Blog niewygodne.info.pl stosuje pliki cookies. 

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. 

Jeśli nie wyrażają Państwo zgody, uprzejmie prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Archiwum: Czerwiec 2017

 

     Dla UE włoski bank to nie jakaś tam polska stocznia. Pomoc publiczna (5,2 mld euro!) jest w tym przypadku całkiem legalna
wpis z dnia 30/06/2017

 

Komisja Europejska właśnie wyraziła zgodę na przyznanie przez rząd Włoch gigantycznej pomocy publicznej (5,2 mld euro) dla banku Intesa Sanpaolo, który w zamian przejmie dwa upadające banki regionalne. Wygląda na to, że Bruksela po raz kolejny podjęła decyzję zgodnie z zasadą "co wolno wojewodzie, to nie tobie...". Wszak w przypadku polskich stoczni - które po wyjściu na prostą mogły stanowić realną konkurencję dla stoczni niemieckich, a kwota wsparcia była o wiele mniejsza - eurokraci uznali, że pomoc jest nielegalna.

Intesa Sanpaolo - drugi co do wielkości bank we Włoszech - zdecydował się na przejęcie aktywów dwóch upadających regionalnych banków: Banco Popolare di Vicenza oraz Veneto Banca. W zamian za to rząd Włoch zapowiedział, że dofinansuje Intesa Sanpaolo kwotą 5,2 miliarda euro w celu spełnienia przez bank wymogów kapitałowych. Co jednak najistotniejsze - obietnica dofinansowania pieniędzmi podatników banku Intesa Sanpaolo uzyskała oficjalną aprobatę Komisji Europejskiej. Pomoc publiczna będzie w tym przypadku całkowicie legalna.

Przypomnijmy, że nie dalej jak trzy miesiące temu brukselscy urzędnicy wyrazili zgodę na udzielenie przez francuski rząd pomocy publicznej dla państwowego koncernu energetycznego Areva w wysokości 4,5 mld euro. Problem w tym, że przedsiębiorstwo to jest trwale nierentowne i od 7 lat przynosi straty. Jej całkowite zadłużenie przekracza już kwotę 13 mld euro. Mimo tak fatalnych danych francuski rząd podjął decyzję o skierowaniu gigantycznej pomocy publicznej na ratowanie tej spółki, a Unia Europejska to klepnęła. 

Rząd w Paryżu pomagał nie tylko francuskim stoczniom. Istotnie wsparł również znajdujący się w bardzo trudnej sytuacji finansowej koncern samochodowy PSA, który produkuje Peugeoty i Citroeny. Najpierw w 2008 roku zdecydował się na przekazanie PSA ok. 2 mld euro pomocy publicznej, a następnie w 2012 roku doszło do porozumienia między rządem a koncernem państwo udzieli gwarancji kredytów dla filii bankowej PSA, tj. banku PSA Finance na łączną sumę 7 mld euro. Kredyty miały być przeznaczone na ratowanie francuskiego giganta motoryzacyjnego. Łącznie w ciągu kilku lat pomoc publiczna francuskich władz dla PSA wyniosła 9 mld euro. Co istotne - UE nie zakwestionowała tej pomocy, jako nielegalnej,

W odróżnieniu od pozytywnych decyzji eurokratów wobec rządów w Paryżu i Rzymie, eurokraci uznali, że pomoc publiczna jaka w przeszłości została przyznana stoczniom w Gdyni i Szczecinie była nielegalna i musi zostać zwrócona. W praktyce oznaczało to postawienie obu stoczni w stan likwidacji. Rząd Tuska nie odwołał się od tej decyzji do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS), bowiem uznał, iż "tak nie wypada" (cytat z raportu NIK). Od decyzji KE, co do własnych stoczni, odwołała się za to Francja. Opłaciło się - ETS uznał, że pomoc francuskiego rządu nie była nielegalna, dzięki czemu ich stocznie zostały uratowane.

Na bazie przytaczanych powyżej przypadków stwierdzić można dwie rzeczy: 1) albo łaska unijnych urzędników na pstrym koniu jeździ, albo 2) działają oni według zasady "co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie". W przypadku Polski i jedno, i drugie jest niestety możliwe.

 

Źródło: Pomoc włoskim bankom a pokusa nadużycia (Stooq.pl)
Czytaj także: Rząd Francji na ratowanie Peugeota i Citroena udzielił 9 mld euro pomocy publicznej. Dla UE tak wielka kwota nie była jednak problemem (Niewygodne.info.pl)
Czytaj także: Francja przeznaczy 4,5 mld euro (!) na ratowanie jednego, trwale nierentownego przedsiębiorstwa (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 30/06/2017 

     


  

     PiS podcina gałąź, na której siedzi! Najpierw abonament, a teraz drastyczna (o ~116 proc.) podwyżka opłaty paliwowej
wpis z dnia 29/06/2017

 

Nieracjonalnych pomysłów PiS ciąg dalszy. Po tym jak spora grupa posłów tej partii zaczęła intensywnie myśleć, jak można zwiększyć ściągalność archaicznego abonamentu RTV, teraz przyszła kolej na podwyżki cen paliwa. Zgodnie z poselskim projektem ustawy PiS chciałby powołać Fundusz Dróg Samorządowych. Pieniądze na ten Fundusz miały by pochodzić z podwyżki opłaty paliwowej (od 69 do nawet 154 proc. - w zależności od paliwa) płaconej przez każdego kierowcę, który tankuje paliwo z legalnych źródeł. Oto jak PiS, stopniowo lecz konsekwentnie, podcina gałąź na której siedzi...

Pisałem o tym nie tak dawno, ale jak widać do "zakonu" PiS niewiele dociera. Zamiast myśleć o tym, jak uszczelnić ściągalność abonamentu RTV, PiS mógł jednym sprawnym ruchem zapewnić sobie sympatię u wielu ludzi. Wystarczyło całkowicie zlikwidować obowiązek płacenia tego reliktu PRL, finansowanie mediów publicznych ograniczyć do niezbędnego minimum, a do tego ubrać to w odpowiednią narrację (mamy więcej kasy z uszczelnienia VAT i walki z mafią, więc możemy sobie pozwolić na likwidację abonamentu, czyli na coś, co poprzednie ekipy nie miały odwagi uczynić). 

Abonament RTV to jednak mały pikuś w porównaniu z planowanymi podwyżkami opłaty paliwowej. Posłowie PiS postanowili bowiem, tak jak wcześniej posłowie PO-PSL, potraktować kierowców jak dojne krowy. Zgodnie z informacjami "Rzeczpospolitej" lada dzień do sejmu ma trafić projekt ustawy powołujący do życia Fundusz Dróg Samorządowych. Pieniądze na ten Fundusz miały by pochodzić - a jakże by inaczej - z podwyżki opłaty paliwowej, która jest zawarta w cenie kupowanego na stacjach legalnego paliwa. Zgodnie z ustaleniami "Rzeczpospolitej" podwyżka wyniosłaby 20 gr. na litr, co w praktyce oznacza wzrost opłaty paliwowej o 69 proc. w przypadku oleju napędowego (ON), o 125 proc. w przypadku LPG oraz o 154 proc. w przypadku benzyny.

Nie wiem czy na Nowogrodzkiej zdają sobie z tego sprawę, ale ewentualne wprowadzenie w życie pomysłu podwyżek opłaty paliwowej wkurzy niemal wszystkich (wszak większość społeczeństwa musi tankować paliwo do swoich samochodów). Do tego opozycja otrzyma "na tacy" kolejny argument, aby grzać temat pt. "Patrzcie, jaki ten PiS jest zły!". Traktowanie kierowców, jak dojne krowy jeszcze nigdy nikomu nie wyszło na dobre. Pod tym względem PiS podcina gałąź, na której siedzi.

 

Źródło: Droższa benzyna na lato (Rp.pl)

wpis z dnia 29/06/2017

   


   

     Bankierzy z EBC tworzą pieniądze by odkupić za nie niemieckie długi. Pomoc dla polskich stoczni to przy tym mały pikuś!
wpis z dnia 28/06/2017

 

Mało kto zdaje sobie sprawę ze skali pomocy, jaką unijny Europejski Bank Centralny (EBC) przekazuje krajom strefy euro. Bankierzy z Frankfurtu (siedziba EBC) drukują co miesiąc dziesiątki miliardów euro (aktualnie po 60/m-c) tylko po to, aby skupować za nie długi państw eurolandu. Największym beneficjentem są - a jakże by inaczej - Niemcy. Całkowita kwota odkupionych długów tego kraju przekroczyła już 400 mld euro! EBC pomaga tak intensywnie, że za chwile na rynku zacznie brakować niemieckich długów od odkupienia! Uznana za nielegalną pomoc dla polskich stoczni to przy tym mały pikuś...

Komisja Europejska uwielbia doszukiwać się znamion niedozwolonej pomocy publicznej. Ostatnio znalazła ją w podatku od sieci handlowych (który najmocniej miał uderzyć w duże zagraniczne sieci handlowe funkcjonujące na terytorium Polski). Wcześniej znalazła ją w pomoc polskiego rządu dla stoczni w Gdynii i Szczecinie. Eurokraci z Brukseli zupełnie jednak przymykają oko na to, co wyprawia Europejski Bank Centralny (EBC). Otóż od marca 2015 roku ta unijna instytucja finansowa drukuje olbrzymie ilości euro, za które skupuje długi państw eurolandu. Zgodnie z oficjalnymi statystykami EBC wykupił w ten sposób do tej pory już 2,3 bln euro długu. Największym beneficjentem są w tym przypadku Niemcy. Pomoc EBC dla naszego zachodniego sąsiada w okresie od marca 2015 do maja 2017 sięgnęła już nieco ponad 400 miliardów euro.

