 mln zł zobowiązań o charakterze długoterminowym (generującą spore koszty obsługi).

Zgodnie z oficjalnymi informacjami z magistratu, zadłużenie Bytomia do roku 2006 wynosiło 10,5 mln zł. Potem wybory w mieście wygrała ekipa Platformy Obywatelskiej. W grudniu 2006 r. na prezydenta miasta z ramienia PO został wybrany Piotr Koj. W latach 2007-2012 lokalne władze zaciągnęły kredyty, pożyczki i wyemitowały obligacje na łączną kwotę prawie 279 mln zł. W 2013 r. Bytom wyemitował obligacje na kwotę 86 mln zł, które w większości zostały one przeznaczone na tzw. rolowanie długów, czyli spłatę zadłużenia zaciągniętego w latach poprzednich. W latach 2015-2016 proces "rolowania" był kontynuowany. Zaciągnięto wówczas zobowiązania z tytułu obligacji i pożyczek na łączną kwotę ponad 65 mln zł. 

Ostatecznie na koniec września br. saldo zadłużenia Bytomia z tytułu zobowiązań długoterminowych wynosiło 216 mln zł. Obecne władze miasta chciały wyemitować kolejne obligacje, które chwilowo miały zniwelować tegoroczny deficyt i poprawić bieżącą sytuację finansową, jednak nie zgodzili się na to miejscy radni. W efekcie w grudniu zabraknie pieniędzy na wypłatę wynagrodzeń dla urzędników bytomskiego magistratu. 

Aby niewypłacenie grudniowych pensji było "zgodne z prawem" skarbnik Bytomia wymyślił, że zmieni regulamin wynagradzania. Do tej pory urzędnicy w Bytomiu otrzymywali pensje do końca danego miesiąca (czyli za grudzień powinni otrzymać pieniądze do końca grudnia). Po zmianie regulaminu pieniądze będą otrzymywać do 10-go dnia kolejnego miesiąca (czyli za grudzień otrzymają pensje w styczniu).

 

Oto jak wyglądają konsekwencje beztroskiego zadłużania się i braku ograniczania finansowego deficytu. W tym kontekście co najmniej niepokojąco brzmią słowa Grażyna Ancyparowicz, obecnej członkini Rady Polityki Pieniężnej (RPP), która dwa tygodnie temu powiedziała, że dążenie do równowagi budżetowej w skali kraju (czytaj: likwidacja deficytu) nie ma sensu, gdyż mogłoby schłodzić gospodarkę. Innymi słowy - Ancyparowicz zachęca do dalszego zadłużania się i rolowania starych długów twierdząc, że ograniczenie takiej polityki mogłoby obniżyć loty polskiej gospodarki. Ręce opadają...

 

Źródło: Śląskie - Urzędnicy z Bytomia nie dostaną w grudniu pensji (Stooq.pl)

Źródło: Nie ma sensu dążyć do równowagi budżetowej, bo może to schłodzić gospodarkę - Ancyparowicz, RPP (Stooq.pl)

wpis z dnia 6/11/2017

   


  

     Polscy marynarze muszą pływać w okrętach z lat 60-tych ub. wieku. To wstyd dla całej klasy politycznej!
wpis z dnia 3/11/2017

 

Polityczna decyzja o zakupie nowych okrętów podwodnych dla polskiej Marynarki Wojennej zapadła jeszcze w 2006 r. Była ona motywowana tym, że większość z posiadanych przez nas okrętów (przejętych kilka lat wcześniej od Norwegów z demobilu), to jednostki wysłużone, wyprodukowane w latach 1964-1967, do których nie ma już części zamiennych i które nie mają szans w starciu z jednostkami nowocześniejszymi. Minęło kolejnych 11 lat i nowych okrętów, jak nie było, tak nie ma. Za to średnia wieku jednostek podwodnych na stanie Marynarki Wojennej podskoczyła do 47 lat.

Polska Marynarka Wojenna posiada obecnie 5 okrętów podwodnych. Najnowocześniejszym z nich jest ORP "Orzeł", który został zwodowany w 1986 roku. Pozostałe 4 okręty (ORP Bielik, ORP Kondor, ORP Sokół, ORP Sęp) są przestarzałymi jednostkami typu Kobben, które zostały wybudowane w latach 1964-1967. 

Problem z Kobbenami jest taki, że żadna inna marynarka wojenna na świecie już ich nie używa. Jako ostatnia wycofała je z użytku Dania. Zrobiła to w 2004 roku. Wcześniej (w 2002 r.) decyzję o ich wycofaniu podjęli Norwegowie (4 z 15 posiadanych przez nich Kobbenów przejęli wówczas Polacy). W praktyce oznacza to, że dziś już nikt nie produkuje części zamiennych do tych okrętów. Wszystkie zamienniki, jakie były w posiadaniu Norwegów, zostały przekazane polskiej marynarce. Ale i one z czasem się zużyły. Obecnie nikt na świecie nie ma części zamiennych do tych okrętów. Nie można ich nigdzie kupić, a części dorabiane we własnym zakresie są raczej zawodne. 

