Blog niewygodne.info.pl stosuje pliki cookies. 

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. 

Jeśli nie wyrażają Państwo zgody, uprzejmie prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Archiwum: Sierpień 2017

 

     Za Tuska Polska miała ujemny bilans handlowy (-67,1 mld euro). Kiedy wyjechał z Polski bilans skoczył do +5,6 mld euro
wpis z dnia 31/08/2017

 

Bilans obrotów handlowych to prosty wskaźnik pokazujący jak gospodarka danego kraju radzi sobie w realiach handlu międzynarodowego. Saldo tego bilansu jest dodatnie (wartość pożądana), gdy wartość towarów eksportowanych przewyższa wartość towarów importowanych z zagranicy. W okresie, kiedy krajem rządził Donald Tusk, nasz bilans handlowy był skrajnie niekorzystny. Jego skumulowana wartość za lata 2008-2014 wyniosła -67,1 mld euro. Co się zatem takiego wydarzyło, że saldo tego bilansu po odejściu Tuska do Brukseli (2015-17) nagle stało się dodatnie (+5,6 mld euro)?

Oficjalne dane na temat bilansu handlowego Polski, jakie co kwartał publikuje NBP, nie pozostawiają wątpliwości. W okresie rządów PO-PSL gospodarka naszego kraju była przede wszystkim nastawiona na import dóbr towarowych, co tylko pogłębiało proces drenażu kapitałowego. Sytuacja zmieniła się "in plus" dopiero w 2015 roku i została podtrzymana w dwóch kolejnych latach. Poniżej prezentuję dane w zakresie salda bilansu handlowego Polski za konkretne lata, jakie można znaleźć na stronie NBP: 

 

2008 rok: -23,48 mld euro
2009 rok: -7,70 mld euro
2010 rok: -10,94 mld euro
2011 rok: -13,29 mld euro
2012 rok: -8,13 mld euro
2013 rok: -0,34 mld euro
2014 rok: -3,25 mld euro
2015 rok: +2,21 mld euro
2016 rok: +1,95 mld euro
2017 rok: +1,50 mld euro*

*szacunek na podstawie danych Min. Finansów

 

Co się takiego wydarzyło, że saldo bilansu handlowego po odejściu Donalda Tuska do Brukseli nagle stało się dodatnie? W grę wchodzą przede wszystkim dwa czynniki. Po pierwsze - polska gospodarka produkuje coraz więcej dóbr przeznaczonych na eksport. Z "biorcy" w międzynarodowej wymianie handlowej (przewaga importu), stopniowo przekształcamy się w "dawcę" (eksportera). Oczywiście ma to bezpośrednie przełożenie na saldo wymiany handlowej, jak i ograniczenie skali drenażu kapitałowego (więcej pieniędzy wpływa do Polski, aniżeli z niej wypływa).

Drugim czynnikiem, który powinien być uwzględniany, jest... osłabienie się polskiej złotówki względem walut naszych największych partnerów handlowych. Paradoksalnie nasi eksporterzy (których jest coraz więcej) są w stanie zarobić znacznie większe pieniądze (w przeliczeniu na złotówki), jeśli euro czy dolar są droższe.

Niemniej ten drugi czynnik ma charakter raczej posiłkowy, bowiem za Tuska euro (tj. główna waluta przeliczeniowa dla naszych eksporterów) kosztowało ponad 4,50 zł, a mimo to saldo bilansu handlowego i tak było ujemne.

Fakty są następujące - Donald Tusk odjechał do Brukseli, to i bilans handlowy naszego kraju się znacznie poprawił. Aby była jasność - o ile rzeczywisty wpływ decyzji byłego premiera Polski na saldo tego bilansu był oczywiście symboliczny (o ile nie żaden), to prowadzona przez niego (oraz jego rząd) polityka z lat 2008 - 2014 taki wpływ mogła już realnie odcisnąć. Oby tylko wraz z powrotem Tuska do Polski, saldo bilansu handlowego znowu nie stało się ujemne...

 

Źródło: MR podtrzymuje prognozę nadwyżki handlowej w '17 na poziomie 1,5 mld EUR (Stooq.pl)
Źródło: Bilans płatniczy NBP (NBP.pl)

wpis z dnia 31/08/2017

       



           

     Polska - Rosja 0:7, czyli jak ekipa Tuska dobrowolnie umorzyła Gazpromowi ponad miliard złotych długu
wpis z dnia 30/08/2017

 

Jesienią 2009 roku Sąd Arbitrażowy w Moskwie nakazał Gazpromowi zwrócenie spółce współkontrolowanej przez polski rząd zaległego długu w wysokości 1,2 mld zł. Kwota ta wynikała z nieregulowanych od 2006 roku rachunków za transfer gazu przez Polskę na zachód Europy. Ekipa Tuska i Pawlaka podejmuje jednak zaskakującą decyzję. Na początku 2010 r. w niejasnych okolicznościach godzi się anulować Gazpromowi cały dług! Jakby tego było mało dąży do podpisania nowej, skrajnie niekorzystnej umowy gazowej, która miałaby trwać aż do 2037 roku! Tak oto "dbano" o polskie interesy...

Dlaczego Sąd Arbitrażowy w Moskwie wydał wyrok nakazujący Gazpromowi wypłacić EuRoPol Gazowi (spółce współkontrolowanej przez polski rząd) kwotę o równowartości 1,2 mld zł? Otóż w 2006 roku zarząd Gazpromu arbitralnie uznał, iż opłaty za tranzyt rosyjskiego gazu przez Polskę są zbyt wysokie. Rosjanie zakwestionowali polskie przepisy, które wymagają, aby w taryfach za transport gazu uwzględnić niewielką dopłatę zależną od wartości majątku firmy (im większy majątek Gazpromu, tym więcej musiał płacić za transfer gazu przez Polskę). Oczywiście Sąd Arbitrażowy w takich okolicznościach nie mógł postąpić inaczej i przyznał rację polskiej spółce. Wyrok jednoznacznie wskazywał, iż Gazprom musi oddać EuRoPol Gazowi kwotę o równowartości 1,2 mld zł.

Wyrok sądu arbitrażowego zbiegł się z rozpoczęciem przez rząd Tuska negocjacji z Rosjanami na temat warunków nowej umowy gazowej, która regulowałaby zasady dostarczania do Polski błękitnego paliwa na kolejne lata. Gazprom postawił warunek: zawrzemy z wami nową umowę, ale wy umorzycie nam 1,2 mld zł długu (doniesienia medialne sugerowały, iż Rosjanie byli skłonni obniżyć cenę gazu dla Polski o 1 proc. jeśli wspomniany dług zostanie anulowany). 

Zarówno premier Donald Tusk, jak i ówczesny minister skarbu Aleksander Grad wyrazili aprobatę dla tego pomysłu. Zupełnie odmiennego zdania był prezes EuRoPol Gazu S.A. - Michał Kwiatkowski, który miał powiedzieć, że dopóki pełni funkcję prezesa, nie podpisze dokumentu anulującego dług Gazpromu. Jego stanowisko poparł Jerzy Tabaka - członek zarządu spółki. Kwiatkowski wysłał nawet do ministra Grada list, w którym stwierdził, że umorzenie długu będzie stanowić złamanie polskiego prawa. Grad na list nie odpisał. 

11 grudnia 2009 r. przeciwko podpisaniu nowej umowy gazowej na rosyjskich warunkach przewidujących umorzenie 1,2 mld zł długu, opowiedział się ówczesny szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Aleksander Szczygło. 14 grudnia 2009 r. Kancelaria Prezydenta oficjalnie poinformowała, że jest przeciwna nowej umowie gazowej z Rosją (...).

 

Czytaj więcej: T U T A J

   


  

     Tortury dla migrantów, którzy zgwałcili Polkę? To może i tortury dla polskiego pijaka, który TIR-em zabił 7-osobową rodzinę?
wpis z dnia 29/08/2017

 

Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki wyraził opinię, iż dla sprawców brutalnego gwałtu na Polce w Rimini przywróciłby tortury i karę śmierci. Po pierwsze - wysoki urzędnik państwowy powinien jednak nieco tonować swój przekaz. Nasza cywilizacja tym różni się od cywilizacji islamu, że tortury w majestacie prawa zostały definitywnie zakazane. Po drugie - skoro jednak mielibyśmy powrócić do tortur, to czy nie powinniśmy zacząć od polskiego kierowcy TIR-a, który po pijaku na brytyjskiej autostradzie zabił 7-osobową rodzinę?

To zupełnie naturalne, że w przypadku zbrodni takich jak ta z włoskiego Rimini, gdzie Polka została wielokrotnie zgwałcona przez nielegalnych migrantów z Afryki, pojawiają się gigantyczne emocje. Nic jednak nie usprawiedliwia wysokiego urzędnika państwowego w randze wiceministra sprawiedliwości, aby w kontekście tej ohydnej zbrodni twierdzić, że przywróciłby tortury. 
Zupełnie inaczej traktowałbym słowa ministra Jakiego, gdyby wypowiedział je w trakcie prywatnej rozmowie. Jak każdy Kowalski ma do tego pełne prawo. Czym innym jest jednak prywatna opinia, a czym innym komunikat wysyłany przez państwowego urzędnika wysokiego szczebla. Szczególnie, że nie wpada on w próżnie i nigdy nie wiadomo w jakich okolicznościach będzie mógł być wykorzystany (nawet wbrew intencjom jego autora). 

Po drugie - nasza cywilizacja tym różni się od cywilizacji, gdzie dominującą rolę odgrywa islam, że tortury wykonywane w majestacie prawa zostały definitywnie zakazane. Sprawianie bólu i cierpienia - nawet w sytuacjach moralnie to usprawiedliwiających - zostało oficjalnie wyłączone z naszego porządku prawnego. I tego się trzymajmy. Jakkolwiek to nie zabrzmi - traktujmy to jako swego rodzaju cywilizacyjne osiągniecie, które odróżnia nas od innych, bardziej zacofanych kręgów kulturowych współczesnego świata. W tym kontekście sugestie członka rządu, iż przywróciłby metody właściwe dla średniowiecza i krajów islamu, traktować można jako zupełnie chybione.

