Blog niewygodne.info.pl stosuje pliki cookies. 

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. 

Jeśli nie wyrażają Państwo zgody, uprzejmie prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Archiwum: Październik 2017

 

     Wzrasta zadłużenie Krajowego Funduszu Drogowego, czyli jak wygląda dług, którego nie widać
wpis z dnia 31/10/2017

 

Zgodnie z najnowszym odczytem resortu finansów zadłużenie Krajowego Funduszu Drogowego (KFD) na koniec II kw. 2017 r. wzrosło (porównując ze stanem na koniec I kwartału) o 260 mln zł do poziomu 37,67 mld zł. KFD formalnie ma finansować budowę dróg i autostrad w Polsce. Znacznie mniej eksponowanym celem istnienia tego funduszu jest jednak ukrywanie rzeczywistego zadłużenia naszego kraju. Warto bowiem dodać, że KFD nie jest zaliczany do jednostek sektora finansów publicznych, a jego zadłużenie nie powiększa długu Skarbu Państwa.

Krajowy Fundusz Drogowy (KFD) to fundusz celowy stanowiący wsparcie dla realizacji rządowego Programu Budowy Dróg i Autostrad w Polsce poprzez gromadzenie środków finansowych na przygotowanie, budowę, przebudowę, remonty, utrzymanie i ochronę autostrad i dróg ekspresowych, a także innych dróg krajowych. Wpływy do tego funduszu pochodzą głównie z tytułu pobierania opłaty paliwowej (doliczanej do ceny tankowanego na stacjach paliwa), środków przekazywanych z GDDKiA oraz... zaciągania nowych pożyczek.

Zgodnie z danymi Ministerstwa Finansów zadłużenie KFD wzrosło na koniec II kwartału 2017 roku do 37,67 mld zł. Odczyt na koniec I kwartału mówił o kwocie 37,41 mld zł. Tak więc pomiędzy końcem marca, a końcem czerwca br. zadłużenie powiększyło się o 260 mln zł. Niestety do końca roku zadłużenie to wzrośnie w sposób istotny. Okazuje się bowiem, że rządowy Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) przeprowadził kilka dni temu nową emisję euroobligacji na rzecz KFD o wartości 750 mln euro (tj. ok. 3 mld zł). Pozyskane w ten sposób środki mają pomóc sfinansować inwestycje zaplanowane w Programie Budowy Dróg Krajowych na lata 2014-2023. Jednocześnie powiększą one bilans zadłużenia KFD do ponad 40 mld zł.

Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że KFD nie jest zaliczany do jednostek sektora finansów publicznych, a jego zadłużenie nie powiększa długu Skarbu Państwa. Tym samym wspominana powyżej kwota 37,67 mld zł nie wlicza się do comiesięcznych statystyk na temat długu publikowanych przez Ministerstwo Finansów. Ten księgowy "trik" nie jest czymś nowym, lecz trwa już od ponad 20 lat. Niestety, dla nieświadomych jego istnienia może on zaciemniać prawdziwy obraz poziomu długu naszego kraju.

 

Źródło: Zadłużenie KFD wzrosło na koniec II kw. '17 do 37,67 mld zł - MF (Pap.pl)
Źródło: Fitch przyznał rating A- emisji euroobligacji BGK na rzecz KFD (Wyborcza.biz)
Źródło: Dług, którego nie widać, czyli jak zadłużona jest Polska naprawdę (wMeritum.pl)
Źródło: Wiceminister infrastruktury Jerzy Szmit: Musimy się zadłużyć (Dziennik.pl)

wpis z dnia 31/10/2017

   


   

     Drukują setki miliardów euro, aby skupować niemieckie długi. W 2018 r. będą robić to samo mimo zarzutów o bezprawność
wpis z dnia 30/10/2017

 

Europejski Bank Centralny (EBC) tylko w tym roku ma wydrukować 780 mld euro, aby skupić za nie długi państw strefy euro (głównie Niemiec, Francji i Włoch). Bankierzy z Frankfurtu podjęli decyzję, aby kontynuować tę politykę w przyszłym roku (dodruk kolejnych 270 mld euro) i nie zważać na zarzuty, że to niedozwolona pomoc publiczna. Przypomnijmy, że niemiecki Trybunał Konstytucyjny uznał w sierpniu br., iż spłata długów Niemiec drukowanymi przez EBC pieniędzmi narusza zakaz monetarnego finansowania budżetu i prawdopodobnie jest nielegalna. 

Przypomnijmy - od marca 2015 roku Europejski Bank Centralny (EBC) prowadzi politykę tzw. luzowania ilościowego. Polega ona na tym, że EBC drukuje co miesiąc dziesiątki miliardów euro (do marca 2017 r. po 80 mld euro; od kwietnia - po 60 mld euro), za które skupuje obligacje skarbowe wyemitowane przez kraj należący do strefy euro. Skutek tej księgowej operacji jest taki, że skupowane papiery dłużne danego państwa przestają generować odsetki. 

Oczywiście największym beneficjentem tej działalności są Niemcy. Szacuje się, że naszym zachodnim sąsiadom wykupiono już w ten sposób ok. 500 mld euro długu.

Sprawa stała się na tyle kontrowersyjna, że kwestią zainteresował się niemiecki Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe. W sierpniu br. sędziowie z niemieckiego TK stwierdzili, że spłata długów Niemiec drukowanymi przez EBC pieniędzmi narusza zakaz monetarnego finansowania budżetu.

Zgodnie z komunikatem, jaki pojawił się na stronie internetowej niemieckiego TK: "Ważne powody przemawiają za (uznaniem), że decyzje, na których opiera się program skupu obligacji, naruszają zakaz monetarnego finansowania budżetu i wykraczają poza mandat EBC do prowadzenia polityki walutowej, a tym samym ingerują w kompetencje krajów członkowskich".

Mając na uwadze powyższe niemiecki TK skierował do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu (TS UE) wniosek o przeprowadzenie przyspieszonego postępowania zgodnie z art. 105 regulaminu TS UE i rozstrzygniecie czy prowadzona przez Europejski Bank Centralny akcja skupowania papierów dłużnych z rynku jest zgodna z unijnym prawem.

Pomimo kontrowersji oraz dużego prawdopodobieństwa, że TS UE uzna politykę "luzowania ilościowego" za niezgodną z unijnym prawem, bankierzy z EBC podjęli właśnie decyzję o wydłużeniu funkcjonowania tego programu do września 2018 r. Co prawda od stycznia przyszłego roku kwota drukowanych pieniędzy, które mają być przeznaczane na skup obligacji zostanie zmniejszona o połowę, tj. do 30 mld EUR miesięcznie, to jednak nadal będzie to gigantyczna kwota, o której państwa nie będące w strefie euro mogą tylko pomarzyć. Jedno jest pewne - gdyby nie ta forma finansowego "dopingu", kraje takie jak Niemcy, Francja czy Włochy musiałyby ponosić znacznie wyższe koszty gospodarczego kryzysu.

 

Źródło: EBC będzie nadal solidnie drukował (Stooq.pl)
Źródło: Niemiecki TK zgłasza zastrzeżenia do skupu obligacji przez EBC (ObserwatorFinansowy.pl)

wpis z dnia 30/10/2017

  


 

     TKM na pełnej: Rząd powoła nową fundację, która ma uczyć jak sobie radzić. Jej budżet to 20 mln zł/rok, z czego 14 pójdzie na pensje
wpis z dnia 28/10/2017

 

Mateusz Morawiecki stwierdził właśnie, że polscy przedsiębiorcy "nie mają świadomości zjawiska czwartej rewolucji przemysłowej". Dlatego rząd podjął decyzję o powołaniu specjalnej fundacji, której celem będzie edukowanie polskich przedsiębiorców w tym zakresie. Jej budżet ma wynieść 20 milionów zł rocznie, z czego ok. 14 milionów ma być przeznaczone na wynagrodzenia dla kadry wchodzącej w skład tej fundacji. Nie wiem jak dla Państwa, ale dla mnie to już "TKM" na pełnej!

Jak lokować "swoich" na państwowych etatach? Najprościej tworzyć nowe jednostki, które generują potrzebę zatrudniania na intratne stanowiska w zarządach. Nie tak dawno rządząca większość, poprzez nowelizację Prawa Wodnego, postanowiła utworzyć nową jednostkę budżetową - Państwowe Gospodarstwo Wodne "Wody Polskie". Zgodnie z opublikowanym kilka dni temu przez Ministerstwo Środowiska statutem "Wód Polskich", centralną strukturą tej jednostki budżetowej będzie Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej w Warszawie. Na poziomie regionalnym funkcjonować będzie 11 zarządów gospodarki wodnej. Dodatkowo będzie utworzonych 50 zarządów zlewni, a także 352 nadzory wodne i ich filie. Rozumiecie ile będzie nowych posad do obsadzenia?

Mateusz Morawiecki również zapragną mieć coś "swojego". Jego najnowszy pomysł to fundacja o nazwie "Platforma Przemysłu Przyszłości". Projekt ustawy w tej sprawie właśnie został ogłoszony. Jednym z głównych zadań tej fundacji ma być uświadamianie, edukacja oraz doradztwo polskich przedsiębiorców w zakresie tzw. przemysłu 4.0, czyli gospodarki opartej na nowoczesnych technologiach. Sam Morawiecki, tłumacząc dlaczego taka fundacja jest potrzebna, stwierdził z rozbrajającą szczerością: "Polscy przedsiębiorcy nie mają ani świadomości zjawiska czwartej rewolucji przemysłowej, ani wiedzy, jak wdrażać związane z nią technologie". Ratunkiem mają być "aktywne działania wyprzedzające ze strony państwa" w postaci szkoleń, edukacji i doradztwa.

Problem w tym, że budżet tej fundacji ma wynieść 20 mln zł, z czego 14 mln zł ma być przeznaczone na pensje i wynagrodzenia. Przy okazji powstanie zapewne kilka naprawdę atrakcyjnych posadek w zarządzie fundacji (vide: przykład słynnej już Polskiej Fundacji Narodowej, gdzie ludzie z zarządu zaczęli zgarniać całkiem przyzwoitą kasę).

Powstaje pytanie - czy powyższych działań nie można przeprowadzać w ramach istniejących już struktur, np. ministerstwa zakresowo najbardziej odpowiadającego danej fundacji? Czy w kwestii obsadzania stanowisk i sztucznego kreowania nowych, znowu musi panować zasada TKM, czyli >> Teraz k..rwa My <<, tylko że na tzw. pełnej? Czy rząd PiS nie podcina sobie takimi działaniami gałęzi, na której siedzi?

