Archiwum: Kwiecień 2017

 

     Słowa Macrona o Polsce pokazują, że pod przykrywką walki o demokrację, chodzi im tylko o kasę i wpływy
wpis z dnia 29/04/2017

 

Emmanuel Macron, lewicowy kandydat na prezydenta Francji, zobowiązał się publicznie, że jeśli zostanie prezydentem, to w ciągu 3 miesięcy załatwi Polakom unijne sankcje. Zdaniem Macrona nie może być tak, że taki kraj jak Polska (gdzie demokracja jest rzekomo zagrożona) wykorzystuje unijną swobodę przepływu kapitału i ściąga do siebie miejsca pracy zagwarantowane do tej pory dla Francuzów. Ciekawe czy mówiłby to samo, gdybyśmy jednak kupili ich Caracale za 13 mld zł, a Amerykanie z Whirlpoola nie zdecydowali się na przenosiny swojej fabryki do Łodzi?

Słuchając tego lewicowego kandydata na prezydenta Francji odniosłem wrażenie, iż jego umysł nadal postrzega świat w kategoriach kolonialnych stref wpływów. No bo jak inaczej odnieść do słów Macrona, który stwierdza, że kraj taki jak Polska, gdzie demokracja jest rzekomo w stanie ciągłego zagrożenia, nie może wykorzystywać zasady swobody przepływu kapitału w ramach wspólnego rynku UE i działać na niekorzyść kraju takiego jak Francja? Przecież to postawa kolonialna w czystej postaci! Jak to wy, Polacy, ośmielacie się najpierw nie kupować naszych Caracali, a następnie zabieracie nam miejsca pracy? Przecież to my, Francuzi, mieliśmy was dymać na kasę, nie na odwrót!

Mam przekonanie graniczące z pewnością, że nie byłoby całej afery i ataku Macrona na Polskę, gdybyśmy jednak wyłożyli te 13 mld zł i kupili ich Caracale. Powyższe pokazuje, że w zatroskaniu zachodnioeuropejskich polityków o "stan demokracji" w naszym kraju, wcale nie chodzi o demokrację tylko o zachowanie kasy i wpływów na dotychczasowym poziomie. Polska była dotąd niczym przysłowiowa "dojna krowa". Potencjał gospodarczy naszego kraju był wykorzystywany przede wszystkim przez zagraniczne firmy i korporacje, które drenowały poza granice Polski miliardy złotych zarobionych tutaj pieniędzy. 

W przekonaniu lewicowych polityków pokroju Macrona taki stan rzeczy miał trwać wiecznie. Kiedy nagle okazało się, że Polska nie będzie już taką "dojną krową" jak kiedyś, to wymyślili, że demokracja w naszym kraju jest zagrożona. Sankcje za rzekome zagrożenie demokracji w istocie są karą za to, że Polski nie da się już tak łatwo drenować, że stopniowo przestajemy być neo-kolonią, że trzeba z nami rozmawiać po partnersku, aby coś załatwić. Pytanie, czy prawdopodobnie nowy prezydent Francji będzie w stanie to zrozumieć i wycofa się ze swoich buńczucznych zapowiedzi w stosunku do Polski?

 

Źródło: Wybory we Francji. Macron żąda sankcji wobec Polski ws. Whirlpoola (PolskieRadio.pl)

wpis z dnia 29/04/2017

       



        

     Za "konsulting" przy dzikiej prywatyzacji z lat 1991-94 państwo płaciło zagranicznym doradcom dziesiątki milionów dolarów!
wpis z dnia 28/04/2017

 

Dzika prywatyzacja z początku lat 90-tych to nie tylko wyprzedaż za bezcen wielu polski przedsiębiorstw. To także grube miliony dolarów, jakie polskie władze przekazywały zagranicznym firmom konsultingowym w ramach "prowizji prywatyzacyjnej" czy "doradztwa" przy sprzedaży majątku narodowego. Szacuje się, że tylko w latach 1991 - 1994 na ten cel wydano równowartość ponad 75 milionów dolarów! To sporo, jeśli uwzględnimy słowa Donalda Tuska, który twierdził, że "polskie przedsiębiorstwa są mało albo nic nie warte".

Kilka dni temu przypominałem na łamach tego bloga słowa Donalda Tuska z 1993 roku, który w trakcie spotkania z wyborcami w Starachowicach powiedział: "Polskie przedsiębiorstwa są mało albo nic nie warte. Dlatego są i będą tanio sprzedawane". Wskazałem wówczas, że w zdaniu tym były co najmniej dwa kłamstwa. Po pierwsze polskie przedsiębiorstwa na początku lat 90-tych XX wieku nie były "mało albo nic nie warte". Były warte fortunę, bowiem stanowiły realną konkurencję dla gospodarki państw ówczesnej EWG. Po drugie - polskie przedsiębiorstwa nie były tanio sprzedawane, bo były nic nie warte, lecz dlatego, że taka była wola rządzących wówczas polityków.

Zakładając jednak na moment, że Tusk miał rację i polskie firmy rzeczywiście były "mało albo nic nie warte", powstaje pytanie - dlaczego zatem polskie władze wynajmowały mnóstwo zagranicznych firm konsultingowych, które za grube miliony dolarów "doradzały" w procesie prywatyzacji, a niejednokrotnie brały odpowiednio wysoką "prowizję", gdy dane przedsiębiorstwo było przejmowane w ramach wyprzedaży? Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na publikację dra Ryszarda Ślązaka, który w swoich raportach zebrał wszystkie informacje na temat zagranicznych podmiotów, jakie "doradzały" przy sprzedaży polskich przedsiębiorstw. Na bazie dostępnych danych można wyliczyć, że tylko w pierwszym etapie dzikiej prywatyzacji (lata 1991 - 1994) na ten cel musieliśmy wydać równowartość ówczesnych 75 mln dolarów. To spore pieniądze zakładając, że prywatyzowane przedsiębiorstwa były "mało albo nic nie warte"...

 

Źródło: Pośpieszna prywatyzacja (Pte.pl)
Źródło: Narzucone doradztwo prywatyzacyjne (Pte.pl)

wpis z dnia 28/04/2017

  


 

     Taka ciekawostka: w aresztach śledczych i zakładach karnych Komorowski uzyskał 82,7 proc. głosów. Duda - 14,8 proc.
wpis z dnia 27/04/2017

 

Oficjalne dane PKW na temat sympatii politycznych wśród osadzonych w aresztach i więzieniach są jednoznaczne - w II turze wyborów prezydenckich z 2015 roku, Bronisław Komorowski uzyskał miażdżące, bo aż 82,7 procentowe, poparcie. Jego konkurent Andrzej Duda cieszył się znacznie mniejszą sympatią. Głosowało na niego jedynie 14,8 proc. więźniów i tymczasowo aresztowanych. Jeszcze większą przewagę Komorowski odnotował podczas wyborów z 2010 roku. Wówczas zagłosowało na niego aż 91,9 proc. osadzonych.