Po trzecie - jeśli już na poważnie mamy rozpatrywać kwestię powrotu do tortur, jako kar w przypadku zupełnie bezsensownych zbrodni, to czy przypadkiem nie zasłużył na nie polski kierowca TIR-a, który jadąc po pijaku spowodował na brytyjskiej autostradzie wypadek, w którym zginęło 8 osób (w tym 7-osobowa rodzina)?! Wszak spoglądając na sprawę z punktu widzenia niesamowitej skali cierpienia ofiar tego zdarzenia oraz tego, co obecnie czują ich rodziny, fakt iż Polak spowodował ten wypadek dlatego, że był pod wpływem alkoholu i zamiast skupić się na drodze bawił się swoim telefonem komórkowym, powinien wystarczyć do tego, aby poczuł na własnej skórze dodatkowy ból spowodowany torturami. Czyż nie mam racji? Pojawia się jednak pytanie - kto o dodatkowej karze w postaci tortur miałby decydować? Sędziowie? Specjalne komitety? Ławy przysięgłych? Wbrew pozorom, to wcale nie jest taka oczywista sprawa. Tym bardziej, gdy tortury miałby powodować np. trwałe kalectwo danego człowieka.

wpis z dnia 29/08/2017

   


  

     Kto przekazał kulczykowej spółce 895 mln zł i ile podobnych klauzul kryją inne tajne umowy autostradowe?
wpis z dnia 28/08/2017

 

Założona przez Jana Kulczyka spółka Autostrada Wielkopolska SA, która zarządza płatnymi odcinkami autostrady A2, będzie musiała zwrócić polskiemu państwu 895 mln zł (+ odsetki). Aby było śmieszniej decyzję zmuszającą tego prywatnego zarządcę do zwrotu tak gigantycznej kwoty podjęła... Komisja Europejska! Brukselscy urzędnicy dostrzegli bowiem, że rząd SLD w 2005 r. bezzasadnie obdarował w ramach rekompensat kulczykową spółkę kwotą blisko miliarda złotych, przez co doszło do istotnego naruszenia konkurencji, a wypłata miała charakter niedozwolonej pomocy publicznej.

Zgodnie z podjętą w ostatni piątek przez Komisję Europejską decyzją spółka Autostrada Wielkopolska SA musi zwrócić polskiemu państwu 895 mln zł (+ odsetki). Chodzi o rekompensatę za zmiany w prawie, jakie miały miejsce w 2005 roku. Podjęto wówczas decyzję, aby samochody ciężarowe nie były podwójnie obarczane opłatami za korzystanie z autostrad - pierwszy raz winietą (czyli opłatą ryczałtową), a drugi raz na autostradowej bramce poboru opłat. W wyniku zmiany przepisów (dostosowania ich do wymogów UE) zostały zwolnione z opłat autostradowych. 

Latem 2005 roku, w związku ze zmianą prawa, ówczesny rząd SLD-UP (premierem był Marek Belka) podjął decyzję, aby prywatnym zarządcom autostrad zacząć wypłacać rekompensaty z uwagi na zmniejszone przychody. Problem w tym, że wysokość rekompensat w przypadku autostrady A2 ustalono na podstawie nieaktualnych (lecz dzięki temu o wiele korzystniejszych dla spółki Kulczyka) danych z 1999 roku, a nie 2004 roku. 

Rekompensata dotyczyła okresu od 1 września 2005 r. do 30 czerwca 2011 r. i wyniosła łącznie gigantyczną kwotę 895 mln zł. W dniu 30 czerwca 2011 r. Polska wprowadziła elektroniczny system poboru opłat "viaTOLL", który zastąpił winiety. Ponieważ systemem tym objęte są tylko wybrane drogi, a nie cała sieć dróg w Polsce [jak w przypadku winiet], nie istnieje ryzyko podwójnego naliczania w przypadku autostrad [gdzie system viaTOLL nie funkcjonuje], co spowodowało, że powód wypłacania rekompensat przestał istnieć.

Sprawa wypłaty zbyt wysokich rekompensat pojawiła się po raz pierwszy w 2010 r. Wówczas to kontrolerzy Najwyższej Izby Kontroli (NIK) w swoim raporcie stwierdzili, że rząd wypłacił prywatnym operatorom autostrad zbyt wysokie rekompensaty. Raport NIK potwierdził, że rekompensaty obliczono na podstawie starych prognoz ruchu i dochodów (z 1999 roku), co w efekcie przyczyniło się do ich zawyżenia.

Na tej podstawie rząd PO-PSL wystąpił do spółki Kulczyka o zwrot części wypłaconych rekompensat. Spółka Autostrada Wielkopolska jednak odmówiła. W 2012 r. polski rząd powiadomił o sprawie Komisję Europejską, która w 2014 r. wszczęła postępowania. W ostatni piątek, po trzech latach postępowania, Komisja wydała decyzję zgodnie z którą założona przez Jana Kulczyka spółka będzie musiała zwrócić państwu polskiemu kwotę 895 mln zł (+ odsetki).

W oficjalnym komunikacie do decyzji brukselscy urzędnicy napisali: "Szczegółowe dochodzenie Komisji rozpoczęte w czerwcu 2014 r. potwierdziło, że AW SA miała prawo do otrzymania rekompensaty w ramach umowy koncesyjnej z Polską w celu przywrócenia oczekiwanej sytuacji finansowej sprzed zmiany polskich przepisów w 2005 r. Jednakże w dochodzeniu Komisji potwierdzono, że władze polskie oparły się na nieaktualnych danych z 1999 r. Doprowadziło to do zawyżenia spodziewanych przychodów AW SA z opłat za przejazd pojazdów ciężarowych w przypadku braku zmian legislacyjnych. (...) Rekompensata faktycznie wypłacona na rzecz AW SA przekraczała bezpośrednie skutki zmiany legislacyjnej i doprowadziła do poprawy spodziewanej sytuacji finansowej spółki. AW SA musi teraz zwrócić państwu polskiemu 895 mln zł (około 200 mln euro) plus odsetki".

W kontekście tej sprawy warto przypomnieć, że umowy koncesyjne dotyczące budowy i zarządzania płatnych autostrad w Polsce są tajne. Żadne normalny człowiek nie ma prawa się dowiedzieć, jaka część jego podatków idzie na utrzymanie spółek takich, jak Autostrada Wielkopolska SA, Gdańsk Transport Company S.A. (zarządza płatną częścią autostrady A1) oraz Stalexport Autostrada Małopolska S.A. (zarządca płatnego odcinka autostrada A4). Jak to się ma do zasady, iż wszystkie wydatki z publicznej kasy (o ile nie dotyczą zupełnie tajnych kwestii związanych z bezpieczeństwem narodowym) powinny być jak najbardziej transparentne, a informacje o nich dostępne dla wszystkich zainteresowanych?

 

Źródło: Nienależna pomoc do zwrotu (EC.Europa.eu)
Źródło: KE: spółka Autostrada Wielkopolska musi zwrócić Polsce 895 mln zł (Stooq.pl)
Źródło: Rząd utajnia, ile trzeba dopłacać do prywatnych autostrad (Wyborcza.pl)

wpis z dnia 28/08/2017

  


 

     Cała strefa euro miała w ub.r. 267,4 mld euro nadwyżki handlowej. Na Niemcy przypadło 95 proc. tej kwoty! Komu służy euro?
wpis z dnia 25/08/2017

 

Fakty są następujące - gospodarka Niemiec opiera się przede wszystkim na eksporcie. Aby był on opłacalny waluta, za pomocą której dokonywane są transakcje, nie może być zbyt silna. Szczególnie względem walut obowiązujących u największych partnerów handlowych. Niemieccy stratedzy finansowi doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Dlatego już od lat 90-tych robili dosłownie wszystko, aby na terenie EWG (a później UE) wprowadzić jednolitą walutę, która uratowałaby niemiecką gospodarkę przed utratą konkurencyjności. W ten sposób powstało euro. 

Dlaczego Niemcy tak chętnie zrezygnowali ze swojej marki? Odpowiedź jest niezwykle prosta - zrobili to dla... pieniędzy! Gospodarka naszego zachodniego sąsiada jest największą, a zarazem najbardziej stabilną gospodarką całej Europy. Dodatkowo jej siła wynika w głównej mierze z eksportu produkowanych na terytorium Niemiec dóbr i usług. Funkcjonowanie w takich okolicznościach własnej waluty niesie ze sobą poważne ryzyko. Im niemiecka gospodarka byłaby silniejszą, tym automatycznie silniejsza byłaby niemiecka marka. A taka konfiguracja jest najgorsza dla zysków wynikających z eksportu.

Aby eksport był rzeczywiście opłacalny waluta, za pomocą której dokonywane są transakcje powinna być relatywnie słaba. Szczególnie względem walut obowiązujących u największych partnerów handlowych danego kraju. Gdyby dzisiaj w Niemczech obowiązywała marka (DM), to nasz sąsiad podzieliłby los Szwajcarii, której gospodarka utraciła sporą część swojej konkurencyjności poprzez zbyt silną wartość franka szwajcarskiego. Eksport do innych państw przestał być na tyle zyskowny jak kiedyś, a import dóbr i usług jest niezwykle kosztowny. 

Niemieccy stratedzy finansowi doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Dlatego już od lat 90-tych robili dosłownie wszystko, aby na terenie EWG (a później UE) wprowadzić jednolitą walutę. Plan ten został zrealizowany w 100 proc. Dzięki funkcjonowaniu euro w ubiegłym roku naszym zachodnim sąsiadom udało się wygenerować rekordową nadwyżkę handlową w wysokości niemal 253 mld euro. Warto w tym kontekście wiedzieć, że cała strefa euro w tym czasie miała 267,4 mld euro. To oznacza, że tylko na niemiecką gospodarkę przypadło prawie 95 proc. tej kwoty!

W kontekście powyższego nie powinno nas dziwić to, że niemieccy politycy zachęcają państwa UE, które jeszcze w strefie euro się nie znajdują, do tego aby jak najszybciej przyjęły wspólną walutę. Najzwyczajniej w świecie jest to bowiem w interesie naszego zachodniego sąsiada, którego politycy w wejściu do strefy euro Polski, Węgier, Rumunii czy Bułgarii upatrują szansę na zwiększenie konkurencyjności własnej gospodarki.

 

Źródło: Bruksela krytykuje Berlin: Taki bilans handlu zagranicznego Niemiec zagraża strefie euro (Dziennik.pl)
Źródło: To wszystko wina Niemiec. Korzenie europejskich problemów są w Berlinie (Forsal.pl)
Źródło: Euro-Area - Balance of trade (tradingeconomics.com)

wpis z dnia 25/08/2017

      


 

     Mafia paliwowa wciąż traci miliardy złotych! Legalna sprzedaż paliw w I poł. 2017 r. wzrosła o 14 proc. r/r!
wpis z dnia 24/08/2017

 

Zgodnie z oficjalnymi informacjami Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego (POPiHN) sprzedaż paliw w I połowie 2017 r. wzrosła o 14 proc. w porównaniu z analogicznym okresem roku 2016. W praktyce oznacza to, że w obrocie legalnym sprzedano o ok. 2 mln m3 paliwa więcej. Wartość tego wzrostu szacowana jest na ok. 8 mld zł. Te dodatkowe miliardy nie wzięły się znikąd. One zostały zabrane mafii paliwowej, która dziś zrobi wszystko, aby było tak, jak było...

