Blog niewygodne.info.pl stosuje pliki cookies. 

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. 

Jeśli nie wyrażają Państwo zgody, uprzejmie prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Archiwum: Lipiec 2017

 

     Z gliwickiego portu po 5 latach przerwy znowu wypływają barki z polskim węglem! Można? Jak widać - można!
wpis z dnia 17/07/2017

 

My tu o "zamachach na demokrację", tymczasem z portu rzecznego w Gliwicach znowu zaczęły wypływać barki z polskim węglem. Ostatnia barka z tego typu transportem wypłynęła stamtąd w 2012 roku. Później uznano, że to się nie opłaca (tak jak wiele innych rzeczy, które w tamtym czasie było rzekomo nieopłacalnych). Teraz okazuje się, że z gliwickiego portu będzie można wysyłać w świat nawet 1 mln ton węgla rocznie! Powyższe wpisuje się w rządową strategię przywrócenia do życia mającej doskonałe warunki do funkcjonowania polskiej żeglugi śródlądowej.

Port rzeczny w Gliwicach to początek tzw. "Odrzańskiej Drogi Wodnej", która łączy Górny Śląsk z portami morskimi w Szczecinie i w Świnoujściu oraz z siecią kanałów Europy zachodniej. Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej postawiło sobie za cel przywrócenie do życia polskiej żeglugi śródlądowej. Decyzja o uruchomieniu ponownego przeładunku węgla w porcie w Gliwicach, by drogą wodną mógł on docierać do elektrociepłowni we Wrocławiu i Opolu idealnie wpisuje się w tę strategię. 

To, że warto inwestować w wodny transport śródlądowy najlepiej widać na przykładzie Niemiec. W 2014 r. po niemieckich rzekach i kanałach przetransportowano łącznie 228,5 mln ton towarów. W Polsce porównywalną ilość towaru przewożą w ciągu roku wszystkie pociągi towarowe razem wzięte. Nasi zachodni sąsiedzi mają doskonałą infrastrukturę i mnóstwo uregulowanych rzek, dzięki czemu co roku oszczędzają setki milionów euro na transportowaniu towarów drogami rzecznymi. 

W kontekście powyższego warto wspomnieć o porozumieniu, jakie pod koniec stycznia podpisali przedstawiciele rządów Polski, Czech i Słowacji. Ministrowie odpowiedzialni w tych państwach za transport wodny zawarli wówczas memorandum w/s połączenie jednym szlakiem wodnym trzech rzek: Odry, Łaby i Dunaju. Budowa takiej śródlądowej autostrady rzecznej z pewnością najmocniej uderzyłaby w interesy... Niemiec. Obecnie sporo towarów jest transportowanych rzekami z Czech, Węgier czy Słowacji poprzez Niemcy aż do portu w Hamburgu. Stworzenie nowego szlaku wodnego (Odra - Łaba - Dunaj) spowodowałoby powstanie realnej alternatywy. Niewykluczone, że wodni spedytorzy do przewozu swoich towarów wybieraliby wówczas krótszy szlak przez Odrę aż do tańszego w obsłudze portu w Szczecinie. W ten sposób spora część kasy, która trafia w tej chwili do niemieckich firm, zaczęłaby trafiać do Polski.

 

Źródło: Barki z węglem znów wypłyną z Gliwic. Ruszył przeładunek (infogliwice.pl)
Źródło: Załadunek węgla na barki - Port Gliwice (Youtube.com)

wpis z dnia 17/07/2017

    



            

     Schetyna powinien utracić immunitet i usłyszeć zarzuty, jeśli dziś dojdzie do próby "zamachu lipcowego"
wpis z dnia 16/07/2017

 

Fakty są następujące: PiS ma większość w parlamencie, dlatego może przeprowadzić reformę sądownictwa wg własnego projektu. Co więcej - prawdopodobnie (i paradoksalnie) największą ofiarą mechanizmu podporządkowania sądów większości parlamentarnej i ministrowi sprawiedliwości będzie... sam PiS po utracie władzy. Ale to przyszłość. Teraz sytuację zaognia zachowanie opozycji ze Schetyną na czele. Jeśli dziś "ObywateleRP", KOD i inni sympatycy PO będą próbowali przejąć budynek Sejmu i dokonać "zamachu lipcowego", to Schetyna powinien utracić immunitet i usłyszeć zarzuty karne.

Grzegorz Schetyna zapowiadając zorganizowanie dzisiejszych protestów wypowiedział w piątek następujące słowa: "Wiemy, że tylko w sposób spektakularny, pokazując i uruchamiając emocje, także tu w parlamencie i poza nim, będziemy mogli zablokować to złe prawo. To jest koniec epoki, koniec demokracji w Polsce. Dlatego bardzo twardo będziemy stawać i utrudniać wprowadzenie tego koszmarnego prawa". 

Fakty są takie, że PiS ma większość w parlamencie, dlatego może przeprowadzić reformę sądownictwa wg własnego projektu. Opozycja może protestować, może organizować demonstracje, apelować o nieprzyjmowanie nowego prawa, ale przekroczenie granicy przemocy i nawoływanie do próby blokady np. Sejmu muszą mieć swoje konsekwencje.

W kontekście tych słów warto przypomnieć liderowi Platformy Obywatelskiej art. 127 par. 1 kodeksu karnego: "Kto, mając na celu pozbawienie przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności". Par. 2 tego artykułu precyzuje: "Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w par. 1, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3". Liderzy totalnej opozycji powinni także znać treść art. 128 par. 3: "Kto przemocą lub groźbą bezprawną wywiera wpływ na czynności urzędowe konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10".