 

Źródło: Wody Polskie: będzie 11 regionalnych zarządów i 50 zarządów zlewni. Znamy projekt statutu (PortalKomunalny.pl)
Źródło: Rząd powołuje do życia fundację z budżetem 20 mln zł. Chce uczyć przedsiębiorców, dokąd zmierza gospodarka (Money.pl)

wpis z dnia 28/10/2017

   


  

     Sąd Najwyższy wziął w obronę banki! Sprawa kartelowego ustawiania opłat po 11 latach wraca do ponownego rozpatrzenia
wpis z dnia 27/10/2017

 

W 2006 roku wyszło na jaw, że 20 największych banków działających na terytorium Polski spiskowało między sobą na szkodę swoich klientów w zakresie wysokości opłat interchange (wobec Polaków stosowano najwyższe opłaty w Europie). Prezes UOKiK-u nałożył wówczas na wspomniane banki największą w historii karę w wysokości 164 mln zł. Banki oczywiście zaczęły się odwoływać od tej decyzji. Po 11 latach sprawa stanęła przed Sądem Najwyższym, a ten... uchylił wcześniejsze wyroki i nakazał rozpoznać sprawę raz jeszcze!

Przypomnijmy - w 2006 roku prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) uznał, że 20 banków działających na terytorium Polski, w celu zapewnienia sobie stabilnego źródła przychodów, weszło między sobą w spisek w celu ustalenia odpowiednio wysokiej opłaty interchange z tytułu transakcji dokonywanymi kartami VISA i MasterCard. W Polsce opłata ta była jedną z najwyższych w Europie i wynosiła wówczas ok. 1,5 proc. wartości transakcji. W opinii Urzędu zmowa banków co do opłat interchange mogła skutkować wyższymi cenami towarów i usług dla konsumentów, także tych płacących gotówką, ponieważ placówki handlowe nie różnicują cen ze względu na to, czy płaci się kartą czy gotówką. W konsekwencji prezes UOKiK-u nałożył na wspomniane banki największą w historii karę w wysokości 164 mln zł.

Banki, które uczestniczyły w zmowie (PKO BP SA, Pekao SA, Bank BPH, Bank Zachodni WBK, ING Bank Śląski, Kredyt Bank, Bank Millenium, Bank Handlowy, BGŻ, BRE Bank [obecnie mBank], Lukas Bank [obecnie Credit Agricole], Nordea Bank Polska, Invest Bank [obecnie Plus Bank], Getin Bank, Bank Pocztowy, Bank Inicjatyw Społeczno-Gospodarczych, Bank Ochrony Środowiska, Fortis Bank Polska, Deutsche Bank oraz HSBC Bank Polska) oczywiście zaczęły się odwoływać od niekorzystnej dla siebie decyzji prezesa UOKIK-u. W 2015 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie ostatecznie oddalił wszystkie odwołania i utrzymał w mocy nałożoną przez prezesa UOKiK karę 164 mln zł.

Banki złożyły skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego. Ten przyjął sprawę do rozpatrzenia i dwa dni temu wydał zaskakujący wyrok. Sędziowie SN uchylili bowiem niekorzystny dla banków wyrok Sądu Apelacyjnego i nakazali rozpoznanie sprawy od początku!

Co to oznacza w praktyce? - Tocząca się od 11 lat sprawa potrwa jeszcze kilka dodatkowych. Banki, tak jak nie płaciły kary nałożonej przez prezesa UOKiK, tak nadal nie będą tego czynić. Nie wykluczone, że w nowym postępowaniu sprawie zostanie "ukręcony łeb" i za kilka lat okaże się, że banki ostatecznie nic nie zapłacą. Innymi słowy okaże się, że działanie na niekorzyść milionów Polaków pozostanie całkowicie bezkarne.

 

Źródło: Zmowa cenowa 20 banków. Sąd Najwyższy je obronił (Dziennik.pl)
Źródło: Polskie banki będą musiały zapłacić 164 mln zł kary. Uratować może je tylko kasacja (Bankier.pl)

wpis z dnia 27/10/2017

   


  

     Prywatna spółka na podstawie tajnej umowy przez 9 miesięcy zgarnia 119 mln zł zysku za zarządzanie 60 km autostrady A4
wpis z dnia 26/10/2017

 

Zarządzanie 60 kilometrowym odcinkiem autostrady A4 między Katowicami a Krakowem jest bardzo opłacalne. Mająca na to koncesję spółka Stalexport ogłosiła, że po trzech kwartałach bieżącego roku osiągnęła ponad 119 mln zł zysku na czysto! Nie powinno nas to jednak dziwić, skoro jednorazowy przejazd tym krótkim fragmentem autostrady kosztuje aż 20 zł! Warto wspomnieć, że Stalexport zarządza wspomnianym odcinkiem A4 (wybudowanym ze środków publicznych i z kredytów poręczonych przez polski rząd) na podstawie tajnej umowy z 1997 roku. 

Dwa dni temu spółka Stalexport Autostrady poinformowała, iż według wstępnych danych w okresie I-III kw. 2017 r. osiągnęła 119,38 mln zł skonsolidowanego zysku netto. W porównaniu do analogicznego okresu z roku 2016 r. zysk jest większy o 9 mln zł. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży (tj. w zdecydowanej większości z tytułu poboru opłat na bramkach) sięgnęły za wspomniany okres kwotę 240,77 mln zł, wobec 220,39 mln zł w analogicznym okresie rok wcześniej.

Umowa koncesyjna dotycząca zarządzania i pobierania opłat na 60 km odcinku autostrady A4 między Katowicami a Krakowem została zawarta w 1997 roku. Jako koncesjonariusza państwo polskie wybrało spółkę Stalexport (obecnie: Stalexport Autostrada Małopolska). 

Treść tej umowy od wielu lat wzbudza niestety wielkie kontrowersje. Chodzi przede wszystkim o kwestie ograniczenia możliwości rozbudowy dróg alternatywnych w stosunku do odcinka A4 zarządzanego przez Stalexport. Zgodnie z publikowanymi w prasie i mediach przeciekami na temat treści tej umowy (jest ona utajniona dla zwykłych ludzi) - każde podniesienie jakości lub przepustowości dróg równoległych do A4 może być traktowane jako droga konkurencyjna i skutkować wypłaceniem koncesariuszowi (tj. spółce Stalexport Autostrada Małopolska) odszkodowania przez państwo polskie.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że A4 wybudowano częściowo ze środków publicznych, a częściowo za kredyty z poręczeniem rządu. Pierwszą umowę koncesyjną podpisał na kilka dni przed przegranymi wyborami rząd SLD (1997 rok). Potem kilka aneksów do umowy koncesyjnej podpisywał rząd Jerzego Buzka (AWS-UW). Co ciekawe: minister Skarbu Państwa z tego rządu - Emil Wąsacz - jest dziś prezesem... Stalexportu Autostrada Małopolska S.A. Ostatni tajny aneks do umowy koncesyjnej podpisywał minister rządu SLD Jan Ryszard Kurylczyk.

 

Wynik 119,38 mln zł za trzy pierwsze kwartały bieżącego roku daje podstawe sądzić, że wynik za cały rok może być rekordowo wysoki. Warto wspomnieć, że w dotychczasowo rekordowym 2016 roku spółka Stalexport Autostrada za zarządzanie odcinkiem autostrady A4 miała 165,3 mln zł zysku na czysto. Wynik ten był o 38 proc. wyższy niż uzyskany w 2015 r.

 

Źródło: Zysk netto Stalexportu Autostrady wzrósł wstępnie do 119,38 mln zł w I-III kw. (Stooq.pl)
Źródło: Ruch na koncesyjnym odcinku A4 wzrósł w III kw. tego roku o 6,5 proc. (Stooq.pl)
Źródło: Płatna autostrada A4: Sąd utajnił aneks, ale my go znamy! (interia.pl)

wpis z dnia 26/10/2017

    


  

     Autostrada A2: Odcinek 150 km (spółka Kulczyka) = 57 zł. Odcinek 100 km (GDDKiA) = 9,90 zł. Może UOKiK się zainteresuje?
wpis z dnia 25/10/2017

 

Za przejazd odcinkiem Autostrady A2 zarządzanej przez GIODO (od Konina do Strykowa pod Łodzią) trzeba zapłacić 9,90 zł. To oznacza, że każdy przejechany kilometr kosztuje 0,10 zł. Za przejazd odcinkiem Autostrady A2 zarządzanej przez spółkę Autostrada Wielkopolska SA (od Nowego Tomyśla do Konina) trzeba dziś zapłacić 57 zł. To oznacza, że każdy przejechany kilometr kosztuje 0,38 zł (280 proc. więcej niż w przypadku odcinka zarządzanego przez GDDKiA). Może by tak UOKiK się tym faktem zainteresował?

Zgodnie z tym, co czytamy na oficjalnej stronie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK), podstawowym zadaniem tego Urzędu jest ochrona konsumentów w interesie publicznym przed praktykami przedsiębiorców, którzy mogą złamać zakaz stosowania praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów. W efekcie prowadzonych postępowań administracyjnych Prezes UOKiK może wydać wobec danego przedsiębiorcy decyzje o zakazie stosowania praktyki naruszającej prawa słabszych uczestników rynku oraz nałożyć karę w wysokości do 10 proc. obrotu osiągniętego w roku obrotowym poprzedzającym rok nałożenia kary. W przypadku dużych przedsiębiorców kara do 10 proc. obrotu w praktyce może oznaczać konieczność zapłaty od kilkuset milionów do nawet kilku miliardów złotych kary.

Mając na uwadze powyższe może warto by było, aby UOKiK zainteresował się sprawą opłat pobieranych przez prywatnego zarządce odcinka autostrady A2. Wszak opłaty pobierane przez spółkę Autostrada Wielkopolska SA za przejazd 150 kilometrowym odcinkiem między Nowym Tomyślem a Koninem są (w przeliczeniu na 1 km) aż o 280 proc. wyższe od opłat pobieranych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad za przejazd 100 kilometrowym odcinkiem między Koninem a Strykowem pod Łodzią.

Nawet jeśli do wyliczania średniej opłaty za przejazd 1 kilometra autostrady uwzględnili byśmy wszystkie płatne odcinki tego typu dróg w Polsce (nie licząc kwestionowanego odcinka zarządzanego przez Autostradę Wielkopolską SA), to średnia ta wynosiłaby 0,19 zł. To oznacza, że stawka stosowana przez spółkę współzałożoną przez Jana Kulczyka (tj. 0,38 zł) jest o 100 proc. wyższa.

Jeśli przebitka rzędu 100 proc. (w porównaniu do opłat stosowanych przez konkurencje), w kontekście specyficznego uprzywilejowania spółki Autostrada Wielkopolska SA oraz osiąganych przez nią zysków, nie jest naruszeniem zbiorowych interesów konsumentów, to co nim jest?

Z drugiej strony warto przypomnieć postępowanie UOKiK wszczęte przeciwko Autostradzie Wielkopolskiej w 2008 roku. Wówczas to sprawa dotyczyła pobierania przez zarządce pełnych opłat za przejazd odcinkiem autostrady, który był w remoncie, przez co czas przejazdu był znacznie wydłużony. Co ciekawe - jedną z pierwszych decyzji nowopowołanej przez Donalda Tuska prezes UOKiK (a została nią Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel) była decyzja o umorzeniu postępowania. Prezes UOKiK uznała wówczas, iż spółka Autostrada Wielkopolska nie naruszyła prawa, pobierając od kierowców pełną opłatę za przejazd trasą A2 w czasie remontu. Dziś jednak prezesem UOKiK jest ktoś zupełnie inny (Marek Niechciał z nadania premier Beaty Szydło). Kto wie, czy takie postępowanie zakończyło by się dziś tak samo?