Przypomnijmy - w sierpniu ubiegłego roku wszedł w życie tzw. pakiet paliwowy, czyli nowelizacja prawa eliminująca szereg luk w przepisach VAT, akcyzowych i koncesyjnych (zmiany dotyczyły ustawy o VAT, akcyzie, ordynacji podatkowej i prawa energetycznego z zakresu koncesji). Luki te przynosiły przestępcom wielomiliardowe zyski, a jednocześnie powodowały gigantyczne straty po stronie Skarbu Państwa.

O tym, że straty były wielomiliardowe świadczą najlepiej oficjalne statystyki Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego (POPiHN) na temat wzrost sprzedaży legalnych paliw w Polsce w okresie po wprowadzeniu w życie wspomnianego pakietu paliwowego. Okazuje się, że w I połowie 2017 r. odnotowano aż 14 procentowy wzrost sprzedaży paliw na stacjach benzynowych. Wzrost ten odpowiada około 2 mln m3 paliw, o szacunkowej wartości rynkowej ok. 8 mld złotych. W porównaniu do danych z I półrocza roku 2015 wzrost był jeszcze większy - w sposób legalny sprzedano o 2,73 mln m3 paliw więcej (o rynkowej wartości blisko 11 mld zł). 

Przestępcy z mafii paliwowej (często wiązani z byłymi funkcjonariuszami PRL-owskich służb specjalnych), którzy jeszcze do połowy ubiegłego roku na masową skalę handlowali przemyconym paliwem, oszukiwali i wyłudzali od państwa zwroty podatku VAT, zostali zmuszeni do zaprzestania tego procederu. Miliardy złotych (dosłownie) zamiast płynąć do ich kieszeni, zaczęły zasilać budżety kontrolowanych przez państwo rafinerii. Dzięki wzrostowi wartości legalnego handlu automatycznie wzrosły również dochody budżetu państwa (z tytułu podatku VAT, akcyzowego oraz tzw. opłaty paliwowej).

I właśnie z tego powodu nie zdziwiłbym się, gdyby członkowie mafii używali wszelkich sposobów (zarówno tych legalnych, jak i nielegalnych), aby znów było tak, jak było. Mam nadzieję, że ich dążenia nigdy się nie zrealizują, a rządzący nami politycy (niezależnie z której opcji) nie dadzą się przekupić / przelobbować w tym zakresie.

 

Źródło: POPiHN: Konsumpcja paliw w Polsce wzrosła o 14% r: r w I poł. 2017 r. (Forsal.pl)

wpis z dnia 24/08/2017

   


  

     OFE bezpowrotnie przemieliły miliardy zł naszych oszczędności na "opłaty dystrybucyjne". Rządzący dali im na to zgodę
wpis z dnia 23/08/2017

 

Ta nieco już zapomniana sprawa dobitnie pokazuje, że nasz kraj był traktowany jako dostarczyciel kapitału dla zagranicznych podmiotów finansowych. Autorzy ustawy, która w 1999 roku wprowadziła obowiązek przekazywania pieniędzy Polaków do prywatnych OFE, dziwnym trafem zapomnieli uregulować kwestię wysokości naliczanych przez OFE opłat i prowizji. Efekt tego był taki, że otwarte fundusze za sam tylko fakt przyjęcia przelewu części naszych pieniędzy z ZUS, wyprowadziły z polskiego systemu emerytalnego co najmniej 10 miliardów złotych!

Politycy, którzy decydowali o przyjęciu ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych (na podstawie której w 1999 roku zaczęły funkcjonować przymusowe Otwarte Fundusze Emerytalne) z niewiadomych do dziś przyczyn ustalili, że zarządzający OFE będą mogli "na legalu" wyprowadzić z polskiego systemu emerytalnego wiele miliardów złotych. Mechanizm tego procederu był niezwykle prosty. Zamiast uregulować w ustawie, że wynagrodzenie dla OFE będzie przysługiwało wtedy i tylko wtedy, gdy będą one przynosić zyski (jako odpowiedni procent zysków wygenerowanych na podstawie naszego kapitału), politycy zdecydowali, że OFE będą mogły pobierać dla siebie wynagrodzenie już "na starcie", pod postacią "opłaty dystrybucyjnej", kiedy nasze pieniądze z systemu ZUS będą przekazywane przelewem na konta otwartych funduszy. Innymi słowy - ustawowo zdecydowano, że zarządzający OFE mogą pobierać "prowizję" za sam tylko fakt przelania na ich konto naszych pieniędzy. I to nie byle jakie pieniądze! 

Problem opłat naliczonych "na starcie" inwestycji (a nie okresowo, po osiągnięciu zysku) być może nie byłby aż tak destrukcyjny dla finansów polskiego systemu emerytalnego, gdyby autorzy ustawy (która w 1999 roku wprowadziła obowiązek przekazywania pieniędzy Polaków do prywatnych OFE) dziwnym trafem zapomnieli uregulować kwestii wysokości naliczanych w ten sposób opłat. Okazało się, że ustawa nie określała górnego limitu opłaty, jakie OFE mogły pobierać od przekazywanych im składek emerytalnych. W efekcie powyższego otwarte fundusze (w większości należące do zagranicznego kapitału) same sobie zaczęły ustalać takie opłaty na gigantycznym poziomie. W pierwszych latach funkcjonowania OFE przeciętna opłata stanowiła aż 10 proc. wartości przelewu przekazywanego przez ZUS do OFE! Warto w tym miejscu przypomnieć, że równolegle do wspomnianych opłat, ustawa gwarantowała otwartym funduszom także opłatę "za zarządzanie aktywami".

OFE zaczęły "tuczyć się" na stosowanych opłatach. Za wszystko finalnie płacili oczywiście Polacy. Zanim politycy postanowili zmienić w tym zakresie prawo, minęło 5 długich lat. Dopiero w 2004 roku wprowadzono górny limit opłaty, który wynosił 7 proc. przekazywanej do OFE składki. Później limit ten zmniejszano jeszcze dwukrotnie. W 2009 roku ustalono jego wysokość na poziomie 3,5 proc. składki, a od początku 2014 roku OFE mogą pobierać maksymalnie 1,75 proc. składki emerytalnej jako opłatę. 

Tym samym dopiero od 3 lat opłata za przelewanie przez ZUS naszych pieniędzy do OFE została "ucywilizowana" (chociaż i tak uważam, że nie jest ona sprawiedliwa, bowiem OFE powinny otrzymywać wynagrodzenie tylko wtedy, gdy przynoszą zyski). Niestety, zanim to nastąpiło otwarte fundusze zdążyły się nieźle nachapać. Szacuje się, że w latach 1999 - 2013 z tytułu wspomnianej opłaty otwarte fundusze zgarnęły dla siebie aż 10 miliardów złotych!

 

Źródło: ILE OFE KOSZTUJĄ PRZYSZŁYCH EMERYTÓW? (mpips.gov.pl)
Źródło: Obniżenie opłat (Emerytura.gov.pl)

 

wpis z dnia 23/08/2017

   


  

     W 2007 r. Polska miała niemal najniższą lukę VAT w UE. W 2015 r. niemal najwyższą. Co się zmieniło przez 8 lat?
wpis z dnia 22/08/2017

 

Luka VAT to różnica między wpływami z tytułu podatku VAT jakie państwo powinno osiągać, a wpływami rzeczywiście osiąganymi, które są pomniejszone o kwoty wyłudzeń VAT oraz kwoty wynikające z unikania płacenia tego podatku. Według danych Komisji Europejskiej jeszcze w 2007 roku Polska była wiceliderem wśród krajów UE z najniższą luką VAT. Jednak już od 2008 roku luka zaczęła się powiększać w zawrotnym tempie, by w 2015 roku osiągnąć rekordowy poziom 50,4 mld zł! Dopiero rok 2016 przyniósł zmianę trendu. Co się stało, że przez 8 lat luka VAT urosła tak drastycznie?

Nie wszyscy wiedzą, że jeszcze w 2007 roku Polska była wiceliderem wśród państw należących do UE pod względem najniższej luki VAT. Oficjalne dane Komisji Europejskiej wskazywały, że ustępowaliśmy jedynie Holandii. Jednak już od 2008 roku luka VAT (czyli różnica między wpływami z tytułu podatku VAT jakie państwo powinno osiągać, a wpływami rzeczywiście osiąganymi) w naszym kraju zaczęła rosnąć w zawrotnym tempie. 

W 2007 roku luka VAT była szacowana na 7,1 mld zł (0,2 proc. PKB). O tyle pieniędzy mniej wpłynęło do budżetu kraju w wyniku działań mafii VAT (wyłudzenia) oraz firm i korporacji, które stosowały tzw. agresywne metody optymalizacji podatkowych. W ciągu kolejnych 8 lat luka VAT wzrosła do poziomu 50,4 mld zł (ok. 2,5 proc. PKB). Polska, z kraju który był wzorem w zakresie realizacji dochodów z VAT, stała się antyprzykładem na skalę europejską. 

Przełomowy, pod względem zatrzymania niekorzystnego trendu, okazał się być rok 2016. Zgodnie z raportem firmy doradczej PwC - dzięki wdrożonym działaniom legislacyjnym mającym na celu ograniczanie wyłudzania VAT w Polsce (pakiet paliwowy, jednolity plik kontrolny) oraz zwiększeniu liczby "ukierunkowanych" kontroli podatkowych - luka z VAT zmniejszyła się do poziomu ok. 45 mld zł.

Rok 2017 będzie pod tym względem jeszcze lepszy. Pośrednio świadczą o tym osiągane dochody z tytułu podatku VAT. W okresie styczeń - czerwiec wyniosły one 80,02 mld zł. W analogicznym okresie rok temu osiągnęło one pułap 62,44 mld zł, a w 2015 roku 57,89 mld zł.

Powstaje pytanie - dlaczego realną walkę z luką VAT, czyli de facto z wyłudzeniami tego podatku na masową skalę, podjęto dopiero w 2016 roku? Dlaczego dopuszczono, aby skumulowane straty państwa z tego tytułu w latach 2008 - 2015 wyniosły 262 mld zł? Gdzie dziś byśmy byli, jako kraj na tle innych UE, gdyby nie dopuszczono do złodziejstwa na taką skalę, jaka obowiązywała w latach rządów PO-PSL?

W tym kontekście nie powinny nas dziwić wypowiedzi takie, jak ta Tomasza Kassela, partnera w PwC, który w wypowiedzi udzielonej "Rzeczpospolitej" stwierdził rzecz następującą: "Ten rząd przez półtora roku zrobił więcej w zakresie uszczelniania systemu VAT niż poprzednicy przez dziesięć lat".

