Blog niewygodne.info.pl stosuje pliki cookies. 

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. 

Jeśli nie wyrażają Państwo zgody, uprzejmie prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Archiwum: Maj 2017

 

     Jaruzelskiego żegnali z honorami. Ofiarom katastrofy smoleńskiej proponują masowy grób. Tego nie da się już komentować...
wpis z dnia 31/05/2017

 

Sławomir Neumann, który w Sejmie pełni funkcję szefa klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, powiedział wczoraj, że "najrozsądniej byłoby, gdyby wszystkie ofiary katastrofy smoleńskiej były w jednym, wspólnym grobie". Nie wiem jakie są kompetencje kulturowe posła Neumanna, jaka jest jego wiedza historyczna, ale chowanie ludzi we zbiorowych mogiłach raczej kojarzy się z dość upiornymi historiami związanymi z Katyniem, Charkowem czy warszawską "Łączką". Czy poseł Neumann jest aż tak cyniczny?

Elity III RP, gdy trzeba było, potrafiły urządzić pogrzeb z najwyższymi honorami dla komunistycznego zbrodniarza. Cały czas mam w głowie obrazek, jak Wałęsa, Kwaśniewski i Komorowski wspólnie opłakiwali TW "Wolskiego". Wówczas było istotne, aby zrobić to należycie, aby III RP pamiętała o Jaruzelskim i pochowała go tak, jak żegna się bohatera. Dzisiaj ten pierwszy prezydent Polski po 1989 roku ma reprezentacyjny grób, który przez 24 godziny na dobę jest monitorowany i odpowiednio strzeżony.

Co innego ofiary katastrofy smoleńskiej. Szef klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej zasugerował wczoraj, że najlepiej byłoby, gdyby wszyscy - prezydent, generałowie, posłowie, reprezentanci elit intelektualnych - byli pochowani w jednym, wspólnym grobie. Ta propozycja jest szokująca co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, w dobie badań genetycznych każdy szczątek może być zbadany i zidentyfikowany. Nie trzeba fragmentów wielu ciał ładować do czarnych worków i wrzucać do jednego grobu. Pod względem możliwości - nazwijmy to umownie - technicznych, propozycja Neumanna miałaby sens w latach 80-tych ubiegłego stulecia. Nie jednak w czasach nam współczesnych. 

Po drugie, i chyba ważniejsze, chowanie ludzi w zbiorowych mogiłach kojarzy się jednoznacznie z upiornymi historiami z czasów II wojny światowej i okresem, który nastąpił bezpośrednio po oficjalnym zakończeniu tego konfliktu. To wówczas wielu Polaków kończyło swój żywot w zbiorowych mogiłach, chwile wcześniej otrzymując pocisk w tył głowy. Historie masowych grobów pomordowanych w Katyniu, Charkowie czy na warszawskiej "Łączce" mrożą krew w żyłach. Czy poseł Neumann mógł o tym zapomnieć? Czy też jest aż tak cyniczny?

 

Źródło: Neumann: Ofiary katastrofy smoleńskiej powinny być pochowane we wspólnym grobie (GazetaPrawna.pl)

Źródło: Michał Łosiak (Twitter.com)

wpis z dnia 31/05/2017

     



       

     Tusk w 2012 r.: "Nie rozumiem determinacji rodzin by przeprowadzić ekshumacje ofiar". Czy po 8 ciałach w jednej trumnie w końcu to zrozumiał?
wpis z dnia 30/05/2017

 

W 2010 roku Ewa Kopacz zapewniała z mównicy sejmowej: "Gdy znaleziono najmniejszy szczątek na miejscu katastrofy, wtedy przekopywano z całą starannością ziemię na głębokości ponad 1 metr i przesiewano ją w sposób szczególnie staranny. Każdy skrawek został przebadany genetycznie". Dwa lata później, kiedy pojawiły się pierwsze wątpliwości, kto leży w grobach ofiar katastrofy smoleńskiej, ówczesny premier Donald Tusk stwierdził, że "nie rozumie determinacji rodzin, by przeprowadzić ekshumacje". Ciekawe czy, po ujawnieniu fragmentów 8 ciał w jednej trumnie, nadal tak uważa?

Oficjalne stanowisko Prokuratury Wojskowej mówi, że polscy prokuratorzy i patomorfolodzy nie uczestniczyli w sekcjach zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej, które odbywały się w Moskwie. Warto też odnotować, że w maju 2010 r. do Polski przywieziono trumnę ze szczątkami opisanymi jako NN. Nie można ich było zidentyfikować. Minister Michał Boni podjął wówczas decyzję o ich skremowaniu. Powyższe fakty stoją w sprzeczności z wypowiedzianymi publicznie słowami Ewy Kopacz. 16 kwietnia 2010 r. ówczesna minister zdrowia powiedziała:

 

"Pracowaliśmy na miejscu z jedenastoma patomorfologami polskimi, ręka w rękę z lekarzami rosyjskimi. Patomorfologię Rosjanie mają zupełnie niezłą. Każda najmniejsza część, każdy skrawek ciała jest identyfikowany".

 

22 kwietnia 2010 r., przebywając w Moskwie, Ewa Kopacz w rozmowie z dziennikarzami powiedziała:

 

"Nie było ani jednej pomyłki. Wszystko się zgadza. Nasi eksperci są pełni podziwu dla pracy tutejszego zakładu medycyny sądowej".

 

W kilka dni później przyszła premier Polski stwierdziła:

 

"Najmniejszy skrawek, który został przebadany, najmniejszy szczątek, który został znaleziony na miejscu katastrofy - wtedy, kiedy przekopywano z całą starannością ziemię na miejscu tego wypadku na głębokość ponad 1 metra i przesiewano ją w sposób szczególnie staranny - każdy znaleziony skrawek został przebadany genetycznie".

 

W 2012 roku, kiedy pojawiły się pierwsze wątpliwości, kto leży w grobach ofiar katastrofy smoleńskiej, ówczesny premier Donald Tusk stwierdził rzecz następującą:

 

"Nie rozumiem determinacji rodzin by przeprowadzić ekshumacje ofiar, bo nie rozumiem. Ale widocznie jest jakaś potrzeba, która tkwi w zranionych uczuciach".

 

Ciekawe, czy po ujawnieniu, że do trumny gen. Bronisława Kwiatkowskiego włożono fragmenty ośmiu ciał, Tusk w końcu zrozumie determinację rodzin? Powstaje też drugie pytanie - czy te osiem ciał w jednej trumnie (i inne przypadki mylenia ciał), były powodami, dla których Rosjanie zaplombowali trumny i zakazali je otwierać po przewiezieniu z Moskwy do Warszawy?

wpis z dnia 30/05/2017

     


  

     Jeśli "aferą" ma być podniesienie przez Dudę kciuków do góry, to czym było zachlanie Kwaśniewskiego na grobach w Charkowie?
wpis z dnia 29/05/2017

 

Prezydent Andrzej Duda pozując do zdjęcia podniósł kciuki w górę, co stało się przyczyną ataku histerii środowisk związanych z Gazetą Wyborczą i TVN. Pedagogika wstydu i obciachu lała się tam na okrągło. Powstaje pytanie - jeśli gest wykonany przez Dudę miał być "zawstydzający", to czym było pijackie zataczanie się Aleksandra Kwaśniewskiego na grobach polskich bohaterów w Charkowie? Dlaczego te same media nie grzały całą dobę, jak Bronisław Komorowski chodził po krzesłach, pisał z błędami czy porównywał kobiety do kaszalotów?

Jeśli gest Andrzeja Dudy, wykonany zanim powstało właściwe zdjęcie uczestników szczytu NATO (gdzie wszyscy już wyglądają zupełnie oficjalnie), miał być "żenujący", to czym było zachowanie Aleksandra Kwaśniewskiego podczas oficjalnych obchodów zbrodni katyńskiej:

 

 

W kontekście gestu Dudy, który dla mediów okrągłostołowych miał być tak bardzo "obciachowy", warto również zapytać jak intensywnie te same media relacjonowały zachowanie poprzednika Dudy na urzędzie prezydenckim, czyli Bronisława Komorowskiego, który chodził po krzesłach, pisał z błędami, prezydentowi USA zdradzał przepis na bigos, a kobiety porównywał do kaszalotów? Śmiem twierdzić, że poświęcały na to 1/10 czasu, który poświęciły podniesionym kciukom Andrzeja Dudy.

Jeśli zaś "Wyborcza" pisze już o jakiś "zawstydzających zdjęciach", to warto im jeszcze przypomnieć poniższą fotografię. Adam Michnik odbierał wówczas w Pałacu Prezydenckim z rąk Bronisława Komorowskiego ważne wyróżnienie za "wybitne zasługi dla transformacji ustrojowej Polski i kształtowanie demokratycznych zasad państwa praw". Robił to w... crocsach!

 

>> Zobacz Michnika w crocsach u Komorowskiego <<

 

Afera z "kciukami" Dudy pokazała, że celem mediów założonych przez okrągłostołowy establishment jest przede wszystkim szkodzenie tym, którzy do tego establishmentu nie należą. Każdy możliwy sposób jest dopuszczalny. Stąd nie powinno nas dziwić, że wyciągnięte do góry kciuki stały się nagle gestem "obciachowym".

wpis z dnia 29/05/2017

    


  

     Państwowa JSW już po I kw. 2017 r. ma 864,5 mln zł zysku na czysto! A jeszcze 2 lata temu mówili, że polskie górnictwo jest trwale nierentowne
wpis z dnia 26/05/2017

 

Kontrolowana przez Skarb Państwa Jastrzębska Spółka Węglowa (JSW) jeszcze w 2014 r. notowała stratę na poziomie -657,1 mln zł. Strata za 2015 r. była jeszcze większa i wyniosła -3,285 mld zł. Rok 2016 r. również zakończył się na minusie. Spółka odnotowała wówczas stratę rzędu -59,8 mln zł. I nagle BUUM! Po zaledwie trzech pierwszych miesiącach 2017 roku JSW zanotowała gigantyczny zysk na czysto: +864,5 mln zł. Analitycy są zgodni - zyski całego sektora górniczego w Polsce będą w tym roku rekordowe!