W kontekście "luzowania ilościowego" (bo tak formalnie nazywa się pomoc EBC dla krajów eurolandu) warto wspomnieć, że pojawił się dość niespodziewany problem. Otóż EBC tak intensywnie pomaga Niemcom, że za chwile na rynku długu zacznie brakować niemieckich obligacji, które można wykupić! - "Nie mam pojęcia, gdzie moglibyśmy znaleźć dostateczną ilość niemieckich obligacji, aby utrzymać w ruchu luzowanie ilościowe w drugiej połowie 2018 roku" – twierdzi anonimowe źródło agencji Reuters (sic!).

Powstaje pytanie - skoro dodrukowywanie co roku setek miliardów euro w celu skupowania długów państw eurolandu (a ostatnio także zachodnich korporacji) nie jest niedozwoloną pomocą publiczną, to dlaczego za taką niedozwoloną pomoc uchodzi dotowanie (i to nie sztucznie wykreowanymi pieniędzmi) przemysłu stoczniowego w Polsce, który mógłby stanowić realną konkurencję dla np. stoczni niemieckich?

 

Źródło: Draghiemu zaczyna brakować niemieckich obligacji (Bankier.pl)

wpis z dnia 28/06/2017

   



        

     Zanim założył Amber Gold był aż 9 razy skazywany za oszustwa. Żaden sąd nie posłał go jednak do więzienia. Dlaczego?
wpis z dnia 27/06/2017

 

Nie byłoby afery Amber Gold, nie byłoby młodego Tuska pracującego na zlecenie OLT Express, nie byłoby 19 tys. poszkodowanych i wielomilionowych strat, gdyby któryś sędzia zamiast skazywać Marcina P. na kolejną grzywnę lub karę w zawieszeniu najzwyczajniej w świecie posłał go za kratki. Pod tym względem dziwić może wyjątkowa łagodność wymiaru sprawiedliwości wobec późniejszego sponsora filmu o Wałęsie. Dlaczego "parasol ochronny" nad Marcinem P. zwinął się nagle latem 2012 roku? Odpowiedzi na to pytanie dostarczają nam ujawnione wczoraj taśmy.

Pisałem już o tym wielokrotnie na łamach tego bloga, ale nie zaszkodzi powtórzyć - sprawa Amber Gold śmierdzi na kilometr. Jak bowiem przez bite trzy lata na rynku Polskim mogła sobie bez skrępowania działać piramida finansowa bez licencji KNF, która oszukała zwykłych ludzi na 850 mln zł? Jak to możliwe, że Marcina P. podziwiali przedstawiciele ówczesnej władzy za "innowacyjność" podobną do "innowacyjności Lecha Wałęsy"? Jak to możliwe, że syn Donalda Tuska pracował dla spółki kontrolowanej przez Marcina P.?

Tego wszystkiego z pewnością by nie było, gdyby Marcin P., czyli formalny mózg i pomysłodawca Amber Gold, został osadzony w więzieniu za któryś z jego wcześniejszych przekrętów. A było ich całkiem sporo. W 2005 r. skazany został za fałszowanie dokumentów. W 2008 r. skazany za przywłaszczenie 174 tys. zł (sprawa Multikasy). W 2007 i 2009 r. skazany za oszustwa bankowe (wyłudzenie kredytów na łączną kwotę ponad 140 tys.). Za każdym razem jednak sądy orzekały wobec niego grzywnę (x 2) albo karę więzienia w zawieszeniu (x 7). I to pomimo recydywy, czyli powrotu do popełniania przestępstw z tej samej kategorii! Co sprawiło, że wymiar sprawiedliwości był dla Marcina P. tak łagodny? 

Nowe światło na sprawę rzucają ujawnione wczoraj przez tygodnik "wSieci" nagrania z podsłuchów i czynności operacyjnych, jakie ABW prowadziło przeciwko Marcinowi P. W tym kontekście należy przypomnieć, że dla OLT Express (spółki lotniczej, której głównym inwestorem był Amber Gold) pracował swego czasu syn Donalda Tuska. Tuż przed aresztowaniem twórca Amber Gold udzielił wywiadu, w którym stwierdził, że młody Tusk mógł u niego pracować w charakterze swego rodzaju "szpiega". Miał bowiem dostęp do planowego rozwoju siatki połączeń, przygotowywał plany zrobienia z Gdańska punktu przesiadkowego. Analizował strukturę połączeń oraz napływy pasażerów o poszczególnych godzinach. 

Z opinii Marcina P. wynika, że młody Tusk mógł szpiegować dla ówczesnego rządu w sprawie sytuacji w OLT. Kontekstem dla całej sprawy miała być prywatyzacja LOT-u. Warto zauważyć, że po wejściu na rynek OLT - który wymusił drastyczne obniżenie cen krajowych połączeń lotniczych - rząd Tuska w sprawie prywatyzacji LOT-u poniósł spektakularną porażkę. Wycofał się bowiem jedyny chętny na zakup narodowego przewoźnika lotniczego - Turkish Airlines. Według "Rzeczpospolitej" - wartość LOTu (przed pojawieniem się na rynku OLT Express) mogła wynosić nawet około 2 mld zł. Do Skarbu Państwa należało 93,07% akcji tej spółki. Zakładając, że wejście na rynek OLT mogło spowodować, iż do znajdującej się w opłakanym stanie kasy państwowej nie wpłynęło blisko 2 mld zł (Turcy wystraszyli się bowiem tego, że LOT nie wytrzyma konkurencji z OLT), początkowo nie przekreślałem zeznań Marcina P., według których wywołanie przez rząd i podległe mu służby "afery Amber Gold" dopiero po 3 latach spokojnego funkcjonowania i łupienia klientów, jest zwykłą karą za inwestycje w OLT, która uniemożliwiła rządowi prywatyzację LOT-u. Wczorajsze ujawnienie nagrań z podsłuchów tylko potwierdziło tę wersję wydarzeń.

Z nagranych rozmów wynika, że małżeństwo P. miało świadomość fatalnej sytuacji finansowej w jakiej znalazł się LOT po wejściu na rynek ich OLT Express. W dniu 27 lipca 2012 r., a więc tuż przed upadkiem Amber Gold, kiedy właściciele tego parabanku wiedzieli, że ich dni są policzone, ABW nagrała rozmowę Katarzyny P. z jej bratem, podczas której pada bardzo znamienne zdanie: - "Wystarczyłby jeszcze miesiąc (...), żeby LOT upadł. (...) dosłownie miesiąc."

Powyższe zdanie sugeruje, że cały Amber Gold został założony tylko i wyłącznie po to, aby zgromadzić fundusze na założenie OLT Express. Przez trzy lata służby roztoczyły parasol ochronny nad przestępczą działalnością małżeństwa P., bowiem komuś bardzo zależało, aby zebrać odpowiednie środki, zainwestować je w konkurencyjną do LOT-u linię, a tym samym doprowadzić narodowego przewoźnika do upadku. W ten sposób OLT mogła by przejąć cały polski rynek przewozów lotniczych i stać się inwestycją przynoszącą gigantyczne, ale i całkiem legalne dochody, które z czasem pozwoliłyby sfinansować wszystkich wierzycieli Amber Goldu. Plan ten zawalił się jednak w ostatnim możliwym momencie - ktoś na najwyższych szczeblach władzy musiał podjąć decyzję potwierdzającą, że Marcin P. - mimo wkupywania się w łaski rządzących wówczas krajem polityków - nie jest "naszym" człowiekiem. Ktoś zrozumiał, że dalszy nieskrępowany rozwój biznesów małżeństwa P. może doprowadzić do poważnych strat Skarbu Państwa. Ówczesna "grupa trzymająca władzę" uznała, że taki obrót spraw może być w ostatecznym rozliczeniu dla nich niekorzystny. Postanowili zatem zdjąć roztoczony nad Amber Goldem parasol ochronny, co w ciągu kilku miesięcy w sposób zupełnie naturalny doprowadziło do jednej z największych afer finansowych epoki rządów Donalda Tuska.

 

Źródło: "wSieci" ujawniło stenogramy z podsłuchów ABW założonych Marcinowi P. (Stooq.pl)
Źródło: Amber Gold: zmowa KNF i ABW? (Rp.pl)
Źródło: Wywiad Doroty Kania oraz Wojciecha Muchy z Marcinem Plichtą pt.: "Nie wiem, po co Michał Tusk do nas przyszedł" opublikowany w "Gazecie Polskiej Codziennie" nr 189 (284)/2012.

wpis z dnia 27/06/2017

      


  

     Mało znany fakt: Produkcja baterii dla eko-samochodu generuje ilość CO2 zbliżoną do 8 lat jazdy autem z silnikiem diesla!
wpis z dnia 26/06/2017

 

Ekolodzy zafiksowani na punkcie samochodów elektrycznych z pewnością nie będą zadowoleni - okazuje się, że proces produkcji baterii do tego typu pojazdów przy użyciu obecnych technologii generuje bardzo dużą ilość CO2 do atmosfery. Zgodnie z raportem Szwedzkiego Instytutu Badań nad Środowiskiem stworzenie baterii do eko-samochodu generuje ilość dwutlenku węgla zbliżoną do emisji, jakie powstają przez ponad 8 lat użytkowania auta z silnikiem spalinowym diesla! Oto ciemniejsza strona współczesnej mody na bycie "eko".