 

Źródło: Marek Pęk (Twitter.com)
Źródło: PwC: Luka podatkowa VAT w Polsce szacowana jest na 45 mld zł w 2016 r. (stooq.pl)
Źródło: Luka przymknięta na 5,5 mld zł (Rp.pl)

wpis z dnia 22/08/2017

   


  

     Polskie górnictwo znowu mocno "na plus"! Państwowa JSW w pół roku osiągnęła 1,43 mld zł zysku na czysto!
wpis z dnia 21/08/2017

 

Przeczekanie gorszego okresu dla branży i nie słuchanie w tym czasie co niektórych "ekspertów", którzy postulowali likwidację całego sektora węgla kamiennego w Polsce, okazało się być strzałem w "10". Po zaledwie sześciu miesiącach 2017 roku kontrolowana przez Skarb Państwa Jastrzębska Spółka Węglowa (JSW) odnotowała 1,43 mld zł zysku na czysto. Co ciekawe - w analogicznym okresie rok temu spółka ta miała 149,11 mln zł straty. Inne polskie spółki wydobywcze również odnotowały zyski, dzięki czemu cały rok 2017 może być najlepszy w historii polskiego górnictwa!

Zgodnie z oficjalnymi raportami na temat wyników finansowych kontrolowana przez Skarb Państwa Jastrzębska Spółka Węglowa (JSW) po sześciu miesiącach 2017 roku odnotowała 1 mld 430 mln zł skonsolidowanego zysku netto, wobec 149,11 mln zł straty w analogicznym okresie rok wcześniej. Jak czytamy w komunikacie prasowym JSW: "Wyższe przychody wynikały przede wszystkim z wyższych cen sprzedaży węgla i koksu. Średnia cena węgla wzrosła w pierwszym półroczu tego roku w stosunku do adekwatnego okresu roku poprzedniego aż o 103,3%. W przypadku samego węgla koksowego średnia cena sprzedaży uzyskana przez grupę kapitałową JSW w pierwszym półroczu 2017 roku była o 135,5% wyższa niż rok wcześniej. Cena węgla do celów energetycznych wzrosła w tym czasie o 10,5%".

Inna spółka wydobywcza - Lubelski Węgiel "Bogdanka" - która jest kontrolowana przez państwową Eneę, również pochwaliła się dodatnimi wynikami finansowymi za I półrocze 2017 roku. Zgodnie z oficjalnym komunikatem spółka ta miała 112,1 mln zł zysku na czysto. 

Zestawiając te informacje z szacunkowymi (jeszcze nie opublikowanymi) wynikami Polskiej Grupy Górniczej (która według planów po pierwszym półroczu miała osiągnąć ok. 160 mln zł zysku na czysto), z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy stwierdzić że rok 2017 będzie dla sektora górnictwa węgla kamiennego rekordowy pod względem osiąganych zysków. Odnotujmy, że jak do tej pory najlepszy wynik polskie górnictwo osiągnęło w 2011 roku, kiedy wygenerowało zysk na poziomie 2,8 mld zł. Jeśli tempo osiąganych zysków z pierwszego półrocza utrzyma się także w drugim, to cały rok 2017 może się zakończyć wynikiem, który przekroczy 3 miliardy złotych!

Powstaje pytanie - gdzie podziali się wszyscy ci "eksperci" i "niezależni doradcy", którzy jeszcze nie tak dawno twierdzili, że polskie górnictwo jest nierentowne?

 

Źródło: Zysk netto JSW wyniósł 1430,73 mln zł w I poł. 2017r. wobec straty rok wcześniej (Stooq.pl)
Źródło: Szacunek Bogdanki: w pierwszym półroczu 112,1 mln zł zysku (Stooq.pl)
Źródło: Ceny węgla (wnp.pl)

wpis z dnia 21/08/2017

   


  

     To jest HIT! Urzędnicy prezydent Warszawy podpytują blogerkę o kryzysy w social-mediach. Blogerka wystawia rachunek - 7380 PLN!
wpis z dnia 19/08/2017

 

Oto kolejny przykład na to, jak w Warszawie wydawane są pieniądze podatników. Użytkownik twittera o nicku Antyleft_ ujawnił najnowszą umowę, jaką Biuro Marketingu warszawskiego magistratu podpisało z blogerką Moniką Czaplicką. Zakresem umowy jest "przeprowadzenie konsultacji w zakresie kryzysów w mediach społecznościowych" (sic!). Za wspomniane konsultacje blogerka wystawiła fakturę w wysokości... 7.380,00 PLN. Koszty oczywiście przerzucone na podatników. 

Użytkownik twittera o nicku Antyleft_ ma wyraźnie upodobanie do śledzenia i ujawniania umów jakie zawierają urzędnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Kilkanaście dni temu wyśledził, że Biuro Prawne stołecznego magistratu wynajęło prestiżową kancelaria prawną do reprezentowania prezydent Warszawy przed Komisją Weryfikacyjną. Oczywiście nic za darmo. Kancelaria wystawiła fakturę - 86,1 tys. zł. Kwota do opłacenia przez podatników.

Teraz Antyleft_ znalazł kolejną "perełkę". Biuro Marketingu Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy zawarło umowę o "konsultację z blogerką Moniką Czaplicką w zakresie kryzysów w mediach społecznościowych". Jestem niezmiernie ciekawy, jak wygląda to "konsultowanie", szczególnie, że faktura blogerki opiewa na kwotę 7380 zł. 

Co ciekawe - Antyleft_ spróbował zapytać o to samą blogerkę. Zadał jej następujące pytanie: "Może Pani przybliżyć szczegóły tych konsultacji? Są to konsultacje stacjonarne/online? Ile osób w nich uczestniczy?" Pani Monika Czaplicka odpowiedziała: "Nie mam przy sobie umowy, a nie wiem ile informacji mogę podać publicznie. Najlepiej poprosić o informację Urząd Miasta".

Hanna Gronkiewicz-Waltz przynajmniej politycznie odpowiada za nieprawidłowości, do jakich dopuszczali się urzędnicy podległego jej magistratu w zakresie reprywatyzacji. Szkoda, że koszty ogarnięcia wynikających z tego konsekwencji (prawnicy z renomowanej kancelarii, a teraz blogerka doradzająca jak opanować kryzys wizerunkowy w mediach społecznościowych) przerzucane są na barki (a raczej kieszenie) podatników.

 

Źródło: Antyleft_ (Twitter.com)

wpis z dnia 19/08/2017

    


  

     Największe korporacje wyją na alarm. Będą musiały ujawnić, jakie w Polsce płacą (lub nie płacą) podatki
wpis z dnia 18/08/2017

 

Blady strach padł na co niektórych przedstawicieli największych firm i korporacji działających na terytorium Polski. Najnowszy projekt Ministerstwa Finansów zakłada ujawnianie opinii publicznej danych finansowych i wysokości podatków płaconych przez 4,5 tys. największych firm w Polsce. Ministerstwo tłumaczy, że chodzi o zwiększenie tzw. kontroli społecznej. Suchej nitki na projekcie nie pozostawiają organizacje przedsiębiorców. Nie ma się co dziwić - reprezentowane przez nich korporacje będą musiały ujawnić, jak wysokie (a może raczej - jak niskie) płacą w Polsce podatki.

Resort finansów chciałoby, aby 1 proc. największych firm w Polsce (według kryterium osiąganych przychodów) miał obowiązek ujawniania opinii publicznej informacji na temat osiąganych wyników finansowych oraz płaconego z tego tytułu podatku CIT (podatek dochodowy dla firm i korporacji). Organizacje zrzeszające największych przedsiębiorców na ministerialnym projekcie nie pozostawiają suchej nitki. Twierdzą, że znalezienie się na liście 4,5 tys. podmiotów może wytwarzać błędne wrażenia, że unika się opodatkowania lub kombinuje, aby zapłacić państwu jak najmniej. Mając to na uwadze przedstawiciele tych organizacji chcieliby zachować status quo, czyli sytuację w której informacje o płaconych w Polsce podatkach pozostają tajemnicą (znaną tylko urzędom skarbowym), a opinia publiczna nie ma prawa posiąść, porównywać i przetwarzać takich danych.

W kontekście powyższego warto przypomnieć raport Komisji Europejskiej z 2015 roku, w którym stwierdzono, że z tytułu agresywnej optymalizacji podatkowej, stosowanej najczęściej przez zagraniczne spółki i koncerny, Polska może tracić wpływy budżetowe na poziomie od 30 nawet 46 miliardów złotych w skali roku!

Na czym polega wspomniana "agresywna optymalizacja"? Najczęściej to sztuczne generowanie kosztów funkcjonowania danego przedsiębiorstwa, które na papierze zmniejsza jego dochody, a przez to wpływa na wysokość płaconego podatku CIT (czyli podatku płaconego od dochodu, a nie przychodu). Szacuje się, że duże firmy i korporacje korzystają nawet z kilkuset skomplikowanych konstrukcji prawnych pozwalających na obniżanie podatku, jaki mają zapłacić polskiemu fiskusowi.

Raport Komisji Europejskiej we wnioskach współgrał z raportem NIK z 2015 roku na temat kontroli firm z udziałem kapitału zagranicznego. W raporcie tym stwierdzono, że organy podatkowe nie są należycie przygotowane do weryfikowania prawidłowości rozliczeń pomiędzy zagranicznymi podmiotami, a budżetem państwa, dzięki czemu możliwe jest uchylanie się od opodatkowania przez zagraniczne koncerny i skuteczne transferowanie dochodów poza polski system podatkowy.

Mając na uwadze powyższe nie mam wątpliwości, że najnowszy pomysł Ministerstwa Finansów, aby zmusić największe firmy do ujawnienia informacji nt. płaconych w Polsce podatków, powinien być wdrożony czym prędzej w życie. Jeśli oficjalne dane mówią, że z powodu agresywnych optymalizacji podatkowych tracimy, jako państwo, od 30 do 46 miliardów złotych rocznie, to taki element "kontroli społecznej", aby dosłownie każdy mógł sprawdzić ile w podatkach zostawia w Polsce dana korporacja, powinien funkcjonować już od dawna.

 

Źródło: Podatki gigantów jednak do lustracji (Pb.pl)
Źródło: Tax Reforms in EU Member States 2015 (ec.europa.eu)
Źródło: NIK o kontroli firm z udziałem kapitału zagranicznego (Nik.gov.pl)
Źródło: Wielkie holdingi realizują w Polsce agresywną optymalizację podatkową, nawet 46 mld zł strat (Wyborcza.biz)

wpis z dnia 18/08/2017

   


  

     Wykup długów Niemiec kreowanymi przez EBC pieniędzmi nielegalny? "Narusza zakaz monetarnego finansowania budżetu"
wpis z dnia 17/08/2017

 

Coś zaczyna pękać. Do tej pory bankierzy z Europejskiego Banku Centralnego nieprzerwanie od 2,5 roku drukowali (kreowali) setki miliardów euro tylko po to, by skupować za nie długi państw strefy euro. Największym beneficjentem tej polityki były - a jakżeby inaczej - Niemcy. Szacuje się, że naszym zachodnim sąsiadom wykupiono w ten sposób już ok. 400 mld euro długu. Ta sielanka może się jednak niebawem skończyć - sędziowie z niemieckiego TK stwierdzili bowiem, że spłata długów Niemiec drukowanymi przez EBC pieniędzmi narusza zakaz monetarnego finansowania budżetu.