Fakty są takie, że nie tylko w trakcie wyborów prezydenckich osadzeni w więzieniach i aresztach jednoznacznie wskazywali ludzi z list Platformy Obywatelskiej, jako swoich politycznych reprezentantów. Tak samo było w przypadku wyborów parlamentarnych. 

Przypomnijmy, że w 2007 roku aż 76,2 proc. więźniów i aresztantów z całego kraju zagłosowało na partię Donalda Tuska, a tylko 2,8 proc. na partię Jarosława Kaczyńskiego. Cztery lata później (2011 rok) w więzieniach wygrała PO z wynikiem 35,6 proc. Drugi rezultat osiągnął Ruch Palikota - 32,2 proc. osadzonych. PiS w tych wyborach otrzymał 7,5 proc. W trakcie ostatnich wyborów parlamentarnych (2015 rok) PiS osiągał w zakładach karnych i aresztach rekordowy (jak dla siebie) wynik przekraczający 10 proc. Nie mniej konkurencyjna PO i tak zmiażdżyła partię Kaczyńskiego osiągając średnio ponad 50 proc. poparcie. 

Dlaczego przedstawiciele środowisk związanych z WSI i Platformą Obywatelską cieszą się wśród więźniów aż tak wielkim poparciem? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć w sposób racjonalny. Może jest to spowodowane poszczególnymi inicjatywami legislacyjnymi członków PO, które - co by tu nie mówić - nie raz ułatwiały życie niektórym kryminalistom (np. przyjęta przez partię Grzegorza Schetyny nowelizacja kodeksu karnego, która skracała okres przedawnienia dla poszczególnych przestępstw). 

Bardziej jednak, niż w racjonalne przesłanki wyborów dokonywanych na karcie do głosowania przez osadzonych, wierzę w to, że kryminaliści najzwyczajniej w świecie boją się partii, które w swoich programach mają wpisane hasła walki z przestępczością. PO czy Ruch Palikota niekoniecznie tym etapowało. Stąd, jak sądzę, takie a nie inne wyniki w zamkniętych komisjach wyborczych na terenie zakładów karnych i aresztów w całej Polsce.

 

Źródło: kdwojakowski (twitter.com)
Źródło: Wybory w więzieniach: PO 76,2 proc., PiS 2,8 proc. (Wprost.pl)
Źródło: Tak głosowali więźniowie. Kto wygrał w zakładach karnych? (Wp.pl)
Źródło: Fenomen zakładów karnych (lesna.salon24.pl)
Źródło: Te dane mówią wiele! Wyborcy z zakładów karnych głosowali na Komorowskiego. Reelekcji chciało prawie 83 proc. (wPolityce.pl)

 

wpis z dnia 27/04/2017

       


 

     CDU/CSU bierze przykład z PiS? W partii Merkel coraz większa opozycja wobec przyjmowania nowych migrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu
wpis z dnia 26/04/2017

 

Najnowsze statystyki niemieckiej policji pokazują istotny wzrost przestępczości wśród uchodźców i migrantów przybyłych do Niemiec z Afryki i Bliskiego Wschodu. Liczba podejrzanych z tych grup, którzy dokonali na terytorium naszego zachodniego sąsiada włamań, rozbojów, kradzieży czy napaści o charakterze seksualnym, wzrosła w ostatnim czasie o 53 proc. Między innymi dlatego w partii Angeli Merkel wyrosła wewnętrzna opozycja, która domaga się wprowadzenia górnego limitu uchodźców i migrantów przyjmowanych w Niemczech.

Jak donosi DW.com - członkowie prawego skrzydła partii CDU i CSU zawiązali stowarzyszenie pod nazwą "Przełom wolnościowo-konserwatywny". Wiedzą, że w trakcie zbliżających się wyborów parlamentarnych (które odbędą się jesienią bieżącego roku) tematem, który może zdecydować o zwycięstwie będzie podejście do kwestii migrantów i uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu, którzy w ostatnim czasie ochoczo zaczęli się osiedlać na terytorium naszego zachodniego sąsiada. 

Z masowym przypływem migrantów wiążą się oczywiście bardzo konkretne problemy. Ot choćby kwestia przestępczości. Zgodnie z najnowszymi statystykami policyjnymi liczba migrantów, którzy dokonali w Niemczech włamań, rozbojów, kradzieży czy napaści o charakterze seksualnym, wzrosła w ostatnim czasie o 53 proc. 

 

Między innymi dlatego stowarzyszenie "Przełom wolnościowo-konserwatywny" chce wpłynąć na dotychczasową politykę migracyjną promowaną przez rządzącą w Niemczech CDU/CSU. Jednym z postulatów ma być wprowadzenia górnego limitu uchodźców i migrantów przyjmowanych w Niemczech. Kanclerz Merkel, jak do tej pory, była temu kategorycznie przeciwna. Kto wie jednak, czy w obliczu coraz gorszych notowań sondażowych nie będzie musiała zmienić swojego zdania, a CDU/CSU w kwestii migrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu zbliży się programowo do partii Jarosława Kaczyńskiego.

 

Źródło: dw.com
Źródło: Heute.de

wpis z dnia 26/04/2017

    


   

     Niemiecka realpolitik: W Hanowerze ciepłe słowa i uściski. W Moskwie niemieckie firmy wykładają pieniądze na Nord Stream 2
wpis z dnia 25/04/2017

 

Kiedy w Hanowerze niemiecka kanclerz wraz z polską premier otwierały w blasku fleszy i telewizyjnych kamer międzynarodowe targi przemysłowe, w Moskwie pięć zachodnioeuropejskich spółek - w tym dwie z Niemiec (Wintershall i Uniper) - zdecydowały o tym, aby wyłożyć 9,5 mld euro na budowę omijającego nasz kraj gazociągu Nord Stream 2. Oto jak w praktyce wygląda niemiecka "realpolitik". Kasa i wpływy muszą się zgadzać. I nie ma tutaj znaczenia, że jakieś inne państwo może być poszkodowane.

"Realpolitik" to w największym skrócie umiejętność kalkulacji siły i interesów narodowych, przy odrzuceniu czynników moralnych i etycznych, jako zakłócających realistyczne podejście do danej sprawy. Wydaje się, że w Europie sztukę uprawiania realpolitik najlepiej opanowali nasi zachodni sąsiedzi. 