Szwedzki Instytut Badań nad Środowiskiem na zlecenie rządu Szwecji oraz Szwedzkiej Agencji Energetycznej przeprowadził badania na temat wpływu, jaki na środowisko wywiera proces produkcji baterii litowo-jonowych, które są używane w uchodzących za ekologiczne samochodach elektrycznych. Wyniki tych badań są co najmniej zaskakujące. O ile pojazdy elektryczne w trakcie ich użytkowania rzeczywiście nie emitują do atmosfery żadnego CO2, to produkcja wykorzystywanych w tych samochodach baterii generuje olbrzymie ilości dwutlenku węgla.

Mats-Ola Larsson z Szwedzkiego Instytutu Badań nad Środowiskiem wyliczył, że aby przy użyciu współczesnej technologii wyprodukować baterię do elektrycznego Nissana Leafa, trzeba najpierw wyemitować do atmosfery ilość CO2, którą można porównać z ilością CO2 wyemitowaną w trakcie użytkowania samochodu spalinowego z silnikiem diesla przez 2 lata i 9 miesięcy. Jeszcze więcej dwutlenku węgla ma powstawać w trakcie produkcji baterii do popularnej Tesli. Zgodnie z wyliczeniami Larssona ilość CO2 jest w tym przypadku zbliżona do emisji, jakie powstają przez ponad 8 lat użytkowania auta z silnikiem spalinowym diesla!

Powyższe wyliczenia - zakładając, że zostały one przez Szwedzki Instytut Badań nad Środowiskiem przeprowadzone rzetelnie -to z pewnością kubeł zimnej wody na rozgrzane głowy ekologów zafiksowanych na punkcie samochodów elektrycznych. Jak widać moda na bycie "eko" ma również swoją ciemniejszą stronę. Dobrze byłoby, aby każdy miał tego świadomość.

 

Źródło: Study: Tesla car battery production releases as much CO2 as 8 years of driving on gas (climatechangedispatch.com)
Źródło: New report highlights climate footprint of electric car battery production (ivl.se)

wpis z dnia 26/06/2017

    


   

     Deficyty budżetowe po maju: 2013 - 30,9 mld zł, 2014 - 22,5 mld zł, 2015 - 19,6 mld zł, 2017 - tylko 0,2 mld zł (!). Wystarczy nie kraść
wpis z dnia 23/06/2017

 

Tak niskiego deficytu budżetowego nasze państwo nie notowało jeszcze nigdy w historii! Ministerstwo Finansów właśnie ogłosiło, że w okresie od stycznia do maja deficyt wyniósł zaledwie 0,2 mld zł, tj. 0,3 proc. całorocznego planu. Wszystko dzięki fenomenalnym rezultatom walki służb z mafią wyłudzającą VAT (wpływy z tytułu tego podatku są o 30 proc. wyższe niż rok temu) oraz wysokim przychodom z tytułu podatku CIT (mimo obniżki stawki wpływy wzrosły o 14,3 proc. r/r). I to jest prawdziwie DOBRA ZMIANA!

Deficyt budżetowy to sytuacja, w której rząd wydaje więcej pieniędzy niż posiada, a różnice "zasypuje" zaciągając nowe pożyczki. Innymi słowy - jego istnienie jest główną przyczyną powstawania nowego długu. 

Obecna opozycja jeszcze przez wiele miesięcy po dojściu do władzy przez PiS straszyła Polaków, że program 500+ zniszczy finanse publiczne naszego kraju. Przedstawiciele partii Grzegorza Schetyny i Ryszarda Petru, do spółki ze sponsorowanymi przez George'a Sorosa dziennikarzami, wieszczyli gigantyczny wzrost deficytu, który miałby się przyczynić do katastrofy finansów publicznych naszego kraju. Rzeczywistość okazała się być zupełnie inna. Zgodnie z najnowszym odczytem Ministerstwa Finansów - deficyt budżetowy po maju wyniósł zaledwie 0,2 mld zł, czyli 0,3 proc. planu na cały 2017 r.! 

Tak dobrego odczytu po maju w zakresie deficytu nie było jeszcze nigdy w historii. Poniżej prezentuje dane za okres styczeń -maj z dziesięciu ostatnich lat:

 

Rok 2017 - deficyt: 0,2 mld zł
Rok 2016 - deficyt: 13,5 mld zł
Rok 2015 - deficyt: 19,6 mld zł
Rok 2014 - deficyt: 22,5 mld zł
Rok 2013 - deficyt: 30,9 mld zł

Rok 2012 - deficyt: 27,0 mld zł

Rok 2011 - deficyt: 23,7 mld zł

Rok 2010 - deficyt: 32,0 mld zł

Rok 2009 - deficyt: 16,3 mld zł

Rok 2008 - deficyt: 1,9 mld zł

 

Jaki jest główny powód tak drastycznego spadku deficytu budżetowego? Odpowiedź jest prosta - WYSTARCZY NIE KRAŚĆ. Rządowi PiS można zarzucić różne rzeczy, ale jedno z pewnością trzeba mu oddać - walka z mafią wyłudzającą (kradnącą) zwroty VAT w końcu przynosi realne efekty. Wpływy z tytułu tego podatku we wspomnianym okresie wzrosły bowiem aż o 30 proc. w porównaniu z analogicznym okresem roku 2016!

Pozostaje mieć nadzieję, że tren utrzyma się do końca roku i po grudniu Minister Finansów będzie mógł się pochwalić jeśli nie całkowitym brakiem, to przynajmniej najmniejszym całorocznym deficytem budżetowym w historii III RP.

 

Źródło: MF: Deficyt budżetu to 0,2 mld zł po maju, tj. 0,3% planu wg wstępnych danych (Stooq.pl)
Źródło: MF: Dochody podatkowe wzrosły o 18,8% r/r w I-V, z VAT - o 30% r/r (Stooq.pl)

wpis z dnia 23/06/2017

   


  

     Za Szyszkę (koperta od córki leśniczego) oraz Sadurską (dwa zarządy w PZU) PiS zapłaci wielką cenę
wpis z dnia 22/06/2017

 

Jakim trzeba być politycznym idiotą, by w obiektywie włączonych kamer wręczać ministrowi kopertę od "córki leśniczego, która prosiła, aby to przekazać"? Jak bardzo trzeba utracić kontakt z rzeczywistością, aby dopuścić do sytuacji, w której polityk waląca w Platformersów za ich nepotyzm i kumoterstwo, sama dziś ląduje w dwóch zarządach państwowego PZU?! Do Szyszki i Sadurskiej spokojnie można jeszcze doliczyć Misiewicza i Waszczykowskiego (symbole wizerunkowej katastrofy). Za nich wszystkich PiS zapłaci wielką cenę w 2019 roku...

Pisałem już o tym jakiś czas temu, ale w kontekście ostatnich kompromitujących wypowiedzi Jana Szyszki czy decyzji Małgorzaty Sadurskiej, nie zaszkodzi powtórzyć - o wyniku wyborów w Polsce nie decyduje wierny i oddany danej partii "twardy" elektorat (który w warunkach polskich, niezależnie od partii, nigdy nie był większy niż 15-18 proc.). O wyniku wyborów zawsze decydują wyborcy "umiarkowani", którzy na co dzień nie utożsamiają się ideowo z żadną partią, a w dniu wyborów głosują na tych, którzy im de facto mniej przeszkadzają. To oni zadecydowali o zwycięstwie PiS w 2015 r. Dziś są za to bombardowani kolejnymi wtopami ludzi pokroju Waszczykowskiego, kompromitującymi wypowiedziami Szyszki, hipokryzją Sadurskiej czy wizerunkowym paraliżem wokół Misiewicza. Są bombardowani czymś, co partia Kaczyńskiego mogła spokojnie uniknąć.

Jeśli ktoś myśli, że dobre wyniki w gospodarce będą w stanie przykryć ewidentne wtopy PiS-owców, to jest w dużym błędzie. Najlepszym tego przykładem jest rok 2007. PiS szedł wówczas do przyspieszonych wyborów przekonany, że je wygra, bo gospodarka była w pełnym rozkwicie (wzrost PKB na poziomie 7,0 proc.), a podatki zostały obniżone. Głosowanie przy urnach pokazało jednak, że dla tzw. umiarkowanego elektoratu równie ważne są kwestie natury - nazwijmy to umownie - wizerunkowo-estetycznej. PiS nie przegrał wtedy z powodu afer (tak jak PO przegrała w 2015 roku). PiS przegrał, bo nie docenił siły medialnej narracji w zakresie kształtowania wizerunku. Wyborcy ocenili wówczas, że partia Kaczyńskiego jest za bardzo "obciachowa", aby mogła rządzić dalej przez kolejne 4 lata. 

Nie wiem jak państwo, ale dziś dostrzegam analogię do okresu z 2007 roku. PiS-owcy przyjęli błędne założenie, że ich partyjny "beton", zaspokajany socjalno-narodową narracją, gwarantuje poparcie na poziomie 40 proc. Raz jeszcze powtórzę, iż w warunkach polskich "twardy" elektorat (dla PiS, jak i dla PO/.N) to zaledwie 15-18 proc. z tych, którzy pójdą głosować. Reszta do elektorat umiarkowany, który pójdzie głosować emocjami, jakie będą panować w dniu wyborów. Im więcej będzie Szyszki, Waszczykowskiego, Sadurskiej czy Misiewicza, tym te emocje będą bardziej niekorzystne dla PiS. 

wpis z dnia 22/06/2017

    


   

     Wpływy z VAT od stycznia wzrosły już o 1/3, ale rząd nadal nie chce likwidować tuskowej podwyżki z 2011 roku
wpis z dnia 21/06/2017

 

Mateusz Morawiecki rozwiał wszystkie wątpliwości, co do możliwości obniżenia stawek podatku VAT w związku z rewelacyjnymi wpływami do budżetu z tytułu tego obciążenia, jakie są notowane od początku tego roku. - "Nie pracujemy nad powrotem do niższych stawek VAT w kolejnych latach" - twierdził minister rozwoju w rządzie Szydło. Stanowisko to jest tym bardziej dziwne, że idąc do wyborów w 2015 roku PiS obiecywał przywrócenie stawek podatku VAT do normalnego poziomu, i to już od 1 stycznia 2017 roku. 