Zgodnie z komunikatem, jaki we wtorek pojawił się na stronie internetowej niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego: "Ważne powody przemawiają za (uznaniem), że decyzje, na których opiera się program skupu obligacji, naruszają zakaz monetarnego finansowania budżetu i wykraczają poza mandat EBC do prowadzenia polityki walutowej, a tym samym ingerują w kompetencje krajów członkowskich". 

Mając na uwadze powyższe niemiecki TK skierował do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu (TS UE) wniosek o przeprowadzenie przyspieszonego postępowania zgodnie z art. 105 regulaminu TS UE i rozstrzygniecie czy prowadzona przez Europejski Bank Centralny akcja skupowania papierów dłużnych z rynku jest zgodna z unijnym prawem.

Na łamach tego bloga pisałem już wielokrotnie o niesprawiedliwości polityki "luzowania ilościowego", jaką EBC prowadzi od marca 2015 r. Przypomnijmy, że polityka ta polega na tym, że EBC drukuje (kreuje) setki miliardów euro, za które skupuje obligacje skarbowe wyemitowane przez kraj należący do strefy euro. Skutek tej księgowej operacji jest taki, że skupowane papiery dłużne przestają generować odsetki. Można powiedzieć, że są one de facto umarzane, a poszczególne gospodarki eurolandu otrzymują w zamian potężną dawką pieniędzy. 

Obecnie tempo druku nowych euro bankierzy z Frankfurtu (gdzie mieści się siedziba EBC) ustalili na 60 mld euro miesięcznie. Większość z tych pieniędzy przeznaczana jest na wykup niemieckich obligacji. Szacuje się, że naszym zachodnim sąsiadom wykupiono w ten sposób już ok. 400 mld euro długu. Problem polega na tym, że EBC tak intensywnie pomaga Niemcom, że za chwile na rynku zacznie brakować niemieckich długów od odkupienia! 

Powstaje pytanie - skoro dodrukowywanie co roku przez EBC setek miliardów euro w celu skupowania długów państw eurolandu nie jest niedozwoloną pomocą publiczną, to dlaczego za taką niedozwoloną pomoc uchodzi dotowanie (i to nie sztucznie wykreowanymi pieniędzmi) przemysłu stoczniowego w Polsce, który mógłby stanowić realną konkurencję dla np. stoczni niemieckich? W tym kontekście dobrze się stało, że prawnicy z niemieckiego TK dostrzegli problem w polityce "luzowania ilościowego". Jestem ciekawy rozstrzygnięcia TS UE - czy sędziowie podzielą obawy TK z Karlsruhe i zagrają na nosie bankierom z Frankfurtu, czy też potulnie skulą ogon pozwalając na dalsze trwanie tego procederu?

 

Źródło: Niemiecki TK zgłasza zastrzeżenia do skupu obligacji przez EBC (ObserwatorFinansowy.pl)

wpis z dnia 17/08/2017

   


  

     Polityka klimatyczna to potężny biznes. Ochrona środowiska ma z tym niewiele wspólnego
wpis z dnia 16/08/2017

 

"Musimy pożegnać się z iluzją, że międzynarodowa polityka klimatyczna jest polityką ochrony środowiska. To nie ma prawie nic wspólnego z polityką ochrony środowiska" - stwierdził Ottmar Edenhofer, wicedyrektor Poczdamskiego Instytutu Badań nad Klimatem, przewodniczący jednej z grup roboczych Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC). Trudno nie przyznać mu racji. Handel prawami do emisji, który przerodził się w biznes-patologię czy promowanie kosztownych "eko-technologii", przy produkcji których generuje się mnóstwo CO2, tylko potwierdzają jego słowa.

Unijni pomysłodawcy Europejskiego Systemu Handlu Emisjami CO2 (UE ETS) stworzyli genialną platformę do wyłudzania pieniędzy. System ten zakłada, że za każdą wyemitowaną do atmosfery tonę CO2 trzeba uiścić opłatę. Wyjątkiem jest pula tzw. darmowych uprawnień. Problem w tym, że często są one przyznawane firmom-słupom, które w ogóle z nich nie korzystają. Z racji tej, że darmowe uprawnienia są niezwykle pożądane, firmy te odsprzedają je za grube miliony podmiotom, które ich autentycznie potrzebują. Szacuje się, że od początku istnienia UE ETS (2008 rok) przehandlowano już w ten sposób nawet 8 mld euro (dane za 2015 rok)!

Ale to nie koniec faktów potwierdzających, że polityka klimatyczna to przede wszystkim potężny biznes, który z ochroną środowiska ma nie wiele wspólnego. Szwedzki Instytut Badań nad Środowiskiem na zlecenie rządu Szwecji oraz Szwedzkiej Agencji Energetycznej przeprowadził badania na temat wpływu, jaki na środowisko wywiera proces produkcji baterii litowo-jonowych, które są używane w uchodzących za ekologiczne samochodach elektrycznych. Wyniki tych badań są co najmniej zaskakujące. O ile pojazdy elektryczne w trakcie ich użytkowania rzeczywiście nie emitują do atmosfery żadnego CO2, to produkcja wykorzystywanych w tych samochodach baterii generuje olbrzymie ilości dwutlenku węgla. Zgodnie z raportem ww. Instytutu stworzenie baterii do eko-samochodu generuje ilość dwutlenku węgla zbliżoną do emisji, jakie powstają przez ponad 8 lat użytkowania auta z silnikiem spalinowym diesla!

W kontekście powyższego nie powinny nas dziwić wypowiedzi takie jak tak, którą Ottmar Edenhofer - wicedyrektor Poczdamskiego Instytutu Badań nad Klimatem, a jednocześnie przewodniczący jednej z grup roboczych Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) - udzielił gazecie "Neue Zürcher Zeitung". W wywiadzie dla tej szwajcarskiej gazety nie owijał w bawełnę: "Trzeba sobie jasno powiedzieć: za pomocą polityki klimatycznej dokonujemy de facto redystrybucji bogactwa światowego (...) Musimy pożegnać się z iluzją, że międzynarodowa polityka klimatyczna jest polityką ochrony środowiska. To nie ma prawie nic wspólnego z polityką ochrony środowiska".

Trudno odmówić Edenhoferowi racji. Współcześni eko-lancerzy poprzez swoje wyśrubowane limity, patologie związane z handlem emisjami CO2 czy promowanie ultra drogich eko-technologii, sprawiają że światowe bogactwo pozostanie tam, gdzie jest dzisiaj, czyli na tzw. Zachodzie. Jego redystrybucja na inne regiony świata zostanie istotnie spowolniona pod płaszczykiem polityki klimatycznej, która z realną ochroną środowiska ma niewiele wspólnego.

 

Źródło: Klimapolitik verteilt das Weltvermögen neu (NZZ.ch)
Źródło: Czy europejski przemysł obłowił się na systemie ETS? (WysokieNapiecie.pl)

wpis z dnia 16/08/2017

    


  

     Szyszko chce w 10 lat wyciąć 188 tys. m/3 drzew. Weekendowa nawałnica w ciągu jednej nocy przewróciła 7 mln m/3 drzew!
wpis z dnia 15/08/2017

 

Przypomnijmy, że w nagłaśnianym już do oporu sporze o Puszczę Białowieską chodzi o wycinkę 188 tys. m/3 drzew w ciągu 10 lat. Średniorocznie z obszaru Puszczy ma być pozyskiwanych po 18,8 tys. m/3 drzew. Dla uzmysłowienia skali warto wiedzieć, że nawałnica jaka w ostatni weekend nawiedziła województwa pomorskie oraz kujawsko-pomorskie w ciągu jednej tylko nocy przewróciła lub połamała aż 7 mln m/3 drzew! To ponad 37 razy więcej niż Szyszko chce pozyskać z Puszczy Białowieskiej (z terenu jej lasów gospodarczych, nie rezerwatów!) w ciągu 10 lat.

Cała akcja wokół Puszczy Białowieskiej zaczęła się po tym, jak Ministerstwo Środowiska zmieniło 10-letni plan gospodarczy dla tego lasu. Decyzją ministra Szyszki zwiększono limity dla pozyskiwania drzew z 6,4 do 18,8 tys. m/3 w ciągu roku, tak aby w planie na lata 2012-2021 pozyskać z terenów gospodarczych Puszczy łącznie 188 tys. m/3 drzew. Należy też zwrócić uwagę na to, iż wspomniany limit wycinki rzędu 18,8 tys. m/3 rocznie jest i tak o połowę mniejszy od tego, jaki przewidywał plan wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej w latach 2002-2011 (co ciekawe - wówczas jednak ekolodzy nie protestowali, a Komisja Europejska nie wszczynała postępowań przeciwko Polsce).

Aby lepiej uświadomić sobie jak wycinka wspomnianych 18,8 tys., w dużej części zaatakowanych przez kornika, drzew jest niewielką ingerencją w drzewostan Puszczy (której 80 proc. terytorium stanowią lasy zasadzone przez człowieka, mające charakter gospodarczy, co wiąże się z ich cykliczną i fragmentaryczną wycinką oraz nasadzaniem nowych drzew), warto wiedzieć, że nawałnica, która z piątku na sobotę przeszła nad lasami województw pomorskiego i kujawsko-pomorskiego przewróciła aż 7 mln. m/3 drzew! To ponad 37 razy więcej niż Szyszko chce pozyskać z Puszczy Białowieskiej w ciągu 10 lat.

 

Źródło: Lasy Państwowe: 30 tys. ha lasów do całkowitego odnowienia, 7 mln m sześc. połamanych drzew (Stooq.pl)
Źródło: 10 faktów o Puszczy Białowieskiej... (Lasy.gov.pl)

wpis z dnia 15/08/2017

  


 

     Obalamy mity założycielskie III RP: Dlaczego wybory z 1989 r. nie były ani wolne, ani demokratyczne?
wpis z dnia 14/08/2017

 

Spora grupa przedstawicieli politycznego establishmentu III RP utrzymywała, że wybory z 4 czerwca 1989 r. były "pierwszymi demokratycznymi wyborami po upadku PRL". W zdaniu tym są co najmniej dwa kłamstwa. Po pierwsze: nomenklaturowy PRL w 1989 roku wcale nie upadł, a co najwyżej zaczął się przeobrażać w nomenklaturowy kapitalizm. Po drugie: jeśli ktoś twierdzi, że wybory z 4 czerwca 1989 r. były "wolne i demokratyczne", to ciekawe jak nazwałby wybory, w których PiS - niezależnie od wyniku - ustawowo rezerwuje dla siebie 65 proc. mandatów?