 

Źródło: Nowe stawki opłat na autostradzie A2 od 1 marca (Autostrada-a2.pl)
Źródło: Kompetencje Prezesa UOKiK (Uokik.gov.pl)
Źródło: UOKiK umorzył postępowanie w sprawie Autostrady Wielkopolskiej (Wnp.pl)

wpis z dnia 25/10/2017

     


   

     Francja chce sankcji wobec Polski? Czas na sankcje wobec Francji za narażenie całej Europy na nowy kryzys finansowy!
wpis z dnia 24/10/2017

 

Macron ma coraz większe pretensje do Polski za to, że nasza gospodarka odbiera miejsca pracy Francuzom. Za karę chce utrudnić działalność polskim firmom we Francji. Jak dla mnie miarka właśnie się przebrała. Najwyższy czas, aby polski rząd na najbliższej Radzie Europy podjął temat przedłużającej się wobec Francji procedury nadmiernego deficytu i zażądał nałożenia unijnych sankcji na rząd w Paryżu. Wszak nie może być tak, że Francuzi, poprzez swoją nieodpowiedzialną politykę zadłużeniową, narażają całą Europę na nowy kryzys finansowy!

- "Francja wypowiedziała nam wojnę handlową" - uważa Cezary Kaźmierczak, szef Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Chodzi o jawne dążenie do naruszenia jednej z zasad będących podstawą funkcjonowania Unii Europejskiej, czyli zasady swobodnego przepływu usług. Macron chce istotnego ograniczenia możliwości wykonywania na terytorium Francji usług przez polskie firmy, rękami bądź umysłami polskich pracowników. Forsowana przez niego nowa dyrektywa o pracownikach delegowanych to potężny cios w polskie firmy, które wykorzystując swoją konkurencyjność wobec zachodnioeuropejskich, zdobywały przewagę na rynkach takich, jak francuski. Pośrednio to także cios w polską gospodarkę. 

Cytowany powyżej Kaźmierczak wzywa do zastosowania retorsji. Jakie działania odwetowe mogłaby podjąć strona polska? Odpowiedź jest bardzo prosta - trzeba na forum Unii Europejskiej przypomnieć o potężnym zadłużeniu Francji oraz generowanym przez to ryzyku nowego kryzysu finansowego dla całej Wspólnoty.

Aktualne zadłużenie Francji wynosi ponad 2 bln 209 mln euro, co stanowi blisko 97 proc. PKB tego kraju. Dopuszczalny przez UE limit długu w relacji do PKB wynosi 60 proc. Bruksela już w 2009 roku objęła Francję procedurą nadmiernego deficytu (uruchamiana, kiedy dane państwo albo przekroczy deficyt budżetowy powyżej 3 proc., albo relacja długu do PKB będzie wyższa od 60 proc.).

Zgodnie z unijnymi Paktem Stabilności i Wzrostu oraz Paktem Fiskalnym Bruksela mogłaby już dawno zastosować wobec Paryża odpowiednie sankcje i przymusić Francuzów do oszczędniejszego wydawania pieniędzy. Do tej pory jednak stosowana była wobec Francji dziwna "taryfa ulgowa". Jean-Claude Juncker, pytany kiedyś dlaczego Komisja Europejska pozwala Francji na łamanie unijnych zasad fiskalnych i nie stosuje wobec niej sankcji, odpowiedział: - "Bo to Francja".

Efekt tego "popuszczania" jest taki, że francuski dług publiczny wcale się nie zmniejsza przez co generuje ryzyko nowego kryzysu finansowego dla całej Europy. Czas najwyższy powiedzieć temu "stop" i zażądać od Brukseli podjęcia kroków sankcyjnych wobec Paryża. Wszak nie może być tak, że Francuzi, poprzez swoją nieodpowiedzialną politykę zadłużeniową, narażają całą Europę na nowy kryzys finansowy!

 

Źródło: Cezary Kaźmierczak (Twitter.com)
Źródło: Dług publiczny Francji może niedługo sięgnąć nawet 100 proc. PKB (Forsal.pl)
Źródło: EU gives budget leeway to France 'because it is France' - Juncker (Reuters.com)
Źródło: "Polska przez francuskich związkowców nazywana jest pogardliwie krajem 600 euro" (Dziennik.pl)
Źródło: Pracownicy delegowani. Macron nie ustępuje, Szydło atakuje (Money.pl)

wpis z dnia 24/10/2017

     


   

     Koszty przekopu Mierzei wyniosą 880 mln zł. To 2x mniej niż opłaty za niewykorzystany kredyt MFW zaciągnięty przez ekipę Tuska
wpis 23/10/2017

 

Publiczne pieniądze mogą być wydawane zarówno na coś konkretnego, albo w zupełną próżnie. Najlepszym przykładem tego drugiego było podpisanie przez rząd PO (razem z Meksykiem i Kolumbią - nikt inny na to się nie zdecydował) umowy o linię kredytową w MFW. Z linii tej nasz kraj nigdy nie skorzystał, a mimo to musieliśmy płacić za nią olbrzymie opłaty. W efekcie przepadło co najmniej 1,4-1,6 mld zł, za które nie uzyskaliśmy nic w zamian. Za te pieniądze można by zbudować nowy kanał przez Mierzeję Wiślaną i pokryć koszty jego funkcjonowania na 50 lat do przodu.

Przypomnijmy - rok temu Urząd Morski w Gdyni ogłosił przetarg na wykonanie projektu przekopu przez Mierzeję Wiślaną. Cała inwestycja ma kosztować ok. 880 milionów złotych. Obejmuje budowę kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską, w tym m.in. śluzy z konstrukcją zamknięć, portu postojowego od strony Zalewu, nowych połączeń drogowych, dwóch mostów. Dodatkowo zmodernizowane ma być wejście do portu w Elblągu. W ubiegłym tygodniu Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej ogłosiło dokładną lokalizację przekopu (miejscowość Nowy Świat).

W dyskursie publicznym funkcjonują różne opinie na temat projektu przekopu Mierzei. Jedno jest jednak pewne - kwota 880 mln zł nie zostanie wyrzucona w próżnie. Powstanie nowa droga wodna, która w istotny sposób wpłynie na funkcjonowanie portu w Elblągu. Będą mogły tam wpływać statki do 4 metrów zanurzenia, 100 metrów długości i 20 metrów szerokości. Obecnie do Elbląga mogą wpływać statki dwukrotnie mniejsze. Powyższe będzie miało znaczenie na ilość przeładunków w elbląskim porcie. W tej chwili to zaledwie 300 tys. ton w ciągu roku, jednak po wybudowaniu przekopu terminal ten mógłby przeładowywać nawet 3,5 mln ton towarów rocznie.

Budowa nowego kanału przez Mierzeję Wiślaną, pogłębienie toru wodnego do portu w Elblągu oraz sama jego rozbudowa będą realną konsekwencją wydania 880 mln zł. Za te pieniądze powstanie konkretna infrastruktura, która będzie mogła wpłynąć na rozwój gospodarczy Elbląga oraz całego regionu.

Publiczne pieniądze można też wydawać w zupełnie inny sposób. Przykładem jest tutaj słynna już umowa między polskim rządem, a Międzynarodowym Funduszem Walutowym (MFW) na specjalną linię kredytową. Zgodnie z treścią tej umowy międzynarodowi bankierzy zobowiązali się, że udzielą nam wielomiliardowej pożyczki, gdy tylko o to poprosimy. Za to zobowiązanie do udzielenia pożyczki mieliśmy płacić po kilkaset milionów złotych rocznie. 

W ten sposób przez 9 lat (umowa zaczęła funkcjonować w 2009 roku) na poczet opłat za utrzymywanie tej linii kredytowej (a w istocie na podtrzymywanie zobowiązania międzynarodowych bankierów, że w razie czego udzielą nam odpowiednio wysokiego kredytu) wydaliśmy od 1,4 do 1,6 mld zł. W zamian nie otrzymaliśmy nic, bo ani razu nie wnieśliśmy o uruchomienie kredytu w MFW. W podobny sposób sfrajerowały się jeszcze tylko dwa rządy na świecie - Meksyku i Kolumbii. Nikt inny nie nabrał się na "elastyczną linię kredytową" serwowaną przez MFW.

Pieniądze przepadały i nic z tego nie mieliśmy. I pomyśleć, że za te środki mogliśmy już dawno wybudować przekop przez Mierzeję oraz pokryć koszty jego funkcjonowania na 50 lat do przodu. Rząd Tuska wolał jednak wydać je w próżnię międzynarodowej finansjery.

 

Źródło: Stanislas Balcerac (Twitter.com)
Źródło: Przekop przez Mierzeję Wiślaną ruszy w Nowym Świecie najpóźniej za rok (PolskieRadio.pl)

wpis 23/10/2017

  


  

     Kolejny miesiąc zadłużenie Polski spada. W ciągu ostatniego półrocza zmniejszyło się już o 8,6 mld zł. I to jest "dobra zmiana"
wpis z dnia 20/10/2017

 

Resort Finansów opublikował dziś najnowszy raport na temat stanu polskiego długu. Okazuje się, że odnotowano kolejny w tym roku miesiąc, w którym zadłużenie naszego kraju spadało. W sierpniu obniżyło się o 3,4 mld zł, a biorąc pod uwagę sześć ostatnich raportowych miesięcy, dług Polski zmniejszył się o 8,6 mld zł. Tak dobrego okresu w zakresie zmian salda polskiego zadłużenia nie notowano od co najmniej 15 lat!

Zgodnie z najnowszymi statystykami opublikowanymi przez Ministerstwo Finansów - zadłużenie Skarbu Państwa na koniec sierpnia 2017 r. wyniosło dokładnie 936.501,5 mln zł. W samym sierpniu odnotowano spadek salda zadłużenia o 0,4 proc. m/m, co nominalnie oznacza spadek o ponad 3,4 mld zł. Licząc od początku tego roku dług Polski co prawda wzrósł o 0,8 proc. wobec stanu z końca 2016 roku (tj. o 7,8 mld zł), jednak gdyby brać pod uwagę tylko ostatnich sześć raportowych miesięcy, to saldo zadłużenia w tym okresie zmniejszyło się aż o 8,6 mld zł. 

Okazuje się, że to najlepsze odczyty dotyczące długu od co najmniej 15 ostatnich lat. W powiązaniu z rekordowo niskim deficytem budżetowym oraz dobrymi efektami walki z mafią wyłudzającą zwroty podatku VAT (której działalność, jak do tej pory, miała największy wpływ na budżet naszego kraju) może się okazać, że cały rok 2017 zakończy się rekordowo niskim przyrostem polskiego zadłużenia.

Poniżej prezentuje oficjalne dane Ministerstwa Finansów na temat zmian salda polskiego zadłużenia, jakie zachodziły od stycznia do sierpnia między rokiem 2002 a 2017. Niestety na stronie resortu finansów nie ma danych sprzed 2002 roku, stąd statystyka kończy się na tymże roku.