Nie mam wątpliwości, że jeśli dziś dojdzie do próby przejęcia budynku Sejmu przez np. bojówki "ObywateliRP" lub sympatyków KOD/PO, czyli - innymi słowy - zmaterializuje się zapowiadany przez Schetynę "zamach lipcowy", to lider Platformy powinien być pozbawiony immunitetu, aby móc usłyszeć prokuratorskie zarzuty. W grę wchodzi tutaj co najmniej art. 128 par. 3 kodeksu karnego. 

wpis z dnia 16/07/2017

   


  

     Prywatyzacja PZU - gigantyczna afera, na której państwo polskie straciło 4,75 mld zł. Do dziś nie rozliczona...
wpis z dnia 14/07/2017

 

Afera związana z próbą sprywatyzowania państwowego PZU kosztowała aż 4,75 mld zł. Decyzję o wypłacie tak wysokiej kwoty w ramach ugody z niedoszłym portugalsko -holenderskim właścicielem PZU podjęli w 2009 roku ówczesny premier Donald Tusk i minister skarbu Aleksander Grad (później przesunięty na odcinek "atomowy"). Niestety, wszystko wskazuje na to, że afera ta nigdy nie zostanie rozliczona. Postępowanie przed Trybunałem Stanu, jakie toczy się w tej sprawie przeciwko Emilowi Wąsaczowi trwa już 12 lat i prawdopodobnie... ulegnie przedawnieniu!

Przypomnijmy - decyzję o prywatyzacji PZU podjęto w 1998 roku. Rok później została podpisana z portugalsko-holenderskim konsorcjum Eureko umowa, zgodnie z którą ówczesny rząd Jerzego Buzka sprzedał 20% akcji za kwotę 2 miliardów złotych. Równocześnie 10% akcji odsprzedano bankowi Millenium (wówczas BIG Bank Gdański). W aneksie do umowy prywatyzacyjnej podpisanym w 2001 roku zawarta została klauzula sprzedaży Eureko dodatkowych 21% akcji przez Skarb Państwa. Klauzula pozostawała jednak niezrealizowana, co stało się przyczyną konfliktu pomiędzy Eureko, posiadającym 33% akcji, a Skarbem Państwa, dysponującym 55% akcji (reszta była w posiadaniu akcjonariuszy rozproszonych). 

Strona polska, odmawiając sprzedaży wspomnianych 21% akcji, zarzucała konsorcjum Eureko złamanie umowy, która zabraniała m.in. zakupu akcji za pieniądze z kredytu. Ostatecznie w 2002 roku Eureko złożyło wniosek do Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego w Londynie, zarzucając Polsce niedotrzymanie umowy prywatyzacyjnej. Wartość przedmiotu sporu określono wówczas na astronomiczną kwotę 36 mld zł. 

W tym miejscu warto podkreślić, że Eureko przystępując do prywatyzacji PZU zobowiązało się, że wszelkie sprawy z nią związane będzie załatwiać przed polskimi sądami. Tym samym Polska nie powinna była zgodzić się na udział w arbitrażu przed trybunałem w Londynie. Co jednak ciekawe - w trakcie tego postępowania przedstawiciele Eureko de facto przyznali się do złamania umowy, potwierdzając, że akcje PZU mogli nabyć za pieniądze z kredytu.

Summa, summarum w 2005 roku Międzynarodowy Trybunał Arbitrażowy w Londynie wydał werdykt, zgodnie z którym Polska miała być odpowiedzialna jest za "opóźnienie prywatyzacji PZU na szkodę konsorcjum Eureko". Werdykt Trybunału, jako część postępowania mediacyjnego, nie miał jednak mocy prawnej wyroku sądowego.

W 2006 roku minister Skarbu Państwa zarzucił holenderskiemu bankowi ABN Amro, który pełnił rolę "doradcy strategicznego w procesie prywatyzacji PZU" nierzetelne wykonanie usługi doradczej, ze względu na konflikt interesów – holenderski bank był w tym czasie powiązany kapitałowo z Eureko oraz zatrudniał jako doradcę Marka Belkę, który był równocześnie członkiem rady nadzorczej BIG Banku Gdańskiego (!) (...)

 

Czytaj dalszą część tekstu <<

  

wpis z dnia 14/07/2017

   


  

     Tak się robi biznes: Niemcy na programie pomocowym dla Grecji zarobiły na czysto 1,34 mld euro!
wpis z dnia 13/07/2017

 

Unia Europejska to dla Berlina bardzo opłacalny biznes, a strefa euro już w ogóle. Wejście Grecji do tzw. eurolandu przyczyniło się do utraty konkurencyjności przez gospodarkę tego kraju, a w efekcie spowodowało potężny kryzys zadłużeniowy. Z "pomocą" przyszedł wówczas rząd w Berlinie, który zaproponował Grekom pakiet odpowiednio oprocentowanych i zabezpieczonych pożyczek. W ten oto sposób Niemcy zaczęli zarabiać na greckim kryzysie całkiem przyzwoite pieniądze. Szacuje się, że w ramach "programu pomocowego" Berlin otrzymał już na czysto ponad 1,34 mld euro!

To, że Unia Europejska jest dla Niemiec bardzo opłacalna przyznał swego czasu Johannes Hahn, unijny komisarz d/s polityki regionalnej. Stwierdził on bowiem, że z każdego przekazywanego z Unii do Polski 1 euro, do Niemiec wraca aż 89 centów! Re-transfer środków finansowych przebiega przez zamówienia na towary, usługi lub know-how, które do naszego kraju mogą dostarczyć jedynie niemieckie firmy. 

Dlaczego jednak strefa euro (do której Polska nie należy) dla naszych zachodnich sąsiadów przynosi równie wielkie (jeśli nie większe) korzyści? 