Przypomnijmy, że w sprawie podwyżki VAT każda ekipa ma swoje "za uszami". Sekwencja wydarzeń była następująca: pod koniec 2010 roku platformiana ekipa zatwierdziła ustawę podnoszącą wysokość płaconego przez Polaków podatku VAT z poziomu 7 do 8 proc. oraz z 22 do 23 proc. Wyższe stawki tego podatku, zgodnie z pierwotną wersją podpisanej przez Bronisława Komorowskiego ustawy, miały obowiązywać od początku 2011 do końca 2013 roku. W 2013 roku rząd Tuska zdecydował jednak o utrzymaniu wyższych stawek VAT na kolejne trzy lata (2014 - 2016). Począwszy od 2017 roku stawki VAT miały być obniżone. Nic jednak z tego. W listopadzie ub.r. posłowie PiS zmienili prawo i utrzymali wyższy VAT na lata 2017 - 2018. Stosowną ustawę swym podpisem zaakceptował Andrzej Duda.

Ostatnia deklaracja ministra rozwoju i finansów Mateusza Morawieckiego, zgodnie z którą rząd nie pracuje nad powrotem do niższych stawek VAT w kolejnych latach może zastanawiać co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze - idąc do wyborów w 2015 roku PiS obiecywał przywrócenie stawek podatku VAT do normalnego poziomu, i to już od 1 stycznia 2017 roku. Po drugie - tegoroczne wpływy do budżetu z tytułu podatku VAT są o 1/3 wyższe od ubiegłorocznych. W okresie od stycznia do maja z tytułu tego podatku wpłynęło do kasy państwa 68,5 mld zł (48 proc. planu na cały rok). W analogicznym okresie rok temu było to zaledwie 46 mld zł. 

Wysokie wpływy z VAT są dobrym argumentem za powrotem do stawek, jakie obowiązywały przed 2011 rokiem. Tym bardziej, że szacunkowy koszt obniżenia podstawowych stawek VAT z 23 do 22 proc. i z 8 do 7 proc. to zaledwie 6 mld zł (w skali całego roku). Niestety, rząd w osobie Mateusza Morawieckiego uważa inaczej.

 

Źródło: Wpływy z VAT wzrosły o 1/3 do 68,5 mld zł w I-V, tj. 48% rocznego planu (Stooq.pl)
Źródło: Morawiecki: Nie pracujemy nad powrotem do niższych stawek VAT w kolejnych latach (Wyborcza.biz)

wpis z dnia 21/06/2017

   


  

     Juncker nie przyjąłby dziś Polski do UE. Jego Luksemburg przez 20 lat był wylęgarnią przekrętów, a mimo to w UE się znalazł
wpis z dnia 20/06/2017

 

Szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker przyznał kilka dni temu, że dziś nie przyjąłby do UE takich państw jak Polska i Węgry. Co ciekawe słowa te wypowiedział były premier Luksemburga, czyli kraju, który przez blisko 20 lat był prawdziwą wylęgarnią podatkowych przekrętów i nielegalnych optymalizacji. Dzięki staraniom rządu, któremu przewodził Juncker, międzynarodowe korporacje mogły unikać płacenia podatków w takich krajach jak Polska. Pomimo tak chamskiego przedkładania własnych interesów nad interesy innych państw, Luksemburg w UE się znalazł.

Dbanie o interesy własnego kraju i odmowa przyjęcia relokantów (którzy do Polski wcale nie chcą trafić) ma być zdaniem szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckera powodem, dla którego dziś naszego kraju nie przyjąłby do europejskiej Wspólnoty. Podobne zdanie Juncker wygłosił wobec Węgier - tak przynajmniej wynika z wywiadu, jaki udzielił kilka dni temu dla niemieckojęzycznego wydania "Huffington Post". Powyższe warto odnotować i zestawić z informacjami ujawnionymi w toku dziennikarskiego śledztwa w sprawie LuxLeaks.

Przypomnijmy, że zgodnie z wynikami dochodzenia przeprowadzonego przez amerykański ośrodek "International Consortium of Investigative Journalists" we współpracy m.in. z brytyjskim "The Guardian", niemieckim "Süddeutsche Zeitung" oraz irlandzkim "The Irish Times" - w latach kiedy Juncker był premierem Luksemburga (1995 - 2013) rząd tego państwa podpisywał z globalnymi korporacjami specjalne umowy podatkowe (doliczono się ok. 340 umów), które w istocie zwalniały je z obowiązków podatkowych w innych państwach. W ten sposób cierpiały przychody budżetowe państw, gdzie wspomniane korporacje prowadziły działalność zarobkową (np. w Polsce). 

Chamskie dbanie o interesy własnego państwa poprzez organizowanie gruntu do podatkowych szwindli kosztem innych państw każe powątpiewać, czy Jean-Claude Juncker jest dziś odpowiednią osobą by zajmować stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej. Jeszcze bardziej wątpliwe jest to, aby zajmował on jakieś stanowisko, co do tego kogo dziś by przyjął do UE, a kogo nie, patrząc przez pryzmat walki o wspomniane własne interesy. Juncker, kierując przez 18 lat rządem Luksemburga, który stał się wylęgarnią nielegalnych optymalizacji podatkowych, najzwyczajniej w świecie utracił do tego prawo. Tym bardziej zadziwiające są jego ostatnie wypowiedzi na temat Polski i Węgier, które - w kategoriach walki o swoje prawa - robią dokładnie to samo, co jego Luksemburg przez blisko 20 lat.

 

Źródło: Jean-Claude Juncker: "Wir hätten Länder wie Polen und Ungarn nicht aufgenommen" (huffingtonpost.de)

wpis z dnia 20/06/2017

    


  

     Rządy Tuska i Kopacz wydały aż 276,6 mld zł na spłatę samych tylko odsetek od zaciąganych długów!
wpis z dnia 19/06/2017

 

Skalę "dojenia" naszego kraju świetnie obrazują statystyki na temat kosztów obsługi długu Skarbu Państwa. Niestety, za czasów rządów PO-PSL problem przybrał wymiar wręcz patologiczny, bowiem aby związać koniec z końcem ekipa Tuska zaczęła masowo pożyczać pieniądze na spłatę starych długów. Konieczność zapłaty gigantycznych odsetek wymuszała zaciąganie kolejnych zobowiązań. Spirala odsetkowa nakręcała się coraz szybciej, w efekcie czego w latach 2008-2015 trzeba było wydać na ten cel aż 276,6 mld zł!

Oficjalne statystyki bilansu płatniczego naszego kraju potwierdzają jedną rzecz - w latach 2008-2015 Polska była najobficiej drenowanym z kapitału państwem Europy! Jedną z głównych przyczyn tego stanu rzeczy były gigantyczne koszty obsługi długu Skarbu Państwa. Rząd Tuska musiał co roku przeznaczać od 25,5 mld zł (w 2008 roku) do nawet 42,4 mld zł (w 2013 roku) tylko na poczet spłaty samych odsetek od istniejącego zadłużenia.

Tak wysokie koszty obsługi zadłużenia wynikały z dwóch przyczyn. Po pierwsze - całkowite saldo zadłużenia z roku na rok było coraz większe. Tym samym zwiększała się "baza", od której wierzyciele Polski naliczali odsetki za pożyczone pieniądze (jeszcze na koniec 2007 roku zadłużenie Skarbu Państwa wynosiło 501,5 mld zł; na koniec 2013 roku wzrosło do poziomu 838,0 mld zł). Po drugie - i chyba zdecydowanie ważniejsze - banki, instytucje finansowe oraz inne kraje, które pożyczały nam pieniądze nie traktowały Polski rządzonej przez PO-PSL jako w pełni wiarygodnego kredytobiorcy. Stąd oprocentowanie obligacji (tzw. rentowności) oraz kredytów było znacznie wyższe od tego, które funkcjonuje obecnie. Tylko dla przykładu warto wskazać, że przez całą pierwszą kadencję rządu Donalda Tuska średnie oprocentowanie 10-letnich obligacji skarbowych wahało się między 5,5 a 6,0 proc. Obecnie nie przekracza ono 3,2 proc. (a w 2016 roku spadło nawet do poziomu 2,7 proc.). Dzięki temu rząd Szydło na obsługę znacznie większego nominalnego zadłużenia (tj. spłatę odsetek) wydaje mniejsze pieniądze niż rząd Tuska. 

To wszystko przyczyniło się do tego, iż w ciągu 8 lat rządów PO-PSL na same tylko odsetki od pożyczonych pieniędzy musieliśmy wydać kolosalną kwotę 276,6 mld zł! Za te pieniądze można by wybudować w Polsce ok. 7 000 km autostrad lub opłacać program Rodzina 500+ przez ponad 10 lat. Niestety, pieniądze te trafiły jako wynagrodzenie na konta wierzycieli naszego kraju. Oto skutki bezrefleksyjnej polityki ciągłego zadłużania kraju.