 

I - VIII 2017: +7.835,3 mln zł (+0,8 proc. r/r)
I - VIII 2016: +64.650,2 mln zł (+7,7 proc. r/r)
I - VIII 2015: +39.224,7 mln zł (+5,0 proc. r/r)
I - VIII 2014: +47.871,5 mln zł (+5,7 proc. r/r)
I - VIII 2013: +48.157,5 mln zł (+6,1 proc. r/r)
I - VIII 2012: +16.472,8 mln zł (+2,1 proc. r/r)
I - VIII 2011: +54.579,3 mln zł (+7,8 proc. r/r)
I - VIII 2010: +65.200,9 mln zł (+10,3 proc. r/r)
I - VIII 2009: +50.169,8 mln zł (+8,8 proc. r/r)
I - VIII 2008: +13.198,8 mln zł (+2,6 proc. r/r)
I - VIII 2007: +8.999,7 mln zł (+1,9 proc. r/r)
I - VIII 2006: +33.521,7 mln zł (+7,6 proc. r/r)
I - VIII 2005: +33.146,3 mln zł (+8,2 proc. r/r)
I - VIII 2004: +31.996,3 mln zł (+8,4 proc. r/r)
I - VIII 2003: +32.656,9 mln zł (+10,0 proc. r/r)
I - VIII 2002: +44.371,1 mln zł (+15,6 proc. r/r)

 

Źródło: Zadłużenie Skarbu Państwa (Mf.gov.pl)

wpis z dnia 20/10/2017

  


 

     Wystarczy przestać kraść: Luka VAT zmniejszy się w tym roku aż o 25 proc. To największy spadek w historii III RP!
wpis z dnia 20/10/2017

 

Luka w VAT to różnica między realnymi wpływami z tego podatku do budżetu kraju, a wpływami możliwymi do osiągnięcia. Jeszcze w 2007 roku Polska miała jedną z najniższych luk w całej UE. W ciągu kolejnych 8 lat luka VAT - głównie poprzez działalność mafii wyłudzającej nielegalne zwroty tego podatku - urosła do monstrualnego poziomu ponad 50 mld zł. W 2016 roku udało się powstrzymać dalszy jej wzrost, jednak dopiero rok 2017 ma się zakończyć prawdziwym sukcesem - luka VAT, w porównaniu do roku 2016, ma się zmniejszyć aż o 13 mld zł!

"Ten rząd przez półtora roku zrobił więcej w zakresie uszczelniania systemu VAT niż poprzednicy przez dziesięć lat" - twierdził w maju br. Tomasz Kassel, partner w PwC (firmy audytorsko-doradczej). Wczoraj PwC opublikowała raport, z którego wynika, że na koniec 2017 r. luka podatkowa VAT w Polsce spadnie do 39 mld zł z 52 mld zł w 2016.

"Na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy podjęto działania regulacyjne, które pozwoliły skutecznie zmniejszyć skalę wyłudzeń VAT na szczególnie wrażliwym asortymencie. Dobrym przykładem jest tutaj tzw. pakiet paliwowy" - czytamy w raporcie przygotowanym przez PwC. 

Zdaniem ekspertów PwC, za wzrost dochodów VAT w tym roku odpowiada zarówno wzrost dochodów brutto, jak i spadek zwrotów. Wspominany powyżej pakiet paliwowy istotnie wpłynął na działalność mafii paliwowej. Dzięki temu znacząco zwiększyła się sprzedaż legalnego paliwa, a przez to wzrosły również wpływy z podatku VAT. Działalność Krajowej Administracji Skarbowej, jej skuteczność w walce z tzw. mafią VAT oraz podniesienie kar za to przestępstwo, wpłynęła z kolei na ograniczenie ilości zwrotów tego podatku. Mniej ludzi ryzykuje próbę wyłudzenia zwrotu podatku VAT, kiedy grozi im za to kara 25 lat pozbawienia wolności i przepadek całego posiadanego mienia.

W kontekście powyższego powstaje pytanie - dlaczego realną walkę z luką VAT, czyli de facto z działaniami przestępczymi prowadzonymi na masową skalę, podjęto dopiero w 2016 roku? Dlaczego dopuszczono, aby skumulowane straty państwa z tego tytułu w latach 2008 - 2015 wyniosły 262 mld zł (tyle wyniosła skumulowana wartość luki VAT za ten okres)? Gdzie dziś byśmy byli, jako kraj na tle innych państw UE, gdyby nie dopuszczono do złodziejstwa na taką skalę, jaka zupełnie przypadkowo funkcjonowała w latach rządów PO-PSL?

 

Źródło: PwC: Luka podatkowa VAT w Polsce spadnie do 39 mld zł w 2017 z 52 mld zł w 2016 (Stooq.pl)

wpis z dnia 20/10/2017

   


  

     Niemcy krytykują nas za przyjęcie Erdogana. Sami sprzedają mu broń i technologie
wpis z dnia 19/10/2017

 

W ciągu ostatnich dni Niemcy ostro krytykowali Polskie władze za to, że zorganizowały w Warszawie wizytę prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana. Paul Fluckiger, pracujący dla kontrolowanej przez niemiecki rząd agencji Deutsche Welle, w tekście przeznaczonym do mediów polskojęzycznych podkreślał, że nasz kraj jest pierwszym państwem UE, które po autorytarnej próbie przebudowy Turcji przyjmuje jej kontrowersyjnego prezydenta. Co ciekawe - Fluckiger nie napisał, że wcześniej Erdogan wizytował u Merkel, a Niemcy ciągle sprzedają mu broń wartą kilkadziesiąt milionów euro.

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - tekst Paula Fluckigera, dziennikarza pracującego dla kontrolowanej przez niemiecki rząd agencji Deutsche Welle, miał wzbudzić wśród Polaków swego rodzaju pedagogikę wstydu. Oto do Warszawy przyjeżdża kontrowersyjny prezydent autorytarnego kraju, który odpowiada za śmierć lub represje wielu osób. Do tego Polska ma być pierwszym państwem UE, które po ubiegłorocznym krwawym stłumieniu wojskowego puczu, przyjmuje z oficjalną wizytą Recepa Tayyipa Erdogana.

To, że Polska wcale nie była pierwszym krajem, który po "autorytarnej próbie przebudowy Turcji" przyjął prezydenta Turcji, udowodniłem już wczoraj. Fluckiger albo nie posiadał w tym względzie elementarnej wiedzy, albo najzwyczajniej w świecie kłamał w celu podkręcenia pedagogiki wstydu u polskich czytelników.

W przeznaczonym do mediów polskojęzycznych tekście zabrakło również informacji o tym, że Niemcy wciąż eksportują mnóstwo broni do rządzonej przez Erdogana Turcji. Władze federalne w Berlinie do końca sierpnia br. wydały 99 zezwoleń na sprzedaż Turcji broni o łącznej wartości 25,36 mln euro. Rok wcześniej takich zezwoleń było 158 o łącznej wartości 69,32 mln euro.

Mając na uwadze powyższe można zaryzykować stwierdzenie, iż Fluckiger dostrzegł drzazgę w oku sąsiada, lecz belki we własnym nie zauważył. Skoro "kontrowersyjną" ma być wizyta prezydenta Turcji w Warszawie, to jak można traktować sprzedaż uzbrojenia do tego państwa przez Niemcy?

 

Źródło: Niemcy sprzedają do Turcji broń za miliony euro (Dw.com)

wpis z dnia 19/10/2017

   


  

     Wszystkie dyrektywy korzystne dla starej UE działają bez zarzutu. Dyrektywa korzystna dla krajów nowej UE kuleje
wpis z dnia 18/10/2017

 

Kraje starej Unii nie są w stanie zaakceptować nas jako równoprawnych członków Wspólnoty - twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Pracodawców Polskich. Na dowód tego podaje następujący przykład: "Bezbłędnie działają wszystkie dyrektywy (praca, kapitał, towary) korzystne dla starej Unii. Nie działa tylko dyrektywa usługowa - korzystna dla państw nowej Unii. Wiemy, że przeciw nam są szykowane jeszcze gorsze dyrektywy (socjalna, podatkowa) i jeśli teraz bardzo ostro nie zareagujemy, to grozi nam trwały status kolonii".

Zgodnie z art. 26 ust. 2 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej poprzez unijny rynek wewnętrzny rozumie się "obszar bez granic wewnętrznych, na którym zostaje zapewniony wolny przepływ towarów, osób, usług i kapitału". Zgodnie z tą definicją, aby rynek taki mógł zaistnieć muszą być zapewnione cztery podstawowe zasady: 1) swobodnego przepływu osób, 2) swobodnego przepływu kapitału, 3) swobodnego przepływu towarów oraz 4) swobodnego przepływu usług.

Tak się akurat złożyło, że pełne funkcjonowanie trzech pierwszych zasad jest korzystne dla gospodarek tzw. "starej UE". Swobodny przepływ osób zapewnia im dostęp do zarówno taniej siły roboczej, jak i wykwalifikowanych specjalistów. Z kolei swobodny przepływ kapitału i towarów zapewnia gospodarkom starej UE nielimitowaną ekspansję (a w konsekwencji pomnażanie kapitału) na rynkach nowej UE.

Oczywiście Polska też może wykorzystywać wspomniane zasady, nie mniej w rzeczywistości - poprzez uwarunkowania finansowe oraz ograniczone możliwości kapitałowe - ekspansja polskich firm (lub jakichkolwiek innych z naszego regionu) na rynkach zachodnich nie może się równać ekspansji firm zachodnich na rynkach "nowounijnych".

W takich okolicznościach pozostaje nam budować przewagę gospodarczą przede wszystkim na bazie zasady numer 4), czyli swobody przepływu usług pomiędzy państwami UE. W największym skrócie - swoboda świadczenia usług oznacza prawo świadczenia usług przez podmiot, który ma swoją siedzibę w jednym z krajów Unii Europejskiej, na rzecz podmiotów z innych krajów członkowskich, bez potrzeby posiadania w tych krajach jakiegokolwiek stałego zakładu pracy/filii/przedstawicielstwa. Niestety, to co jest dla nas korzystne (przewagę konkurencyjną budujemy na tym, że usługi świadczone przez nasze firmy są dużo tańsze od takich samych usług świadczonych przez firmy zachodnioeuropejskie), nie jest korzystne dla gospodarek państw "starej UE". Efekt jest taki, że poszczególne państwa na Zachodzie (np. Francja czy Niemcy) dążą do ograniczenia funkcjonowania na ich terytoriach zasady swobody przepływu usług.

W kontekście powyższego racje ma Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Pracodawców Polskich, który komentując unijne regulacje w sprawie tzw. pracowników delegowanych, stwierdził rzecz następującą: "Kraje starej Unii nie są w stanie zaakceptować nas jako równoprawnych członków Wspólnoty. Bezbłędnie działają wszystkie dyrektywy (praca, kapitał, towary) korzystne dla starej Unii. Nie działa tylko dyrektywa usługowa - korzystna dla państw nowej Unii. Polski rząd powinien symetrycznie i adekwatnie zareagować na działania Francji. Jeśli polskie firmy nie mogą konkurować we Francji, to retorsja nasuwa się sama. Jeśli teraz bardzo ostro nie zareagujemy, to grozi nam trwały status kolonii".