Wszystko wskazuje na to, że Jastrzębska Spółka Węglowa (JSW) ma przed sobą rekordowo dobry rok. Zysk netto na poziomie 863,5 mln zł, tej jeszcze 2-3 lata temu zupełnie niedochodowej spółki węglowej, mógłby dziś pokryć w całości obecny deficyt budżetowy (który z kolei jest rekordowo niski). 

Gdzie tkwi tajemnica sukcesu? Powody są co najmniej dwa. Pierwszy to pozbycie się zupełnie nierentownej kopalni "Ruch Jas-Mos" i przekazanie jej majątku do "Spółki Restrukturyzacji Kopalń" (straty jakie generowała ta kopalnia nie obciążają wyników JSW). Po drugie - i chyba ważniejsze - w porównaniu z rokiem ubiegłym znacząco wzrosły ceny sprzedaży wydobywanego przez JSW węgla. Średnia cena węgla wzrosła w I kwartale o 119 proc. licząc rok do roku. Cena węgla koksowego była wyższa o 162,5 proc. i wyniosła 823,05 zł/t (głównie dzięki wzrostom cen węgla na światowych giełdach), a cena węgla do celów energetycznych wzrosła o 7,3 proc. do 197,78 zł/t.

Eksperci są zgodni - przed JSW, jak i przed całym sektorem górniczym w Polsce, świetny rok. Zyski będą rekordowo wysokie. Rosnące ceny węgla na światowych rynkach istotnie wpływają na dochodowość polskich kopalni, które w Europie nie mają już zbyt wielkiej konkurencji (Niemcy, Czesi i Brytyjczycy, albo zamknęli, albo są w trakcie zamykania swoich kopalni węgla). I pomyśleć, że jeszcze 2 lata temu niemająca koncepcji na rozwój polskiego górnictwa ekipa Ewy Kopacz rozważała masowe zamykanie kopalń lub ich sprzedaż niemieckim inwestorom...

 

Źródło: Zysk netto JSW wyniósł 864,53 mln zł w I kw. 2017 r. wobec straty rok wcześniej (Bankier.pl)
Źródło: Analitycy wróżą JSW wysokie zyski (Wnp.pl)

wpis z dnia 26/05/2017

    


   

     Cała strefa euro jest zadłużona na 9,5 bilionów euro. Za tę kwotę można by zbudować 19 700 Stadionów Narodowych lub milion kilometrów autostrad!
wpis z dnia 25/05/2017

 

Strefa euro, do której mielibyśmy wejść w 2025 roku, tonie w długach. Całkowite zadłużenie krajów eurolandu przekracza obecnie 9 bln 500 mld euro. Co gorsze, nic nie wskazuje na to, aby miało się to w najbliższym czasie zmienić, skoro Europejski Bank Centralny wręcz zachęca państwa wchodzące w skład eurolandu do dalszego zadłużania się po uszy. Pytanie nie brzmi czy, lecz kiedy to wszystko się zawali? Wszak zdolności do obsługi tak gigantycznego i ciągle się rozrastającego długu nie są nieograniczone.

Zsumowany poziom zadłużenia wszystkich 18 państw wchodzących w skład strefy euro to 9,5 bln euro (równowartość ok. 40 bln zł). Aby uświadomić sobie skalę tego długu, warto wiedzieć, że za równowartość tej kwoty można by wybudować ok. 19,7 tys. Stadionów Narodowych (zakładając, że koszt jego budowy wyniósł 2 mld zł, czyli ok. 0,48 mld euro) lub blisko 1 milion kilometrów autostrad (przyjmując założenie, że koszt wybudowania 1 km to 10 mln euro). Wszystko wygląda pięknie, gdy gospodarka ciągle się rozwija, a banki generują nowe pieniądze. Gorzej, kiedy przychodzi kryzys i nagle okazuje się, że zaczyna brakować pieniędzy na obsługę tak gigantycznego długu. 

Niestety, Europejski Bank Centralny (taki odpowiednik NBP dla strefy euro), zamiast zachęcać kraje eurolandu do ograniczania wydatków na kredyt, robi coś zupełnie odwrotnego. Chodzi o tzw. politykę luzowania ilościowego. Polega ona na tym, że EBC drukuje co miesiąc 80 mld euro, za które odkupuje od komercyjnych banków obligacje dłużne największych państw eurolandu. W praktyce pożyczki Niemiec, Francji i Włoch stają się dzięki temu bezodsetkowe. Ten mechanizm EBC, zamiast zmniejszać zadłużenie, zachęca poszczególne państwa strefy euro do zaciągania kolejnych długów. Wszak mają one swego rodzaju "gwarancję" EBC. 

W kontekście rekordowych poziomów nominalnego zadłużenia państw strefy euro oraz relacji długu do PKB (która jest znacznie wyższa niż w Polsce), zasadnym jest pytanie - kiedy to wszystko się zawali? Wszak wydaje się, że zdolności do obsługi tak gigantycznego i ciągle się rozrastającego długu są ograniczone. Czy Europa musi się zatem przygotować na głęboki i bezprecedensowy kryzys? Równie ważne jest pytanie, czy w tych okolicznościach powinniśmy wstępować do strefy euro?

 

Źródło: Euro Area Government Debt (TradingEconomics.com)

wpis z dnia 25/05/2017

  


 

     Berliner Zeitung, koniec 2015: "Polska i Węgry stanowią większe zagrożenie niż ISIS". Od tamtego czasu ile osób zabiła Polska z Węgrami, a ile ISIS?
wpis z dnia 24/05/2017

 

W kontekście ostatniego zamachu terrorystycznego w Manchesterze, który zorganizowali islamscy ekstremiści, warto przypomnieć, że pod koniec 2015 roku niemiecki "Berliner Zeitung" napisał, iż ze strony Polski i Węgier współczesnej demokracji Europejskiej grozi większe niebezpieczeństwo niż ze strony Państwa Islamskiego! Powstaje pytanie: ilu Europejczyków od końca 2015 roku do dziś zabiło ISIS oraz jej sympatycy, a ilu Europejczyków straciło życie przez Polskę i Węgry? Czy Niemcy z "Berliner Zeitung" nadal uważają, że jesteśmy groźniejsi od ISIS?

Przypomnijmy - pod koniec 2015 roku niemiecki "Berliner Zeitung" napisał, że interpretacja praworządności, którą prezentuje na Węgrzech rząd Wiktora Orbana, a w Polsce rząd Beaty Szydło, jest dla europejskiej demokracji "większym niebezpieczeństwem niż terror Państwa Islamskiego". 

Od momentu publikacji tych słów na łamach wydawanego w Berlinie dziennika, przez Francję, Niemcy, Belgię i Wlk. Brytanię przetoczyła się fala zamachów terrorystycznych organizowanych przez islamskich ekstremistów. W ich wyniku śmierć poniosło lub zostało poważnie rannych kilkaset niewinnych osób. Ilu Europejczyków w tym czasie zginęło lub zostało rannych w wyniku działań władz w Warszawie czy Budapeszcie? Czy to rząd Szydło i Orbana, czy też może terroryści przyczynili się do zwiększonej popularności na zachodzie Europy partii skrajnie prawicowych, które oprócz bezwzględnej walki z imigrantami chciałyby również rozwalenia UE od środka? 

Prowokacyjny tekst, jaki pod koniec 2015 roku ukazał się na łamach "Berliner Zeitung" miał wywołać oburzenie. I na tamten czas (koniec 2015 roku) to mu się udało. Kontrowersyjna publicystyczna teza nie wytrzymała jednak zderzenia z próbą czasu oraz rzeczywistością, jaka wkrótce nastąpiła. Krwawą rzeczywistością - dodajmy. 

Dzisiaj nikt nie powinien mieć żadnych, nawet najmniejszych wątpliwości, że to islamski terroryzm jest znacznie większym zagrożeniem dla Europy, europejskiej kultury, szeroko rozumianych wartości, czy też dla "europejskiej demokracji", aniżeli to, co dzieje się w Warszawie czy Budapeszcie. Śmiem twierdzić, że gdyby unijne elity - zamiast skupiać się na Polsce - poświęciły czas na walkę z islamskimi ekstremistami, to efekty zarówno dla przyszłości Europy, jak i dla europejskiej demokracji byłby znacznie lepsze.

 

Źródło: Berliner Zeitung: Polska i Węgry gorsze od Państwa Islamskiego (DW.com)

wpis z dnia 24/05/2017
   


  
     Komisja Europejska chce wprowadzić euro na terenie całej UE do końca 2025 r. Jedynym wygranym takiego scenariusza będą Niemcy
wpis z dnia 23/05/2017

 

Fakty są następujące - jeżeli Niemcy zamiast euro nadal mieliby swoją własną walutę (niemiecką markę), to spotkałby ich los analogiczny do losu Szwajcarii. Gwałtowne i trwałe zyskiwanie na wartości marki doprowadziłoby do utraty konkurencyjności niemieckiego eksportu, a - jak wiadomo - to na eksporcie jest zbudowana potęga gospodarcza naszego zachodniego sąsiada. Aby utrzymać hegemonię i kontynuować politykę finansowego drenowania innych państw Niemcy muszą koniecznie wymusić rozszerzenie strefy euro. Najnowszy pomysł Brukseli doskonale się w to wpisuje.