U większości sympatyków KOD-u, Tuska, Petru, Jaruzelskiego czy szeroko rozumianych eurofili chłonących bezrefleksyjnie wszystko to, co napisze na swoich łamach "Gazeta Wyborcza", data 4 czerwca 1989 roku kojarzy się z okazją do świętowania. Świętowania wolności i demokracji. W rzeczywistości jednak data ta wyjątkowo nie nadaje się do jakiegokolwiek celebrowania.

Polityczny establishment III RP, który wraz z komunistami "ułożył się" przy okrągłym stole, promuje narrację zgodnie z którą 4 czerwca 1989 roku doszło do "pierwszych demokratycznych wyborów po upadku PRL". Narracja te jest zwykłym kłamstwem, z czego jednak nie wszyscy zdają sobie sprawę. 

Otóż wspomniane wybory nie były ani "wolne", ani tym bardziej "demokratyczne". Fakty są takie, że PRL-owscy komuniści zarezerwowali sobie, że - niezależnie od wyników głosowania - otrzymają w Sejmie 65 proc. miejsc. Jeśli pomimo tego, ktoś nadal twierdzi, że wybory te były "wolne i demokratyczne", to niech spróbuje sobie wyobrazić, że PiS zmienia ordynację wyborczą i ustala, że podczas wyborów w 2019 roku, niezależnie od tego jaki wynik rzeczywiście otrzyma, ustawowo rezerwuje dla siebie 65 proc. miejsc w parlamencie. Czy wówczas sympatycy KOD-u, Tuska, Petru oraz czytelnicy "Gazety Wyborczej" też uważaliby, że wybory te są "wolne i demokratyczne"?

Prawda jest taka, że pierwsze po II wojnie światowej całkowicie wolne wybory parlamentarne w naszym kraju odbyły się nie 4 czerwca 1989 r., lecz dopiero 27 października 1991 r. W ich efekcie premierem został znienawidzony przez komunistów Jan Olszewski, którego rząd został obalony w wyniku spisku młodego Tuska, Pawlaka, prezydenta Wałęsy i wspomnianych komunistów w dniu... 4 czerwca 1992 r.

wpis z dnia 14/08/2017

     


  

     Niższy wiek emerytalny dla kobiet występuje w wielu państwach UE, ale tylko Polsce Bruksela robi problemy
wpis z dnia 11/08/2017

 

Według Komisji Europejskiej powrót do poprzedniego wieku emerytalnego w Polsce (60/65) ma znamiona dyskryminacji. Co ciekawe - przez wiele lat żadnemu urzędnikowi z Brukseli różnica w wieku emerytalnym kobiet i mężczyzn nie przeszkadzała. O sprawie tej eurokraci sobie przypomnieli dopiero, gdy ustawa 67/67 została zniesiona i powrócono do poprzednich rozwiązań. Syczenie Komisji Europejskie wobec Warszawy może dziwić tym bardziej, że niższy wiek emerytalny dla kobiet i wyższy dla mężczyzn funkcjonuje obecnie aż w 12 krajach UE!

Przypomnijmy - kilka dni temu Komisja Europejska wysłała list do minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbiety Rafalskiej w sprawie różnicy w wieku emerytalnym kobiet i mężczyzn w Polsce. Zdaniem eurokratów z Brukseli, odmienny wiek emerytalny kobiet (60 lat) i mężczyzn (65 lat) w Polsce jest formą dyskryminacji.

Co ciekawe - przez wiele lat (od momentu wejścia Polski do UE) kwestia różnicy w wieku emerytalnym dla kobiet i mężczyzn nie była dla eurokratów problemem. Nawet, gdy Trybunał Konstytucyjny orzekał w 2010 roku, iż zróżnicowanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn jest zgodne z konstytucją, nikt z brukselskich urzędników tego nie kwestionował. 

Trybunał Konstytucyjny stwierdził wówczas, że zróżnicowanie powszechnego wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn nie powoduje dyskryminacji kobiet, natomiast stanowi uprzywilejowanie wyrównawcze usprawiedliwione w świetle norm konstytucyjnych i wcześniejszego orzecznictwa Trybunału. Trybunał wskazał, że mimo zachodzących przemian społecznych oddziałujących na zrównywanie ról obu płci w społeczeństwie, również obecnie można mówić o występowaniu różnic wynikających z pełnienia przez kobiety szczególnej roli w społeczeństwie i rodzinach. Dotyczy to zwłaszcza pełnionych przez kobiety funkcji macierzyńskich i wychowawczych w rodzinie, a także równoczesnego obciążenia kobiet zarówno pracą zawodową, jak i obowiązkami rodzinnymi (sprawa o sygnaturze K 63/07).

Czasy jednak się zmieniają. W Warszawie nie rządzą już kuple Jean-Claude Junckera z Europejskiej Partii Ludowej (to frakcja europarlamentu do której należy Platforma Obywatelska), dlatego też można sobie było przypomnieć, że niższy wiek emerytalny dla kobiet i wyższy dla mężczyzn to dyskryminacja przecząca idei Unii Europejskiej. Szykując kolejny atak na Polskę brukselscy eurokraci zapomnieli jednak, że taka sama sytuacja występuje obecnie w 11 innych państwach UE. 

Szkoda, że Komisja Europejska nie stosuje takiej samej miary wobec wszystkich państw UE.

 

Źródło: Retirement Ages in Member States (Etk.fi)

wpis z dnia 11/08/2017

    


  

     Salon wyje, że nie ma szczytów Trójkąta Weimarskiego. W latach 2008-15 był jeden. Zupełnie pozbawiony znaczenia

wpis z dnia 10/08/2017

 

Dziennikarze i politycy pragnący tego, by "było tak, jak było" kolportują ostatnio narrację o tym, że Polska jest ignorowana, bowiem Francja i Niemcy nie chcą z nami organizować wspólnych szczytów "Trójkąta Weimarskiego". Warto zatem przypomnieć tymże dziennikarzom i politykom, że w ciągu 8 lat rządów koalicji PO-PSL taki szczyt w klasycznej formule zdołano zorganizować raptem jeden raz - w 2011 roku. Niestety był on zupełnie pozbawiony konkretów i znaczenia, a jedynie co z niego zostało to medialna afera "parasolowa". 

Przypomnijmy - formuła Trójkąta Weimarskiego została zainicjowana 28 sierpnia 1991 r. w Weimarze przez ministrów spraw zagranicznych Polski - Krzysztofa Skubiszewskiego, Francji - Rolanda Dumasa i Niemiec - Hansa-Dietricha Genschera. Początkowo nieformalne spotkania przekształciły się z czasem w regularne trójstronne konsultacje. Obecnie działalność Trójkąta Weimarskiego sprowadza się do organizowania corocznych spotkań na szczeblu ministrów spraw zagranicznych (ostatnie miało miejsce w sierpniu 2016 r.) oraz szczytów z udziałem przywódców krajów członkowskich. 

Ostatni szczyt w formule prezydent Polski + prezydent Francji + kanclerz Niemiec miał miejsce 7 lutego 2011 roku w Warszawie. Powyższe warto przypomnieć tym wszystkim dziennikarzom i politykom, którzy kolportują ostatnio narrację o tym, że Polska jest ignorowana, bowiem Francja i Niemcy nie chcą z nami organizować wspólnych szczytów "Trójkąta Weimarskiego". Co istotne - wspomniany szczyt z 2011 roku był pozbawiony jakichkolwiek konkretów, a to co po nim zostało to zdjęcia z medialnej afery "parasolowej".

 

Źródło: Piotr Semka (Twitter.com)

 

wpis z dnia 10/08/2017

    


  

     Rządy Tuska i Kopacz wyprzedały majątek narodowy za 59,04 mld zł. Rząd Szydło za 0,06 mld zł
wpis z dnia 9/08/2017

 

Jest jedna, zasadnicza różnica między rządami PO-PSL a PiS - tą różnicą jest podejście do kwestii wyprzedaży majątku narodowego. W latach rządów Tuska / Kopacz trwała gigantyczna wyprzedaż państwowych przedsiębiorstw. Fabryki, kopalnie, banki sprzedawano w całości lub częściami. Od początku 2008 do końca 2015 roku łączne wpływy budżetowe z tego tytułu wyniosły aż 59,04 mld zł! Od kiedy koalicja PO-PSL została odsunięta od władzy procesy prywatyzacyjne praktycznie ustały. W ciągu 2 lat rządu Szydło sprywatyzowano majątek o wartości zaledwie 0,057 mld zł.

Jeśli ktoś zapytałby się mnie z czym kojarzy mi się okres rządów PO i PSL, to bez wahania odpowiedziałbym, że z masową wyprzedażą majątku narodowego. W okresie kiedy krajem kierowała ekipa podległa Tuskowi, konsekwentnie dokonywano prywatyzacji majątku należącego do Skarbu Państwa. Oficjalne statystyki dostępne na stronach Ministerstwa Skarbu Państwa są zatrważające. W latach 2008 - 2015 wyprzedano majątek za łączną kwotę 59,040 mld zł! Warto podkreślić, że spora część tych pieniędzy szła na spłatę bieżącego zadłużenia. Traciliśmy w ten sposób trwały i przynoszący gigantyczne (w postaci dywidend) zyski majątek, a kasę jaką dostaliśmy w zamian topiliśmy w spłacie odsetek od pozaciąganych wcześniej pożyczek.

Sytuacja zaczęła się zmieniać po tym, jak Donald Tusk złożył dymisję i wyjechał na synekurę do Brukseli (2014), a na dobre procesy prywatyzacyjne zostały zastopowane po odsunięciu ekipy PO-PSL od władzy. Co prawda zgodnie z oficjalnymi statystykami już w 2015 roku przychody Skarbu Państwa z tytułu prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw wyniosły tylko 44 mln zł, jednak nie uwzględniały one ostatniej dużej wyprzedaży rządu Kopacz, czyli prywatyzacji PKP Energetyki (sprzedana 1,5 mld zł). Dochody z tej prywatyzacji nie zasiliły bowiem formalnie Skarbu Państwa (zostały rozliczone na poczet historycznych długów PKP). 

Poniżej prezentuję oficjalne dane na temat kwot z tytułu procesów prywatyzacyjnych uzyskanych przez Skarb Państwa w poszczególnych latach. Dodam, iż dane za 2017 roku są szacunkowe. Ich źródłem jest ustawa budżetowa. Dane za pozostałe lata pochodzą ze strony internetowej Ministerstwa Skarbu Państwa:

 

2008 - 2,372 mld zł
2009 - 6,970 mld zł
2010 - 22,037 mld zł
2011 - 13,059 mld zł
2012 - 9,158 mld zł
2013 - 4,396 mld zł
2014 - 1,004 mld zł
2015 - 0,044 mld zł
2016 - 0,044 mld zł
2017 - 0,013 mld zł*

 

* szacunek zapisany w ustawie budżetowej na 2017 r.