Warto podkreślić, że gospodarka Niemiec opiera się przede wszystkim na eksporcie. Aby był on opłacalny waluta, za pomocą której dokonywane są transakcje, nie może być zbyt silna. Szczególnie względem walut obowiązujących u największych partnerów handlowych. Gdyby dzisiaj w Niemczech obowiązywała marka (DM), to nasz sąsiad podzieliłby los Szwajcarii, której gospodarka utraciła sporą część swojej konkurencyjności poprzez zbyt silną wartość franka szwajcarskiego. Eksport do innych państw przestał być na tyle zyskowny jak kiedyś, a import dóbr i usług jest niezwykle kosztowny. 

Niemieccy stratedzy finansowi doskonale zdają sobie z tego sprawę. Dlatego będą robić wszystko, aby strefa euro uległa poszerzeniu, szczególnie o takie kraje jak Węgry czy Polska. Rozszerzenie eurolandu przyczyni się do osłabienia euro wobec walut obowiązujących u największych partnerów handlowych naszego zachodniego sąsiada. To zaś jest gwarancją na utrzymanie gospodarczej hegemonii Niemiec w tej części świata i kontynuowaniu polityki finansowego drenowania innych państw.

Nie wszystkie państwa są jednak na tyle silne wewnętrznie, aby móc funkcjonować w strefie euro. Takim państwem jest z pewnością Grecja, której wejście do eurolandu przyczyniło się do utraty konkurencyjności, a w efekcie spowodowało potężny kryzys zadłużeniowy. Z "pomocą" przyszedł wówczas... a jakby inaczej - rząd w Berlinie, który zaproponował Grekom pakiet odpowiednio oprocentowanych i zabezpieczonych pożyczek. W ten oto sposób Niemcy zaczęli zarabiać na greckim kryzysie całkiem przyzwoite pieniądze. Szacuje się, że w ramach "programu pomocowego" Berlin otrzymał już na czysto ponad 1,34 mld euro!

Niemieccy politycy z Angelą Merkel na czele zrobią wszystko, aby Grecja pozostała w strefie euro z opisanych powyżej powodów. Jednocześnie pozostawanie Grecji w eurolandzie jest równoznaczne z dalszymi kłopotami zadłużeniowymi, na które remedium (za odpowiednią opłatą) proponują Niemcy. I tak się to kręci...

 

Źródło: Prasa: niemiecki budżet zarobił na pomocy dla Grecji 1,34 mld euro (Stooq.pl)

Źródło: To wszystko wina Niemiec. Korzenie europejskich problemów są w Berlinie (Forsal.pl)

wpis z dnia 13/07/2017

   


  

     Nie mają opamiętania? Utrzymanie Sejmu i Senatu kosztuje nas już 661 mln zł! To o 51,9 mln zł więcej niż w 2016!
wpis z dnia 12/07/2017

 

Nie wszyscy wiedzą, że rok 2017 będzie rekordowy jeśli chodzi o wydatki na utrzymanie Sejmu i Senatu. Na pensje, diety, nagrody, kilometrówki, odprawy, koszty podróży i inne świadczenia wypłacane posłom, senatorom oraz parlamentarnym urzędnikom trzeba będzie wydać łącznie aż 661 milionów złotych! Szkoda, że przy tak wysokich kosztach funkcjonowania polskiego parlamentu działalność posłów i senatorów pozytywnie ocenia zaledwie 1/4 obywateli...

Zgodnie z oficjalnymi informacjami planowane wydatki na utrzymanie Sejmu w 2017 roku wyniosą 481,6 mln zł, natomiast planowane wydatki na utrzymanie Senatu - 179,4 mln zł. Łącznie daje to kwotę 661 mln zł. Co istotne - kwota ta jest wyższa o 51,9 mln zł w stosunku do planowanych wydatków na utrzymanie polskiego parlamentu w 2016 roku. Wówczas koszty te szacowano łącznie na 609,1 mln zł.

Rekordowe wydatki budżetowe na utrzymanie Sejmu i Senatu w tym roku (m.in. pensje, diety, nagrody, kilometrówki, odprawy, koszty podróży i utrzymania biur poselskich wypłacane posłom, senatorom oraz parlamentarnym urzędnikom) nie mają niestety wpływu na poprawę naszego postrzegania efektów pracy tychże instytucji. Zgodnie z przeprowadzonym kilka dni temu sondażem CBOS - pracę polskich posłów pozytywnie ocenia jedynie 29 proc., a senatorów - 30 proc. respondentów. Odmiennego zdania w przypadku posłów jest aż 56 proc. respondentów. W przypadku senatorów negatywnie o ich pracy wypowiada się 45 proc. odpytywanych przez CBOS.

Szukając oszczędności budżetowych może warto by było, aby parlamentarzyści zaczęli od siebie? W kontekście wysokich kosztów utrzymania i niskich ocen jakości pracy, zasadnym wydaje się być postulat zmniejszenia liczebności Sejmu. Wszak i tak z 460 posłów około 200 siedzi w parlamencie tylko po to, by naciskać przycisk w odpowiednim momencie.

 

Źródło: Senat.gov.pl
Źródło: CBOS: Co Polacy sądzą o pracy prezydenta i parlamentu? (Interia.pl)

wpis z dnia 12/07/2017

    


  

     Najwięcej podatków w cenie paliwa było za Tuska. To jednak w żaden sposób nie usprawiedliwia PiS w/s nowej opłaty drogowej!
wpis z dnia 11/07/2017

 

Teraz to paliwo może być nawet i po 7 zł - miał powiedzieć Donald Tusk po wygranej w wyborach parlamentarnych w 2011 roku. Słowa ówczesnego przewodniczącego PO były niemal prorocze. Ceny paliwa wkrótce osiągnęły rekordowe poziomy 6 zł. Co za tym idzie - kwoty płaconych przez Polaków podatków w cenie paliwa również stały się najwyższe w historii. To, że za PO było gorzej w żaden sposób nie może jednak usprawiedliwiać działań PiS w/s nowej opłaty drogowej. Wprowadzanie tej daniny teraz tylko dlatego, że ceny surowców są obecnie niskie, to zwykłe łamanie danej swoim wyborcom obietnicy.