Jak donosi brytyjski "Financial Times", kiedy w Hanowerze w blasku fleszy premier Szydło i kanclerz Merkel otwierały wspólnie najważniejsze na świecie targi przemysłowe, w Moskwie doszło do porozumienia w zakresie sposobu finansowania projektu Nord Stream 2, czyli budowy kolejnej, dwunitkowej magistrali gazowej o przepustowości 55 mld metrów sześciennych surowca rocznie z Rosji do Niemiec przez Morze Bałtyckie z ominięciem Polski. Okazuje się, że brytyjsko-holenderski Shell, francuska Engie, austriacki OMV oraz niemieckie Wintershall i Uniper wyłożą ok. 9,5 mld euro na budowę Nord Stream 2. Zdaniem "Financial Times" model finansowy będzie opierał się na systemie udzielonych rosyjskiemu Gazpromowi pożyczek.

Końcowy efekt tego porozumienia (w postaci wybudowania Nord Stream 2) będzie taki, że całość gazu z Rosji będzie docierać do Europy Zachodniej przez Niemcy (a nie, jak do tej pory przez Białoruś, Polskę i Niemcy), co zapewni niemieckim firmom przesyłowym stabilne wpływy pieniężne na dziesięciolecia, a Rosji umożliwi stosowanie szantażu energetycznego wobec Polski. Obecnie było to niemożliwe, bowiem wstrzymanie dostaw gazu do Polski (jako kraju tranzytowego) było równoznaczne ze wstrzymaniem dostaw do państw Europy Zachodniej. Po wybudowaniu tego gazociągu Rosja będzie mogła dostarczać całość gazu potrzebnego Europie z pominięciem Polski.

Niemcy zdają sobie doskonale sprawę z tego, że wybudowanie Nord Stream 2 postawi nasz kraj w bardzo nieciekawej pozycji. Kasa i wpływy są jednak w tym przypadku ważniejsze od interesów Polski. I tak właśnie wygląda prawdziwa "realpolitik". Czynniki moralne i etyczne, jako zakłócające realistyczne podejście do danej sprawy, są najzwyczajniej w świecie marginalizowane. Tego właśnie powinniśmy się uczyć od naszych zachodnich sąsiadów.

 

Źródło: Europejscy partnerzy Gazpromu przeciw Polsce: wyłożą pieniądze na Nord Stream 2 (Energetyka24.com)

wpis z dnia 25/04/2017

    


  

     Skoro w Polsce wg KOD jest dyktatura (mimo demokratycznych wyborów), to jak nazwać fakt, że Europą rządzi garstka niewybieralnych urzędników?
wpis z dnia 24/04/2017

 

KOD, spora część opozycji, środowiska Gazety Wyborczej oraz byli komuniści od 1,5 roku nieustannie utyskują, że w Polsce panuje dyktatura. "Reżim PiS" ma ich zdaniem dokonywać "gwałtu na prawie i zasadach na jakich oparto III RP", tylko dlatego, że zaczął realizować swój przedwyborczy program, który wyniósł go w demokratycznych wyborach do władzy. Skoro to ma być "dyktatura", to powstaje pytanie - jak nazwać sytuację, w której Europą rządzi garstka niewybieralnych przez społeczeństwo urzędników, posiadających uprawnienia, które sami sobie nadają?

Pytanie postawione w powyższym akapicie jest o tyle zasadne, że na czele Unii Europejskiej stoi obecnie Jean-Claude Juncker - człowiek uchodzący za pijaka, oskarżony w swoim kraju o dokonywanie potężnych przekrętów podatkowych, których celem była maksymalizacja zysków kosztem innych państw Europy. Ów człowiek, mający wyraźną słabość do alkoholu, nie został wybrany na swoje obecne stanowisko w drodze powszechnej i demokratycznej elekcji. Gdyby bowiem miał stanąć do w pełni demokratycznego wyścigu o fotel przewodniczącego Komisji Europejskiej, to przegrałby z kretesem. I tutaj upatruję prawdziwego powodu kryzysu europejskiej tożsamości. Fakt, iż Europą rządzi obecnie garstka niewybieralnych przez społeczeństwo urzędników, posiadających uprawnienia, o których sami sobie decydują, najbardziej chyba zniechęca przeciętnego Europejczyka do idei wspólnej Unii.

Ci niewybieralni w demokratycznych zasadach urzędnicy podejmują dziś decyzje o kluczowym charakterze dla wszystkich mieszkańców Europy. To oni są odpowiedzialni za poważne kryzysy (zadłużenia, migracyjny), które niszą dziś Europę od środka. Pretensje i żale Jean-Claude Junckera o to, iż "premierzy państw członkowskich za bardzo słuchają swoich wyborców" tylko pogłębiają negatywne dla UE tendencje. Przypomnijmy, że podczas debaty na temat stanu Unii Europejskiej, jaka odbyła się w maju ubiegłego roku w Rzymie, przewodniczący KE wypowiedział następującą opinię:

 

"Too many politicians are listening exclusively to their national opinion. And if you are listening to your national opinion you are not developing what should be a common European sense and a feeling of the need to put together efforts. We have too many part-time Europeans."

 

Co można przetłumaczyć jako:

 

"Zbyt wielu polityków słucha wyłącznie opinii własnego kraju. A jeśli słuchasz swojej opinii krajowej nie rozwijasz się, co powinno być wspólnym europejskim dążeniem i poczuciem konieczności połączenia starań wszystkich polityków. Mamy zbyt wiele Europejczyków w niepełnym wymiarze czasu."

 

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - im więcej tego typu wypowiedzi będzie padać z ust czołowych eurokratów, tym pewniejsze będzie to, iż Unia się rozpadnie. I to szybciej niż nam się wydaje. Jeśli chcemy, aby ta w sumie piękna idea wspólnej Europy przetrwała, musimy dążyć do jak najszybszego "udemokratyzowania" Brukseli oraz obowiązujących tam procedur. Bez tego niechęć do unijnych instytucji reprezentowanych twarzami Junckerów, Timmermansów i Tusków z miesiąca na miesiąc będzie coraz większa.

 

Źródło: Prime Ministers listen too much to voters, complains EU's Juncker (Telegraph.co.uk)

wpis z dnia 24/04/2017

    


   

     Obywatelska hipokryzja PO. Przez 8 lat wrzucali do sejmowej niszczarki miliony podpisów! Ocknęli się dopiero, gdy stracili władzę?
wpis z dnia 21/04/2017

 

Szczytem hipokryzji można nazwać wczorajsze zachowanie członków PO z G. Schetyną na czele, którzy postanowili podczepić się pod organizację referendum dot. likwidacji gimnazjów. Warto zauważyć, że jeszcze nie tak dawno regularnie wyrzucali oni do kosza praktycznie każdą oddolną i obywatelską inicjatywę. W sejmowej niszczarce zmielili ponad 7,5 mln podpisów - zarówno pod wnioskami o referenda, jak i w sprawach dot. nowych ustaw. Dziś nagle chcą organizować referendum licząc, że ludzie zapomną o tym, co robili wcześniej. Na odległość śmierdzi fałszem i obłudą.