Niemiecki dziennik "Frankfurter Allgemeine Zeitung", powołując się na źródła w Komisji Europejskiej, stwierdził, że do 2025 roku wspólną walutę euro ma obowiązywać we wszystkich 27 krajach Unii Europejskiej. Ponadto Parlament Europejski miałby uzyskać dodatkowe kompetencje kontrolne nad ministrami finansów krajów wchodzących w skład eurolandu, a Europejski Bank Centralny zyskałaby prawo do emitowania własnych euro-obligacji celem finansowania nowego, ponadnarodowego euro-budżetu.

Zakładając, że doniesienia niemieckiej gazety są prawdziwe, automatycznie nasuwa się pytanie - kto zyska, a kto straci na takim rozwiązaniu? Mając na względzie dotychczasową politykę monetarną i gospodarczą krajów wchodzących w skład eurolandu, z dużą dozą prawdopodobieństwa można zaryzykować stwierdzenie, że jedynym, autentycznym i bezkompromisowym wygranym takiego scenariusza byliby... Niemcy.

Gospodarka naszego zachodniego sąsiada opiera się przede wszystkim na eksporcie. Aby był on opłacalny waluta, za pomocą której dokonywane są transakcje, nie może być zbyt silna. Szczególnie względem walut obowiązujących u największych partnerów handlowych. Gdyby dzisiaj w Niemczech obowiązywała marka (DM), to nasz sąsiad podzieliłby los Szwajcarii, której gospodarka utraciła sporą część swojej konkurencyjności poprzez zbyt silną wartość franka szwajcarskiego. Eksport do innych państw przestał być na tyle zyskowny jak kiedyś, a import dóbr i usług jest niezwykle kosztowny. 

Niemieccy stratedzy finansowi doskonale zdają sobie z tego sprawę. Dlatego będą robić wszystko, aby strefa euro uległa poszerzeniu, szczególnie o takie kraje jak Węgry czy Polska. Rozszerzenie eurolandu przyczyni się do osłabienia euro wobec walut obowiązujących u największych partnerów handlowych naszego zachodniego sąsiada. To zaś jest gwarancją na utrzymanie gospodarczej hegemonii Niemiec w tej części świata i kontynuowaniu polityki finansowego drenowania innych państw.

 

Źródło: "FAZ": KE chce do 2025 roku wprowadzić euro we wszystkich krajach UE (Stooq.pl)
Źródło: To wszystko wina Niemiec. Korzenie europejskich problemów są w Berlinie (Forsal.pl)

wpis z dnia 23/05/2017

    


  

     Państwa UE mogą uczyć się od Polski jak pomagać uchodźcom. Program "Rodzina rodzinie" jako wzór akcji niesienia pomocy na miejscu
wpis z dnia 22/05/2017

 

Wśród opinii, jakie dominują na temat naszego kraju, można usłyszeć, że nie chcemy pomagać innym. Nic bardziej mylnego! Po pierwsze - jeśli jakiś uchodźca z kraju ogarniętego wojną do Polski trafi i poprosi o azyl, to otrzyma tu schronienie. Po drugie - nie chcemy jedynie narzucanej siłą unijnych nakazów relokacji migrantów, którzy wybrali Niemcy czy Francję, jako państwa azylu. Po trzecie - na przykładzie programu "Rodzina rodzinie" państwa Europy Zachodniej powinny się uczyć od Polaków, jak wygląda oddolna i świetnie zorganizowana akcja niesienia pomocy bezpośredniej. 

Czarna propaganda, uprawiana z zamiłowaniem przez sporą część brukselskich i berlińskich elit politycznych, tworzy z naszego państwa totalnie anty-humanitarny twór, który nie chce nikomu pomagać, a w szczególności nie czuje solidarności z uchodźcami uciekającymi z regionów objętych działaniami wojennymi. Nic bardziej mylnego! Fakty są bowiem takie, że Polska udziela pomocy osobom uciekającym z powodu wojny lub prześladowań, czego najlepszym dowodem są statystyki Urzędu do Spraw Uchodźców. Jeśli jakiś uchodźca z kraju ogarniętego wojną do Polski trafi i poprosi o azyl, to otrzyma tu schronienie. Dostanie takie schronienie, bo Polska - wbrew opiniom zachodnioeuropejskich liberałów - respektuje konwencje międzynarodowe w sprawie pomocy uchodźcom. To czego nie respektujemy, to narzucane siłą unijnych nakazów programy relokacji migrantów, którzy wybrali Niemcy, Francję czy Włochy, jako państwa swojego azylu. 

Inną kwestią jest to, że państwa Europy Zachodniej mogłyby się uczyć od Polaków, jak wygląda świetnie zorganizowana, oddolna akcja niesienia pomocy bezpośredniej. W ubiegłym roku Caritas Polska uruchomił program "Rodzina rodzinie". Polega on na tym, że nie ruszając się z domu możemy wspierać konkretne osoby potrzebujące pomocy w Syrii, jak i uchodźców z tego kraju, którzy uciekli do państw ościennych. Pojedyncza osoba, rodzina, wspólnota, parafia czy organizacja może udzielić bezpośredniej pomocy konkretnej poszkodowanej rodzinie – przyjąć ją jako bliską sobie, choć geograficznie odległą. Caritas Polska współpracuje w Syrii z Caritas Aleppo, będącą oddziałem Caritas Syria. Caritas Aleppo działa w tym oblężonym mieście bez przerwy, udzielając mieszkańcom takiej pomocy tak: pomoc żywnościowa, wsparcie wynajmu i remontu mieszkań zniszczonych przez wojnę, opieka medyczna i wsparcie ludzi starszych, działania edukacyjne dla dzieci. Zebrane w Polsce środki trafiają do partnerów lokalnych na miejscu, którzy otaczają opieką przekazane nam rodziny i znają dobrze ich potrzeby. Partnerzy dysponują środkami dla rodzin. Oznacza to, że w ramach zebranej kwoty przekazują to, co jest najbardziej w danym momencie niezbędne dla konkretnej rodziny. Prowadzą też monitoring potrzeb i realizacji pomocy.

Według statystyk Caritas Polska do marca br. w ramach programu "Rodzina rodzinie" udało się zebrać 13 milionów złotych. Uczestnikiem programu pomocowego można zostać przez stronę RodzinaRodzinie.caritas.pl. Działania Caritas Polska w Syrii można również wesprzeć wysyłając SMS o treści SYRIA na numer 72052. Całkowity koszt SMS to 2,46 zł, z czego 0,46 zł to podatek VAT, 0,18 zł to koszty administracyjne Caritasu, a 1,82 zł idzie bezpośrednio na pomoc dla potrzebujących.

 

Źródło: Pomoc rodzinom poszkodowanym w konflikcie syryjskim (Caritas.pl)

wpis z dnia 22/05/2017

    


  

     Jak wiatr zawieje, tak Platforma zmienia zdanie. Na przykładzie tych wypowiedzi można uczyć jak nie robić polityki
wpis z dnia 20/05/2017

 

9 maja Grzegorz Schetyna twierdzi, że "PO nie jest za przyjmowaniem uchodźców". Dwa dni później Izabela Leszczyna (wiceminister finansów w rządzie PO-PSL) mówi, że "Schetyna żartował". 18 maja rano Tomasz Siemoniak zauważa, że "PO stworzyła mechanizm, dzięki któremu w Polsce nie ma uchodźców", a Borys Budka mu wtóruje: "Zarówno Schetyna, jak i ja mieliśmy szczęście być w rządzie, który zabezpieczył Polaków przed nielegalnymi imigrantami". Tego samego dnia popołudniu Ewa Kopacz stwierdza, iż "Polska powinna wypełnić zobowiązania w sprawie uchodźców"...

Takiego kombinowania, jak koń na światłach, nie było w polskiej polityce już dawno. Spin-doktorzy pracujący dla Platformy Obywatelskiej wiedzą doskonale, że twarde stanowisko w/s przyjmowania migrantów z innych państw UE może się równać spadkowi poparcia w sondażach. Wszak 3 na 4 Polaków jest przeciwko przymusowej relokacji przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu do Polski. Stąd, jak zakładam, Schetyna nagle wystrzelił, że "PO nie jest za przyjmowaniem uchodźców". Przekaz ten musiał być szybko "prostowany" przez ludzi ze środowiska Donalda Tuska. Już dwa dni po wypowiedzi obecnego lidera PO, posłanka tej partii oraz była minister finansów w poprzednim rządzie Izabela Leszczyna stwierdziła, że Schetyna tylko "żartował" z tym, iż PO jest przeciwko przyjmowaniu uchodźców. 

Przekazu nie udało się jednak do końca naprostować, gdyż w mediach zaczęli się wypowiadać tacy liderzy PO jak Borys Budka czy Tomasz Siemoniak. Ten pierwszy na antenie Radia Zet zauważył, że "Zarówno Schetyna, jak i ja mieliśmy szczęście być w rządzie, który zabezpieczył Polaków przed nielegalnymi imigrantami", a Siemoniak dodał, że rząd PO-PSL stworzył mechanizmy, dzięki którym w Polsce nie ma teraz uchodźców. Na to wszystko wypowiedziała się jeszcze była premier Ewa Kopacz (również wiązana ze stronnictwem Tuska), która uważa, iż "Polska powinna wypełnić zobowiązania w sprawie uchodźców", a tym samym wziąć udział w procesie relokacji migrantów z innych państw UE. 

Czy doczekamy się jednolitego stanowiska Platformy w/s relokowania migrantów? W mojej opinii nigdy. Ścieranie się różnych interesów (Schetyny / Tuska, Polski / Niemiec, publicznego / partyjnego) jest na tyle silne, że PO musi dalej kluczyć i lawirować. Nie ma innej opcji.