 

Źródło: Licznik prywatyzacyjny (MSP.gov.pl)

wpis z dnia 9/08/2017

   


   

     Oto jak postępowy Zachód Europy dyskryminuje ze względu na płeć. Kiedy sprawą zajmie się KE z Timmermansem?
wpis z dnia 8/08/2017

 

Polska może być stawiana jako wzór do naśladowania dla całej UE w kwestii równouprawnienia kobiet i mężczyzn w osiąganych zarobkach. Obecnie różnice dla osób zajmujących takie same stanowiska wynoszą u nas jedynie ok. 6-7 proc. Co istotne - prawdopodobnie będziemy pierwszym krajem w Europie, gdzie różnice te praktycznie znikną (jeśli trend się utrzyma osiągniemy to ok. 2021 roku). Dla porównania - w sąsiednich Niemczech różnice w zarobkach wynoszą ok. 22 proc. i przy obecnym tempie niwelowania różnic potrzebnych będzie tam jeszcze 300 lat, aby osiągnąć równouprawnienie.

W opublikowanym kilka miesięcy temu raporcie "Women in Work Index 2017", przygotowanym przez firmę doradczą PriceWaterhouseCoopers (PwC), zanalizowano sytuację kobiet na rynku pracy w 33 krajach OECD (najbardziej rozwinięte gospodarki świata) pod takimi względami jak: poziom bezrobocia, stopa zatrudnienia w pełnym wymiarze godzin czy różnice w zarobkach w porównaniu z mężczyznami zajmującymi takie same stanowiska. Okazuje się, że nasz kraj w najnowszej edycji rankingu awansował o 3 pozycje i znalazł się na 9. miejscu spośród wszystkich 33 państw skupionych w OECD. W porównaniu z ostatnim odczytem udało nam się bezpośrednio przeskoczyć nad Szwajcarię, Kanadę i Belgię. 

W uzasadnieniu do raportu analitycy PwC napisali, że awans Polski jest związany z obniżającym się wśród kobiet bezrobociem oraz jedną z najmniejszych różnic pomiędzy wynagrodzeniami kobiet i mężczyzn zajmującymi takie same stanowiska. Wskaźnik tzw. pay gap (czyli procentowa różnica w osiąganych zarobkach między kobietami i mężczyznami) w naszym kraju wynosi obecnie 7 proc. Co jednak istotne - jeśli obecny pozytywny trend równania zarobków utrzyma się na tym samym poziomie, to różnicę w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn w Polsce zajmujących takie same stanowiska uda się zniwelować do 2021 r. – najszybciej spośród wszystkich wszystkich państw biorących udział w badaniu!

Zupełnie odmiennie wygląda to w innych, wydawałoby się znacznie bardziej postępowych, krajach Europy. Współczynnik "pay gap" we Francji i Szwecji wynosi 15,2 proc., w Holandii - 16 proc., w Danii - 16,4 proc., w Hiszpanii - 19,3 proc., a w Niemczech aż 21,6 proc.! W przypadku naszych zachodnich sąsiadów istotne jest również obecne tempo równania płac. Jeśli miałoby się ono utrzymywać na dzisiejszym poziomie, to nasi zachodzi sąsiedzi będą potrzebowali jeszcze około 300 lat, aby płace kobiet zrównały się z wynagrodzeniami mężczyzn zajmującymi dokładnie takie same stanowiska i wykonującymi taką samą pracę.

Powstaje pytanie - kiedy sprawie przyjrzy się Komisja Europejska? Wszak zróżnicowanie w zarobkach między kobietami a mężczyznami to, według feministek i lewaków, jeden z największych problemów w procesie równouprawnienia płci.

 

Źródło: Rynek pracy coraz przyjaźniejszy dla kobiet. Awans Polski w rankingu PwC Women in Work Index (pwc.pl)
Źródło: Polska z najniższą w UE różnicą w zarobkach kobiet i mężczyzn (Pb.pl)

wpis z dnia 8/08/2017

   


  

     Wstydliwa historia USA. Statek z żydowskimi uchodźcami odesłali do Europy. Większość została zamordowana
wpis z dnia 7/08/2017

 

Dla 937 żydowskich uchodźców z III Rzeszy podróż statkiem "St. Louis" z portu w Hamburgu do Ameryki miała być ostatnią szansą na uratowanie przed tragicznym losem. Za bilety w jedną stronę zapłacili majątek. Gdy odpłynęli z niemieckiego portu poczuli ulgę. Cóż jednak się okazało, gdy statek dotarł do portu w Miami? Amerykańska straż graniczna wysłała kapitanowi jednoznaczny komunikat: "Statek 'St. Louis' nie otrzyma zgody na cumowanie tutaj, ani w żadnym innym porcie Stanów Zjednoczonych". Po kilku tygodniach tułaczki musieli wrócić do Europy.

Różne grupy interesu wypominają Polakom różne historie z czasów II wojny światowej. Niektóre z nich są zupełnie zmyślone. Inne - smutne i prawdziwe. Wśród wielu ludzi sprawiedliwych, znaleźli się i tacy, co z Niemcami współpracowali, donosili czy wręcz razem z nimi zabijali. Nie zmienia to jednak faktu, że polski rząd (w odróżnieniu od np. rządu Francji) nigdy nie zdecydował się na jakąkolwiek formę współpracę z nazistowskimi najeźdźcami.

Francuzi tej historii nie lubią eksponować. To zupełnie naturalne - któż bowiem chciałby się tłumaczyć z milionów kolaborantów, którzy zdecydowali się stworzyć podległy Hitlerowi rząd w Vichy. 

Tak jak Francuzi nie eksponują historii z rządem w Vichy, tak Amerykanie jak ognia unikają historii ze statkiem St. Louis. 13 maja 1939 r. wyruszył on w nietypowy rejs. Miał on wywieźć do Hawany na Kubie grupę 937 Żydów, którym za sporą opłatą pozwolono uciec z coraz bardziej antysemickiej III Rzeszy. Dwa tygodnie później statek dopłyną do kubańskiego portu. Tam okazało się jednak, że przez niejasne prawo dotyczące imigrantów oraz skorumpowanych urzędników, na ziemię zeszło jedynie 22 Żydów. 2 czerwca statek odpłyną dalej. Obrał kurs na port w Miami. 

U wybrzeży Florydy statek został zatrzymany przez amerykańską straż graniczną. Kapitan "St. Louis" otrzymał wówczas jasny komunikat: "Statek nie otrzyma zgody na cumowanie tutaj [Miami], ani w żadnym innym porcie Stanów Zjednoczonych". Decyzję o tym, aby odmówić przyjęcia nieco ponad 900 uciekających z Niemiec Żydów podjął ówczesny prezydent USA - Franklin Delano Roosevelt. Uznał on ich za "element niepożądany". Kluczowa okazała się obawa, że Żydzi staną się obciążeniem dla budżetu Ameryki...

Ostatnią próbę ratowania Żydów podjęto w Kanadzie. Tam również przestraszono się tego, kto utrzyma Żydów, gdy wysiądą oni na ląd. Z uwagi na fakt, że na statku kończyły się już zapasy jedzenia i słodkiej wody, jego kapitan podjął decyzję o powrocie do portu w Hamburgu.

Ostatecznie żydowskiej organizacji Joint udało się wynegocjować z rządami Wlk. Brytanii, Francji, Belgii i Holandii, że Żydzi znajdujący się na pokładzie "St. Louis" znajdą schronienie w tych właśnie krajach. Historia wkrótce pokazała, że życie ocalili jedynie ci, którzy trafili do Wlk. Brytanii. Kilkuset pasażerów, którzy trafili do Francji, Belgii i Holandii kilkanaście miesięcy później podzieliło los innych Żydów. Wywołaną przez Niemcy wojnę przeżyło niewielu z nich.

 

Źródło: Stany Zjednoczone nie przyjęły żydowskich uchodźców z III Rzeszy (Wp.pl)

wpis z dnia 7/08/2017

      


    

     W Poczdamie Polska uzyskała 1) granicę na Odrze oraz 2) PRAWO DO REPARACJI. To drugie ZSRR zamienił nam na 6 mln książek o marksizmie
wpis z dnia 4/08/2017

 

Trzeba to sobie jasno wyjaśnić - na konferencji pokojowej w Poczdamie nasz kraj uzyskał granicę z Niemcami na Odrze i Nysie Łużyckiej. Ponadto przyznano nam prawo do reparacji wojennych od Niemiec. Co istotne - realizacja postanowień w zakresie zdobyczy terytorialnych na zachodzie i północy nie może być utożsamiana z ograniczaniem lub rezygnacją z prawa do reparacji, a wymuszone przez ZSRR na rządzie Bieruta "oświadczenia" o rezygnacji z reparacji w zamian za dostarczenie 6 mln szt. książek o marksizmie, leninizmie oraz historii WKP(b) jest po prostu śmieszne.

Zadajmy sobie trzy podstawowe pytania: Czy Niemcy w 1939 r. zaatakowali Polskę i przez kolejne lata ją regularnie rabowali i niszczyli? Czy Niemcy zabili w tym czasie miliony obywateli naszego kraju? Czy konsekwencją wywołanej przez Niemców wojny, był to, że po 1945 roku zapanował "nowy ład", który na 45 lat wepchnął nas w morderczy uścisk ZSRR? Odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi: TAK. Odpowiedzialni za atak na Polskę, za zniszczenia, śmierć milionów oraz "nowy ład" są Niemcy. A teraz zadajmy sobie jeszcze jedno pytanie - czy Niemcy kiedykolwiek nam za to zapłacili? Odpowiedź brzmi: NIE.

Konferencja pokojowa w Poczdamie zakończyła się dla nas tym, że 1) uzyskaliśmy nową zachodnią granicę, która miała przebiegać na Odrze i Nysie Łużyckiej ORAZ 2) przyznano nam prawo do reparacji wojennych od Niemiec. O ile punkt pierwszy został zrealizowany, to punkt drugi do 1953 roku był realizowany w formie karykaturalnej. Polska otrzymywała bowiem "reparacje" poprzez ZSRR. W ramach tych "reparacji" dostarczono do naszego kraju m.in. 5 mln sztuk dzieł klasyków marksizmu-leninizmu oraz 1 mln sztuk "Krótkiego Kursu Historii WKP(b)" autorstwa Stalina. Książki te zostały wydrukowane w NRD (dlatego zaliczano je do "reparacji"). Co ciekawe - aby korzystać z tego "dobrodziejstwa" musieliśmy ZSRR przekazywać węgiel wydobywany na Śląsku po cenach znacznie niższych niż rynkowe.