Szacuje się, że Platforma w trakcie swoich rządów spuściła do sejmowego klozetu, zmieliła lub totalnie olała już łącznie ponad 7,5 milionów podpisów złożonych pod obywatelskimi inicjatywami ustawodawczymi. Przypomnijmy, że tuż po przejęciu władzy zmielili ok. miliona podpisów w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych (J.O.W.). Nieco później do niszczarki wpadło dwa miliony podpisów pod wnioskiem w sprawie referendum dot. podniesienia wieku emerytalnego. W 2011 roku Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców zebrało prawie 350 tys. podpisów pod obywatelskim projektem nowelizacji ustawy o systemie oświaty, który zakładał m.in. odstąpienie od wprowadzenia obowiązku szkolnego dla 6-latków. Projekt ten został oczywiście odrzucony głosami posłów Platformy, a wszystkie podpisy obywateli spuszczone w klozecie. To samo czekało 250 tys. podpisów pod wnioskiem o ustawę w/s pozostawienia LOTOSu w rękach Skarbu Państwa.

Dwa lata później partie Tuska i Piechocińskiego odrzuciły obywatelski wniosek o przeprowadzenie ogólnopolskiego referendum edukacyjnego. W tym przypadku zmielonych zostało prawie milion podpisów. Na początku 2015 roku Platforma zdecydowała, że do sejmowych szaf na wyczekanie do końca kadencji trafi ok. 2,5 miliona podpisów w sprawie referendum dotyczącego zachowania przez Skarb Państwa własności nad Lasami Państwowymi (zakończenie kadencji parlamentu spowodowało, że zebrane podpisy automatycznie trafiają do niszczarki). 300 tys. osób podpisało się pod rozpatrywanym w marcu 2015 roku przez Sejm projektem ustawy pozostawiającym rodzicom możliwość wyboru, czy ich dziecko pójdzie do szkoły w wieku 6 czy 7 lat. Decyzją Platformy "Obywatelskiej" projekt ten również trafił do kosza. Dwa miesiące później ekipa Ewy Kopacz odrzuciła obywatelski projekt ws. zmian w Kodeksie wyborczym, który miał uczynić wybory bardziej transparentnymi i odpornymi na manipulacje. Tym razem zmielono w sejmowej niszczarce 130 tys. podpisów. 

I właśnie dlatego, gdy obserwuję posłów od Grzegorza Schetyny, którzy planują poprzeć referendum w/s likwidacji gimnazjów, to widzę przede wszystkim ich fałsz i obłudę. Mielenia w sejmowej niszczarce wszelkich inicjatyw obywatelskich nie da się tak po prostu zapomnieć.

wpis z dnia 21/04/2017

        


   

     Liczba niemieckich supermarketów w Polsce: 2400. Liczba polskich supermarketów w Niemczech: 0
wpis z dnia 20/04/2017

 

Całkowite otwarcie rynku po 2004 r., specjalne zwolnienia podatkowe oraz wsparcie międzynarodowych instytucji finansowych przyczyniły się do zdominowania sektora handlowego w Polsce przez zagraniczne - głównie niemieckie - sieci supermarketów i dyskontów. Na koniec 2016 r. Lidlów, Rossmannów, Kauflandów, Praktikerów, Schleckerów i innych niemieckich sklepów o charakterze supermarketów było w Polsce ok. 2400. Rocznie generują one przychody rzędu kilkudziesięciu miliardów złotych. Ile w tym czasie powstało polskich supermarketów w Niemczech? Odpowiedzi brzmi: zero.

Dominacja niemieckich supermarketów jest wypadkową co najmniej czterech elementów: 1) Po pierwsze: otwarcia polskiego rynku związanego z wejściem naszego kraju do UE; 2) Po drugie: dużego kapitału własnego, który mógł być przeznaczony na inwestycje; 3) Po trzecie: wsparcia jakie właściciele niemieckich sieci handlowych otrzymali od polskich władz (np. ulgi i zwolnienia podatkowe, specjalne strefy ekonomiczne itp.); 4) Po czwarte: wsparcia jakie właściciele niemieckich sieci handlowych otrzymali od międzynarodowych instytucji finansowych (w 2015 roku ujawniono, iż Bank Światowy oraz Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju [EBOiR] pożyczyły blisko 1 mld dolarów Grupie Schwarz, tj. właścicielowi niemieckich sieci handlowych Lidl i Kaufland, w celu agresywnej ekspansji w krajach Europy środkowo-wschodniej. W tym roku ujawniono, iż EBOiR przyznał Niemcom kolejny kredyt na wsparcie ekspansji i rozwoju działalności sieci Kaufland w Polsce. Tym razem chodzi o równowartość ok. 425 mln zł).

Efekt tego jest taki, że na koniec 2016 r. Lidlów, Rossmannów, Kauflandów, Praktikerów, Schleckerów i innych niemieckich sklepów o charakterze supermarketów było w Polsce ok. 2400. Obecnie są one w stanie generować przychody rzędu kilkudziesięciu miliardów złotych w skali roku. 

W kontekście powyższego można zadać pytanie o liczbę polskich supermarketów, jakie powstały w Niemczech po wejściu naszego kraju do UE. Odpowiedź brzmi: zero. Polski kapitał praktycznie nie istnieje na wielkim, niemieckim sektorze handlowym. Wyjątek stanowi polska spółka LPP (marka Reserved), która na terytorium Niemiec ma kilkanaście sklepów. Nie są to jednak sklepy o charakterze supermarketów, które generują największe przychody.

 

Niestety, ale po otwarciu niemieckiego rynku (po wejściu Polski do UE) nasze firmy nie mogły liczyć na specjalne ulgi i zwolnienia podatkowe, nie miały odpowiedniego kapitału własnego oraz preferencyjnych kredytów od międzynarodowych instytucji. Wynik 2400 do 0 jest w tym przypadku adekwatny. 

 

Źródło: Lidl ma 600 sklepów (Fakt.pl)
Źródło: Kaufland z 200 sklepami w Polsce w 2015 r. (PortalSpozywczy.pl)
Źródło: Rossmann ma w Polsce już 1130 drogerii (WiadomosciHandlowe.pl)
Źródło: Aldi (Wikipedia)

wpis z dnia 20/04/2017

     


   

     Media podniecają się 7 tys. zł dla Misiewicza? Może przyjrzą się ponad milionowym dofinansowaniem dla projektu Magdaleny Środy
wpis z dnia 19/04/2017

 

1,059 mln zł - dokładnie na takie wsparcie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego zarządzanego przez PO mógł liczyć projekt badawczy prof. Magdaleny Środy pt.: "Kartografie obcości, inności i w(y)kluczenia. Perspektywa filozofii i sztuki współczesnej". Projekt ten został w 2015 roku zakwalifikowany do finansowania w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki. Jestem ciekawy na czym dokładnie polegało badanie "obcości, inności i w(y)kluczenia" w perspektywie współczesnej filozofii oraz sztuki i dlaczego kosztowało to aż tyle pieniędzy?