 

Źródło: Nieoczekiwana zmiana narracji. Schetyna: PO nie jest za przyjęciem uchodźców (DoRzeczy.pl)
Źródło: Posłanka PO: Schetyna żartował mówiąc o uchodźcach. Wypowiedź hitem internetu (300polityka.pl)
Źródło: Siemoniak ws. uchodźców: Pozostawiliśmy rządowi PiS dobry mechanizm - pozwolił nie przyjąć nikogo (rmf24.pl)

Źródło: Gość Radia Zet (twitter.com)

Źródło: Kopacz: Polska powinna wypełnić zobowiązania ws. uchodźców (rmf24.pl)
 
wpis z dnia 20/05/2017

    


  

     Tusk strzela sobie w kolano grożąc Polsce karami, jeśli nie przyjmiemy migrantów z Niemiec, Włoch i Grecji
wpis z dnia 19/05/2017

 

A miało być tak pięknie - Donald Tusk, po zakończeniu kadencji szefa Rady Europejskiej, wraca do Polski na białym koniu, jednoczy opozycję i wygrywa wybory prezydenckie w 2020 r. Aż tu nagle wyskakuje rząd PiS, który idzie na zwarcie z Komisją Europejską w/s przyjmowania relokowanych migrantów z Niemiec, Włoch i Grecji. W takich okolicznościach Tusk będzie musiał powtarzać swoje groźby wobec Polski, a Platforma próbować tłumaczyć Polakom (z których 75 proc. nie chce relokacji migrantów), że Tusk wcale nie gra przeciwko Polsce. To może być jednak dość trudne zadanie...

Efekt 27:1 już niebawem może przestać istnieć. Wystarczy, że Donald Tusk - jako przedstawiciel Unii Europejskiej - nadal będzie upominał Polskę w/s przyjmowania migrantów, którzy obecnie żyją w Niemczech, Włoszech czy Grecji. Przymusowa relokacja jest na rękę przede wszystkim dla Niemców, którzy mogą dzięki niej zdjąć z siebie sporą część kosztów związanych z zapewnieniem socjalu dla przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu. Stąd tak silne dążenie Berlina (i Brukseli) do jak najszybszego wdrożenia planu, na który wyraziła formalną zgodę ekipa Ewy Kopacz.

W tym kontekście warto jednak pamiętać, że 3/4 Polaków jest przeciwnikami unijnych planów przymusowej relokacji migrantów z Europy Zachodniej. Jeśli do tego dodamy statystykę, zgodnie z którą blisko 90 proc. Polaków czuje się w Polsce bezpiecznie, to słowa Tuska o tym, że poniesiemy konsekwencje, jeśli nie będziemy uczestniczyć w solidarnym podziale uchodźców są co najmniej ryzykowne. 

Donald Tusk, po zakończeniu kadencji szefa Rady Europejskiej, miał wrócić do Polski na przysłowiowym białym koniu, stanąć na czele zjednoczonej opozycji i wygrać wybory prezydenckie w 2020 roku. Wydaje się jednak, że strategia PiS, który ewidentnie chce iść na zwarcie z Komisją Europejską w/s przyjmowania relokowanych migrantów z Niemiec, Włoch i Grecji, może być dla Tuska śmiertelnie groźna. Wszak bardzo łatwo można będzie wykazać, że Tusk gra dla Brukseli (i Niemców) i nie uwzględnia interesów oraz głosu zwykłych Polaków. 

wpis z dnia 19/05/2017

    


  

     Prezes URSUS-a: Urzędnicy z Niemiec często blokują wejście na ich rynek gracza z Polski. Chcą dodatkowych certyfikatów
wpis z dnia 18/05/2017

 

Unia Europejska to obszar swobodnego handlu i wymiany usług. Teoretycznie. W praktyce bowiem istnieje cały szereg możliwości blokowania ekspansji kapitału czy usług pochodzących z określonych krajów. Daleko nie musimy szukać. Prezes polskiego URSUS-a, potwierdził nie tak dawno, jak wygląda to u naszych zachodnich sąsiadów. Formalnie każdy ma prawo wejść na niemiecki rynek. Często jednak niemieccy urzędnicy, widząc, że dany produkt może stanowić realną konkurencję dla rodzimych wyrobów, żądają dostarczenia dodatkowych certyfikatów. A to może oznaczać bardzo skuteczne embargo.

Fakty są następujące - mimo istnienia wielu unijnych regulacji dotyczących swobodnego handlu, przepływu kapitału i usług na terenie Wspólnoty, Niemcy są krajem, który wyjątkowo dokładnie chroni swój rynek wewnętrzny, rynek pracy, a przede wszystkim rynek zamówień publicznych. Aby osiągać ten cel nasi zachodni sąsiedzi wykorzystują cały wachlarz możliwości. W efekcie powyższego funkcjonująca na terytorium UE swoboda przepływu ludzi i usług, wcale nie jest taka oczywista.

Przekonał się o tym prezes polskiego URSUS-a Karola Zarajczyk. Maszyny oferowane przez polskiego producenta okazały się być tańsze od maszyn produkowanych w Niemczech, a dodatkowo prezentowały porównywalną jakość. W wywiadzie dla Money.pl prezes URSUS-a stwierdził, że w takich okolicznościach niemieccy urzędnicy blokują wejście na rynek poprzez żądanie dostarczenia dodatkowych i kłopotliwych w uzyskaniu certyfikatów. Efekt? URSUS musiał znaleźć obejście. Firma zaczęła zatem rejestrować swoje maszyny w Polsce i jako używane (ale z zerowym przebiegiem) sprzedawała je na rynek niemiecki.

I pomyśleć, że jeszcze do niedawna wmawiali nam, że kapitał nie na narodowości, a gdy w to ostatecznie nie uwierzyliśmy próbowali wcisnąć kit, że kapitał, co prawda, posiada narodowość, ale nie ma to żadnego znaczenia dla współczesnych relacji gospodarczych...

 

Źródło: Niemcy chcą polskich Ursusów, ale urzędnicy im na to nie pozwalają (Money.pl)
Źródło: To wszystko wina Niemiec. Korzenie europejskich problemów są w Berlinie (Forsal.pl)

wpis z dnia 18/05/2017

   


  

     I to może się podobać! Spółka-córka polskiego Orlenu największą firmą w niemieckim landzie Schleswig-Holstein!
wpis z dnia 17/05/2017

 

Mało kto wie, że Orlen jest właścicielem już ponad 570 stacji paliw zlokalizowanych na terytorium Niemiec. Dzięki temu spółka-córka polskiego giganta paliwowego, tj. Orlen Deutschland GmbH, osiągnęła w ciągu roku 3,32 mld euro przychodów. Kwota ta plasuje kontrolowaną przez polski kapitał spółkę, jako największą pod względem osiąganych przychodów w landzie Schleswig-Holstein (gdzie ma swoją siedzibę)! Orlen nie zamierza jednak spoczywać na laurach i zapowiada dalszą ekspansję oraz przejmowanie kolejnych stacji na niemieckim rynku paliw.

Nie wszyscy o tym wiedzą, że kontrolowana przez PKN Orlen spółka prawa niemieckiego Orlen Deutschland GmbH jest właścicielem aż 570 stacji paliw działających na terytorium naszego zachodniego sąsiada i osiąga ok. 6 proc. udział na niemieckim rynku sprzedaży paliw. Powyższe powoduje, że przychody kontrolowanej przez polski kapitał spółki wyniosły 3,32 mld euro (dane za 2015 rok) i były największymi przychodami wśród wszystkich podmiotów gospodarczych działających na terytorium landu Schleswig-Holstein (gdzie Orlen Deutschland GmbH ma swoją siedzibę).

Oczywiście, aby osiągnąć ten status na niemieckim rynku, trzeba było najpierw wyzbyć się pewnych "polskich" symboli. Przypomnijmy, że PKN Orlen rozpoczął proces przejmowania niemieckich stacji paliwowych już w 2003 roku. Początkowo nadawał im własne logo i nazwę (tj. "Orlen" z charakterystycznym symbolem orła). Niestety, niemiecki rynek okazał się być niezwykle wrażliwy na kwestie narodowości kapitału. Okazało się, że stacje Orlenu są omijane, by nie powiedzieć - bojkotowane. Wszystko przez transparentny fakt, że były polskie.

Powyższa sytuacja skłoniła w 2007 roku ówczesne kierownictwo PKN Orlen, czyli właściciela ORLEN Deutschland GmbH, do dość drastycznego rebrandingu swoich stacji na terytorium Niemiec. Zrezygnowano z loga z charakterystycznym symbolem orła, a nazwę stacji zmieniono na "STAR". Nie wykluczone, że gdyby nie ta decyzja, dalsza ekspansja polskiego Orlenu na niemieckim rynku byłaby praktycznie niemożliwa.

Orlen nie zamierza jednak spoczywać na laurach i zapowiada dalsze przejmowanie kolejnych stacji na niemieckim rynku paliw. Potwierdził to pod koniec ubiegłego roku wiceprezes PKN Orlen Sławomir Jędrzejczyk, kiedy ogłaszał strategię rozwoju spółki na lata 2017 - 2021. Ekspansji sprzyjają fenomenalne wyniki finansowe Orlenu. Przypomnijmy, że największa polska spółka paliwowa zanotowała w ubiegłym roku 5,7 mld zł zysku na czysto, a w pierwszym kwartale 2017 r. wygenerowała zysk netto na poziomie 2,08 mld zł.