 

Źródło: Szacunkowe wykonanie budżetu (mf.gov.pl)

wpis z dnia 19/06/2017

    


    

     Dania i Austria również nie przyjmują relokantów. Ale to wobec Polski KE wszczęła procedurę sankcyjną. Ot, taka unijna sprawiedliwość
wpis z dnia 14/06/2017

 

Tak jak można się było tego spodziewać, Jean-Claude Juncker ogłosił wczoraj decyzję o wszczęciu przeciwko Polsce, Czechom i Węgrom procedury o naruszenie prawa UE w związku z niewypełnianiem nakazu dotyczącego relokacji uchodźców (przebywających we Włoszech i Grecji). Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że nie tylko wspomniane powyżej kraje nie wypełniają tego nakazu. Okazuje się bowiem, że zarówno Dania, jak i Austria do dziś nie przyjęły ani jednego relokanta z Włoch czy Grecji. Mimo tego KE nie zdecydowała się wobec tych państw na wszczęcie sankcyjnej procedury. 

Zgodnie z unijnym planem ok. 160 tys. uchodźców / migrantów / imigrantów, którzy trafili z Bliskiego Wschodu i Afryki do Włoch i Grecji miało być relokowanych do innych państw Unii Europejskiej. Początkowo rząd Ewy Kopacz zadeklarował, że przyjmie ok. 7 tys. osób. Tuż po przejęciu władzy przez PiS nowe władze w Warszawie zapowiedziały, że nie będą realizować postanowień wynegocjowanych przez ekipę PO-PSL i nie przyjmą relokantów z Włoch i Grecji. 

Podobne do Polski decyzje podjęły również władze w Pradze i Budapeszcie. W efekcie powyższego według oficjalnych statystyk do Polski i Węgier nie trafił ani jeden relokant. Czechy przyjęły ich ostatecznie tylko 12. Powyższe stało się przyczyną wszczęcia przez Komisję Europejską (KE) procedury o naruszenie prawa UE wobec Polski, Czech i Węgier w związku z niewypełnianiem przez te kraje decyzji dotyczącej relokacji uchodźców. Decyzję w tej sprawie miał ogłosić osobiście na posiedzeniu kolegium komisarzy szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.

W kontekście powyższego warto przytoczyć oficjalne statystyki na temat realizacji planu relokacji. Okazuje się, że na dzień 9.06.2017 r. z Grecji i Włoch relokowano do innych państw UE łącznie 20 869 osób. Najwięcej osób przyjęły Niemcy (5 658), Francja (3 478) oraz Holandia (1 907). Najmniej - Czechy (12), Węgry (0), Polska (0), ale również Dania (0) i Austria (0). Co jednak ciekawe - Komisja Europejska nie zdecydowała się wszcząć procedury przeciwko tym dwóm ostatnim państwom.

 

 

Rozpoczęcie postępowania w związku z niestosowaniem unijnego prawa oznacza wysłanie listu do krajów członkowskich o wypełnienie danego zobowiązania. Jeśli Komisja Europejska uzna, że wyjaśnienia kraju członkowskiego są niewystarczające i że nadal nie wypełnia on zobowiązania, to wtedy przechodzi do kolejnego etapu postępowania, jakim jest skierowanie pozwu do Trybunału Sprawiedliwości. Jeśli rozprawa w Luksemburgu zakończy się wyrokiem niekorzystnym dla danego państwa, to Komisja będzie mogła rozpocząć drugie postępowanie wobec danego państwa - tym razem jednak w grę będą mogły wejść potężne kary finansowe za nie przestrzeganie wyroku Trybunału.

 

Źródło: Relocation and Resettlement - State of Play (EC.europa.eu)

wpis z dnia 14/06/2017

      


   

     W piątek UE pokazała Polsce środkowy palec w/s Nord Stream. Jutro będzie karać za nieprzyjmowanie migrantów?
wpis z dnia 13/06/2017

 

Komisja Europejska w ostatni piątek przyjęła niekorzystny dla naszego kraju mandat na negocjacje z Rosją w/s specjalnych rozwiązań prawnych dla Nord Stream 2. Na złość Polsce eurokraci uznali, że unijne prawo nie stosuje się do morskiej części gazociągu. Decyzja ta stawia Rosję i Niemcy w bardzo korzystnej pozycji i przybliża dzień, w którym Kreml z Berlinem całkowicie zmonopolizują dostawy gazu do Europy. Ale to nie koniec "dobrych" wiadomości - już jutro Komisja Europejska podejmie decyzję o wszczęciu przeciwko Polsce postępowania w/s zablokowania procesu relokacji migrantów.

Przedstawiciele Komisji Europejskiej uznali, że w rozmowach z Rosją musi dojść do wynegocjowania specjalnego rozwiązania w/s budowy gazociągu Nord Stream 2. Eurokraci twierdzą, że budowa tego rosyjsko-niemieckiego przedsięwzięcia nie może być realizowana w realiach tzw. "próżni prawnej". Strona polska chciała, aby zamiast rozmawiać z Rosją, Komisja Europejska zaczęła w końcu stosować unijne prawo, tj. trzeci pakiet energetyczny, którego postanowienia chronią nasz kraj przed monopolem Gazpromu. Niestety, wygląda na to, że Bruksela postanowiła w tej mierze pokazać stronie polskiej środkowy palec. W ostatni piątek eurokraci uznali bowiem, że trzeci pakiet energetyczny nie powinien mieć zastosowania do morskiej części gazociągu. Decyzja ta w praktyce stawia Rosję i Niemcy w bardzo korzystnej pozycji i przybliża dzień, w którym Kreml z Berlinem całkowicie zmonopolizują dostawy gazu do Europy.

To jednak nie koniec dobrych wiadomości - już jutro Komisja Europejska ma podjąć ostateczną decyzję w sprawie wszczęcia procedury przeciwko Polsce o naruszenie prawa UE. Chodzi o blokowanie przez rząd w Warszawie procesu relokacji migrantów z krajów Europy Południowej i Zachodniej do Polski. Efekt tego postępowania może mieć poważne skutki finansowe. Jeśli Komisja Europejska zdecyduje się na wniesienie przeciwko Polsce pozwu do unijnego Trybunału Sprawiedliwości, a ten uzna, że eurokraci mieli rację, to naszemu państwu grożą gigantyczne sankcje o charakterze finansowym. 

Ktoś kiedyś zauważył, że tzw. solidarność europejska jest wtedy, kiedy sprawy układają się po myśli Niemiec. Jeśli sprawy tak się nie układają, to Komisja Europejska musi wszczynać procedury sankcyjne...

 

Źródło: Cios ze strony Komisji Europejskiej ws. Nord Stream 2. "Powinniśmy liczyć głównie na siebie" (rmf24.pl)
Źródło: KE: w środę decyzja ws. procedury wobec krajów, które nie przyjmują uchodźców (Stooq.pl)

wpis z dnia 13/06/2017

  


 

     Rząd Francji na ratowanie Peugeota i Citroena udzielił 9 mld euro pomocy publicznej. Dla UE tak wielka kwota nie była jednak problemem
wpis z dnia 12/06/2017

 

Gdyby nie wsparcie, jakie francuski rząd udzielił francuskiemu koncernowi PSA, to nie wykluczone, że dziś właścicielem marek Peugeot i Citroen byłby np. chiński kapitał lub jakiś ultra-bogaty szejk z Bliskiego Wschodu. Na szczęście (dla Francuzów) rząd w Paryżu udzielił pomocy publicznej w wysokości najpierw 2, a potem dodatkowych 7 mld euro, dzięki czemu PSA stanął na nogi, a kilka miesięcy temu zdołał nawet przejąć Opla. Co istotne - UE nie zakwestionowała tej pomocy, jako nielegalnej, tak jak miało to miejsce w przypadku polskich stoczni.

Przypomnijmy - w 2008 roku Komisja Europejska uznała, że pomoc publiczna jaka w przeszłości została przyznana stoczniom w Gdyni i Szczecinie była nielegalna i musi zostać zwrócona. W praktyce oznaczało to postawienie obu stoczni w stan likwidacji. Rząd Tuska nie odwołał się od tej decyzji do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS), bowiem uznał, iż "tak nie wypada" (cytat z raportu NIK). Od decyzji KE, co do własnych stoczni, odwołała się za to Francja. Opłaciło się - ETS uznał, że pomoc francuskiego rządu nie była nielegalna, dzięki czemu ich stocznie zostały uratowane.

Okazuje się, że rząd w Paryżu pomagał nie tylko francuskim stoczniom. Istotnie wsparł również znajdujący się w bardzo trudnej sytuacji finansowej koncern samochodowy PSA, który produkuje Peugeoty i Citroeny. Najpierw w 2008 roku zdecydował się na przekazanie PSA ok. 2 mld euro pomocy publicznej, a następnie w 2012 roku doszło do porozumienia między rządem a koncernem państwo udzieli gwarancji kredytów dla filii bankowej PSA, tj. banku PSA Finance na łączną sumę 7 mld euro. Kredyty miały być przeznaczone na ratowanie francuskiego giganta motoryzacyjnego. Łącznie w ciągu kilku lat pomoc publiczna francuskich władz dla PSA wyniosła 9 mld euro.