Narodowy Program Rozwoju Humanistyki został ustanowiony przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod koniec 2010 r. Jego celem miało być "zapewnienie rozwoju badań humanistycznych o zasadniczym znaczeniu dla zachowania polskiej tożsamości narodowej, w tym dotyczących kultury narodowej". Ponadto program ten miał wspierać działania mających na celu "upowszechnienie wyników polskich badań humanistycznych i polskiej myśli humanistycznej na świecie".

Przeglądając wykaz wniosków zakwalifikowanych do finansowania w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki za rok 2015 można znaleźć różne ciekawe pozycje. Dotację w wysokości 1,217 mln zł otrzymał projekt pt. "W poszukiwaniu transdyscyplinarnej synergii: przełomy gospodarcze Polski z perspektywy historyczno-przyrodniczej na tle europejskim". Na nieco ponad 1,1 mln zł mógł liczyć projekt pt. "Kultura polska wobec zachodniej filozofii ezoterycznej w latach 1890-1939". Niewiele mniej, bo 1,059 mln zł otrzymał projekt badawczy prof. Magdaleny Środy pt.: "Kartografie obcości, inności i w(y)kluczenia. Perspektywa filozofii i sztuki współczesnej".

W kontekście grzania tematu 7 tys. zł nagrody wypłaconej Misiewiczowi, może warto, aby któreś z mediów mainstreamowych zainteresowało się ww. dotacjami i sposobem ich wykorzystania? Czy, aby na pewno badanie "obcości, inności i w(y)kluczenia" w perspektywie współczesnej filozofii oraz sztuki spełnia cele Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki? Czy zapewnia rozwój badań humanistycznych o zasadniczym znaczeniu dla zachowania polskiej tożsamości narodowej? Jeśli tak, to czy zasadnym jest przeznaczanie na ten cel kwoty ponad miliona złotych?

 

Źródło: Wykaz wniosków zakwalifikowanych do finansowania w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki 2015 r. (Nauka.gov.pl)

wpis z dnia 19/04/2017

    


   

     Mało znany fakt: Polscy rolnicy otrzymują znacznie niższe dopłaty UE niż rolnicy z Niemiec, Francji czy Holandii!
wpis z dnia 18/04/2017

 

Dopłaty bezpośrednie dla rolników to jeden z głównych symboli Unii Europejskiej. Wizja ich otrzymywania była ważnym (jeśli nie najważniejszym) argumentem zwolenników wejścia Polski do struktur europejskiej wspólnoty. Niestety - mało kto wie, iż po 13 latach od wstąpienia naszego kraju do UE, polscy rolnicy nadal otrzymują znacznie niższe dopłaty (średnio 207 euro za 1 ha upraw) aniżeli rolnicy z takich państw jak Niemcy (308 euro), Francja (271 euro) czy Holandia (417 euro).

Dopłaty bezpośrednie dla rolników to z pewnością jeden z głównych symboli tego, jak funkcjonuje współczesna Unia Europejska. Wspieranie własnego rynku produkcji rolnej poprzez bezpośrednie subwencje pochłania co roku większość wspólnotowego budżetu (koszty tzw. wspólnej polityki rolnej dochodzą do nawet 60 proc. całego budżetu UE). 

Niestety mało kto wie, iż kontrowersyjny jest sposób redystrybucji dotacji wobec różnych państw UE. Okazuje się, że w 2015 roku średnia stawka dopłat bezpośrednich do hektara wynosiła w Polsce jedynie 86 proc. unijnej średniej i wynosiła 207 euro za 1 hektar upraw. Była ona znacznie niższa od średniej stawki dopłat obowiązującej w takich krajach jak Niemcy (gdzie wynosiła ona 308 euro za 1 ha), Francja (271 euro za 1 ha) czy Holandia (417 euro za 1 ha).

Co ciekawe - podjęcie sprawy wyrównywania dopłat dla polskich rolników zapowiedziała w swym expose premier Beata Szydło. - "Nie może być tak, że polscy rolnicy mają inne, gorsze warunki funkcjonowania, niż rolnicy w innych krajach Unii Europejskiej" - mówiła premier w listopadzie 2015 r. Niestety, póki co nic nie wskazuje na to, że cokolwiek miałoby się w tej kwestii zmienić. Do roku 2020 bezpośrednie dopłaty dla rolników z Polski mają wzrosnąć jedynie o 5 euro, do poziomu 212 euro na 1 hektar.

 

Źródło: W 18 z 28 krajów UE dopłaty bezpośrednie dla rolników są wyższe niż w Polsce (Pb.pl)

wpis z dnia 18/04/2017

    


   

     Jolanta Brzeska "popełniła samobójstwo" poprzez podpalenie się w środku lasu. Oto do czego była zdolna mafia reprywatyzacyjna
wpis z dnia 14/04/2017

 

Kiedy kilka lat temu urzędnicy do spółki z sędziami w majestacie prawa zatwierdzali kolejne skandaliczne reprywatyzacje jedyną siłą, która mogła ten proceder zatrzymać, byli wówczas lokatorzy przejmowanych kamienic. Jolanta Brzeska była ich przedstawicielem. Głośno domagała się wstrzymania procesów reprywatyzacyjnych. I nie chodziło jej o pieniądze, za które "spadkobiercy" nabywali nieruchomości, lecz o ludzi, którzy z tego powodu byli wyrzucani na bruk. I właśnie dlatego Brzeska musiała dokonać samospalenia w środku lasu...

Jolanta Brzeska mieszkała w kamienicy, którą w 2006 roku przejął "przedwojenny spadkobierca". Od tego czasu zaczął się jej prywatny koszmar. Pełnomocnik nowego właściciela, niemal natychmiast po przejęciu kamienicy, jednostronnie rozwiązał umowę najmu kwaterunkowego i po raz pierwszy podniósł jej czynsz. Potem były kolejne podwyżki czynszu, aż doszło do sytuacji, w której opłata ta zaczęła znacznie przekraczać otrzymywaną przez nią emeryturę. Za zaległość w płatnościach Brzeska otrzymała w końcu nakaz eksmisji.

Takich jak ona było więcej. Razem z innymi ludźmi pokrzywdzonymi przez dziką reprywatyzację założyła Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów. Brzeska zaczęła również uczestniczyć w protestach związanych z realizacją innych wyroków eksmisyjnych. Udzielała wsparcia moralnego oraz służyła samodzielnie zdobytą wiedzą prawną. Prowadziła też rejestr spraw eksmisyjnych, ich postępu i przebiegu. Często uczestniczyła w obradach warszawskiej Rady Miasta, domagając się przyjęcia i realizacji postulatów związanych z obroną lokatorów w związku z dziką reprywatyzacją. Jedno jest pewne - była bardzo niewygodna dla mafii, która wyspecjalizowała się w "odzyskiwaniu" przedwojennych majątków Warszawy. 