 

Źródło: Marcin Wrotniak (twitter.com)
Źródło: ORLEN Deutschland GmbH (orlen-deutschland.de)

Źródło: Orlen chce przejmować stacje paliw w Niemczech i Czechach (Forsal.pl)

wpis z dnia 17/05/2017

    


  

     Czarny sen Balcerowicza: Moody's podnosi perspektywę ratingu Polski, Eurostat potwierdza rewelacyjną produkcję, a dochody z VAT osiągają niespotykane poziomy
wpis z dnia 16/05/2017

 

Według Eurostatu produkcja przemysłowa w marcu osiągnęła w naszym kraju rewelacyjny rezultat +8,7 proc. r/r. Dochody z VAT po kwietniu są najwyższe w historii (o 16 proc. większe niż w analogicznym okresie ub.r.), a agencja ratingowa Moody's podnosi perspektywę ratingu Polski. Jakby tego było mało spadają kursy walut, rośnie giełda, a rentowności polskich obligacji stają się coraz niższe. Wbrew lękom i paranojom Leszka Balcerowicza odsunięcie Platformy od władzy nie tylko nie spowodowało żadnej katastrofy. Wręcz przeciwnie - przyczyniło się do istotnego wzrostu!

Leszek Balcerowicz jeszcze w 2015 roku bezwzględnie przestrzegał przed odsunięciem PO od władzy i realizacją planów gospodarczych PiS. Jego zdaniem dojście partii Kaczyńskiego do władzy miało się zakończyć "pełzającą destrukcją bez sygnałów ostrzegawczych". Były minister finansów szczególnie ostrzegał przed przyjęciem programu 500+. W jego opinii nie było bowiem "żadnych badań, które by potwierdzały, że dzięki temu będzie więcej dzieci". Budżet naszego kraju miał tego nie wytrzymać, co w oczywiście miało się przełożyć na całą gospodarkę.

Co się stało 18 miesięcy później? Okazuje się, że zdaniem unijnego Eurostatu produkcja przemysłowa w naszym kraju wygląda rewelacyjnie (w styczniu: +4,3 proc. r/r, w luty: +4,8 proc. r/r, a w marcu: +8,7 proc. r/r). Kapitalizacja spółek notowanych na warszawskiej giełdzie osiągnęła rekordowe, nigdy wcześniej nie notowane poziomy (wartość największej polskiej spółki giełdowej w ciągu 1,5 roku urosła o ponad 22 mld zł, do poziomu 51 mld zł). Dochody budżetowe z tytułu podatków również wyglądają obiecująco (dochody z samego tylko podatku VAT były w kwietniu o 16 proc. większe niż w analogicznym okresie roku ubiegłego). Agencja ratingowa Moody's zmieniła perspektywę polskiego ratingu na pozytywną, co automatycznie przełożyło się na dalszy spadek kursów walut zagranicznych oraz rentowności polskich papierów dłużnych (tutaj wyraźny spadek jest widoczny od początku marca b.r.). Wszystko to sprawia, że wszelkie prognozy wzrostu gospodarczego za 2017 rok są korygowane w górę (ostatnio zrobiła to Komisja Europejska).

Wbrew lękom i paranojom Leszka Balcerowicza odsunięcie Platformy od władzy nie tylko nie spowodowało żadnej katastrofy gospodarczej. Wręcz przeciwnie - przyczyniło się do jej istotnego wzrostu! A program 500+, przed którym tak usilnie przestrzegał, okazał się być największym sukcesem tego rządu. 

Oczywiście, aby nie było zbyt sielankowo, PiS zaliczył w ciągu 1,5 roku wiele potężnych wtop (źle rozegrana sprawa TK, chaos polityki zagranicznej, bezsensowna szarża na Tuska), niemniej w kwestii gospodarki ciężko się do czegokolwiek przyczepić.

 

Źródło: „Nie będzie sygnałów ostrzegawczych. To będzie pełzająca destrukcja”. Balcerowicz ostrzega przed skutkami reform PiS (tvp.info)
Źródło: Industrial production down by 0.1% in euro area (ec.europa.eu)
Źródło: Rentowności polskich obligacji (stooq.pl)
Źródło: VAT zdał kwietniowy test (pb.pl)
Źródło: Najwyżej wyceniana na giełdzie polska spółka jest już warta ponad 50 mld zł (Gazeta.pl)

wpis z dnia 16/05/2017

     


  

     Dla sądu potrącony na chodniku 80-latek był za stary na zadośćuczynienie. Morderca, który siedział w zbyt małej celi dostał 264 tys. zł
wpis z dnia 15/05/2017

 

Starszy mężczyzna został potrącony przez samochód na chodniku. Doznał ciężkiego złamania nogi. Był dwukrotnie hospitalizowany, a rehabilitacja po wypadku trwała 5 lat (i do dziś się nie zakończyła). Sąd odmówił mu wypłacenia 50 tys. zł zadośćuczynienia za doznane krzywdy, bowiem uznał, że "intensywność jego cierpień z powodu kalectwa jest mniejsza niż u człowieka młodego". Morderca, który siedział w zbyt małej celi dostał za to 264 tys. zł. O kuriozalnych werdyktach polskich sędziów można by niestety książkę napisać.

Ryszard Czajewicz został potrącony przez samochód, kiedy szedł po chodniku. W wyniku tego wypadku doznał ciężkiego złamania nogi (dziś ma ją o półtora cm krótszą). Był dwukrotnie hospitalizowany, a rehabilatacja po wypadku trwała 5 lat (i do dziś się nie zakończyła). Ubezpieczyciel wypłacił mu 20 tys. zł odszkodowania. Pan Ryszard uważał, że to zdecydowanie zbyt niska kwota za doznane cierpienia i stwierdzony uszczerbek na zdrowiu. Chciał dodatkowych 50 tys. zł. Odwołał się w tej sprawie do sądu. 

Sąd Rejonowy w Sosnowcu zamiast 50 tys. zł, przyznał mu jedynie 10 tys. zł. Powodem miał być wiek pana Ryszard (84 lata). Zdaniem sądu "intensywność cierpień z powodu kalectwa jest większa u człowieka młodego, skazanego na rezygnację z radości życia, jaką daje zdrowie, możliwość pracy i osobistego rozwoju", a tym samym ponad 80-letni pan Ryszard nie zasługuje na godziwe zadośćuczynienie. 

Czy wiek może być przesłanką dla nierównego traktowania i różnego pojmowania sprawiedliwości?

W kontekście powyższego warto przypomnieć, że Sąd Okręgowy w Warszawie miał zupełnie inne pojmowanie "intensywności cierpień" w sprawie gangstera Ryszarda Boguckiego. W lutym b.r. przyznał mu bowiem aż 264 tys. zł zadośćuczynienia za areszt ws. zabójstwa gen. Marka Papały. Bogucki usłyszał w tej sprawie zarzuty w 2003 roku. 10 lat później został uniewinniony. Co jednak istotne - w areszcie (a potem w więzieniu) przebywał już jednak od 2001 roku, kiedy to zatrzymano go za zabójstwo innej osoby. Po oczyszczeniu z zarzutów w/s Papały, Bogucki zaczął się sądzić z państwem polskim o gigantyczne odszkodowanie za niesłuszny - jego zdaniem - areszt, w którym i tak by siedział za wcześniejsze zabójstwo. Efekt tej batalii był taki, że sąd przyznał mu ostatecznie od Skarbu Państwa 264 tys. zł zadośćuczynienia.

Czytając powyższe historie można sobie zadać pytanie - czymże jest sprawiedliwość? W mojej ocenie to przede wszystkim poczucie, że państwo - mające uprawnienie do stosowania nakazów i zakazów pod rygorem sankcji - wykorzystuje swoje twarde przywileje, by dobro wynagrodzić, a zło ukarać. W kontekście powyższego mam jednak poważne wątpliwości, czy wymiar sprawiedliwości III RP, jako trzeci filar władzy państwowej, dla którego sprawiedliwość winna być najważniejsza, zawsze gwarantuje nam osiągnięcie tego stanu. Szczególnie, gdy zestawi się ze sobą różne wyroki w sprawach, gdzie wspólnym mianownikiem miała być właśnie wspomniana sprawiedliwość...

 

Źródło: Potrącony 84-latek dostanie mniej pieniędzy, bo starego mniej boli. "Ten wyrok to kpina" (tvn24.pl)
Źródło: 264 tys. dla Boguckiego za niesłuszny areszt ws. zabójstwa Papały (Newsweek.pl)

wpis z dnia 15/05/2017

      


   

     Kremlowska propaganda szerzona niemieckimi ustami. W tle chodzi o miliardy euro
wpis z dnia 12/05/2017

 

Wintershall to niemiecka spółka energetyczna, która jest jednym z największych partnerów biznesowych rosyjskiego Gazpromu. Prezes tej spółki właśnie stwierdził, że udział skroplonego gazu LNG (śmiertelne zagrożenie dla Gazpromu) w rynku europejskim nie przekroczy 15 proc. i nic nie zastąpi "surowca słanego gazociągami z Rosji". Taka narracja, to szerzenie kremlowskiej propagandy, która ma celu zdyskredytować możliwości jakie daje sprowadzanie taniego gazu LNG i zagwarantować Rosji oraz Niemcom stałe zyski związane z transferem błękitnego paliwa do Europy.

Wybudowanie na dnie Bałtyku gazociągu Nord Stream 2 przyniesie wymierne korzyści tylko dwóm państwom - Rosji (bowiem trwale zmonopolizuje rynek dostaw gazu do Europy Zachodniej z ominięciem Polski i Ukrainy) oraz Niemcom (gdyż spowoduje, iż nasz zachodni sąsiad stanie się gigantycznym hubem gazowym Europy, za co Gazprom będzie sowicie płacił). Plan ten może się jednak nie powieść, a to z powodu rozpoczęcia na masową skalę importu skroplonego gazu LNG z USA do Europy.

Warto zwrócić uwagę, że według prognozy Międzynarodowej Agencji Energii do roku 2020 import LNG do Europy wzrośnie dwukrotnie i osiągnie wolumen 90 mld m3 surowca rocznie. Nie da się ukryć, że w porównaniu z eksportem realizowanym przez Gazprom do państw UE, tj. około 130 mld m3, wspomniane 90 mld m3 LNG jest wartością istotnie zagrażającą żywotnym interesom Rosjan i ich partnerów biznesowych - w tym głównie Niemców. To w ich interesie jest utrzymanie status quo, czyli trwałych i niezmiennie wysokich dostaw rosyjskiego gazu do Europy. Najlepiej z ominięciem Polski i Ukrainy, tak by dostawy trafiały od razu do Niemiec. Budowa Nord Stream 2 może tylko potwierdzić ten stan rzeczy. 