- "Ponad połowa ceny benzyny to podatki. Rząd może je zmniejszyć. Ja obniżyłbym akcyzę, przez co spadłyby ceny benzyny. Ale do tego trzeba odwagi i odpowiedzialności" - mówił Jarosław Kaczyński w 2011 roku. Z kolei Beata Szydło, już jako premier naszego kraju, stwierdziła w ubiegłym roku, że: - "Podnoszenie podatków nie jest dobrym sposobem na rozwój gospodarczy, dlatego nie będziemy tego robić". 

Warto zwrócić uwagę szczególnie na tę ostatnią wypowiedź. Premier Szydło wyraźnie powiedziała, że jej rząd (w domyśle - PiS) nie będzie podnosił podatków, bowiem - co racjonalne i logiczne - zabija to rozwój gospodarczy i finalne efekty takich działań mogą być zupełnie odmienne od pożądanych.

W kontekście powyższego - czymże jest zatem projekt ustawy przewidziany drukiem sejmowym nr 1712 z 6 lipca 2017 r., który przewiduje powołanie Funduszu Dróg Samorządowych, a w celu jego finansowania nakłada na tankujących legalnie paliwa obowiązek płacenia nowej opłaty drogowej? Jeśli to nie jest podwyżka podatków, przed którą przestrzegała w ubiegłym roku premier Beata Szydło, to co to jest?

Pozostaje mieć nadzieję, że PiS - tak jak bywało to już w przeszłości - zreflektuje się nad swoim błędem i wycofa z dalszych prac pralamentarnych projekt ustawy, o którym mowa powyżej.

 

Źródło: Jan Pacan (Twitter.com) 

wpis z dnia 11/07/2017

    


  

     Przeciętny polski kierowca za program "BenzynaPlus" zapłaci ok. 260 zł rocznie
wpis z dnia 10/07/2017

 

To już pewne - będzie podwyżka podatków płaconych przez nas w cenie kupowanego paliwa. Poselski projekt ustawy zakładający utworzenie funduszu dróg samorządowych w ostatni czwartek wpłynął do Sejmu, a w tym tygodniu ma być procedowany. Środki na obsługę tego funduszu mają pochodzić z nowego podatku drogowego, który będzie wliczony w cenę paliwa. Jeśli potwierdzą się doniesienia dotyczące stawki (20 gr / 1 litr + VAT), to okazuje się, że przeciętny polski kierowca będzie musiał w ciągu roku zapłacić ok. 260 zł więcej.

W ubiegłym roku Instytut Badań Rynkowych i Społecznych IBRIS działając na zlecenie Santander Consumer Banku przepytał kierowców z całej Polski na temat ilości przejeżdżanych w ciągu roku kilometrów. Okazało się, że zdecydowana większość jeżdżących samochodami w naszym kraju (71 proc. respondentów) przejeżdżała rocznie nie więcej niż 20 tys. km (w tej grupie blisko 60 proc. osób nie przejeżdżała rocznie nawet 10 tys. km). Na tej podstawie zaryzykować można stwierdzenie, że statystyczny polski kierowca w ciągu roku przejeżdża średnio 15 tys. km. Zakładając, że aby przejechać 100 km potrzebuje on przeciętnie 7,0 litrów ON / benzyny / LPG, a stawka podatku drogowego wyniesie 20 gr / 1 litr + VAT, to łatwo można wyliczyć, że nowa danina fiskalna będzie kosztować ok. 260 zł w skali roku ([15000 / 100] x 7 x 0,25 = 262,50 zł).

Wspomniane 260 zł, to niecałe 22 zł w skali miesiąca. Niektórzy stwierdzą, że to dużo. Inni wręcz przeciwnie - że kwota ta nie będzie odczuwalna dla kieszeni zwykłych Polaków. A ja mówię, że nie po to PiS doszedł do władzy, aby wprowadzać nowe podatki. Traktowanie kierowców jako przysłowiowych dojnych krów, które mogą pokrywać deficyty finansowe, jeszcze nigdy nikomu nie wyszło na dobre. Wprowadzenie w życie pomysłu opłaty drogowej wliczanej do ceny paliwa wkurzy niemal wszystkich (wszak większość społeczeństwa musi tankować paliwo do swoich samochodów). 

Po tym jak PiS podjął decyzję o podwyżce stawek VAT od stycznia 2017 r. (w mediach mówiło się o "wydłużeniu obowiązywania podwyższonych stawek", choć formalnie była to odrębna decyzja rządu o ich podwyższeniu), zanosi się na kolejne fiskalne uderzenie w sporą grupę ludzi. W ten sposób partia Kaczyńskiego ewidentnie podcina gałąź, na której siedzi i daje argumenty "totalnej opozycji", aby waliła w obecny rząd jeszcze mocniej, niż do tej pory.