 

Źródło: ZPP (Twitter.com)

wpis z dnia 18/10/2017

   


   

     Historia pewnej linii kredytowej z MFW, czyli jak polskie państwo wydojono na 1,4 mld zł!
wpis z dnia 17/10/2017

 

Polska ma dostęp do Elastycznej Linii Kredytowej MFW od 2009 r. Problem w tym, że ani razu z niej nie skorzystała, mimo iż opłaty za sam tylko dostęp do tej usługi kosztowały nas po kilkaset milionów zł rocznie. Minister Morawiecki zapowiedział, że Polska zrezygnuje z tej umowy. Super. Szkoda tylko, że nie tak dawno sam wydłużył jej funkcjonowanie do początku 2019 r. Reasumując - wydaliśmy mnóstwo kasy (ok. 1,4 mld zł) na bezwartościowy dla nas produkt, który bankierom z MFW udało się wcisnąć jeszcze tylko dwóm państwom na świecie: Meksykowi i Kolumbii.

Polska o dostęp do elastycznej linii kredytowej po raz pierwszy wystąpiła do MFW w 2009 roku. Międzynarodowa finansjera się zgodziła, ale w zamian za roczny dostęp do linii wzięła równowartość ok. 182 mln zł.

Wczesną wiosną 2010 roku, ówczesny prezes NBP Sławomir Skrzypek uznał, że sytuacja polskiej gospodarki i systemu finansowego jest na tyle dobra, że nasz kraj nie potrzebuje już potencjalnego wsparcia MFW w postaci możliwości korzystania z elastycznej linii kredytowej. Zupełnie odmiennego zdania byli premier Donald Tusk oraz minister finansów Jan Vincent Rostowski, którzy bardzo mocno naciskali na to, aby Polska przedłużyła umowę z MFW dotyczącą linii kredytowej.

10 kwietnia 2010 Sławomir Skrzypek ginie w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem. Co ciekawe - jedną z pierwszych decyzji wybranego w pośpiechu na miejsce Skrzypka głosami PO i SLD Marka Belki było podpisanie wniosku o... przedłużenie linii kredytowej w MFW. Kilka miesięcy później - w styczniu 2011 r. - Polska złożyła wniosek o wydłużenie o kolejne dwa lata okresu obowiązywania elastycznej linii kredytowej. MFW wyraził na to zgodę i wziął za to równowartość ok. 340 mln zł (107 mln USD). To samo miało miejsce w 2012, kiedy umowa została przedłużona o kolejne 2 lata (w zamian na konta MFW poleciało 110 mln USD, czy ok. 350 mln zł). W 2014 roku rządzący naszym krajem po raz kolejny zawnioskowali o dostęp do linii kredytowej MFW. Koszt? Ok. 69 mln USD (240 mln zł).

Co się jednak dzieje pod koniec 2016 r.? Wydawało się, że "dobra zmiana" zakończy żywot tego bezsensownego dla nas produktu. Nic bardziej mylnego. Wicepremier, minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki oraz prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński występują 19 grudnia z wnioskiem do MFW o odnowienie dostępu do Elastycznej Linii Kredytowej od połowy stycznia 2017 r. na kolejne dwa lata. Oficjalne komunikaty nie mówiły nic o koszcie dostępu, niemniej należy sądzić, że za kolejne dwa lata będzie on wynosił równowartość około 200 - 250 mln zł.

Teraz minister Morawiecki mówi, iż Polska planuje rezygnację z Elastycznej Linii Kredytowej w MFW, bowiem pozwala na to stabilna sytuacja finansowa i makroekonomiczna polskiej gospodarki. Oficjalna narracja Ministerstwa Finansów wskazuje na to, że linia z MFW odegrała ważną rolę z punktu widzenia zewnętrznej stabilizacji polskiej gospodarki, ochrony wartości polskiej waluty oraz wiarygodności Polski na międzynarodowych rynkach finansowych. W to jednak absolutnie nie jestem w stanie uwierzyć. Choćby przez fakt, iż międzynarodowym bankierom udało się wcisnąć ten produkt jeszcze tylko dwóm państwom na świecie - Meksykowi i Kolumbii. 

W kontekście bardzo wątpliwych korzyści dla naszego państwa (szczególnie patrząc przez pryzmat gigantycznych opłat) powstaje pytanie - kto był rzeczywistym beneficjentem umowy o linię kredytową z MFW? Dlaczego władze naszego kraju zdecydowały się na zawarcie, a potem wielokrotnie przedłużały trwanie bezsensownej (a kosztującej mnóstwo pieniędzy) umowy?

 

Źródło: Morawiecki: Polska planuje rezygnację z Elastycznej Linii Kredytowej MFW (Stooq.pl)

wpis z dnia 17/10/2017

   


  

     Ekipa Tuska zamiast repolonizować, sprzedawała polskie banki. Aby nie rzucało się w oczy robili to po kawałku
wpis z dnia 16/10/2017

 

Od czasu przejęcia przez PZU i Polski Funduszu Rozwoju kontroli nad włoskim PEKAO S.A. (grudzień 2016), wartość rynkowa tego ostatniego wzrosła o ponad 5 proc. (+1,74 mld zł). Po pierwszym półroczu 2017 r. PEKAO miał 885 mln zł czystego zysku. Co istotne - większość tych środków nie będzie już transferowana za granicę lecz zostanie w Polsce. Zupełnie inną filozofię uprawiano w czasach rządów ekipy Donalda Tuska. Wówczas kontrolowane lub współkontrolowane przez Skarb Państwa polskie banki były sprzedawane, a pieniądze z zysków w większości transferowano poza granice Polski.

Przypomnijmy, że 18 lipca 2012 r. ekipa Tuska zdecydowała się sprzedać poprzez Giełdę Papierów Wartościowych (GPW) w Warszawie 7,6 proc. akcji kontrolowanego przez Skarb Państwa banku PKO BP S.A. Znajdujący się w fatalnym stanie budżet kraju został wówczas zasilony kwotą 3,087 mld zł. Kilkanaście dni później, tj. 2 sierpnia 2012 r. ekipa Tuska robi to samo z akcjami Banku Gospodarki Żywnościowej S.A. Za sprzedaż 25,49 proc. akcji otrzymuje 797,2 mln zł.

Kilka miesięcy później rząd Tuska decyduje się na sprzedaż kolejnego pakietu akcji PKO BP S.A. Tym razem 2,02 proc. akcji spieniężono na GPW za kwotę 856,2 mln zł.

Filozofia wyprzedaży części polskiego sektora bankowego była bardzo krótkowzroczna. Prawda jest taka, że traciliśmy w ten sposób (jako państwo) trwały i przynoszący gigantyczne (w postaci dywidend) zyski majątek, a kasę jaką dostaliśmy w zamian topiliśmy na bieżące wydatki lub na spłatę odsetek od pozaciąganych wcześniej pożyczek.

Zupełnie inne konsekwencje niesie ze sobą idea tzw. repolonizacji sektora bankowego w Polsce. Zakładając, że będzie ona wyglądać tak, jak w przypadku PEKAO SA (kontrolę nad bankiem przejmuje bezpośrednio PZU, czyli pośrednio Skarb Państwa), to w praktyce większość z gigantycznych zysków generowanych i wypłacanych przez banki w postaci dywidend pozostanie w naszym kraju. 

Powstaje pytanie - co kierowało ekipą Donalda Tuska, że masowo wyprzedawali majątek Skarbu Państwa? Przypomnijmy, że w latach 2008-2014 ówczesne władze naszego kraju sprzedawały nie tylko banki, ale również kopalnie, fabryki czy zakłady produkcyjne. Łącznie pozbyto się majątku za kwotę 58,615 mld zł. O ile w kilku przypadkach procesy prywatyzacyjne były pożądane, to w przypadku np. banków, wyprzedaż części PKO BP lub BGŻ z perspektywy czasu wydaje się być nieracjonalna.

 

Źródło: Licznik prywatyzacyjny (MSP.gov.pl)

wpis z dnia 16/10/2017

   


  

     W latach 2008-14 zlikwidowano 1146 szkół, a z pracy musiało odejść 47 tys. nauczycieli. Warto przypomnieć co niektórym członkom ZNP
wpis z dnia 13/10/2017

 

Z uwagi na zbliżający się Dzień Edukacji Narodowej, w kontekście sporu o gimnazja warto przypomnieć o tym, co działo się w polskiej oświacie w latach 2008 - 2014. Otóż zamknięto wówczas aż 1146 szkół, a z pracy musiało odejść 47 tys. nauczycieli. Co istotne - nie odbywała się wówczas żadna reforma systemu edukacji. Szkoły były likwidowane, gdyż rząd zmniejszał dofinansowanie i najzwyczajniej w świecie nie było pieniędzy na ich utrzymanie. Warto, aby co niektórzy rozpolitykowani członkowie ZNP o tym pamiętali.

Pisałem o tym już kiedyś, ale z okazji dnia nauczyciela chyba warto przypomnieć. Zgodnie z danymi, do których udało mi się dotrzeć, w latach 2008 - 2011 z polskiego krajobrazu zniknęło 595 szkół (podstawowych, gimnazjów i średnich). W latach 2012 - 2014 ilość likwidowanych placówek oświatowych przyspieszyła. W ciągu trzech lata zamknięto łącznie 551 szkół. Razem, w latach 2008 - 2014, zlikwidowano aż 1146 szkół.

Powyższe nie było efektem reformy systemu oświaty. Szkoły były likwidowane, gdyż rząd zmniejszał dofinansowanie i najzwyczajniej w świecie nie było pieniędzy na ich utrzymanie. Niejako "przy okazji" z pracą pożegnało się wówczas 47 tysięcy nauczycieli. 

W tym kontekście zawsze zastanawiała mnie jedna kwestia... Dlaczego media mainstreamowe nie robiły wówczas z tematu masowo likwidowanych szkół oraz tracących pracę nauczycieli, stałego tematu "topowego", na bazie którego można by "grillować" rząd i krytykować jego poczynania w dziedzinie oświaty i szkolnictwa? Czyżby kwestia ta stała w zbyt dużej sprzeczności do polityki "ciepłej wody w kranie"?

Powyższe pytanie wydaje się być istotne szczególnie dziś, kiedy reforma systemu edukacji oraz likwidacja gimnazjów wywołała w tych samych mediach gigantyczne wręcz zainteresowanie.