W tym kontekście słowa prezesa niemieckiego Wintershalla (który stwierdził, że udział skroplonego gazu LNG w rynku europejskim w 2020 r. nie przekroczy 15 proc.) wydają się być spójne z kremlowską propagandą. Szkodliwą dla Polski propagandą, bowiem umocnienie pozycji Gazpromu w dostawach gazu do Europy równolegle będzie oznaczało osłabienie pozycji naszego kraju. Taniec na nutę jaką zagra Kreml nie powinien nas jednak dziwić, bowiem interesy, wiążące tę niemiecką spółkę z Gazpromem, są niezwykle silne. Przypomnijmy, że Wintershall razem z brytyjsko-holenderskim Shell'em, francuską Engie, austriackim OMV oraz niemieckim Uniper'em wyłożą na rzecz Gazpromu ok. 9,5 mld euro pożyczek na budowę gazociągu Nord Stream 2.

Widać zatem, że bardzo im zależy na wspomnianym status quo.

 

Źródło: Niemiecki partner rusza z odsieczą Gazpromowi. „Wojna rurociągów z LNG” (energetyka24.com)

wpis z dnia 12/05/2017

 

     Absurd goni absurd! Wolność mediów zagrożona, bo rząd nie kupuje "Wyborczej" i nie uważa, aby Polacy byli odpowiedzialni za Holocaust!
wpis z dnia 11/05/2017

 

Amerykańska organizacja Freedom House uznała w swoim raporcie, że media w Polsce pierwszy raz od 27 lat "nie są w pełni wolne". Powody, które miały przeważyć o takiej ocenie, są zupełnie absurdalne. Wśród nich wymienia się rezygnowanie przez urzędy z prenumeraty "Gazety Wyborczej" oraz zaprzestanie kupowania w niej reklam i ogłoszeń przez spółki Skarbu Państwa. Ponadto wolność ma być zagrożona, bo rząd promuje bohaterskie postawy Polaków w czasie II wojny światowej i nie uważa, abyśmy byli odpowiedzialni za Holocaust.

Z raportu "Press Freedom 2017" amerykańskiej organizacji Freedom House wynika, że nasz kraj zanotował największy spadek w rankingu wolności mediów na świecie i po raz pierwszy od 1990 roku nie zakwalifikował się do kategorii państw, w których istnieje pełna wolność mediów. 

Jako powody takiego stanu rzeczy wskazano m.in. to, że administracja publiczna przestaje zamawiać prenumeratę prasy opozycyjnej (takiej jak "Gazeta Wyborcza" czy "Newsweek"), a spółki Skarbu Państwa rezygnują z kupowania reklam i ogłoszeń w mediach, które bezwzględnie krytykują obecny rząd. Najbardziej jednak absurdalnym powodem, dla którego media w Polsce przestały być "w pełni wolne" zdaniem Freedom House był fakt, że władze przestały podzielać poglądy Jana T. Grossa nt. odpowiedzialności Polaków za Holocaust! Jako przykład wskazano, że przed emisją w TVP filmu "Ida", pokazano "12-minutowy wstęp, w którym komentatorzy stwierdzili, że film przedstawia historię Polski nieprecyzyjnie".

Powstaje pytanie - jak to możliwe, że za czasów rządów PO Polska była rankingu Freedom House na wyższej pozycji, a media były "w pełni wolne", skoro ekipa Tuska zakładała opozycyjnym dziennikarzom podsłuchy, CBŚ wchodziło do redakcji "Wprost", by skonfiskować niewygodne dla władzy materiały nt. afery taśmowej, a wszelkie prenumeraty i reklamy spółek Skarbu Państwa otrzymywały tylko te media, które chwaliły rząd PO-PSL?

 

Niesamowite jest to, jak bardzo nikłą wiedzę na temat Polski mają członkowie zachodnich stowarzyszeń, fundacji organizacji, których celem jest kontrola demokratycznych procedur i praw podstawowych (albo - pod jak wielkim wpływem Michnika się one znajdują)...

 

Źródło: Press Freedom Status - Poland (freedomhouse.org)

wpis z dnia 11/05/2017

          


  

     Kiedy rządził Tusk z Polski wyprowadzano średnio po 60 mld zł kapitału rocznie. W 2016 r. poziom drenażu spadł do 5,5 mld zł
wpis z dnia 10/05/2017

 

Z oficjalnego bilansu płatniczego Polski wynika, że gdy premierem był Donald Tusk (2008 - III kw. 2014) Polska była najobficiej drenowanym z kapitału państwem Europy! Saldo rachunku bieżącego nie pozostawia wątpliwości - z naszego kraju wyprowadzono wówczas za granicę łącznie 411,3 mld zł. Średniorocznie to ponad 60 mld zł! Dla porównania w 2016 roku saldo rachunku bieżącego było nadal ujemne, jednak wyniosło zaledwie 5,5 mld zł. To kilkanaście razy mniej niż w latach kiedy krajem rządził Donald Tusk.

Oficjalne statystyki NBP na temat bilansu płatniczego Polski z okresu rządów PO-PSL są zatrważające. Skumulowany deficyt salda rachunku bieżącego Polski za ten okres wyniósł -106,8 mld euro, co stanowiło równowartość 427,7 mld zł! Najwięcej pieniędzy zniknęło, kiedy krajem rządził Donald Tusk. W okresie blisko 7 lat ulotniło się nieco ponad 411,3 mld zł. Aż tyle pieniędzy wytransferowano poza granice naszego kraju w formie opłat, rachunków za usługi i sprowadzane towary czy odsetek za pożyczone pieniądze. Owoce polskiego wzrostu gospodarczego bezlitośnie były drenowane przez zagraniczne spółki i przedsiębiorstwa. Najgorszy pod tym względem były lata 2008, 2010 oraz 2011 kiedy wytransferowano z Polski równowartość - odpowiednio - 85,7 mld zł, 77,7 mld zł oraz 81,5 mld zł!

Zupełnie inaczej wyglądał pod tym względem rok 2016. Saldo rachunku bieżącego naszego kraju było, co prawda, nadal ujemne - wyniosło ono bowiem -5,5 mld zł - ale i tak prezentowało się wielokrotnie lepiej niż w okresie rządów Donalda Tuska. Głównym czynnikiem, dzięki któremu udało się znacząco zmniejszyć skalę drenażu, były rewelacyjne wyniki w obrotach towarowych. Polska, z kraju gdzie dominował import (w 2008 roku saldo obrotów towarowych było ujemne i wyniosło aż -82,5 mld zł), stała się krajem eksportowym (w 2016 roku odnotowano nadwyżkę na rachunku obrotów towarowych w wysokości +8,5 mld zł). 

Nieco się przedrzeźniając można zadać pytanie, czy nasz kraj wstaje z kolan? Patrząc na saldo rachunku bieżącego można powiedzieć, że tak właśnie się dzieje. Oby tylko ten bardzo pozytywny trend się utrzymał i w 2017 roku rachunek bieżący Polski osiągnął pierwszy raz w historii wartość dodatnią.

Źródło: Bilans płatniczy NBP (NBP.pl)

wpis z dnia 10/05/2017

    


   

     Reakcja Tuska na "taśmy Beger" i "taśmy z Sowy" pokazała jego obłudę i hipokryzję. Czy coś w tej mierze mogło się zmienić?
wpis z dnia 9/05/2017

 

Gdy TVN ujawnił swoje "taśmy Beger" reakcja Tuska wyglądała w sposób następujący: - "Jestem poruszony zawartością tych taśm. Dziękuję dziennikarzom, za wspieranie demokracji poprzez ujawnienie kompromitującego przypadku skandalicznej korupcji politycznej". Gdy jednak media ujawniły kompromitujące jego partię nagrania z restauracji "Sowa i przyjaciele", Tusk stwierdził, że najważniejsze jest zidentyfikowanie, ściganie i schwytanie nagrywających. Czy w sferze jego hipokryzji i obłudy cokolwiek mogło się zmienić?

Przypomnijmy - we wrześniu 2006 r. TVN, za pośrednictwem Renaty Beger, nagrał z ukrycia, jak poseł PiS proponuje jej stanowisko w zamian za poparcie mniejszościowego rządu. Działanie ewidentnie naganne i nie mające szans na obronę. Donald Tusk, słusznie wówczas zauważył: - "Jestem poruszony zawartością tych taśm. Dziękuję dziennikarzom, za wspieranie demokracji poprzez ujawnienie kompromitującego przypadku skandalicznej korupcji politycznej".

Jakże inna była reakcja Tuska, kiedy w 2014 roku tygodnik "Wprost" ujawnił taśmy, na których prominentni członkowie Platformy Obywatelskiej dogadywali się z ważnymi urzędnikami i przedstawicielami biznesu w zakresie tego, co by można jeszcze zrobić, aby nie dopuścić PiS do przejęcia władzy w Polsce. Ówczesny premier Polski, ani nie wydawał się być tym faktem poruszony, ani nie dziękował dziennikarzom za ujawnienie tej afery i wspieranie polskiej demokracji. Wręcz na odwrót - Tusk stwierdził, że nagrania miały prywatny charakter i nigdy nie powinny być ujawnione, bowiem "destabilizują państwo". Nadto dodał, że osoby nagrywające oraz ich zleceniodawcy powinni być zidentyfikowani, ścigani i schwytani, tak by można było wobec nich wyciągnąć konsekwencje prawne.