1 marca 2011 Jolanta Brzeska wyszła z domu. Okazało się, że już nigdy do niego nie wróciła. Sześć dni później została znaleziona martwa w Lesie Kabackim pod Warszawą. Jej ciało było spalone. Dopiero badania genetyczne potwierdziły jej tożsamość.

Szokujące w tej sprawie było postępowanie organów ścigania, które w początkowej fazie śledztwa badały hipotezę samobójstwa poprzez podpalenie siebie samej. Dopiero ekspertyza biegłych z 2013 roku ostatecznie wykluczyła tę wersję. Postępowanie w sprawie jej zgonu prokuratura umorzyła w kwietniu 2013 r. z powodu niewykrycia sprawców.

W ubiegłym roku minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro nakazał wznowienie śledztwa w sprawie zabójstwa Jolanty Brzeskiej i powierzenie go prokuraturze spoza Warszawy. Równocześnie wszczęto postępowanie wobec prokuratorów prowadzących wcześniejsze śledztwo za - tu cytat - "rażące braki i zaniechania na pierwszym etapie śledztwa związanego z wyjaśnieniem okoliczności tragicznej śmierci Jolanty Brzeskiej". Ziobro zarzucił pierwszemu śledztwu przyjęcie błędnej kwalifikacji czynu, brak planu śledztwa, zaangażowanie niedoświadczonych prokuratorów i funkcjonariuszy, niedokładne oględziny na miejscu, gdzie znaleziono zwłoki oraz nieprzeprowadzenie wielu dowodów lub badanie ich długo po zdarzeniu.

 

Źródło: Jolanta Brzeska zamordowana! (Se.pl)
Źródło: Jolanta Brzeska (Wikipedia)

wpis z dnia 14/04/2017

   


   

     Wpływy z VAT za I kw.'17 są o 47 proc. wyższe od tych z analogicznego okresu '15! Oto skala dotychczasowego złodziejstwa
wpis z dnia 13/04/2017

 

W I kwartale 2015 r. wpływy z tytułu podatku VAT wyniosły 28,5 mld zł. W I kwartale 2017 r. wpływy z tytułu VAT były o 47 proc. wyższe i wyniosły aż 42 mld zł! Nasza gospodarka w ciągu dwóch lat nie urosła na tyle, aby mogło to w tak istotny sposób wpłynąć na wyniki ściągalności VAT. Co się zatem stało? Odpowiedź jest prosta - ostatnie dwa lata to wprowadzenie szeregu rozwiązań uderzających w mafię VAT (wyższe kary, pakiet paliwowy, jednolity plik kontrolny), które ograniczyły skalę dotychczasowego złodziejstwa. I to jest dobra zmiana!

Według różnych wyliczeń z tytułu wyłudzeń oraz oszustw na podatku VAT traciliśmy do tej pory jako państwo od 12 mld zł (bezpośrednie wyłudzanie podatku) do nawet 49 mld zł rocznie (tzw. luka VAT, czyli różnica między teoretycznymi wpływami do budżetu państwa z tego podatku a wpływami rzeczywistym uwzględniająca wszelkie przestępstwa związane z wyłudzaniem, jak i unikaniem płacenia tego podatku). Fakt jest taki, że do końca 2015 r. przestępstwa z VAT były największym finansowym bagnem niszczącym budżet naszego kraju.

Wszystko jednak wskazuje na to, że działania wymierzone w oszustów oraz mafię wyłudzającą VAT w końcu zaczęły przynosić pozytywne efekty. Dzięki wdrożonym zmianom legislacyjnym (pakiet paliwowy, jednolity plik kontrolny) oraz zwiększonej skuteczności organów w walce z podatkowymi przestępcami, pierwszy raz od kilku lat w 2016 roku zmniejszyła się tzw. luka w podatku VAT. Zgodnie z raportem firmy konsultingowej PwC - wyłudzenia VAT w 2016 r. spadły o 8 proc., co przyniosło budżetowi dodatkowe 4 miliardy złotych!

To, co zostało zapoczątkowane w 2016 r., będzie kontynuowane w 2017 r. - i to ze zdwojoną siłą. Zgodnie z nieoficjalnymi jeszcze danymi na temat wpływów z tytułu podatku VAT, w I kwartale br. wyniosły one 42 mld zł i były aż o 47 proc. wyższe od wpływów w analogicznym okresie 2015 r. (przed zmianami). O ile trend utrzyma się również w kolejnym kwartale, z całą stanowczością będzie można powiedzieć, że skala dotychczasowego złodziejstwa na VAT została istotnie ograniczona. Oby tak dalej, gdyż jest to prawdziwie "dobra zmiana". 

 

Źródło: VAT pozytywnie zaskakuje (Pb.pl)
Źródło: PwC: Luka podatkowa VAT w Polsce szacowana jest na 45 mld zł w 2016 r. (stooq.pl)

wpis z dnia 13/04/2017

  


 

     Kłamał Tusk. Kłamią jego wyznawcy. Czy na oszustwie i manipulacji planują powrócić do władzy?
wpis z dnia 12/04/2017

 

Fejkowe wiadomości okraszone chamskim, knajackim językiem, którego kwintesencją jest bezsensowne szydzenie i obrażanie określonych osób. Oto paliwo dla totalnej opozycji. Kreowanie, a następnie rozpowszechnianie fałszywych wydarzeń, wydaje się być głównym sposobem konsolidacji "betonowego" elektoratu Platformy Obywatelskiej. Czy w promowaniu kłamstwa upatrują oni szansę na powrót do władzy swoich polityków? Niestety, w tym szaleństwie może być metoda. Tym bardziej, że największe nawet kłamstwo powtarzane odpowiednio długo dla wielu staje się prawdą...

Ilość zupełnie nieprawdziwych lub poważnie zmanipulowanych informacji, jaka ostatnimi czasy wybiła ze strony opozycji oraz sprzyjających im mediów jest wprost przerażająca. Czasem wystarczy jakaś półprawda, aby na jej bazie zbudować fikcyjną narrację, która uderzy w obóz rządzący. Idealnym tego przykładem była historia o "10 sierotach" z Syrii, którym rząd miał zakazać wjazdu do Polski. Odpowiednio grzane oburzenie opozycji miało się przelać na oburzenie Polaków, a w konsekwencji wywołać niechęć wobec rządu i spadek notowań sondażowych.

Media sprzyjające totalnej opozycji do szerzenia dezinformacji niejednokrotnie wykorzystują zdjęcia . Prym wiodą takie strony jak Sok z Buraka, które często wypuszczają zupełnie fejkową grafikę okraszoną chamskim, knajackim językiem. Przykład? Wystarczy spojrzeć [ tutaj ]. Zdjęcie z tłumienia protestów na Białorusi wykorzystano do walki z PiS sugerując, że to fotografia interwencji "pisowskich" służb w Poznaniu. Zdjęcie jest oczywiście masowo rozpowszechniane i kolportowane. Trafia do setek tysięcy, jeśli nie milionów odbiorców. To, że jest to fejk dotrze do niewielu.