 

Źródło: Szkoły - akcja likwidacja (Wyborcza.pl)
Źródło: Ile naprawdę zamknięto szkół w Polsce (Ibe.edu.pl)
Źródło: Szkoła według SIO: o 7 tys. mniej nauczycieli, 349 zlikwidowanych szkół, spadająca liczba uczniów (Wip.pl) 
Źródło: Zalewska: Nikt nie stracił pracy w wyniku reformy edukacji (PAP.pl)

wpis z dnia 13/10/2017

   


  

     USA wycofują się z planu ograniczenia emisji CO2. Europa (UE) znowu wystawiona do wiatru!
wpis z dnia 12/10/2017

 

Światowy system ograniczania emisji CO2 ma sens tylko wtedy, gdy wszyscy kluczowi gracze do niego przystąpią. W każdym innym przypadku państwa, które inwestują grube miliardy w "zieloną energię" lub są do tego zmuszane (np. Polska) będą frajersko rozgrywane przez państwa, które limity i ograniczenia mają głęboko gdzieś. USA (nominalnie drugi największy truciciel na świecie) właśnie podjęły decyzję, aby wycofać się z tzw. "Planu Czystej Energii". W uzasadnieniu stwierdzono, iż plan ten sprowadzał "niszczycielskie skutki" w sferze "obciążenia amerykańskich obywateli".

Przyjęty za kadencji prezydenta Baracka Obamy tzw. "Plan Czystej Energii" (CPP) miał w założeniu zredukować emisję dwutlenku węgla z elektrowni, ze szczególnym uwzględnieniem elektrowni węglowych poprzez zwiększenie wykorzystywania znacznie kosztowniejszych odnawialnych źródeł energii (w tym przede wszystkim elektrowni wiatrowych). 

Pod tym względem Stany Zjednoczone miały się stać Niemcami Ameryki Północnej. Kosztowne elektrownie wiatrowe miały istotnie wpłynąć na ograniczenie emisji CO2 przez elektrownie węglowe. 

Plan zaczął jednak wywoływać poważne kontrowersje. Chodziło o jego koszty realizacji, których wielkość zaczęła przerażać nawet jego samych pomysłodawców. Sprawa była na tyle poważna, że w 2016 roku wypowiedział się w niej oficjalnie amerykański Sąd Najwyższy. Sędziowie nakazali zawieszenie realizacji planu do czasu, aż sądy niższych instancji rozpatrzą wszystkie skierowane przeciwko niemu pozwy cywilne.

Przysłowiowy "gwóźdź do trumny" dla "Planu Czystej Energii" wbił we wtorek Scott Pruitt - szef podległej rządowi USA Agencji Ochrony Środowiska. Wystąpił on z wnioskiem o jego całkowite uchylenie. Uzasadniając swoją decyzję Pruitt stwierdził: - "Administracja Obamy w przypadku CPP tak znacząco przekroczyła swoje kompetencje, że Sąd Najwyższy orzekł historyczne zawieszenie blokujące jego wykonywanie i zapobiegające obciążeniu amerykańskich obywateli jego niszczycielskimi skutkami na czas rozpatrywania sprawy tego planu przez sąd".

Warto przypomnieć, że USA nie są pierwszym krajem, który wycofuje się z realizacji ambitnych celów ograniczenia emisji CO2. Wcześniej (w 2014 r.) specjalny "podatek od emisji CO2" postanowiła zlikwidować Australia. Władze tego kraju stwierdziły wówczas, że podatek ten był bez sensu, gdyż osłabiał krajową gospodarkę i nie miał wpływu na ochronę środowiska.

Co na to wszystko UE, której władze nadal brną w kosztowną "politykę klimatyczną"? Czy elity brukselskie, narzucające swoje rozwiązania na wszystkie państwa UE, w końcu zrozumieją, że są frajersko rozgrywane przez kraje, które limity i ograniczenia mają głęboko gdzieś?

 

Źródło: USA wycofują się z Planu Czystej Energii (Stooq.pl)

Źródło: Australia zniosła kontrowersyjny podatek od emisji CO2 (Wnp.pl)

wpis z dnia 12/10/2017

   


  

     Na początku pracę miało stracić 37 tys. nauczycieli. Potem już tylko 10 tys. Teraz 6,5 tys. Czy ZNP się w końcu zdecyduje?
wpis z dnia 11/10/2017 r.

 

Straszenia reformą edukacji nie było końca. Prezes ZNP Stanisław Broniarz jeszcze rok temu twierdził, że w wyniku likwidacji gimnazjów pracę straci 74,5 tys. osób (37 tys. nauczycieli, 7,5 tys. dyrektorów i 30 tys. pracowników administracji). Z czasem jednak szacunki ZNP zaczęły się zmniejszać, tak że sierpniu br. Broniarz wskazywał już tylko na 10 tys. nauczycieli. Dziś ZNP mówi jedynie o 6,5 tys. MEN zapewnia jednak, że żaden nauczyciel w "wyniku reformy pracy nie stracił" i przypomina, że za poprzednich rządów z pracy w szkołach musiało odejść 47 tys. nauczycieli.

W kontekście reformy systemu edukacji warto przypomnieć kilka wypowiedzi. Jeszcze w sierpniu 2016 r. Związek Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) wyliczał, że w wyniku reformy edukacji pracę straci łącznie 74,5 tys. osób. Wśród nich miało być 37 tys. nauczycieli, 7,5 tys. dyrektorów i 30 tys. pracowników administracji. - "Te wyliczenia nie mają na celu wzbudzenia strachu w kimkolwiek. Chcemy tylko poinformować nauczycieli o zagrożeniu. Taka jest nasza rola" - mówił wówczas prezes ZNP Stanisław Broniarz.

Rok później, ten sam Stanisław Broniarz, na pytanie ilu konkretnie nauczycieli straci pracę w wyniku zmian w edukacji, odpowiadał już w sposób następujący: - "Według informacji zebranych pod koniec czerwca na podstawie arkuszy organizacyjnych szkół, bez pracy może pozostać blisko 10 tysięcy nauczycieli, a wielu pracować może w niepełnym czasie pracy".

W ostatni poniedziałek prezes ZNP podał, że w wyniku reformy edukacji pracę straciło 6,5 tys. nauczycieli. Większości miano nie przedłużyć czasowych umów o pracę.

W kontrze do oświadczenia Broniarza wystąpiła minister edukacji Anna Zalewska, która stwierdziła wprost: "Nikt nie stracił pracy w wyniku reformy edukacji". Natomiast ewentualne zwolnienia (polegające na nieprzedłużaniu czasowych umów o pracę), to raczej efekt niżu demograficznego. Jednocześnie dodała, że za poprzednich rządów z pracy w szkołach musiało odejść 47 tys. nauczycieli.

Kto w tym sporze ma rację? Nie zaryzykuje jednoznacznego opowiedzenia się po którejkolwiek ze stron. Jedno jest jednak pewne - żadnej apokalipsy w zatrudnieniu w związku z reformą systemu edukacji, z pewnością nie było i nic nie wskazuje, aby miała ona nastąpić.

 

Źródło: Związek Nauczycielstwa Polskiego oblicza: pracę straci 37 tys. nauczycieli (Wp.pl)
Źródło: Prezes ZNP: 10 tys. nauczycieli straci pracę (Rp.pl)
Źródło: ZNP: 6,5 tys. nauczycieli straciło pracę w wyniku reformy (GazetaPrawna.pl)
Źródło: Zalewska: nikt nie stracił pracy w wyniku reformy edukacji (PAP.pl)

wpis z dnia 11/10/2017 r.

   


   

     Polska jest przykładem dla naprawdę wielu państw, które w powszechnej opinii uchodzą za "postępowe" i "nowoczesne"
wpis z dnia 10/10/2017

 

Warto, aby o poniższe informacje przyswoiły sobie feministki, które na ulicach często wykrzykują hasła o "piekle kobiet" w Polsce. Oficjalne dane UE potwierdzają, że nasz kraj jest najbezpieczniejszym państwem dla kobiet na terenie całej Wspólnoty. Różnice pomiędzy zarobkami kobiet i mężczyzn są jednymi z najniższych w Europie, a odsetek kobiet wśród menedżerów jest jednym z najwyższych na świecie. Polska powinna być przykładem dla naprawdę wielu państw, które w powszechnej opinii uchodzą za "postępowe" i "nowoczesne".

Jeśli chodzi o zachowanie nietykalności cielesnej i seksualnej Polska jest dla kobiet najbezpieczniejszym państwem w całej UE. Tak przynajmniej wynika z badania przeprowadzonego przez Agencję Praw Podstawowych Unii Europejskiej (European Union Agency for Fundamental Rights). 

W naszym kraju jedynie 19 proc. przedstawicielek płci pięknej doświadczyło w ciągu swojego życia przemocy fizycznej lub seksualnej. O wiele gorzej statystyki te prezentują się w przypadku "postępowych" państw Europy Zachodniej. W Niemczech 35 proc. kobiet jest ofiarami przemocy. W Luksemburgu - 38 proc. We Francji i Wlk. Brytanii po 44 proc. populacji kobiet doświadczyło przemocy. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w Holandii - 45 proc., Szwecji - 46 proc. oraz Finlandii - 47 proc. Najgorzej w Unii Europejskiej jest pod tym względem w Danii, gdzie aż 52 proc. kobiet padło ofiarą przemocy fizycznej lub seksualnej.

W opublikowanym kilka miesięcy temu raporcie "Women in Work Index 2017", przygotowanym przez firmę doradczą PriceWaterhouseCoopers (PwC), zanalizowano sytuację kobiet na rynku pracy w 33 krajach OECD. Okazuje się, że nasz kraj w najnowszej edycji rankingu awansował o 3 pozycje i znalazł się na 9. miejscu. W porównaniu z ostatnim odczytem udało nam się bezpośrednio przeskoczyć nad Szwajcarię, Kanadę i Belgię.

W uzasadnieniu do raportu analitycy PwC napisali, że awans Polski jest związany z obniżającym się wśród kobiet bezrobociem oraz jedną z najmniejszych różnic pomiędzy wynagrodzeniami kobiet i mężczyzn zajmującymi takie same stanowiska. Wskaźnik tzw. pay gap (czyli procentowa różnica w osiąganych zarobkach między kobietami i mężczyznami) w naszym kraju wynosi obecnie 7 proc. Zupełnie odmiennie wygląda to w innych, wydawałoby się znacznie bardziej postępowych, krajach Europy. Współczynnik "pay gap" we Francji i Szwecji wynosi 15,2 proc., w Holandii - 16 proc., w Danii - 16,4 proc., w Hiszpanii - 19,3 proc., a w Niemczech aż 21,6 proc.!

Jakby tego było mało w rzekomo patriarchalnej Polsce odsetek kobiet wśród menedżerów jest jednym z najwyższych na świecie. Zgodnie z najnowszymi odczytami w naszym kraju współczynnik ten wynosi 40 proc. Tymczasem w "postępowej" Francja - 32 proc., w Niemczech - 30 proc., a w często nas pouczającym Luksemburgu zaledwie 18 proc.

Warto, aby powyższe dane przyswoiły sobie czarne feministki wykrzykujące na ulicach naszych miast o "piekle kobiet". Może część z nich ujęłaby się za kobietami na zachodzie Europy?