Te dwie - jakże różne - reakcje, pokazały dobitnie obłudę i hipokryzję Donalda Tuska. W 2014 roku były lider PO chciał ścigać nagrywających, a w 2006 roku publicznie ich chwalił i dziękował za "wspieranie demokracji". Czy po upływie kilku lat spędzonych poza Polską, Tusk mógł się pod tym względem zmienić? Niestety, mam co do tego poważne wątpliwości.

wpis z dnia 9/05/2017

   


  

     Przez półtora roku w zakresie walki z mafią VAT zrobiono więcej niż przez poprzednie dziesięć lat!
wpis z dnia 8/05/2017

 

Pakiet paliwowy i energetyczny, Jednolity Plik Kontrolny, odwrócony VAT, wzmocnienie pionu analitycznego w skarbówce oraz zwiększenie kar za oszustwa - mafia paliwowa oraz mafia wyłudzająca zwroty podatku VAT jest w zdecydowanym odwrocie. Przedstawiciel firmy doradczej PwC stwierdza wprost: "Rząd PiS przez półtora roku zrobił więcej w zakresie uszczelniania systemu VAT niż poprzednicy przez dziesięć lat". I właśnie dlatego istnieje duże prawdopodobieństwo, że przestępcy będą gotowi wyłożyć każde pieniądze, aby znów "było tak, jak było".

Eksperci nie mają wątpliwości - tylko w samym 2015 roku mafia wyłudzająca od państwa zwroty podatku VAT mogła na tym procederze zyskać minimum 12 mld zł (choć niektórzy twierdzą, że skala oszustw była znacznie większa i we wspomnianym 2015 roku sięgnęła blisko 40 mld zł). Aby zrozumieć ogrom strat, jakie nasze państwo poniosło z tego tytułu warto zauważyć, że kwota 12 mld zł to równowartość niemal 114-krotności kwoty, jaką Jerzy Owsiak i jego WOŚP zebrała podczas tegorocznego, rekordowego finału (zakładając, że straty sięgnęły 40 mld zł, kwota ta stanowi 379-krotność sumy zebranej przez WOŚP w tym roku).

Sytuacja zaczęła się zmieniać po odsunięciu Platformy Obywatelskiej od władzy. Nagle okazało się, że bardziej skuteczna walka z mafią wyłudzającą VAT i robiącą przekręty na transakcjach paliwowych jest możliwa. Wejście w życie Jednolitego Pliku Kontrolnego, pakietu paliwowego i energetycznego, jak również wprowadzenie odwróconego VAT na niektóre towary, wzmocnienie pionu analitycznego w skarbówce oraz wyższe kary za przekręty wobec budżetu państwa spowodowały, że według ostrożnych szacunków nasze państwo zachowało dodatkowe 5,5 mld zł. O tyle zmniejszyły się zyski mafii paliwowej i wyłudzającej zwroty podatków VAT.

Tomasz Kassel, partner w PwC (firmy audytorsko-doradczej) w wypowiedzi udzielonej "Rzeczpospolitej", nie ma wątpliwości: "Ten rząd przez półtora roku zrobił więcej w zakresie uszczelniania systemu VAT niż poprzednicy przez dziesięć lat". 

Pod tym względem wszystko idzie w dobrym kierunku. I właśnie dlatego istnieje duże prawdopodobieństwo, że przestępcy będą gotowi wyłożyć każde pieniądze, aby znów "było tak, jak było". Pozostaje mieć nadzieję, że gdy PiS zostanie odsunięty od władzy (a pewnie kiedyś to nastąpi), następcy wykażą się polityczną dojrzałością i nie zaprzestaną bezwzględnej walki z mafią paliwową i VAT. W grę wchodzą naprawdę wielkie pieniądze i szkoda by było zaprzepaścić dotychczasowe dokonania w tym zakresie.

Źródło: Luka przymknięta na 5,5 mld zł (Rp.pl)

wpis z dnia 8/05/2017

    


 

     Marsz wolności organizuje partia za rządów której inwigilowano dziennikarzy, ograniczano wolność zgromadzeń i próbowano przeforsować ACTA
wpis z dnia 6/05/2017

 

Jednym z największych paradoksów III RP było biegunowe mieszanie pojęć. Przypomnijmy - jeszcze nie tak dawno człowiekiem honoru tytułowano komunistycznego zbrodniarza. Autorytetami byli donosiciele i tajni współpracownicy służb bezpieczeństwa PRL, a kłamcy, kombinatorzy i zwykli oszuści nie raz stawali się bohaterami okładek prestiżowych magazynów. Ten "cień" III RP nadal daje nam o sobie znać. Obecnie "marsz wolności" organizuje partia, za rządów której inwigilowano dziennikarzy, ograniczano wolność zgromadzeń i próbowano przeforsować ACTA.

Organizacja przez Platformę Obywatelską dzisiejszego "Marszu wolności", którego hasłem przewodnim ma być obrona demokracji i swobód obywatelskich, pięknie nawiązuje do jednego z głównych motywów okrągłostołowej III RP, czyli do patologicznego wręcz mieszania pojęć i paradygmatów. Twórcy tego państwa często ubierali się w szaty wolności, pluralizmu i dialogu, choć ich działania stanowiły de facto zaprzeczenie tych idei. Często bowiem narzucali nam dyktat politycznej poprawności, cenzurowali język i odbierali możliwość wyboru. Jakby tego było mało człowiekiem honoru nazywali oni komunistycznego zbrodniarza, z donosicieli i tajnych współpracowników robili autorytety, a zwykłych oszustów i kryminalistów stawiali za wzór nowoczesnych biznesmenów.

Dzisiaj za organizację "Marszu wolności" zabrała się partia, za rządów której masowo inwigilowano nieprzychylnych dziennikarzy, ustawowo ograniczano wolność zgromadzeń (vide: nowelizacja ustawy Prawo o zgromadzeniach publicznych z 2011 roku), strzelano do antyrządowych demonstrantów, ograniczano swobodę dostępu do informacji publicznej (vide: nowelizacja ustawy o dostępie do informacji publicznej z 2011 r.) oraz próbowano przeforsować antywolnościową ACTA. Teraz ci sami ludzi występują jako obrońcy rzekomo zagrożonej wolności i demokracji. Paradoks jak się patrzy.

"Obrońcy demokracji" wyjdą dziś na ulice Warszawy. Ramię w ramię będą szli w wolnościowym pochodzie, głosząc hasła o obronie praw i swobód obywatelskich. Wszystko po to, aby wrócić do władzy i... kontynuować swoje dzieło ograniczania swobód i wolności? 

wpis z dnia 6/05/2017

    


  

     Niemcy nadal forsują ustawę o cenzurze prewencyjnej w internecie. Dlaczego Komisja Europejska milczy?
wpis z dnia 5/05/2017

 

W Niemczech coraz większą falę oddolnej krytyki zbiera rządowy projekt ustawy "NetzDG", który umożliwi stosowanie cenzury prewencyjnej wobec treści publikowanych na portalach społecznościowych pod rygorem kary do 50 mln euro. Zdaniem wielu stowarzyszeń i organizacji społeczno-politycznych zajmujących się wolnością słowa, projekt ten jest tak nieprecyzyjny, że obecnie nie ma obiektywnych powodów, aby w pośpiechu przyjmować go tuż przed wyborami parlamentarnymi. Dlaczego w tej sprawie stanowiska nie zabiera Komisja Europejska? Co z Komisją Wenecką?

Przypomnijmy - na początku kwietnia niemiecki rząd, pod hasłami walki z dezinformacją i mową nienawiści, przyjął projekt ustawy nakazujący administratorom portali społecznościowych blokowanie lub usuwanie informacji nieprawdziwych i mowy nienawiści (tzw. ustawa "NetzDG"). Problem polega na tym, że zapisy tego projektu są bardzo nieprecyzyjne i niejasne, a przez to mogą umożliwiać stosowanie de facto cenzury prewencyjnej w zakresie treści, wobec których ktoś (tj. administrator portalu społecznościowego) doszuka się znamion "nieprawdziwych informacji". Wpis taki będzie musiał zniknąć w ciągu 24 godzin. Jeśli tak się nie stanie właścicielowi portalu będzie groziła gigantyczna kara finansowa do 50 mln euro. 

Niemieckie organizacje i stowarzyszenia zajmujące się wolnością słowa dostrzegają w projekcie ustawy "NetzDG" samych problemów. Szczególnie, że za pół roku u naszego zachodniego sąsiada odbędą się wybory parlamentarne i zachodzi obawa, że pod kategorię "nieprawdziwych informacji" może być kwalifikowana większość wpisów negatywnie nastawionych wobec dotychczasowej polityki migracyjnej. Dodatkowo pojawiły się głosy ze strony środowisk prawniczych, że ustawa "NetzDG" w formie i treści proponowanej przez niemiecki rząd, nie będzie miała szans przed federalnym Trybunałem Konstytucyjnym. Kwestia w tym, że rozstrzygnięcie niemieckiego TK może zapaść już po wyborach, a do tego czasu ustawa ta będzie często wykorzystywana do ograniczania zasięgu niewygodnych postów i informacji.

W powyższej sprawie zastanawiające może być milczenie przedstawicieli Komisji Europejskiej, Reporterów bez Granic czy innych międzynarodowych organizacji, które histerycznie wręcz zareagowały na proponowane zmiany w zakresie koncentracji kapitału medialnego w Polsce. W przypadku zaś niemieckiej ustawy umożliwiającej cenzurę prewencyjną, milczą. Pytanie - dlaczego?