Aby było śmieszniej 23 stycznia 1953 r. rząd Bieruta wydaje oświadczenie o zrzeczeniu się reparacji od Niemców. Problem (dla Berlina) w tym, że oświadczenie to może być podważone. Było ono bowiem skutkiem dyktatu ZSRR, który naruszał suwerenność państwa polskiego oraz stawiał ówczesny rząd PRL w pozycji nierównoprawnego partnera stosunków międzynarodowych. I właśnie dlatego można uznać, że istnieją poważne przesłanki przemawiające za tezą o nieważności oświadczenia z 23 stycznia 1953 r., a co za tym idzie - koniecznością nowego (i ostatecznego) uregulowania kwestii reparacji wojennych, które miałyby być wypłacone przez rząd w Berlinie.

To wszystko powoduje, że temat reparacji wojennych ma prawo nadal funkcjonować w dyskursie publicznym i wcale bym się nie zdziwił, gdyby w najbliższym czasie uległ on przekształceniu w konkretne roszczenia wobec Berlina.

 

Źródło: Prof. Stanisław Żerko (Twitter.com)
Źródło: Nieważność zrzeczenia się przez Polskę reparacji wojennych a niemieckie roszczenia odszkodowawcze (repozytorium.amu.edu.pl)

wpis z dnia 4/08/2017

   


  

     Nieefektywne sądownictwo hamulcem polskiej gospodarki. Dane nt. przewlekłości są zatrważające!
wpis z dnia 3/08/2017

 

Mimo, że Polska jest w czołówce UE pod względem liczby sędziów, a nakłady na sądownictwo w relacji do PKB są jednymi z najwyższych w całej Europie, to na rozstrzygnięcie przed sądem sporu dotyczącego spraw gospodarczych potrzebujemy średnio aż 685 dni. Dla porównania - brytyjski przedsiębiorca na rozstrzygnięcie sporu przed sądem musi czekać 437 dni, a węgierski - jedynie 395 dni. Ograniczenie przewlekłości postępowań powinno być priorytetem nie tylko dla rządzących, ale również dla samego środowiska sędziowskiego. Tutaj potrzeba mądrej i zdecydowanej reformy!

Pisałem już o tym wcześniej, ale zaszkodzi powtórzyć - szczególnie w kontekście dyskusji nad potrzebą reformy sądownictwa w naszym kraju. Jeśli porównywać się z innymi państwami Europy, to okazuje się, że wymiar sprawiedliwości w Polsce jest stosunkowo rozbudowany. Na 100 tys. obywateli przypada około 26 sędziów. Dla porównania - we Włoszech na 100 tys. obywateli przypada 10 sędziów, we Francji - 9 sędziów, a na Wyspach Brytyjskich na 100 tys. obywateli przypada zaledwie 3,5 sędziego. Duża ilość sędziów w polskich sądach powoduje, że publiczne nakłady na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości są u nas znacznie większe niż w innych krajach Europy. Według danych za 2012 rok Polska przeznaczyła na sądownictwo 6,8 mld zł, co stanowiło 0,40 proc. PKB, podczas gdy średnia europejska była niemal o połowę mniejsza i wynosiła zaledwie 0,24 proc. PKB.

Niestety, wysokie koszty funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości nie przekładają się specjalnie na szybkość działania polskich sądów. Zgodnie z raportem "Doing Business" Banku Światowego z 2015 roku - dochodzenie należności za pośrednictwem organów państwowych (w praktyce - za pośrednictwem sądu) trwa u nas przeciętnie aż 685 dni. Dla porównania - we wspominanej już powyżej Wlk. Brytanii rozstrzygnięcie sporu majątkowego przed sądem zajmuje przeciętnie 437 dni, a na rządzonych przez Orbana Węgrzech jedynie 395 dni. 

Powyższe dane dobitnie pokazują, że polski wymiar sprawiedliwości potrzebuje głębokiej reformy. Co istotne - ograniczenie przewlekłości postępowań powinno być priorytetem nie tylko dla rządzących, ale również dla samego środowiska sędziowskiego. Tutaj musi dojść do "porozumienia ponad podziałami". Inaczej wzrost gospodarczy naszego kraju nadal będzie hamowany, a przewlekłość postępowań będzie jednym z głównych blokerów nowych inwestycji.

 

Źródło: Wzrost gospodarczy w Polsce cierpi przez nieefektywne sądownictwo (Stooq.pl)
Źródło: Na sędziów i prokuratorów płacimy najwięcej w Europie (supernowosci24.pl)
Źródło: Sąd przyspieszy elektronicznie. Nowy system zawiadamiania o rozprawach (wyborcza.biz)

wpis z dnia 3/08/2017

    


   

     Różny wiek emerytalny jest w 10 krajach UE, ale tylko w Polsce eurokraci dostrzegli problem
wpis z dnia 2/08/2017

 

Głównym zarzutem Komisji Europejskiej w zakresie przyjętej ustawy o ustroju sądów powszechnych było wprowadzenia odmiennego wieku przejścia w stan spoczynku dla kobiet (60 lat) i mężczyzn (65 lat) sprawujących urząd sędziowski. Problem w tym, że podobne zapisy (w zakresie różnego wieku) funkcjonują obecnie w 10 państwach UE. Co więcej - polski TK wyrokiem z 2010 r. (a więc z okresu, kiedy jego skład nie budził wątpliwości Brukseli) uznał, że zróżnicowanie wieku emerytalnego jest zgodne z polską konstytucją. Czy tak wygląda bezmyślne szukanie przez UE pretekstu, aby ślepo uderzyć?

Komisja Europejska (KE) wszczęła wobec Polski procedurę naruszenia unijnego prawa bowiem uznała, iż przyjęta przez polski parlament i podpisana przez prezydenta ustawa o ustroju sądów powszechnych dyskryminuje ze względu na płeć. Chodzi o wprowadzenie odmiennego wieku przejścia w stan spoczynku (czyli sędziowską emeryturę) dla kobiet (60 lat) i mężczyzn (65 lat) sprawujących urząd sędziowski.

Problem w tym, że obecnie podobne rozwiązania w zakresie odmiennego wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn funkcjonują w 10 krajach należących do Unii Europejskiej. Tymczasem KE uznała, że problem jest tylko z Polską i to w kontekście ustawy regulującej ustrój sądownictwa.

W tym kontekście warto przytoczyć wyrok polskiego Trybunału Konstytucyjnego z 2010 roku (a więc z okresu, kiedy nikomu się jeszcze nie śniły zmiany w składzie TK zapoczątkowane przez PO, a kontynuowane później przez PiS), który uznał, że zróżnicowanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn jest zgodne z konstytucją. Nie bez znaczenia jest również argument prezentowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości, zgodnie z którym polityka społeczna i organizacja wymiaru sprawiedliwości (a więc decydowanie, kiedy sędziowie przechodzą w stan spoczynku) należą do kompetencji państw członkowskich.

Mając na uwadze powyższe, czy mamy zatem do czynienia z bezmyślnym szukaniem przez UE pretekstu, który uzasadniałby uderzenie w aktualny polski rząd?

 

Źródło: Retirement Ages in Member States (Etk.fi)
Źródło: Zróżnicowanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn w Polsce pod lupą KE (PulsHR.pl)
Źródło: Wiek emerytalny kobiet i mężczyzn (Trybunal.gov.pl)

wpis z dnia 2/08/2017

    


  

     Do Bono: W Polsce odbierane są nadzwyczajne przywileje gazety A. Michnika, a nie wolność czy demokracja
wpis z dnia 1/08/2017

 

Lider zespołu U2 stwierdził, że "naszym braciom i siostrom w Polsce zabiera się wolność". Trzeba jednoznacznie sprostować tą wypowiedź, gdyż - po pierwsze - nikt nikomu w Polsce nie zbiera wolności. To zupełnie absurdalny zarzut, tym bardziej że Polska, na tle takich państw jak Francja (permanentny stan wyjątkowy) czy Niemcy (ustawy wprowadzające cenzurę w internecie) jest wzorem do naśladowania. Po drugie - jeśli coś już jest komuś zabierane, to nadzwyczajne przywileje np. gazety założonej przez Adama Michnika, w którą nie tak dawno zainwestował fundusz George'a Sorosa.

Stanisław Janecki, prawicowy publicysta związany z portalem wPolityce.pl oraz tygodnikiem "wSieci", komentując artykuł jaki ukazał się na łamach Gazety Wyborczej pt. >> Bono z U2 broni demokracji w Polsce. "Naszym braciom i siostrom w Polsce zabiera się wolność!" <<, napisał w nawiązaniu: "Braciom i siostrom z gazety Michnika i spółki. I nie wolność, tylko nadzwyczajne przywileje". Trudno nie zgodzić się z tą opinią. Po odsunięciu od władzy ekipy Platformy Obywatelskiej gazeta Adama Michnika straciła mnóstwo reklam i ogłoszeń wartych miliony złotych, których dawcami były ministerstwa oraz spółki Skarbu Państwa. Taka strata tylko spotęgowała wściekłość środowiska dziennikarzy, publicystów oraz sympatyków "Gazety Wyborczej", którzy jeszcze ostrzej zaczęli atakować obecny rząd. Porównania do faszyzmu, brunatnego autorytaryzmu czy totalitarnych metod działania stały się nieomal normą.

W tym kontekście nie powinno nas dziwić, że artystyczny establishment Zachodu, który wiedzę o świecie czerpie z ideologicznie lewicowych mediów, dopuszcza się sformułowań pokroju Bono z U2 ("naszym braciom i siostrom w Polsce zabiera się wolność"). Skoro dziennikarz "Wyborczej" (Bartosz Wieliński) na łamach "New York Times'a" pisze, że "sytuacja polityczna w Polsce wciąż się pogarsza, że Kaczyński nie ma żadnych skrupułów, aby zniszczyć instytucje demokratyczne, że Polska powróci do opresyjnych praktyk politycznych z lat osiemdziesiątych", to nie powinniśmy mieć pretensji do poczciwego Bono, że powiedział to, co powiedział.

To, co w takich okolicznościach nam pozostaje, to prostowanie tych wypowiedzi, nawet przy wykorzystaniu oficjalnych kanałów (z MSZ na czele). Należy pokazać, że Bono może przyjechać do Polski, powiedzieć swobodnie co zechce i absolutnie nikt nie będzie tego ograniczał. Potem wypadałoby wskazać różnice, jakie są pomiędzy Polską, a np. Francją czy Niemcami, gdzie wolność słowa i poglądów jest rzeczywiście ograniczana (nie wspominam już o takich państwach jak Rosja czy Turcja). Nasz kraj, na tle wspomnianych państw, jest rzeczywiście wyjątkowy i warto, aby taki Bono (lub ktokolwiek inny) to jednak wiedział. Okazja ku temu doskonała. Warto działać i kuć żelazo póki gorące.

 

Źródło: St. Janecki (Twitter.com)
Źródło: Gazeta Wyborcza ofiarą „dobrej zmiany”? Przychody z reklam o 21,5 proc. w dół (SpidersWeb.pl)
Czytaj także: Jak bardzo oni nie znoszą obecnej Polski, aby tak aż manipulować i oczerniać ją za granicą?! (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 1/08/2017