 

Źródło: Violence against women: an EU-wide survey (FRA.europa.eu) 
Źródło: Rynek pracy coraz przyjaźniejszy dla kobiet. Awans Polski w rankingu PwC Women in Work Index (pwc.pl)
Źródło: Polska z najniższą w UE różnicą w zarobkach kobiet i mężczyzn (Pb.pl)
Źródło: Piotr Wójcik (Twitter.com)

wpis z dnia 10/10/2017

  


   

     Popiełuszce odcięli język. Umierał w męczarniach. W III RP jego kaci otrzymywali po 4 tys. zł emerytury
wpis z dnia 9/10/2017

 

Ks. Jerzy Popiełuszko, zanim został zamordowany był najpierw bestialsko torturowany. Jego twarz był zmasakrowana. Esbecy odcięli mu nawet język. W III RP odpowiedzialni za jego śmierć funkcjonariusze aparatu terroru żyli, jak pączki w maśle. Adam Pietruszka, oskarżony o sprawstwo kierownicze w zabójstwie kapelana "Solidarności", dostawał emeryturę w wysokości 3,9 tys. zł. Jeszcze więcej, bo po 8 tys. zł miesięcznie, otrzymywał Władysław Ciastoń, oficjalnie oskarżony o podżeganie do tej zbrodni! Pod tym względem obcięcie ich emerytur do wysokości 2,1 tys., to i tak akt łaski.

W porwaniu i morderstwie ks. Jerzego Popiełuszki uczestniczyli bezpośrednio trzej oficerowie MSW: kpt. Grzegorz Piotrowski (naczelnik wydziału Departamentu IV), por. Leszek Pękala i por. Waldemar Chmielewski. Ich przełożonym był płk Adam Pietruszka. Ten ostatni w 1985 roku został skazany za tzw. sprawstwo kierownicze w zabójstwie Popiełuszki na karę 25 lat pozbawienia wolności. Kara wydawała się być wysoka jak na fakt, że proces odbywał się w PRL. To jednak tylko pozory...

W 1986 roku, w wyniku interwencji Czesława Kiszczaka, Pietruszce złagodzono karę - wyrok 25 lat poprzez zastosowanie częściowej amnestii zamieniono na 15 lat. W grudniu 1987 roku objęła go kolejna amnestia – karę złagodzono mu z 15 do 10 lat. Pietruszka ostatecznie wyszedł na wolność w 1995 roku - czyli już w III RP. I tu kolejna niespodzianka, pokazująca iż III RP została stworzona przede wszystkim dla wygody i bezpieczeństwa członków aparatu władzy PRL.

Pietruszka, po nabyciu praw do emerytury, zaczął bowiem otrzymywać od państwa uposażenie w wysokości 4,1 tys. zł miesięcznie! Jeszcze więcej, bo po 8 tys. zł miesięcznie, otrzymywał gen. Władysław Ciastoń, oficjalnie oskarżony o podżeganie do tej zbrodni.

Mordercy, kaci, oficerowie aparatu terroru żyli sobie w III RP jak pączki w maśle. W odróżnieniu od swoich ofiar otrzymywali wysokie emerytury, które - mimo popełnionych zbrodni - pozwalały im żyć na bardzo wysokim poziomie. A wszystko na koszt podatników, czyli nas wszystkich. Pod tym względem obniżka ich świadczeń emerytalnych do maksymalnie 2,1 tys. zł - co na polskie warunki jest nadal przyzwoitą sumą - to akt dużej łaski.

 

Źródło: Morderca księdza Jerzego Popiełuszki ma prawie 4 tys. emerytury. Jego mocodawcy jeszcze więcej (wPolityce.pl)
Źródło: Jerzy Popiełuszko (Wikipedia)

wpis z dnia 9/10/2017

   


  

     Dług publiczny Francji to blisko 100% PKB. UE dopuszcza 60%. Dlaczego KE nie stosuje sankcji? Junkcer: "Bo to Francja"
wpis z dnia 6/10/2017

 

Aktualne zadłużenie Francji wynosi ponad 2 bln 209 mln euro, co stanowi blisko 97 proc. PKB tego kraju. Dopuszczalny przez UE limit długu w relacji do PKB wynosi 60 proc. Co prawda Francja już w 2009 roku została objęta przez Brukselę procedurą nadmiernego deficytu, jednak Komisja Europejska nie specjalnie kwapi się do wyciągania wobec Paryża jakichkolwiek konsekwencji. Jean-Claude Juncker, pytany przez dziennikarzy dlaczego Komisja Europejska nie stosuje wobec Francji sankcji, odpowiedział wprost: "Bo to Francja".

Francja jest objęta procedurą nadmiernego deficytu już od 8 lat. Finanse publiczne tego kraju nieprzerwanie od 2009 roku przekraczają dopuszczalne normy. Zgodnie z unijnymi Paktem Stabilności i Wzrostu oraz Paktem Fiskalnym Bruksela mogłaby już dawno zastosować wobec Paryża odpowiednie sankcje i przymusić Francuzów do oszczędniejszego wydawania pieniędzy, by nie generować większego zadłużenia. Z jakiegoś powodu jednak tego nie robi. Dlaczego?

Odpowiedź na powyższe pytanie jest prosta - "Bo to Francja". Tak przynajmniej, na pytanie dziennikarza o to dlaczego Komisja Europejska pozwala Francji na łamanie unijnych zasad fiskalnych i nie stosuje wobec niej sankcji, odpowiedział przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.

Efekt tego "popuszczania" jest taki, że francuski dług publiczny wcale się nie zmniejsza. W przyszłym roku emisja długu (średnio- i długoterminowego) wyniesie 195 mld euro. W konsekwencji w 2019 r. dług - według rządowych projekcji - może zbliżyć się do poziomu 100 proc. francuskiego PKB.

Co ciekawe - kiedy na początku 2016 roku pojawiły się całkowicie szacunkowe informacje, o tym że deficyt sektora finansów publicznych w Polsce w 2017 roku może przekroczyć dopuszczalne normy (teraz wiemy, że to była bujda), eurokraci z Brukseli niemal od razu rzucili się, by pogrozić Warszawie. A przypomnijmy, że zrobili to tylko w oparciu o szacunki, i to zupełnie wyssane z palca. 

Teraz wyobraźmy sobie co by było, gdyby Polska zamiast długu na poziomie 54 proc. PKB miała dług na poziomie Francji (97 proc. PKB) i z hukiem wpadła w procedurę nadmiernego deficytu? Zakładam, że ryku i ujadania unijnych biurokratów nie byłoby końca. Wszak nie jesteśmy Francją, której wolno więcej ("bo to Francja"), tylko zwykłą Polską.

 

Źródło: Dług publiczny Francji może niedługo sięgnąć nawet 100 proc. PKB (Forsal.pl)
Źródło: EU gives budget leeway to France 'because it is France' - Juncker (Reuters.com)
Źródło: France General Government Debt (tradingeconomics.com)
Źródło: Jacek Saryusz Wolski (Twitter.com)

wpis z dnia 6/10/2017

  


 

     Polska szarpana na miliardy w zagranicznych arbitrażach. Wszystko przez postkolonialne umowy o "ochronie inwestycji"
wpis z dnia 5/10/2017

 

Mało znany fakt - nasz kraj jest obecnie stroną aż 11 postępowań arbitrażowych o wartości ponad 8 miliardów złotych. Na sądową batalię, której celem jest nakazanie Polsce wypłacenia gigantycznych odszkodowań za rzekome straty (lub brak zysków), decyduje się coraz większa grupa zagranicznych inwestorów. Ta naprawdę groźna dla budżetu naszego kraju sytuacja, to efekt funkcjonowania zawieranych na przełomie lat 80-tych i 90-tych bilateralnych umów o ochronie inwestycji (tzw. BiT), które w uprzywilejowanej sytuacji stawiają dziś przede wszystkim zagraniczne korporacje. 

Czym są BIT-y? Skrót wywodzi się z języka angielskiego od sformułowania Bilateral Investment Treaty. Oznacza on dwustronną, zawieraną między dwoma państwami, umowę międzynarodową o ochronie inwestycji. Przeważnie jedną stroną w takiej umowie jest państwo biedniejsze i gorzej rozwinięte, a drugą bogatsze i posiadające mnóstwo firm gotowych inwestować za granicą. Głównym zapisem w takich umowach jest zobowiązanie państwa biedniejszego do dopuszczenia rozpatrywania sporów przed specjalnym trybunałem arbitrażowym w przypadku, kiedy inwestorzy z państwa rozwiniętego uznają, iż rząd państwa biedniejszego swoimi działaniami narusza ich interesy (procedura ISDS).

Pod koniec lat 80-tych i na początku lat 90-tych Polska zawarła szereg BIT-ów z różnymi państwami (m.in. z USA, Kanadą, Wielką Brytanią, Francją, Luksemburgiem i większością państw EWG, które dzisiaj nazywane są "starą Unią"). O ile 25-30 lat temu takie umowy miały zachęcić zagranicznych inwestorów do lokowania w naszym kraju swojego kapitału (czyli sporej części przypadków uczestnictwa w procesie dzikiej prywatyzacji), o tyle dzisiaj uznawane są za bardzo niebezpieczne, bowiem stawiają zagraniczne firmy i korporacje w uprzywilejowanej pozycji w przypadku zaistnienia sporu z organami władzy publicznej. 

Warto odnotować, że nasz kraj już raz poważnie sparzył się na BIT. Holenderska grupy Eureko pozwała polski rząd przed trybunał arbitrażowy za to, że nie pozwolił im przejąć kontroli nad PZU. W efekcie musieliśmy wypłacić ok. 4,77 mld złotych odszkodowania (czytaj więcej na ten temat: TUTAJ).

Niestety, wiele wskazuje na to, że w najbliższym czasie wzrośnie liczba zagranicznych podmiotów wykorzystujących możliwości, jakie dają BiT-y. Biznesowe wydanie "Wyborczej" donosi, że na wojnę z państwem polskim w trybie ISDS decyduje się właśnie kilku inwestorów z sektora energetyki wiatrowej – z USA oraz Niemiec. Co najmniej dwie największe kancelarie międzynarodowe specjalizujące się w reprezentowaniu inwestorów w sporach z państwem polskim już otrzymały zlecenia na przygotowanie notyfikacji sporów, czyli dokumentów zawiadamiających o wszczęciu sporów arbitrażowych. Roszczenia opiewają na setki milionów złotych i stanowią potężne zagrożenie dla budżetu państwa.

Co istotne i warte odnotowania - rząd Beaty Szydło, tuż po zaprzysiężeniu, chciał wypowiadać umowy BiT. Informacje o tym zamiarze wychodziły jeszcze na początku 2016 roku z oficjalnych kanałów rządowych. W ciągu kolejnych miesięcy temat jednak przycichł, a rewolucyjne nastawienie rządu do walki z BiT-ami przygasło wraz z formalną likwidacją Ministerstwa Skarbu Państwa. Efekt jest taki, że po blisko 2 latach rządów PiS umowy BiT mają się nadal świetnie i wciąż generują dla naszego kraju gigantyczne ryzyka finansowe. Warto przy tym pamiętać, że nawet wygrane Polski w międzynarodowych arbitrażach wiążą się z poniesieniem dużych - liczonych w milionach złotych - kosztów, związanych z formalną obsługą prawną i instytucjonalną. Co zatem powoduje, że rząd Szydło szkodliwych BiT-ów wciąż nie wypowiada?