Ktoś mądry kiedyś powiedział - na kłamstwie można daleko zajść, ale wrócić jest strasznie ciężko. Nie wiem, czy totalna opozycja i media salonowe mają tego świadomość. No chyba, że w tym "szaleństwie" upatrują metodę. Wszak największe nawet kłamstwo, powtarzane odpowiednio długo i z odpowiednią intensywnością, ostatecznie dla wielu staje się prawdą...

 

Źródło: NZGoebbelsa (Twitter.com)
Źródło: Kolodziejski_ (Twitter.com)

wpis z dnia 12/04/2017 

 


 

     Atak na ekipę TVP pokazuje, że przemysł pogardy działa. Przypomnijmy, że wcześniej w jego efekcie fanatyk Platformy zamordował polityka PiS
wpis z dnia 11/04/2017

 

Pogarda, nienawiść, brak dialogu i chęci zrozumienia drugiej strony. Bilans walki pomiędzy polskimi Hutu i Tutsi to, póki co, jedna ofiara śmiertelna. Marek Rosiak został zamordowany tylko dlatego, że należał do PiS. Niestety, ale ostatni atak na ekipę TVP (dwóch mężczyzn chciało im pokazać jak się podcina gardło) pokazuje, że działania totalnej opozycji oraz sprzyjających im mediów przynoszą efekty. Hodowanie nowych "Cybów" idzie sprawnie. Oby nigdy nie zrealizowali oni swoich zamiarów.

Przypomnijmy - w ostatni weekend dwójka mężczyzn napadła na ekipę TVP, kiedy ta przygotowywała się do relacjonowania posiedzenie poznańskiej komisji kultury. Mężczyźni nie reagowali na prośby o spokój ze strony przechodniów i stawali się coraz bardziej agresywni. - "Pokazać ci, k..., jak się podcina gardło?" - krzyczał jeden z napastników. Mężczyźni zostali zatrzymani przez Policję. Jeden z nich miał przy sobie nóż. Okazało się, że obaj byli pod wpływem alkoholu i narkotyków.

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - takie zachowanie to efekt przemysłu pogardy i języka nienawiści. Konsekwencje mogą być w tym przypadku o wiele poważniejsze. Przypomnijmy, że nawoływanie do "dorżnięcia watahy", czy też "zastrzelenia Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszenia go i wystawienia jego skóry na sprzedaż w Europie" skutkowały tym, że 19 października 2010 roku do biura poselskiego europosła J. Wojciechowskiego i posła J. Jagiełły (obaj z PiS) wtargnął Ryszard Cyba - były członek częstochowskich struktur Platformy Obywatelskiej. Natychmiast zaatakował on jednego z pracowników biura, Marka Rosiaka, oddając w jego kierunku 8 strzałów z broni palnej (tj. całą zawartość magazynka). Cztery z nich dosięgły Rosiaka, powodując jego śmierć na miejscu. W dalszej kolejności Cyba rzucił się na znajdującego się w tym samym pomieszczeniu Pawła Kowalskiego. Poraził go paralizatorem i zaczął zadawać ciosy nożem, próbując mu poderżąć gardło. W czasie ataku Cyba krzyczał, że nienawidzi PiS i że chce zabić Kaczyńskiego...

Wygląda na to, że hodowanie nowych "Cybów" idzie całkiem sprawnie. Im więcej pogardy i nienawiści w mediach oraz u czołowych polityków, tym niestety większe szanse na to, że powtórzy się dramat Marka Rosiaka.

Obym się mylił...

wpis z dnia 11/04/2017

    


   

     Szyfrant WSI/SWW, dyrektor kancelarii premiera, ekspert lotniczy, generał oraz technik pokładowy z Jaka-40. Niepokojąca seria tajemniczych zgonów
wpis z dnia 10/04/2017

 

Eugeniusz Wróbel, gen. Konstantin Moriew, Dariusz Szpineta, gen. Sławomir Petelicki oraz chor. Remigiusz Muś. Wszyscy oni byli powiązani z katastrofą z 10/04/2010 lub wypowiadali się publicznie na jej temat. Wszyscy oni wkrótce popełnili samobójstwa lub zostali zamordowani. Jeśli do tego doliczyć mających dostęp do największych tajemnic państwa - szyfranta Stefana Zielonkę oraz dyrektora generalnego kancelarii premiera Grzegorza Michniewicza, to okazuje się, że lata 2009 - 2012 obfitowały w całą serię tajemniczych i niewyjaśnionych dotąd zgonów.

1) Stefan Zielonka - szyfrant Służby Wywiadu Wojskowego (wcześniej Wojskowych Służb Informacyjnych), posiadający dostępy do najtajniejszych informacji wywiadu wojskowego. Zajmował się nadawaniem i odbieraniem tajnych komunikatów. Znał klucze, hasła, systemy tajnej komunikacji, również tej wewnątrz NATO. Ponadto dobrze orientował się w siatce polskich służb wywiadowczych za granicą. Oficjalnie zaginął 12 kwietnia 2009 r. Co ciekawe, przez pierwsze dwa tygodnie od momentu zaginięcia jest poszukiwany jak zwykły obywatel, a nie jako osoba mająca wiedzę o największych tajemnicach państwa. 27 kwietnia 2010 roku, dwóch mężczyzn podczas spaceru brzegiem Wisły odnajduje ludzkie ciało w stanie totalnego rozkładu. Obok ciała odnajdują także zwisający z drzewa sznur oraz kilka dokumentów, w tym potwierdzenie przelewu bankowego, na nazwisko Stefana Zielonki. Głowa miała się znajdować na wypalonej trawie, chociaż sama nie była spalona i nie nosiła śladów ognia. Przeprowadzone badania DNA dokonane z fragmentów kośćca wykazały, że to jest szyfrant Zielonka. Badania zęba wykluczyły to. Ostatecznie prokuratura wojskowa uznała, iż ciało znalezione nad brzegiem Wisły to martwy Stefan Zielonka.

2) Grzegorz Michniewicz - dyrektor generalny Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, członek rady nadzorczej PKN Orlen, posiadacz certyfikatu dostępu do najściślej strzeżonych tajemnic państwowych. Powiesił się w swoim domu w nocy z 22 na 23 grudnia 2009 roku. Ostatnią osobą z którą kontaktował się przed śmiercią był... Tomasz Arabski, ówczesny szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Co ciekawe - jego ciało znaleziono 23 grudnia 2009 roku, a więc w dniu, w którym do Polski wrócił remontowany w Rosji TU–154, który kilka miesięcy później rozbił się pod Smoleńskiem.