 

Źródło: Druk sejmowy nr 1712 z 6 lipca 2017 r. (Sejm.gov.pl)
Źródło: PiS zapowiedziało złożenie projektu ustawy o funduszu dróg samorządowych (Stooq.pl)
Źródło: Przeciętny polski kierowca - ile wydaje na paliwo? (DziennikLodzki.pl)

wpis z dnia 10/07/2017

  


 

     Nieruchomość wartą 75 mln zł miał nabyć za 1 mln. Nawet mafia sycylijska nie była tak sprawna jak mafia reprywatyzacyjna!
wpis z dnia 7/07/2017

 

Skala złodziejstwa, jaka miała miejsce w Warszawie w związku z dziką reprywatyzacją, jest bez precedensu. Nie tak dawno wyszło na jaw, że z powodu nieprawidłowości urzędników stołecznego magistratu, handlarz roszczeniami nabył 4 działki w ścisłym centrum Warszawy o wartości 100 mln zł. Zapłacił za nie 852 tys. zł! Teraz okazuje się, że działka przy ulicy Twardej, gdzie mieściło się prestiżowe gimnazjum, została wyceniona na 75 mln zł. Handlarz miał ją nabyć za niespełna 1 mln zł, a radni Platformy zdecydowali, aby młodzież, nauczyciele i dyrekcja szkoły opuścili tamto miejsce.

Przypomnijmy - CBA w marcu ujawniła raport na temat złodziejskiej reprywatyzacji czterech działek położonych w centrum Warszawy. Miasto Stołeczne w każdym z tych przypadków było tzw. ustawowym spadkobiercą i powinno uczestniczyć w postępowaniu spadkowym. Niestety, z uwagi na zaniechanie urzędników tak się jednak nie działo. W efekcie tych zaniechań wspomniane cztery działki (w tym jedna, której warunki zabudowy pozwalają na budowę wysokościowca) o łącznej wartości 100 mln zł, zostały zbyte na rzecz skupujących roszczenia handlarzy za kwotę... 852 tys. zł.

Teraz wyszło na jaw, że działka przy ul. Twardej, gdzie mieściło się prestiżowe gimnazjum nr 42 (miało doskonałą markę, było w czołówce szkół najchętniej wybieranych przez absolwentów podstawówek) również miała zostać "zreprywatyzowana" w sposób skandaliczny. Gimnazjum mieściło się na działce zajmującej pół hektara unikalnego gruntu w ścisłym centrum, z doskonałym dojazdem, wśród nowych biurowców. Nie było tam planu zagospodarowania przestrzennego, co oznaczało, że ewentualny nowy właściciel mógł liczyć na dużą swobodę inwestycyjną (czytaj: mógł wyburzyć budynek gimnazjum i postawić tam np. wysokościowiec pod wynajem biur i apartamentów).

Handlarz roszczeń miał przejąć ten teren za niespełna 1 milion złotych, a radni Platformy Obywatelskiej zdecydowali w lutym 2014 roku, aby zlikwidować tam szkołę (przenieść w inne miejsce), tak by "nowy właściciel" mógł z tym terenem zrobić co zechce. Dodajmy - bardzo wartościowym terenem. Okazuje się, że w grudniu 2015 roku urząd Miasta Stołecznego Warszawy wycenił, że grunt, na którym stało gimnazjum nr 42 jest warty - uwaga - 75 milionów złotych!

Pisząc o tych przypadkach nie sposób nie wspomnieć również o historii słynnej działki przy ul. Chmielnej 70 (czyli terenu w bezpośrednim sąsiedztwie Pałacu Kultury i Nauki). Przypomnijmy - w 2010 r., rzutem na taśmę tuż przed końcem swoich samorządowych kadencji, radni Platformy Obywatelskiej zdecydowali się przyjąć uchwałę zmieniającą miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego w rejonie Pałacu Kultury i Nauki. Zgodnie z treścią tej uchwały na wspomnianej działce, zamiast maksymalnie 30 metrowego budynku, jej właściciel mógłby postawić 200 metrowy wieżowiec.

2 lata później urzędnicy stołecznego ratusza podejmują decyzję, aby wspomnianą działkę, wobec której zmieniono plan zagospodarowania przestrzennego (dzięki czemu jej wartość podskoczyła do ok. 160 mln zł), oddać za darmo handlarzowi roszczeń, mimo że pierwotny właściciel tego terenu został spłacony przez państwo polskie jeszcze za czasów PRL!

Jedno jest pewne - skala złodziejstwa i nieprawidłowości, jaka miała miejsce w Warszawie w związku z dziką reprywatyzacją, jest bez precedensu. Dobrze, że dziś proceder ten został istotnie ukrócony, część handlarzy siedzi w aresztach czekając na procesy, a nad głową Hanny Gronkiewicz-Waltz zbierają się coraz ciemniejsze chmury.

 

Źródło: Sebastian Kaleta (Twitter.com)
Źródło: Jan Śpiewak (Twitter.com)

wpis z dnia 7/06/2017

    

     Ustawa o VAT w chwili wejścia miała 16 stron. Po 24 latach obowiązywania rozrosła się do 178 stron!
wpis z dnia 6/07/2017

 

Kiedy w 1993 roku uchwalano ustawę o podatku od towarów i usług (VAT) liczyła ona zaledwie 16 stron. Po 24 latach obowiązywania rozrosła się ona do 178 stron! Między innymi właśnie dlatego obsługa polskiego systemu podatkowego pochłania proporcjonalnie największą część środków pieniężnych zabranych podatnikom spośród wszystkich administracji podatkowych Europy. Zamiast upraszczać i likwidować zbędne przepisy, cały czas uchwalamy nowe, coraz bardziej skomplikowane rozwiązania prawne. To pokazuje, że lobby podatkowo-administracyjne jest w naszym kraju wciąż niezwykle silne.