 

Źródło: Hate-Speech-Gesetz: Bündnis ruft zu rundem Tisch mit Politikern auf (NetzPolitik.org)
Źródło: Walka z dezinformacją i mową nienawiści w Internecie (OSW.waw.pl)

wpis z dnia 5/05/2017

     


  

     Macron chce sankcji wobec Polski? To może bojkot francuskich towarów i firm w rewanżu? Zobaczmy kto na tym gorzej wyjdzie
wpis z dnia 4/05/2017

 

Orange, Auchan, Carrefour, Intermarche, BNP Paribas, Credit Agricole czy Societe Generale - wszystkie te francuskie firmy zarabiają w Polsce gigantyczne pieniądze. Eldorado może się jednak szybko skończyć, jeżeli Emmanuel Macron nadal będzie chamsko atakował nasz kraj. W dobie sporej konkurencji łatwo będzie bowiem przeforsować hasło "francuskie znaczy gorsze". Bojkot konsumencki oraz ograniczenie zamówień świadczonych przez francuskie firmy może skutecznie ostudzić buńczuczny charakter tego francuskiego Ryszarda Petru.

Przypomnijmy - lewicowy kandydat na prezydenta Francji Emmanuel Macron podczas przemówienia na wiecu wyborczym stwierdził, że sojusznikiem Marie Le Pen (jego kontrkandydatki w wyścigu o fotel prezydenta) są "reżimy panów Orbana, Kaczyńskiego i Putina". Dodał przy tym, że: "To nie są ustroje otwartej i wolnej demokracji. Codziennie łamane są tam liczne swobody, a wraz z nimi nasze zasady". Wcześniej Macron przyrzekł, że jeśli zostanie prezydentem Francji to w ciągu 3 miesięcy doprowadzi do nałożenia na Polskę unijnych sankcji.

Powstaje pytanie: Dlaczego ten francuski Ryszard Petru twierdzi, że w Polsce "codziennie są łamane liczne swobody"? Jeśli tak rzeczywiście uważa, to czy mógłby wymienić choćby jedną z "licznych swobód" jakie w naszym kraju są łamane? Wydaje mi się, że miałby z tym bardzo poważny problem. Poza tym, jeśli już mówimy o "swobodach"... W jakim kraju od 1,5 roku obowiązuje stan wyjątkowy, który istotnie ogranicza swobody obywatelskie? No w jakim?

Jeśli Emmanuel Macron nadal będzie chamsko atakował nasz kraj, myślę że warto będzię rozważyć ogłoszenie bojkotu konsumenckiego na towary i usługi świadczone francuskie firmy. Orange, Auchan, Carrefour, Intermarche, BNP Paribas, Crédit Agricole czy Societe Generale - wszystkie te podmioty zarabiają w Polsce gigantyczne pieniądze. Hasło "francuskie znaczy gorsze" może istotnie ograniczyć osiągane na terytorium naszego kraju zyski. Póki co przypomnijmy tylko, że kody kreskowe na produkty wyprodukowane we Francji zaczynają się od numeru 300..., a kończą na numerze 379...

wpis z dnia 4/05/2017

    


  

     To jest chore! Ustawa o PIT w chwili wejścia miała 16 stron. Dziś liczy już 281 stron i ciągle rośnie!
wpis z dnia 2/05/2017

 

Zgodnie z raportem OECD administracja podatkowa w Polsce jest obecnie najdroższą w utrzymaniu administracją podatkową w Europie i jedną z najdroższych na całym świecie. Nie powinno to nas jednak dziwić, gdy uświadomimy sobie stopień skomplikowania polskiego systemu podatkowego, do którego obsługi potrzeba wielotysięcznej armii urzędników. Najlepiej widać to na przykładzie ustaw o podatku PIT i VAT. W chwili ich uchwalenia liczyły obie po 16 stron. Dzisiaj mają one już - odpowiednio - po 281 i 319 stron. Niestety, ale w ciąż się rozrastają.

Fakty są następujące - administracja podatkowa w Polsce na swoje utrzymanie pochłania proporcjonalnie największą część środków pieniężnych zabranych podatnikom spośród wszystkich administracji podatkowych państw należących do UE. Jest także jedną z najdroższych na świecie - wynika z raportu OECD pt. "Tax Administration 2015". Działanie aparatu skarbowego w Polsce pochłania aż 1,6 proc. tego, co zbiera on z podatków. Zgodnie z raportem "Tax Administration 2015", stworzonym przez OECD, w Niemczech współczynnik ten wynosi 1,35 proc., w Czechach - 1,13 proc., a w Wielkiej Brytanii - zaledwie 0,73 proc. Wśród 56 krajów, które bada OECD, wyższy niż w Polsce wskaźnik kosztu poboru podatków występuje jedynie w Japonii (1,7 proc. przychodów) oraz w Arabii Saudyjskiej (1,62 proc.).

Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest utrzymywanie niezwykle skomplikowanego (w polskim wydaniu) systemu podatkowego. Najlepiej widać to na przykładzie ustawy o PIT. Kiedy w 1991 roku była ona uchwalana liczyła zaledwie 16 stron. Dziś ma 281 stron i nadal się rozrasta. Aby ogarnąć tę materię potrzeba do kontroli kilkudziesięciu tysięcy urzędników (niektóre szacunki mówią, że poborem, kontrolą i obsługą podatku dochodowego od osób fizycznych zajmuje się blisko 80 proc. całego aparatu skarbowego)! Pensje i wynagrodzenia dla tych urzędników kosztują grube miliardy złotych, które powodują, że nasz kraj na utrzymanie administracji podatkowej proporcjonalnie musi wydać najwięcej wśród wszystkich państw należących do Unii Europejskiej.

Podobnie rzecz się ma z ustawą o VAT. Kiedy była ona uchwalana w 1993 roku liczyła zaledwie 16 stron. Obecnie rozrosła się do 319 stron! I właśnie dlatego obsługa polskiego systemu podatkowego pochłania proporcjonalnie największą część środków pieniężnych zabranych podatnikom spośród wszystkich administracji podatkowych państw należących do UE. Zamiast upraszczać i likwidować zbędne przepisy, cały czas uchwalamy nowe, coraz bardziej skomplikowane rozwiązania prawne. Dodatkowo problemem może być również niezwykle silne lobby podatkowo-administracyjne. Wszak likwidując podatek PIT, czy upraszczając naliczanie podatku VAT automatycznie likwidujemy dziesiątki tysięcy miejsc pracy dla osób, które "żyją" z wyliczania prawidłowej wysokości oraz optymalizowania kwoty podatku do zapłaty...

 

Źródło: Ustawa z dnia 26 lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych (Sejm.gov.pl)
Źródło: Ustawa z dnia 8 stycznia 1993 r. o podatku od towarów i usług oraz o podatku akcyzowym (Sejm.gov.pl)
Źródło: Ustawa z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (Sejm.gov.pl)

Źródło: Tax Administration 2015 (OECD.org)

wpis z dnia 2/05/2017

   


  

     Mafia paliwowa traci miliardy! W I kw.'17 legalna sprzedaż ON wzrosła o 42%, a zysk ORLENu urósł o 630%! Oni zrobią wszystko, aby było jak było...
wpis z dnia 1/05/2017

 

Efekty wprowadzenia tzw. pakietu paliwowego zaskoczyły nawet jego autorów. Mafia paliwowa (często wiązana z byłymi funkcjonariuszami PRL-owskich służb specjalnych) zaczęła tracić miliardy złotych zysku, co automatycznie przełożyło się na wyniki finansowe państwowego LOTOS-u i ORLEN-u. Legalna sprzedaż oleju napędowego (ON) w I kwartale 2017 r. wzrosła w Polsce o 42 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2016 roku. Dzięki ukróceniu działalności mafii paliwowej zyski państwowego LOTOS-u wzrosły o 300 proc., a ORLEN-u o 630 proc.! Można? Jak widać, można!

Przypomnijmy - w sierpniu ubiegłego roku wszedł w życie tzw. pakiet paliwowy, czyli nowelizacja prawa eliminująca szereg luk w przepisach VAT, akcyzowych i koncesyjnych (zmiany dotyczyły ustawy o VAT, akcyzie, ordynacji podatkowej i prawa energetycznego z zakresu koncesji). Luki te przynosiły przestępcom wielomiliardowe zyski, a jednocześnie powodowały gigantyczne straty po stronie Skarbu Państwa.

Wejście w życie wspomnianego pakietu istotnie uderzyło w działalność mafii paliwowej w Polsce. Przestępcy, zamiast handlować przemyconym paliwem, oszukiwać i wyłudzać VAT, zostali zmuszeni do kupowania go w legalnych źródłach. Efekty widać o wynikach finansowych dwóch największych spółek paliwowych w Polsce, które są kontrolowane przez państwo. W ciągu trzech pierwszych miesięcy bieżącego roku gdański LOTOS zanotował 411 mln zł zysku na czysto. W analogicznym okresie roku 2016 zysk był o ponad 300 mln zł niższy. Jeszcze lepsze wyniki zanotował płocki ORLEN. W I kwartale 2017 r. zysk netto tej państwowej spółki wyniósł 2,08 mld zł i był o 630 proc. wyższy od zysku zanotowanego po I kwartale 2016 r. (wówczas było to 330 mln zł).

Zastanawiające jest to, że przez 8 lat rządów Platformy i PSL nie można było uchwalić prawa uszczelniającego luki w przepisach VAT, akcyzowych i koncesyjnych, dzięki czemu zorganizowane grupy przestępcze dorobiły się miliardów złotych zysku. Zastanawiające jest to, że dopiero, gdy PiS doszedł do władzy możliwe było przeforsowanie pakietu paliwowego, który skutecznie ukrócił przestępcze eldorado. W tym kontekście zasadne są dwa pytania - czy politycy poprzedniej władzy mieli swój interes w tym, aby nie zmieniać prawa i kosztem przychodów naszego państwa dbać o portfele przestępców oraz do czego są zdolni przedstawiciele mafii, aby znów było tak jak było?

 

Źródło: PKN Orlen z lepszymi wynikami za I kwartał (BusinessInsider.com.pl)

wpis z dnia 1/05/2017