Efekt powyższego był taki, że PSA ani nie upadł, ani nie został przejęty przez saudyjski czy chiński kapitał. Producent Peugeotów i Citroenów stanął na nogi, znów zarabia, a w ubiegłym roku zdołał nawet przejąć od Amerykanów producenta Opla i Vauxhalla (transakcja przejęcia opiewała łącznie na kwotę 2,2 mld euro). Innymi słowy - pomoc udzielona przez francuskie państwo francuskiej firmie nie tylko pozwoliła ją uratować przed bankructwem, ale w perspektywie kolejnych lat umożliwiła dalszą ekspansję i rozwój. 

I teraz wyobraźmy sobie, co by było gdyby Komisja Europejska zdecydowała się zakwestionować legalność pomocy, jaką rząd w Paryżu udzielił PSA? – To narodziny europejskiego czempiona przemysłu motoryzacyjnego – nie krył w marcu b.r. radości z przejęcia Opla przez PSA ówczesny prezydent Francji Francois Hollande. Czy ten "europejski czempion" mógłby się narodzić, gdyby Komisja Europejska potraktowała pomoc publiczną dla PSA tak samo, jak potraktowała pomoc rządu w Warszawie dla stoczni w Gdańsku i Szczecinie?

 

Źródło: Francuski rząd ratuje Peugeota i Citroena (Forbes.pl)
Źródło: Peugeot przejmuje Opla. Zapłaci 1,3 mld euro. To rozwód amerykańskiego GM z Europą (Wyborcza.pl)
Źródło: NIK o stoczniach (pdf)

wpis z dnia 12/06/2017

      


  

     Komisja Europejska nadal udaje, że spożywczy rasizm jest tylko "rzekomym problemem". Oto jak sankcjonują Unię "dwóch prędkości"
wpis z dnia 9/06/2017

 

Pomimo niezaprzeczalnych dowodów na to, że zachodnie koncerny stosują wobec Polski i innych państw Europy Środkowo-Wschodniej tzw. spożywczy rasizm, czyli podwójne standardy w zakresie jakości sprzedawanej żywności, przedstawiciele Komisji Europejskiej twierdzą, że problem jest co najwyżej "rzekomy". Powyższe pokazuje, że Bruksela nie bardzo ma ochotę ingerować w interesy zachodnioeuropejskich firm, które maksymalizują swoje zyski wciskając nam gorsze jakościowo produkty w tej samej, co na Zachodzie, cenie. Oto prawdziwa Unia "dwóch prędkości".

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski wysłał do Komisji Europejskiej interpelację w/s dyskryminacji konsumentów do jakiej dochodzi we wschodniej części jednolitego rynku UE. W interpelacji tej wskazał, iż od lat zachodnioeuropejskie koncerny dopuszczają się jawnej dyskryminacji konsumentów i nadużywają pozycji dominującej na rynku: "Producenci dokonują podziału konsumentów na konsumentów z zachodnich i wschodnich rynków UE. Nie tylko niektórzy obywatele europejscy są wprowadzani w błąd, lecz także kupują oni gorszej jakości produkty po wyższych cenach, mimo identycznego oznakowania i marketingu".

To, że w ramach jednej Unii Europejskiej panują podwójne standardy w zakresie jakości sprzedawanej żywności, udowodnili naukowcy z Uniwersytetu w Pradze. Przebadali oni skład chemiczny żywności produkowanej przez tego samego producenta i sprzedawanej w "starych" i "nowych" państwach UE. Okazało się, że artykuły przeznaczone na rynek państw "nowej" Unii mają gorszy skład od produktów sprzedawanych na Zachodzie Europy. Jakby tego było mało - produkty II-kategorii są nam sprzedawane w tej samej (lub wyższej) cenie!

Tymczasem przedstawiciele Komisji Europejskiej nadal uważają, iż spożywczy rasizm jest co najwyżej "rzekomym problemem". W odpowiedzi na interpelację Jacka Saryusz-Wolskiego możemy przeczytać jedynie o "domniemanej podwójnej jakości produktów", które są sprzedawane w środkowo-wschodniej Europie. Powyższe pokazuje, że Bruksela nie bardzo ma ochotę ingerować w interesy zachodnioeuropejskich firm, które maksymalizują swoje zyski wciskając nam gorsze jakościowo produkty w tej samej, co na Zachodzie, cenie. W ten sposób sankcjonowana jest rzeczywista Unia "dwóch prędkości".

 

Źródło: Jacek Saryusz-Wolski (Twitter.com)
Źródło: Jacek Saryusz-Wolski (Twitter.com)
Źródło: Central Europe resents double EU food standard (Politico.eu)

wpis z dnia 9/06/2017

    


  

     Sędzia wydalona z zawodu za jawny przekręt odwołuje się do SN, a ten ją przywraca. "To zupełnie nadzwyczajna kasta"
wpis z dnia 8/06/2017

 

Sędzia Beata R. z Poznania zasądziła ugodę alimentacyjną, której celem było ukrycie majątku przed wierzycielami. Sprawa wyszła na jaw i Beata R. została wydalona z zawodu za - tu cytat - "rażące niedbalstwo" oraz " dotkliwe skutki wizerunkowe dla wymiaru sprawiedliwości". Sędzia odwołała się od tej decyzji do Sądu Najwyższego. Ten potwierdził jej niedbalstwo, ale jednocześnie... przywrócił do zawodu sędziego (sic!). Beata R. powróciła do orzekania. Po dwóch sprawach przeszła w stan spoczynku. Dożywotnio będzie otrzymywać 75 proc. pensji.

Władysław W. chciał sprzedać holenderskim inwestorom kamienicę. W tym celu pobrał od nich 6 mln zaliczki, ale... umowy nie podpisał. W tym samym czasie przypomniał sobie o dwójce nieślubnych dzieci. Skontaktował się z ich matką i wniósł do sądu o zawarcie ugody alimentacyjnej. Na jej mocy miał płacić 100 tys. zł alimentów miesięcznie (!) oraz wyrównać zaległości alimentacyjnej z kilku poprzednich lat. Strony wspólnie stwierdziły, że do zapłaty jest okrągłe 6 mln zł zaległych alimentów. Skąd takie kwoty? Otóż metoda "na alimenty" to stary trik wszystkich przekręciarzy, którzy próbują ukryć swój majątek przed wierzycielami. Zgodnie z obowiązującym prawem, jeśli sąd zasądzi alimenty, to mają one pierwszeństwo zaspokojenia przed wszystkimi innymi roszczeniami. 

W ten oto sposób Władysław W. uchronił swój majątek (kamienicę) przed Holendrami, którzy przekazali mu wcześniej 6 mln zł tytułem zaliczki. Okazało się bowiem, że sędzia Beata R. z Poznania bezrefleksyjnie zgodziła się na sądowe zawarcie ugody alimentacyjnej. Holendrzy wnieśli sprawę o odzyskanie 6 mln zł do sądu. Uzyskali tytuł wykonawczy i skierowali sprawę do komornika. Ten zajął kamienicę, sprzedał ją na licytacji, ale cała uzyskana w ten sposób kwota pieniędzy trafiła do formalnie do nieślubnych dzieci Władysława W. Zgodnie z decyzją sędzi Beaty R. był on bowiem wobec nich potężnie zadłużony alimentacyjnie, a te długi miały pierwszeństwo w zaspokojeniu przed wszystkimi innymi długami. W ten oto sposób wierzyciela Władysława W., nie dość, że wtopili 6 mln zł, to jeszcze nic nie odzyskali. 

Opisany powyżej przekręt przy współudziale sędzi Beata R. był aż tak chamski, że nie można było go ukryć. Sprawa trafiła przed sąd dyscyplinarny, który nie miał wątpliwości - za "rażące niedbalstwo" oraz "dotkliwe skutki wizerunkowe dla wymiaru sprawiedliwości" wydalił sędzię Beatę R. z zawodu, tj. zastosował najsurowszą możliwą karę dyscyplinarną.

I tutaj dopiero zaczyna się istota problemu. Sędzia Beata R. odwołała się bowiem od decyzji sądu dyscyplinarnego do Sądu Najwyższego (miała takie uprawnienie). Co zrobili sędziowie Sądu Najwyższego? Uznali, że wydalenie z zawodu był karą nazbyt dotkliwą. Mimo "rażącego niedbalstwa" postanowili przywrócić Beatę R. do zawodu i zmienić karę na mniej dotkliwą, tj. przeniesienie do innego sądu. 

Beata R. trafiła ostatecznie do sądu w Rzeszowie, gdzie po orzekała w zaledwie dwóch sprawach i... zachorowała. Po roku przebywania na L4 Krajowa Rada Sądownictwa (KRS) przeniosła ją w stan spoczynku, co oznacza, że dożywotnio dostawać będzie 75 proc. otrzymywanego ostatnio uposażenia sędziowskiego (tj. między 5-6 tys. zł).

Sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego Irena Kamińska na ubiegłorocznym kongresie sędziów polskich powiedziała: "Całe życie broniłam sędziów. Uważam, że to jest zupełnie nadzwyczajna kasta ludzi i myślę, proszę państwa, że damy radę".

Proszę państwa - dają radę.

 

Źródło: Sędzia z Poznania wydalona z zawodu za niedokładne zbadanie sprawy (Rp.pl)
Źródło: Sędzia z Poznania za karę wyląduje w Rzeszowie (SuperNowosci24.pl)
Źródło: Z życia kasty sędziowskiej [forum] (Wprost.pl)

wpis z dnia 8/06/2017

   


  

     Europa nie potrzebuje serca i umysłu Donalda Tuska. Europa potrzebuje realnych działań przeciwko islamskiemu terroryzmowi
wpis z dnia 7/06/2017

 

Znamienne, że po niemal każdym zamachu terrorystycznym Donald Tusk pisze na swoim twitterze, iż jest "sercem i umysłem" z ofiarami. Pewna holenderska użytkowniczka tego serwisu społecznościowego nie wytrzymała i pod kolejnym tweetem byłego premiera Polski, o tym że jego serce i umysł znowu jest w miejscu zamachu, stwierdziła: "Nie potrzebujemy twojego serca i umysłu. Potrzebujemy planu". Powstaje pytanie - jaki plan ma Donald Tusk i reszta brukselskich elit, aby powstrzymać falę terroru w Europie?