Raport OECD pt. "Tax Administration 2015" nie pozostawia wątpliwości - administracja podatkowa w Polsce na swoje utrzymanie pochłania proporcjonalnie największą część środków pieniężnych zabranych podatnikom spośród wszystkich administracji podatkowych państw należących do UE. Jest także jedną z najdroższych na świecie. Działanie aparatu skarbowego w Polsce pochłania aż 1,6 proc. tego, co zbiera on z podatków. W Niemczech współczynnik ten wynosi 1,35 proc., w Czechach - 1,13 proc., a w Wielkiej Brytanii - zaledwie 0,73 proc. Wśród 56 krajów, które bada OECD, wyższy niż w Polsce wskaźnik kosztu poboru podatków występuje jedynie w Japonii (1,7 proc. przychodów) oraz w Arabii Saudyjskiej (1,62 proc.).

Warto mieć świadomość, że różnica 0,1 proc. w tym współczynniku oznacza setki milionów złotych, które zabierane nam w podatkach idą na utrzymanie aparatu administracyjno-skarbowego. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest utrzymywanie niezwykle skomplikowanego (w polskim wydaniu), systemu podatkowego. Doskonale widać to na przykładzie ustawy o podatku od towarów i usług (VAT). Kiedy w 1993 roku ją uchwalano liczyła zaledwie 16 stron. W ciągu 24 lat jej obowiązywania przeszła potężną ilość nowelizacji. Efekt tego jest taki, że dziś liczy już 178 stron. To samo tyczy się ustawy o podatku dochodowym. Na początku jej obowiązywania liczyła również 16 stron. Dzisiaj to kobyła licząca 269 stron, której interpretacja oraz egzekwowanie przepisów stanowi uzasadnienie dla zatrudnienia kilkudziesięciu tysięcy urzędników oraz równie wielkiej liczby wszelkiego rodzaju doradców podatkowych.

 

Źródło: Polski VAT kończy 24 lata. Rzadko się zmieniał i jest wśród najwyższych w UE (Bankier.pl)
Źródło: Ustawa z dnia 26 lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych (Sejm.gov.pl)
Źródło: Ustawa z dnia 8 stycznia 1993 r. o podatku od towarów i usług oraz o podatku akcyzowym (Sejm.gov.pl)
Źródło: Ustawa z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (Sejm.gov.pl)

wpis z dnia 6/07/2017

    


   

     Suwerenna Polska nigdy nie zrzekła się reparacji wojennych od Niemiec. Czasem warto o tym oficjalnie przypomnieć
wpis z dnia 5/07/2017

 

Fakty są następujące - to w skutek działań ZSRR i rządu sowieckiego, na którego czele stał B. Bierut, Polska nie otrzymała reparacji za straty wyrządzone przez Niemców w okresie II wojny światowej. Decyzje, jakie zostały podjęte w 1953 roku (formalne zrzeczenie się roszczeń), nie były decyzjami suwerennych władz Polski. Nie bez znaczenia są zatem rozważania o możliwości wystąpienia o takie reparacje obecnie. Przypominanie, co jakiś czas, o takiej opcji może nam przynieść wymierne korzyści - choćby w kontekście wywarcia doraźnego politycznego nacisku na władze w Berlinie.

Jak wielkich reparacji wojennych mogłaby się domagać Polska od Niemiec? - Nie wiadomo. W rzeczywistości nikt nigdy nie podjął się próby wyliczenia strat wyrządzonych Polsce przez Niemców w okresie II wojny światowej. Cząstkowego wyliczenia (w zakresie strat poniesionych przez samą tylko Warszawę) dokonał Lech Kaczyński. W 2004 roku, na jego polecenie (pełnił on wówczas urząd prezydenta M. St. Warszawy) przygotowano ekspertyzę dotyczącą wysokości rachunku jaki potencjalnie można by wystawić Niemcom za zniszczenia dokonane w samej tylko Warszawie w latach 1944-45. Opiewał on wówczas na gigantyczną kwotę: 45,3 mld $. Na tej podstawie można spokojnie zaryzykować stwierdzenie, że całkowite straty, jakie poniósł nasz kraj w konsekwencji wypowiedzenia wojny przez Niemcy, stanowiły wielokrotność kwoty wyliczonej przez gabinet prezydenta Warszawy w 2004 roku. 

Fakty są takie, że suwerenna Polska nigdy nie zrzekła się reparacji wojennych od Niemiec. W imieniu Polski miał to uczynić rząd sowiecki w 1953 roku (na którego czele stał wówczas sowiecki agent Bolesław Bierut). Wydaje się zatem, że decyzję tą - patrząc przez pryzmat tego, kto i w jakich okolicznościach ją podejmował - byłoby można spokojnie wzruszyć. A w takich okolicznościach droga do uzyskania reparacji staje się ponownie otwarta (tym bardziej, że pokojowy traktat poczdamski przewidywał uzyskanie przez nasz kraj reparacji od rządu RFN).

 

Warto również w tym kontekście przypomnieć, że 10 września 2004 r. Sejm RP przyjął uchwałę w sprawie praw Polski do niemieckich reparacji wojennych oraz w sprawie bezprawnych roszczeń wobec Polski i obywateli polskich wysuwanych w Niemczech. W treści tej uchwały stwierdzono jednoznacznie, iż "Polska nie otrzymała dotychczas stosownej kompensaty finansowej i reparacji wojennych za olbrzymie zniszczenia oraz straty materialne i niematerialne spowodowane przez niemiecką agresję, okupcję, ludobójstwo i utratę niepodległości przez Polskę".

Nawet, gdyby wystąpienie o reparacje traktować w kategoriach mało realistycznych, przypominanie co jakiś czas o takiej opcji może nam przynieść wymierne korzyści - choćby w kontekście wywarcia doraźnego politycznego nacisku na władze w Berlinie. Warto, aby rządzący naszym krajem o tym pamiętali.