Kobbeny miały być ostateczne wycofane z użytkowania w 2016 roku. Miała to być naturalna konsekwencja zakupu nowych okrętów dla polskiej Marynarki Wojennej, która została podjęta jeszcze w 2006 roku. Z niewiadomych jednak przyczyn przetarg na zakup nowych okrętów był jednak z roku na rok odkładany. W "Programie rozwoju Sił Zbrojnych RP w latach 2009-2018" zapisano, że pierwsza nowa jednostka zostanie przekazana Marynarce Wojennej w 2017 r. Po 11 latach od podjęcia politycznej decyzji, aby kupić nowe okręty, MON zadecydował jednak, aby... wyremontować stare Kobbeny. 

Imposybilizm dotyczący zakupu nowych okrętów dla polskiej Marynarki jest porażający. Dlaczego przez tyle lat, mimo tylu różnych rządów i ekip politycznych, nie udało się nabyć 3 nowych okrętów dla naszego kraju, tego nie wie chyba nikt. Tym bardziej, że wszyscy rządzący nami politycy za każdym razem mówili, iż nowe okręty podwodne to priorytet. Efekt tego jest taki, że dziś średnia wieku jednostek tego typu posiadanych przez naszą Marynarkę Wojenną wynosi 47 lat. Te wiekowe okręty mają dziś bronić morskiego dostępu do terminala LNG czy portów w Gdyni czy Gdańsku. Zapomniałem dodać, że obecnie 2 z 5 nie działają z uwagi na awarię. 

 

Źródło: Jakie okręty podwodne dla polskiej MW? (Polska-Zbroja.pl)
Źródło: Nowe polskie okręty podwodne będą szachować rosyjską flotę bałtycką (Wyborcza.pl)

Źródło: MON inwestuje w "zabytkowe" okręty podwodne. Przetarg na nowe pod znakiem zapytania (Money.pl)

wpis z dnia 3/11/2017

   


  

     Piaśnica - miejsce uświęcone krwią tysięcy Polaków zamordowanych przez Niemców. Pamiętajmy o Nich szczególnie dziś
wpis z dnia 2/11/2017

 

Dokładnie 78 lat temu, na przełomie X i XI 1939 roku, funkcjonariusze SS razem z niemiecką mniejszością z paramilitarnych oddziałów Selbstschutzu, zaczęli realizować plan eksterminacji polskiej inteligencji na Pomorzu. Do lasów piaśnickich w okolicy Wejherowa zwieziono od 12 do 14 tys. urzędników państwowych, nauczycieli, inżynierów czy lekarzy. Nieraz z całymi rodzinami. Przed egzekucjami Niemcy torturowali pojmanych Polaków. Małe dzieci były bestialsko zabijane poprzez rozbijanie ich główek o pnie drzew. Pamiętajmy o tych męczennikach. Szczególnie dziś.

Dzisiaj obchodzimy Dzień Zaduszny, czyli wspomnienie wszystkich zmarłych. W tym dniu warto pamiętać o tych wszystkich, którzy zostali bestialsko zamordowani w imię chorej ideologii. Pamiętajmy szczególnie o tych, którzy musieli zostać zabici, bo byli Polakami. W tym kontekście ludobójstwo dokonane przez Niemców w lasach piaśnickich w 1939 roku z pewnością kwalifikuje się do szczególnego upamiętnienia.

O sprawie masowych egzekucji w Piaśnicy kilka dni temu przypomniał mi na Twitterze doradca prezydenta Dudy - Marcin Czapliński. Opublikował on szereg tweetów i zdjęć o mordzie dokonanym na Polakach przez Niemców w Piaśnicy. Najmocniej uderzyła mnie fotografia pomnika pamięci dzieci zamordowanych w piaśnickich lasach. Marcin Czapliński w ten sposób opisał to zdjęcie: "Dzieciom zamordowanym w Piaśnicy. - >> Kto się będzie ze mną bawił? << Napis pod misiem. Zapomnieć o Nich to grzech. Nie pozwólmy".

Piaśnica była największym – po obozie koncentracyjnym Stutthof – miejscem kaźni ludności polskiej na Pomorzu w okresie II wojny światowej. Miejsce to nazwane jest niekiedy "pomorskim Katyniem" lub "Kaszubską Golgotą". Dla niemieckich nazistów Piaśnica była jednym z największych poligonów doświadczalnych w przeprowadzaniu masowych zbrodni.

W 1939 roku w lasach piaśnickich życie straciło od 12 do 14 tys. ludzi. Głównie byli to urzędnicy państwowi, nauczyciele, inżynierowie czy lekarze. Nieraz zabijani z całymi rodzinami. Szczególnie przerażające są relacje mówiące o tym, jak odbierano życie małym dzieciom. Według niektórych świadków dzieciom rozbijano główki o pnie drzew. Świadczy o tym fakt, iż w pniach drzew rosnących w pobliżu masowych grobów odnajdywano później dziecięce ząbki i włosy.

Pomódlmy się lub wspomnijmy dziś w myślach o wszystkich tych, którzy jesienią 1939 roku musieli zginąć bo byli Polakami. Ile światów musiało się wówczas załamać? Ile życiorysów drastycznie pozmieniać? Męczeńska śmierć pomordowanych w Piaśnicy nie będzie jednak zapomniana, a tym samym daremna, dopóki my - żyjący - będziemy o Nich wspominać.

 

Źródło: Zbrodnia w Piaśnicy (Wikipedia)
Źródło: Marcin Czapliński (Twitter.com)
Źródło: Władysław K. Sasinowski: Piaśnica 1939-1944. Wejherowo: Komitet budowy pomnika ofiarom Piaśnicy, 1956

wpis z dnia 2/11/2017