Niestety nic nie wskazuje na to, że akty terroru inspirowane lub organizowane przez islamskich ekstremistów nagle ustaną, a w Europie pod tym względem zapanuje spokój. Aby realnie walczyć z terroryzmem nie wystarczą kredki i podświetlane budynki. Aby walczyć z terroryzmem trzeba skutecznego i twardego planu, który dodatkowo jest możliwy do wdrożenia w życie. Pod tym względem słowa Donalda Tuska, który po niemal każdym zamachu terrorystycznym pisze na swoim twitterze, iż jest "sercem i umysłem" z miastem, gdzie doszło do aktu terroru brzmią mało poważnie. 

Od europejskich liderów pokroju Tuska, Junckera czy Morgherini powinniśmy wymagać znacznie więcej niż pełne współczucia i empatii tweety. Chwała im za to, ale tym islamskich terrorystów nie pokonają. Szczególnie, gdy - jak donoszą francuskie media - liczba podejrzanych o terroryzm zaczęła w Europie przekraczać możliwości służb w zakresie ich inwigilacji i kontroli. To oznacza, że od teraz de facto łatwiej będzie zorganizować zamach czy też łatwiej będzie pozyskać ochotników do jego realizacji. 

Okoliczności w jakich przyszło nam żyć wskazują, że tylko drastyczne kroki podejmowane wobec radykalnych środowisk będą mogły uchronić mieszkańców Starego Kontynentu przed kolejnymi masakrami. Pytanie - kiedy zrozumieją to liderzy z Brukseli? Jak bardzo krwawego zamachu potrzeba, aby europejscy politycy zamiast "serca i umysłu" w końcu zaczęli nam zapewniać poczucie bezpieczeństwa? Głęboko wierzę, że Tusk, Juncker i reszta eurokratów otworzą oczy i zrozumieją, że bez stanowczych działań islamski terroryzm rozsadzi Unię od środka szybciej niż się komukolwiek wydaje.

 

Źródło: KaVa (twitter.com)
Źródło: #Terrorisme «Le nombre de suspects excède les moyens de surveillance. La vague d’attentats va se poursuivre.» (actu17.fr)

wpis z dnia 7/06/2017

  


  

     Oskarżanie Mariusza Kamińskiego nadzorowała prokurator, której postawiono zarzuty brania łapówek. Oto III RP w pigułce!
wpis z dnia 6/06/2017

 

Anna H. była szefem Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie. To ona nadzorowała tworzenie aktu oskarżenia przeciwko byłemu szefowi CBA Mariuszowi Kamińskiemu. To jej podlegała prokuratura, która wymyśliła, że skuteczna prowokacja korupcyjna wobec przekupnych urzędników nosi znamiona przestępstwa. To ona w 2010 roku z dumą stwierdziła dla Gazety Wyborczej: "Skierujemy akt oskarżenia przeciwko Mariuszowi Kamińskiemu". Kto by się wówczas spodziewał, iż wkrótce wyjdzie na jaw, że sama wzięła 170 tys. zł łapówek, a sąd dyscyplinarny usunie ją z zawodu prokuratora...

Jeszcze we wrześniu 2010 roku Anna H., która była wówczas szefem Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie, w wypowiedzi dla Gazety Wyborczej potwierdzała: "Skierujemy akt oskarżenia przeciwko Mariuszowi Kamińskiemu i innym osobom. Taki jest plan rzeszowskiej prokuratury okręgowej". 

Plan ten został zrealizowany. Prokuratorzy z nadzorowanej przez Annę H. prokuratury okręgowej w Radomiu oskarżyli go, że jako szef CBA zgodził się na przeprowadzenie skutecznej prowokacji korupcyjnej wobec przekupnych urzędników (którzy później zostali skazani za branie łapówek). Co ciekawe - Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście - do którego akt oskarżenia trafił - uznał, że zarzuty stawiane Kamińskiemu są bzdurne i pozbawione sensu. 20 czerwca 2012 r. wydał wyrok całkowicie uniewinniający byłego szefa CBA. Prokuratorzy nie złożyli jednak broni i wnieśli apelację do sądu okręgowego w Warszawie. A tam orzeka słynny z tweetowania z fikcyjnym kontem Tomasza Lisa, sędzia Wojciech Łączewski. Tak się złożyło, że sprawa Kamińskiego trafiła akurat na jego wokandę. Łączewski nie miał wątpliwości, że prowokacja korupcyjna wobec przekupnych urzędników była jednak przestępstwem i skazał go na 3 lata bezwzględnego więzienia. 

Wróćmy jednak do prokurator Anny H. Czy to przypadek, że do walki z Mariuszem Kamiński, bezwzględnym wobec korupcji i innych patologii zżerających od środka III RP, zaciągnięto osobę, która sama wzięła łapówki, w zamian za co miała obiecywać pomoc w sprawach skarbowych czy prokuratorskich? Czy nie był to przypadkiem zbyt daleko idący konflikt interesów, gdy śledztwo w/s szefa CBA nadzorowała osoba, która dopuściła się czynów przez CBA ściganych?

 

Źródło: Akt oskarżenia przeciw Kamińskiemu już gotowy (Newsweek.pl)
Źródło: Afera podkarpacka: Była prokurator Anna H. pod specjalnym nadzorem, ponieważ przyznała, że ma myśli samobójcze (Wprost.pl)
Źródło: Afera podkarpacka. Anna H. była prokurator apelacyjna w Rzeszowie oskarżona (Wyborcza.pl)

wpis z dnia 6/06/2017

    


  

     190:2 dla Polski to najlepszy rezultat w historii głosowań na członka RB ONZ! Oto jak jesteśmy izolowani...
wpis z dnia 5/06/2017

 

Oficjalne statystyki ONZ nie pozostawiają wątpliwości. Rezultat 190 głosów poparcia dla kandydatury Polski na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ jest najlepszym wynikiem w historii głosowań. W ten sposób całą narrację totalnej opozycji, jakoby nasz kraj miał być izolowany na arenie międzynarodowej, można spokojnie włożyć między bajki. 

Przypomnijmy - w ostatni piątek Polska została wybrana na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Kandydaturę Polski poparło łącznie 190 państw. Dwa państwa wstrzymały się od głosu (możemy jedynie spekulować, kto to był, bowiem głosowania na kandydatów są utajnione). 

Jeśli spojrzymy na oficjalne statystyki ONZ w zakresie wcześniejszych wyborów na niestałych członków Rady Bezpieczeństwa, to okazuje się, że tylko raz w historii (w 2014 roku) inne państwo uzyskało 190 głosów poparcia (była to Angola). Można zatem powiedzieć, że Polska - ze 190 głosami - wyrównała najlepszy rezultat w historii elekcji na niestałych członków Rady Bezpieczeństwa. 

W ogóle tegoroczne wybory były jednymi z bardziej zgodnych. Razem z naszym krajem do grona niestałych członków przyjęto również Wybrzeże Kości Słoniowej (189 głosów poparcia), Kuwejt (188 głosów), Peru (186 głosów), Gwineę Równikową (185 głosów) oraz Holandię (184 głosy). Bardzo rzadko aż tyle państw uzyskuje tak wysokie wyniki w głosowaniach. Przeważnie wybierane państwo uzyskuje od 175 do 185 głosów poparcia. Niejednokrotnie również zdarza się, że trzeba organizować wiele dogrywek, bowiem żaden z kandydatów nie uzyskuje wymaganej (minimalnej) liczby głosów (w zależności z którego regionu świata dane państwo startuje, minimalna liczba głosów potrzebnych do uzyskania członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa ONZ wynosi od 120 do 130). Tak było chociażby w ubiegłym roku, kiedy potrzeba było aż 6 dogrywek by wybrać członka RB ONZ pomiędzy Holandią i Włochami.

Jedno jest pewne - decyzja 190 innych państw o tym, aby wybrać Polskę do Rady Bezpieczeństwa ONZ pokazuje, że narrację totalnej opozycji, jakoby nasz kraj miał być izolowany na arenie międzynarodowej, można spokojnie włożyć między bajki.

 

Źródło: United Nations Security Council elections (Wikipedia)

wpis z dnia 5/06/2017

   


  

     Pamiętajmy: 4 czerwca jest rocznicą nocnej zmiany, a nie pierwszych wolnych wyborów
wpis z dnia 4/06/2017

 

Jeśli ktoś twierdzi, że wybory z 4 czerwca 1989 r. były demokratyczne, to ciekawe jak nazwałby wybory, w których PiS - niezależnie od wyniku - ustawowo rezerwuje dla siebie 65 proc. mandatów? Prawda jest taka, że pierwsze po II wojnie światowej całkowicie wolne wybory parlamentarne odbyły się dopiero 27 października 1991 r. W ich efekcie premierem został Jan Olszewski. Jego rząd został obalony w wyniku spisku TW Bolka, postkomunistów oraz części "liberałów" z Tuskiem na czele. Jeśli dziś mamy obchodzić jakąś rocznicę, to jest to właśnie rocznica "nocnej zmiany".