 

Źródło: Uchwała Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 10 września 2004 r. (Sejm.gov.pl)

wpis z dnia 5/07/2017

    


  

     Uwaga! Jest rekordowy pozew (1,2 mld zł) za decyzję osób z nadania rządu Tuska, które kierowały państwową spółką!
wpis z dnia 4/07/2017

 

Totalna opozycja straszyła "niestabilnością otoczenia prawnego" za rządów PiS, tymczasem okazuje się, że zagraniczne firmy wytaczają najcięższe działa przeciwko spółkom Skarbu Państwa, które obsadzone przez ludzi z nadania rządu Donalda Tuska miały nie przestrzegać wiążących postanowień umownych. Amerykańska spółka energetyczna Invenergy złożyła w sądach w Katowicach i Krakowie pozwy o odszkodowanie przekraczające 1,2 mld zł. Chodzi o konsekwencje decyzji podejmowanych w 2014 roku przez zarząd Tauronu, który był obsadzony z politycznego nadania poprzedniej ekipy rządowej.

Media doniosły wczoraj, iż amerykańska spółka energetyczna Invenergy złożyła pozwy przeciwko państwowemu Tauronowi (jednemu z czterech największych polskich przedsiębiorstw energetycznych). Łączna wysokość odszkodowania dochodzonego tymi pozwami przekracza kwotę 1,2 miliarda zł. Powodem złożenia pozwów miały być decyzje podejmowane w poprzednich latach przez zarząd Tauronu oraz spółek-córek w kwestii realizacji długoterminowych kontraktów z operatorami farm wiatrowych na zakup energii oraz praw majątkowych ze świadectw pochodzenia (tzw. zielonych certyfikatów). 

Chodzi o umowę z 2010 roku. Spółka Invenergy podpisała wówczas ze spółką Polska Energia - Pierwsza Kompania Handlowa Sp. z o.o. (w skrócie: "PE-PKH", która była w całości kontrolowana przez Tauron) 15-letnią umowę na sprzedaż energii elektrycznej i zielonych certyfikatów produkowanych przez farmy wiatrowe należące do Invenergy. Strony doszły wówczas do porozumienia, aby ceny odsprzedaży energii wyprodukowanej z wiatraków oraz certyfikatów były niższe o 15-20 proc. od ówczesnych rynkowych. W zamian jednak miały być niezmienne przez 15 lat. 

Początkowo taki deal był korzystny dla Tauronu. Taki stan nie trwał jednak długo - w 2012 r. ceny zielonej energii zaczęły drastycznie spadać. Tymczasem Tauron był zobowiązany płacić Amerykanom stałą, niezmienną cenę. Energetyczny gigant rozpoczął próby zmiany kontraktów, a nie mogąc ich po prostu wypowiedzieć, postawił spółkę PE-PKH w... stan likwidacji (2014 rok), tak aby umowy zawarte w 2010 roku przestały obowiązywać. 

Nie przesądzając kto w tym sporze ma rację warto zwrócić uwagę, że sypie się kolejna narracja totalnej opozycji, która jeszcze do niedawna grzmiała o "niestabilności otoczenia prawnego" w czasach rządów PiS. Teraz - zgodnie z tym, co twierdzą Amerykanie - naczelna zasada prawa cywilnego, czyli "Pacta sunt servanta" (umów należy dotrzymywać) miała być łamana przez zarządy państwowej spółki obsadzonej przez resort Skarbu w rządzie Donalda Tuska. Jeśli zarzuty się potwierdzą i sądy w Katowicach i Krakowie zasądzą rekordowo wysokie odszkodowania, to nie wykluczone, że za decyzje ekipy PO-PSL przyjdzie nam płacić jeszcze przez wiele lat po ich formalnym odsunięciu władzy.

Jeszcze inną kwestią jest ustalenie, kto - ze strony kontrolowanego wówczas przez ekipę Donalda Tuska Tauronu - zgodził się, aby zawrzeć z Invenergy "sztywny" kontrakt cenowy, który na przestrzeni 15 lat miał nie uwzględniać zmieniającego się otoczenia rynkowo-regulatorskiego? Kto był wówczas taki "genialny" i zgodził się, aby ceny były niezmienne, co w przypadku umów długoterminowych, wiąże się z potężnym ryzykiem finansowym?

 

Źródło: Amerykanie pozwali Tauron na 1,2 mld zł (Pb.pl)
Źródło: Tauron zrobił manewr pod wiatr (Pb.pl)

wpis z dnia 4/07/2017

   


  

     PO wzywa do niepłacenia abonamentu. Tusk też kiedyś tak wzywał, a potem zażądał zapłaty odsetek od tych, co dali się nabrać!
wpis z dnia 3/07/2017

 

Grzegorz Schetyna, a w ślad za nim członkowie PO, wezwali Polaków do niepłacenia abonamentu RTV. Nie do zmiany prawa i zniesienia abonamentu, lecz do jego niepłacenia, czyli działania wbrew obowiązującemu prawu. Warto w tym kontekście przypomnieć, że był już taki jeden, który twierdził, że abonament to "haracz", i że "nie spocznie dopóki go nie zlikwiduje". Tym kimś był Donald Tusk. Część ludzi go posłuchała i przestała płacić. Po kilku latach służby podległe administracji Tuska zaczęły tych ludzi ścigać i żądać zapłaty zaległości wraz z odsetkami.

Grzegorz Schetyna, podczas sobotniej konwencji PO, powiedział rzecz następującą:

 

"Nie zostawimy także tych, którzy będą zastraszani i karani za niepłacenie abonamentu. My też go nie będziemy płacić. Chcę powiedzieć bardzo wyraźnie - po wyborach ci wszyscy, którzy będą karani za niepłacenie abonamentu, będą mogli liczyć na rekompensatę. Obiecuję to!"