 

Źródło: Polska będzie pozwana na setki milionów złotych. Inwestorzy zagraniczni szykują arbitraże (Wyborcza.pl)
Źródło: Analiza umów o wzajemnym popieraniu inwestycji (MSP.gov.pl)

wpis z dnia 5/10/2017

   


  

     Miała być szybka rozprawa z lichwiarskimi opłatami bankowymi. Okazało się, że ustawa "utknęła" gdzieś w ministerstwie
wpis z dnia 4/10/2017

 

Pożycz bankowi 100 zł, a po roku dostaniesz 101. Gdy jednak bank pożyczy 100 zł tobie, po roku musisz mu oddać 130. Jeszcze gorzej, gdy decydujesz się pożyczać pieniądze w tzw. firmach pożyczkowych. Tam za każde pożyczone tobie 100 zł, po roku musisz oddać 160, 170, a nie raz nawet 200 zł! Rozwiązaniem tej finansowej patologii miała być zapowiadana jeszcze w ubiegłym roku nowa ustawa antylichwiarska. Wszystko wskazuje jednak na to, że pożyczkowi lobbyści na stałe zalęgli się w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości. Prace nad ustawą zostały bowiem z niejasnych powodów wstrzymane.

Zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem banki oraz instytucje pożyczające pieniądze nie mogą wobec swoich klientów stosować oprocentowania kredytów i pożyczek wyższego niż oprocentowanie maksymalne, które jest regulowane ustawą i obecnie wynosi 10 proc. To stosunkowo niewielka wartość, która chroni pożyczkobiorców przed nadmiernymi kosztami odsetkowymi. Tyle w teorii. W praktyce banki i firmy pożyczkowe zaczęły obchodzić te ograniczenia poprzez stosowanie bardzo wysokich opłat manipulacyjnych i prowizyjnych, które nie podlegały pod rygor kosztów odsetkowych.

W efekcie wskaźnik RRSO, czyli rzeczywista roczna stopa oprocentowania (rozumiana jako suma odsetek, ale również prowizji i opłat stosowanych przez pożyczkodawcę, wyrażona jako wartość procentowa całkowitej kwoty kredytu w stosunku rocznym), w przypadku kredytów udzielanych przez banki może urosnąć do 25-35 proc., natomiast w przypadku "chwilówek" udzielanych przez firmy pożyczkowe wybija do poziomu 500, 600, a nieraz nawet 1000 proc.!

Rozwiązaniem miał być zaprezentowany w grudniu 2016 roku projekt nowej ustawy antylichwiarskiej. Resort Zbigniewa Ziobry proponował wówczas, aby pozaodsetkowe koszty ograniczyć do zaledwie 10 proc. kwoty kredytu (plus 10 proc. za każdy rok trwania umowy).

Banki oraz firmy pożyczkowe wpadły w panikę. Do projektu ustawy zgłosiły mnóstwo uwag (na stronach Rządowego Centrum Legislacji pojawiło się aż 27 stanowisk i 7 opinii do proponowanych przez rząd zmian). Próba ucywilizowania kwestii kosztów pozaodsetkowych spowodowała uruchomienie wielu lobbystów, którzy mając dojścia do polityków zaczęli u nich forsować opcję na wstrzymanie się przed wprowadzeniem zmian w prawie. Wszak potencjalnie chodzi o setki milionów złotych zysku banków i firm pożyczkowych. 

Efekt jest taki, że dziś nikt nie wie co się z nową ustawą antylichwiarską dzieje. Dziennik "Rzeczpospolita" próbował ustalić w Ministerstwie Sprawiedliwości jak wygląda postęp prac nad nowym projektem. Bezskutecznie. Ani resort Ziobry, ani Sejm nie odpowiedziały na pytania dziennikarzy. Szkoda, bo tutaj mogliśmy mówić o realnej reformie.

 

Źródło: Gotówkowe kredyty jeszcze bez zmian (Rp.pl)
Źródło: Co dalej z ustawą antylichwiarską (ZW.com.pl)

wpis z dnia 4/10/2017

   


  

     Mało znany fakt: Gdy Orlen przejął Możejki, Litwini rozebrali 19-kilometrowy odcinek torów łączący rafinerię z Łotwą
wpis z dnia 3/10/2017

 

Tuż po tym jak polski Orlen przejął rafinerię w Możejkach, kontrolowana przez litewski rząd spółka kolejowa Lietuvos Geleżinkeliai podjęła decyzję o rozebraniu 19-kilometrowego odcinka torów między Możejkami a Łotwą. W wyniku tej decyzji Możejki utraciły najbardziej rentowny szlak eksportowy dla swoich towarów i zostały zmuszone do korzystania z dłuższego odcinka litewskich kolei prowadzących do portu w Kłajpedzie. Strona polska jeszcze w 2008 r. wniosła w tej sprawie skargę do Komisji Europejskiej. Ta dopiero wczoraj ukarała Litwinów grzywną w wysokości 28 mln euro.

Orlen Lietuva to obecnie jedna z bardziej dochodowych spółek zagranicznych kontrolowanych przez polski Orlen. W ubiegłym roku, ta działająca na terytorium Litwy spółka, wypracowała 238 mln dolarów zysku na czysto. Była też największym płatnikiem podatków u naszego północno-wschodniego sąsiada. Niestety współpraca i biznesowa współegzystencja nie zawsze układały się idealnie.

Przypomnijmy - W 2006 r. PKN Orlen kupił za 1,49 mld dolarów od rosyjskiego Jukosu 53,7 proc. akcji litewskiej spółki Mażeikiu Nafta, zarządzającej rafinerią w Możejkach, a następnie na mocy umowy z rządem Litwy za ponad 852 mln dolarów nabył kolejne 30,66 proc. udziałów.

Niedługo po tym (w 2008 roku) kontrolowana przez litewskie państwo spółka kolejowa Lietuvos Geleżinkeliai (LG) podjęła decyzję o rozebraniu 19-kilometrowego odcinka torów między Możejkami a Łotwą. W wyniku realizacji tej decyzji Możejki utraciły najbardziej rentowny szlak eksportowy dla swoich towarów i zostały zmuszone do korzystania z dłuższego odcinka litewskich kolei prowadzących do portu w Kłajpedzie, a to realnie wpłynęło na koszty transportu wyrobów paliwowych produkowanych w Możejkach.

W 2008 roku Polacy skierowali w tej sprawie skargę do Komisji Europejskiej. Pięć lat później (2013 rok) Komisja zdecydowała się wszcząć przeciwko spółce Lietuvos Geleżinkeliai postępowanie. W efekcie powyższego wczoraj Komisja Europejska nałożyła na litewską spółkę kolejową grzywnę w wysokości 28 mln euro. Przedstawiciele Brukseli uznali bowiem, że decyzja Litwinów o rozebraniu 19-kilometrowego odcinka torów z Możejek do granicy z Łotwą, tuż po tym jak właścicielem rafinerii w Możejkach został Orlen, była dyktowana chęcią utrudnienia Polakom prowadzenia biznesu na Litwie.

 

Źródło: Minister transportu Litwy: nie godzimy się na karę za rozebranie torów z Możejek (Stooq.pl)

wpis z dnia 3/10/2017

   


  

     Zarabiamy mniej, pracujemy więcej. Do tego wciskają nam gorsze produkty w tej samej cenie. Oto prawdziwa UE dwóch prędkości
wpis z dnia 2/10/2017

 

Oficjalne dane publikowane przez Eurostat i OECD nie zostawiają wątpliwości - godzinowy koszt pracy w Polsce to 8,40 euro. Dla porównania w Niemczech wynosi on 33,40 euro. Tygodniowo statystyczny Polak spędza w pracy 37 godzin. Statystyczny Niemiec jedynie 26 godzin. Jakby tego było mało Niemcy (ale i inne nacje również) bardzo często wciskają na nasz rynek produkty o gorszych właściwościach i jakości żądając za nie zapłaty według zachodnioeuropejskiej stawki. Unia dwóch prędkości trwa od dawna. Czas najwyższy zacząć z nią realnie walczyć.

Pojęcie "unii dwóch prędkości" pojawiło się w ubiegłym roku w kontekście idei stworzenia unijnego "jądra" i oddzielenia go od reszty "peryferiów", które do ścisłego politycznego "jądra" z jakiś powodów nie chcą należeć. Wspomniane "jądro" miało by się integrować w duchu wartości wyznaczanych przez Brukselę. Peryferia, czy też "Unia drugiej prędkości", miałyby niejako pozostać w tyle - w dorozumieniu - być na stałe tą Unią "gorszą", nie rozumiejącą idei jeszcze ściślejszej integracji pod wodzą brukselskich eurokratów.

O ile wskazane powyżej pomysły nadal są tylko pomysłami, do których realizacji nikt jeszcze nie odważył się przystąpić, to sama idea "Unii dwóch prędkości" ma się dobrze. Tylko nie pod kątem politycznym lecz ekonomiczno-gospodarczym. 

Zgodnie z oficjalnymi statystykami Eurostatu uśredniony godzinowy koszt pracy (w skład którego wchodzą obciążenia publiczno-prawne oraz wynagrodzenie pracownika) w całej UE w IV kwartale 2016 r. wynosił 25 euro. Były oczywiście państwa gdzie ten koszt był dużo wyższy. Dla przykładu w Niemczech wynosił on 33,40 euro na godzinę, we Francji - 36,30 euro na godzinę, a w Danii 43,40 euro na godzinę. Niestety, były też i państwa gdzie godzinowy koszt pracy był kilkukrotnie niższy. Dla przykładu - w Polsce wyniósł on 8,40 euro, na Litwie - 7,50 euro, a w Bułgarii jedynie 4,40 euro na godzinę.

Unię "dwóch prędkości" można również dostrzec na statystykach OECD dotyczących tygodniowej liczby godzin poświęcanych w pracy. W Niemczech statystyczny pracownik spędza w pracy 26 godzin tygodniowo. W Holandii - 27, a we Francji - 28. W Unii "drugiej prędkości" znajdują się takie państwa jak Litwa, Estonia, Łotwa czy Polska, gdzie statystyczny pracownik na pracę w musi poświęcić 36 - 37 godzin tygodniowo. 

O tym, że zachodni producenci wciskają często na nasz rynek produkty o gorszej jakości i właściwościach nawet nie będę się specjalnie rozpisywał. Wystarczy, że tylko wspomnimy, iż dla Komisji Europejskiej tzw. spożywczy rasizm, czyli podwójne standardy w zakresie jakości sprzedawanej żywności, jest nadal tylko "rzekomym problemem". 

Wyzwaniem dla brukselskich elit nie powinno być tworzenie politycznej "unii dwóch prędkości", lecz stałe i konsekwentne niwelowanie różnic ekonomicznych i gospodarczych, które w istocie są prawdziwą przyczyną tarć i konfliktów wewnątrz wspólnotowej rodziny.

 

Źródło: Comparison of 2016 labour costs between EU countries (DeStatis.de)
Źródło: Average annual hours actually worked per worker (OECD.org)
Źródło: Central Europe resents double EU food standard (Politico.eu)

wpis z dnia 2/10/2017