Nie mam co do tego absolutnie żadnych wątpliwości - wybory parlamentarne z 4 czerwca 1989 r. nie były ani wolne, ani demokratyczne. Niezależnie od tego jakim wynikiem by się one zakończyły, komuniści z PZPR zarezerwowali sobie w nich ustawowo aż 65 proc. miejsc w Sejmie. Ówczesna opozycja mogła liczyć maksymalnie na 35 proc. mandatów, a tym samym w utworzonym po wyborach parlamencie stanowiła zdecydowaną mniejszość.

W tym kontekście nie sposób nie przyznać racji Rafałowi Ziemkiewiczowi, który rok temu napisał rzecz następującą:

"Czwarty czerwca, rocznica tak zwanych "kontraktowych" wyborów i udaremnienia próby lustracji, podjętej przez rząd Jana Olszewskiego, to data wyjątkowo nie nadająca się do świętowania. A już szczególnie do świętowania wolności czy demokracji".

Jeśli już mielibyśmy dziś obchodzić jakąś rocznicę, to powinna być to rocznica tzw. nocnej zmiany. Przypomnijmy, że w nocy z 3 na 4 czerwca 1992 roku doszło spisku postkomunistów z TW Bolkiem oraz częścią "liberałów" z Donaldem Tuskiem na czele, którego celem było obalenie pierwszego prawdziwie niepodległego i niezależnego od okrągłostołowych ustaleń rządu, jaki istniał po II wojnie światowej. Lęk przed wyjawieniem tego, kto był tajnym współpracownikiem służb PRL był na tyle silny, że doprowadził do zawarcia układu cementującego magdalenkowe ustalenia na kolejne długie lata. 

Gdyby nie było "nocnej zmiany" to nie wykluczone, że dziś III RP wyglądałaby zupełnie inaczej. Nie wykluczone, że udałoby się uniknąć wielu patologii trawiących nasz kraj. Niestety - Tusk z Pawlakiem 4 czerwca 1992 roku jasno opowiedzieli się po której stronie stoją. Wyboru tego nie zmienili przez kolejne lata, co bardzo im się politycznie opłaciło. Dla większości społeczeństwa jednak bilans tej decyzji był diametralnie odmienny... 

wpis z dnia 4/06/2017

   


  

     Znani profesorowie prawa karnego: Prezydent może skorzystać z prawa łaski również przed prawomocnym skazaniem
wpis z dnia 2/06/2017

 

To, że ostatnia uchwała SN jest co najmniej kontrowersyjna wiedzą wszyscy. Ale to, że będzie ona sprzeczna z opiniami i poglądami najwybitniejszych polskich karnistów, może szokować. Prof. Stanisław Waltoś z UJ, na którego podręczniku "Proces karny" wychowało się kilkadziesiąt roczników prawników, zauważa: "Prezydent może skorzystać z prawa łaski w każdej sprawie o przestępstwo i o wykroczenie, również jeszcze przed prawomocnym skazaniem". W tym samym duchu wypowiada się prof. Piotr Kruszyński: "Żaden przepis nie zakazuje prezydentowi wykonywania indywidualnych aktów abolicji".

Prof. Stanisław Waltoś przez wielu nazywany jest najwybitniejszym żyjącym polskim karnistą. W latach 80. uczestniczył w pracach Centrum Obywatelskich Inicjatyw Ustawodawczych Solidarności. W latach 1992–1997 był ekspertem Rady Europy, a w 1994 ekspertem rządu Republiki Łotewskiej. Został członkiem Polskiej Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności, zasiadał w prezydium PAN. Uczestniczył w pracach nad kodyfikacjami karnymi z 1997, był inicjatorem wprowadzenia do polskiej procedury karnej instytucji świadka anonimowego i świadka koronnego. Jest autorem, współautorem i redaktorem około 250 publikacji naukowych, głównie z zakresu postępowania karnego, w tym wznawianego i aktualizowanego podręcznika akademickiego "Proces karny, zarys systemu". I właśnie w tej książce, na której wychowało się kilkadziesiąt roczników polskich prawników, pisze on o instytucji prawa łaski w sposób następujący:

"Prezydent może skorzystać z prawa łaski w każdej sprawie o przestępstwo i o wykroczenie, również jeszcze przed prawomocnym skazaniem, mimo, że praktyka nie zna, jak na razie, wyjątków od ułaskawienia dopiero po uprawomocnieniu się wyroku skazującego; mówiąc inaczej, dopuszczalne jest ułaskawienie w postaci abolicji indywidualnej, skoro konstytucja nie czyni tu żadnych restrykcji". 

Inny znany polski karnista - prof. Piotr Kruszyński z Uniwersytetu Warszawskiego - poproszony o wypowiedź dla serwisu Rp.pl, wskazał z kolei, że należy rozróżnić dwie instytucje prawne: ułaskawienie oraz prawo łaski. To pierwsze jest przewidziane i uregulowane w rozdziale kodeksu postępowania karnego (KPK) i rzeczywiście dotyczy wyłącznie prawomocnie skazanych. Z kolei uregulowane w art. 139 Konstytucji prawo łaski jest szersze od instytucji ułaskawienia i obejmuje oprócz samego ułaskawienia także abolicję: - "Żaden przepis nie zakazuje prezydentowi wykonywania indywidualnych aktów abolicji. Akt łaski jest zaś ujemną przesłanką procesową i oznacza umorzenie postępowania wobec osoby, która z niego skorzystała" - kontynuuję Kruszyński.

W podręczniku "Proces karny - część szczególna", pod redakcją naukową dr Grażyny Artymiak oraz prof. Macieja Rogalskiego, możemy przeczytać:

"Brak ograniczeń, poza jednym już wspomnianym na wstępie [zakaz stosowania prawa łaski w stosunku do osób skazanych przez Trybunał Stanu], oznacza, że Prezydent RP może skorzystać z prawa łaski w każdej sprawie o przestępstwo lub wykroczenie, nie czekając nawet na uprawomocnienie się wyroku skazującego".

Powyższe opinie niestety mogą potwierdzać tezę, że ostatnia uchwała Sądu Najwyższego była inspirowana politycznie.

 

Źródło: 10murzynków (Twitter.com)
Źródło: Prawnicy różnią się w ocenach ułaskawień prezydenta Andrzeja Dudy (Rp.pl)
Źródło: Ułaskawienie Mariusza Kamińskiego - analiza prawna (Rp.pl)

wpis z dnia 2/06/2017

    


  

     Swobodny przepływ usług? Wolne żarty! UE forsuje uderzające w polskie firmy przepisy dot. transportu drogowego
wpis z dnia 1/06/2017

 

Fakty są następujące: po wejściu do UE firmy działające w Polsce wykorzystały zasadę swobodnego przepływu usług i dzięki swojej konkurencyjności w ciągu dekady zdominowały transport drogowy w Europie. Dzisiaj jesteśmy absolutnym liderem w tej branży (co trzecia ciężarówka jeżdżąca po UE należy do polskiej firmy). Niestety przestało się to podobać Niemcom i Francji, które w zbyt silnej pozycji Polski widzą zagrożenie dla własnych interesów. Efekt? Komisja Europejska właśnie przygotowała projekt regulacji, która potężnie uderzy w polskie firmy transportowe.

Od czasu wejścia Polski do Unii Europejskiej staliśmy się prawdziwym transportowym potentatem. Okazuje się, że wśród samochodów przewożących towary między różnymi państwami UE, co trzecia ciężarówka należy dziś do polskiej firmy. Udział w tym segmencie europejskiego rynku wzrósł z poziomu 8,8 proc. w 2004 r. aż do 34,1 proc. w roku 2015! 

Dominacja polskich firm w tej gałęzi gospodarki zaczęła przeszkadzać państwom należącym do "starej Unii", których firmy transportowe zostały wyparte z rynku przez polskich przedsiębiorców. Prym w niechęci do polskich firm wiodły przede wszystkim Niemcy i Francja. Rządy tych państw zaczęły wprowadzać na swoim terytorium różne bariery administracyjno-prawne, których celem było uderzenie w konkurencyjność polskich. Regulacje te podważały de facto naczelną zasadę wspólnotowego rynku, czyli swobodę przepływu usług. Sprawą zainteresowała się Bruksela i początkowo wydawało się, że przyzna rację stronie polskiej wskazując, że kroki podejmowane przez Niemcy i Francję uderzają w podstawowe zasady prawa wspólnotowego.

Niestety, siła interesów Berlina i Paryża była zbyt wielka. Komisja Europejska w/s regulacji dotyczących zasad prowadzenia transportu drogowego uległa Niemcom i Francji. Przedstawiony wczoraj w Brukseli tzw. pakiet drogowy (lub pakiet przewozowy - jak kto woli) jest bardzo niekorzystny dla polskiej branży transportowej. Istotnie ogranicza on swobodny przepływ usług w zakresie transportu drogowego w Europie i w dużej części powiela rozwiązania forsowane przez rządy w Berlinie i Paryżu. Wszystko po to, aby polskie firmy nie mogły dalej dominować w branży transportowej i swobodnie oferować swoich usług na terytorium Niemiec, Francji czy innych państw "starej Unii". 

Oto jak w praktyce wygląda swobodny przepływ usług. Gdy Polska zaczyna w czymś dominować, to UE - w ramach "europejskiej solidarności" - wprowadza ograniczenia i sankcje. Warto o tym pamiętać. Państwa "starej UE" są w czymś solidarne z "nowymi" dopóty, dopóki same na tym czymś najwięcej zarabiają.

 

Źródło: Polska wypychana z unijnego rynku (Rp.pl)

wpis z dnia 1/06/2017