 

Na tej podstawie Kinga Gajewska, posłanka Platformy Obywatelskiej, opublikowała poniższego tweeta:

 

 

Wygląda więc na to, że PO wzywa Polaków do działania wbrew obowiązującemu prawu. Warto w tym kontekście przypomnieć, że był już taki jeden, który twierdził, że abonament to "haracz", i że "nie spocznie dopóki go nie zlikwiduje". Tym kimś był Donald Tusk. W kwietniu 2008 roku wypowiedział on następujące słowa:

 

"Abonament radiowo-telewizyjny jest archaicznym sposobem finansowania mediów publicznych, haraczem ściąganym z ludzi; dlatego rząd będzie zabiegał o poparcie prezydenta i opozycji dla jego zniesienia. (...) Nie wyobrażam sobie, aby w finale utrzymać ten niesprawiedliwy, ale kosztowny system".

 

Zaledwie miesiąc później szef ówczesnego rządu publicznie zadeklarował:

 

"Chciałbym powiedzieć, że nie spoczniemy dopóty, dopóki nie zmienimy tego wyjątkowo obłudnego systemu narzucania haraczu Polakom szczególnie niezamożnym po to, by nieliczna grupa ludzi mogła korzystać z tego materialnie w sposób nieuzasadniony, poza jakąkolwiek kontrolą".

 

Efekt powyższych słów był taki, że sporo osób płacących do tej pory abonament RTV przestało to robić. Uwierzyli Tuskowi, że wkrótce zniesie ten "wyjątkowo obłudny haracz". Po kilku latach okazało się, że ludzie, którzy przez wzgląd na słowa lidera PO przestali płacić abonament RTV, byli wzywani do zapłaty zaległości wraz z odsetkami. Co ciekawe - wezwania do zapłaty wysyłały służby podległe... administracji Tuska. 

Powstaje pytanie - ile osób znowu nabierze się na słowa członków Platformy Obywatelskiej, którzy dziś wzywają do niepłacenia abonamentu RTV? Czy ludzi ci ponownie będą musieli zapłacić podwójnie (zaległość + odsetki), a obietnica Schetyny okaże się być tyle samo warta, co wcześniejsza obietnica Tuska?

 

Źródło: Kinga Gajewska (Twitter.com)
Źródło: Tusk: abonament rtv to haracz (Wprost.pl)

wpis z dnia 3/07/2017

    


  

     Liczba przestępstw z nienawiści w 2016 r.: Polska - 1.631, Niemcy - 41.549 (!)
wpis z dnia 1/07/2017

 

Zgodnie z oficjalnymi statystykami w 2016 roku w naszym kraju odnotowano 1631 przestępstw, których powodem była szeroko rozumiana nienawiść do innych ludzi lub grup (postępowania karne wszczynane były najczęściej z art. 119, 256 i 257 kodeksu karnego). Dla porównania - w tym samym czasie w Niemczech przestępstw motywowanych nienawiścią do państwa lub do innych ludzi (na tle politycznym, rasowym czy światopoglądowym) odnotowano aż 41.549! Widać zatem, że daleko nam jeszcze do "europejskich standardów".

Zgodnie z oficjalnymi statystykami niemieckiego ministerstwa spraw wewnętrznych w 2016 roku na terenie Republiki Federalnej Niemiec odnotowano aż 41.549 przestępstw "motywowanych politycznie" (to oficjalna nomenklatura). Do grupy tej zaliczają się m.in. przestępstwa przeciwko organom niemieckiego państwa, ustrojowi czy konstytucji. Jednak największą grupą przestępstw wchodzących we wspomniany zbiór są te, które popełniono przeciwko osobom lub grupom ludzi ze względu na ich narodowość, pochodzenie etniczne, rasę, religię, wyznawane poglądy lub sympatie polityczne.

Aż 4.311 przestępstw "motywowanych politycznie" popełniono w ubiegłym roku u naszego zachodniego sąsiada z użyciem przemocy. Ataków na miejsca schronienia dla uchodźców lub migrantów odnotowano łącznie 995 (niewielki spadek w porównaniu do roku 2015, kiedy tego typu wykroczeń było 1.031). Coraz bardziej zauważalne były jednak przestępstwa "motywowane politycznie" popełniane przez cudzoziemców. Jeszcze w 2015 roku było ich 2025. Rok 2016 przyniósł wzrost liczby takich przypadków do 3.372 (najwięcej przestępstw tego typu odnotowano w relacjach między Turkami a Kurdami).

Z powyższych statystyk można wysnuć wniosek, że w liczbie przestępstw popełnianych z nienawiści daleko nam jeszcze do "standardów europejskich". Wszak oficjalne statystyki mówią, że w 2016 roku na terenie Polski doszło do zaledwie 1.631 przestępstw motywowanych nienawiścią do innych ludzi a tle politycznym, rasowym czy światopoglądowym. 

 

Oczywiście, należy uwzględnić, że Niemcy mają nieco inną (szerszą) metodologię liczenia takich występków, niemniej gdyby nawet oddzielić przestępstwa czysto polityczne (przeciwko ustrojowi, konstytucji itp.) od reszty "klasycznych" przestępstw z nienawiści, to problem ten i tak jest znacznie poważniejszy za Odrą, niż nad Wisłą. 

 

Źródło: Polizeiliche Kriminalstatistik und Fallzahlen Politisch Motivierte Kriminalität 2016 vorgestellt (bmi.bund.de)
Źródło: Niemcy: Wzrost przestępstw z nienawiści (Amnesty.org.pl)
Źródło: Wyciąg ze sprawozdania dot. spraw o przestępstwa popełnione z pobudek rasistowskich, antysemickich lub ksenofobicznych prowadzonych w 2016 roku (PK.gov.pl)

wpis z dnia 1/07/2017