3) dr Eugeniusz Wróbel - jako pierwszy wydał opinię, że zniszczenia Tu-154M nie mogły powstać w wyniku zderzenia z ziemią. Został zamordowany 15 października 2010 roku. Jego ciało zostało poćwiartowane i wrzucone do jeziora. Według oficjalnej wersji miał tego dokonać jego syn, który podczas pierwszego przesłuchania przyznał się do zarzucanych mu czynów, ale później swoje zeznania odwołał. Prokuratura umorzyła postępowanie, bowiem stwierdzono że syn Wróbla jest niepoczytalny i umieszczono go na czas nieokreślony w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

4) gen. Konstantin Moriew - naczelnik FSB w obwodzie twerskim. Pod koniec sierpnia 2011 roku zginął śmiercią samobójczą (strzał w głowę ze służbowego pistoletu). Gen. Moriew jako pierwszy przesłuchiwał kontrolerów lotu znajdujących się na wieży smoleńskiego lotniska 10 kwietnia 2010 r. (strona rosyjska w lipcu 2010 r., za zezwoleniem strony polskiej, anulowała treść tego przesłuchania, przesyłając zmienione stenogramy).

5) Dariusz Szpineta - niezależny ekspert lotniczy, instruktor, pilot oraz prezes spółki lotniczej Ad Astra S.A. Z pozycji eksperta lotniczego kwestionował on rządowe ustalenia na temat katastrofy smoleńskiej (wskazywał jednoznacznie, że lot Tu-154M z 10/04/2010 był lotem wojskowym, a nie cywilnym). Na początku grudnia 2011 roku powiesił się w hotelowej łazience w egzotycznej miejscowości turystycznej na wschodnim krańcu Indii, pomiędzy Himalajami a Birmą. 

6) gen. Sławomir Petelicki - bezkompromisowego krytyk działań rządu Tuska w sprawie katastrofy smoleńskiej. Petelicki ujawnił treść sms wysłanego do członków PO tuż po katastrofie, którego autorami mieli być najważniejsze osoby w tej partii: "Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 m. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił". Według generała SMS musiał wyjść z kręgu: Donald Tusk, Tomasz Arabski, Paweł Graś. 16 czerwca 2012, tuż przed meczem EURO2012 Polska-Czechy, którym żyła wówczas cała Polska, gen. Petelicki we własnym garażu popełnia samóbojstwo strzelając sobie w głowę.

7) chor. Remigiusz Muś - technik pokładowy z Jaka-40 (wylądował w Smoleńsku na godzinę przed planowanym lądowaniem rządowego Tu-154M). Chor. Muś zeznał, że słyszał trzy wybuchy tuż przed rozbiciem polskiego tupolewa. Ponadto słyszał jak wieża kontroli lotów nakazuje zejść pilotom Tu-154M do wysokości 50 metrów (a nie 100, jak jest w oficjalnych stenogramach MAK-u). Pod koniec października 2012 roku powiesił się w piwnicy swojego bloku.

 

wpis z dnia 10/04/2017

   


  

     ZUS w najlepszej kondycji finansowej od 10 lat! Pokrycie świadczeń ze składek wzrosło z 55 proc. (2010) do 74 proc. (2016)
wpis z dnia 7/04/2017

 

Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, czyli finansowe zaplecze ZUS, jest w najlepszym stanie od 10 lat. Okazuje się, że współczynnik pokrycia wypłacanych świadczeń z bieżących składek wzrósł z poziomu 55 proc. (2010 r.) do 74 proc. (2016 r.). Przypomnijmy, że im większe pokrycie ze składek, tym mniejszy deficyt ZUS, który jak do tej pory był gigantycznym wyzwaniem dla budżetu kraju. Pokrywanie tej dziury wymagało bowiem w skali roku ponad dwukrotnie wyższych nakładów niż program 500+.

Dobra sytuacja na rynku pracy, wzrost wynagrodzeń oraz spadające bezrobocie wpływają na ilość pieniędzy przekazywanych w składkach do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS). Fundusz Ubezpieczeń Społecznych (FUS), czyli finansowe zaplecze ZUS-u, ostatni raz w tak dobrym stanie był w 2007 roku. Wówczas to wydatki na emerytury, renty i inne świadczenia wypłacane przez ZUS były pokrywane z bieżących składek na poziomie 73,8 proc. Resztę (tj. 26,2 proc.) traktowano jako deficyt, który musiał być pokryty z budżetu państwa specjalnymi dotacjami (inaczej ZUS stałby się niewypłacalny). W 2016 r. stopień pokrycia świadczeń ZUS ze składek wyniósł 74 proc. 

Co ciekawe - najgorszy współczynnik pokrycia świadczeń ze składek odnotowano w 2010 roku. Wówczas to jedynie 55 proc. wypłacanych przez ZUS emerytur, rent i innych świadczeń była finansowana przez bieżące składki na ubezpieczenia społeczne.

Warto odnotować, że im wyższe pokrycie świadczeń przez składki, tym niższy deficyt ZUS, a tym samym mniej pieniędzy z budżetu kraju (tj. zabranych nam uprzednio w podatkach) musi być redystrybuowanych na wypłatę bieżących emerytur, rent i innych świadczeń ZUS. Środki te można wykorzystać w inny, bardziej pożyteczny czy też perspektywiczny sposób - ot choćby na ochronę zdrowia, szkolnictwo czy rozwój armii.

 

Źródło: Pewne emerytury. Na razie. Ale już nadciągają wydatki (Dziennik.pl)

wpis z dnia 7/04/2017

    


   

     Kłamstwa, manipulacje & kreatywna księgowość - czyli jak ekipa Tuska ukrywała prawdziwą wysokość deficytu finansów państwa
wpis z dnia 6/04/2017

 

Najwyższa Izba Kontroli nie ma wątpliwości - ekipa Donalda Tuska (gdzie ministrem finansów był Jan Vincent-Rostowski) stosowała na masową skalę kreatywną księgowość, by nie ujawniać opinii publicznej oraz instytucjom unijnym prawdziwej wysokości polskiego deficytu. Oficjalne dane potwierdzają, że w 2014 roku gabinet Tuska ukrył aż 28 mld zł deficytu. Rok wcześniej kwota ta była jeszcze wyższa i wynosiła 31 mld zł (1,9 proc. PKB)! Niestety, poza odpowiedzialnością polityczną, ani Tusk, ani Rostowski, ani nikt inny nie poniósł za to jakiejkolwiek kary.

W kontekście ostatnich odczytów GUS na temat deficytu finansów publicznych i jego relacji do PKB (okazało się, że wskaźnik ten za 2016 rok był najniższy od 9 lat) warto przypomnieć "cuda", jakie w tej kwestii odstawiała ekipa Tuska. Raporty przygotowane przez Najwyższą Izbę Kontroli (co istotne - sterowaną przez Krzysztofa Kwiatkowskiego z PO) nie pozostawiają złudzeń - w latach 2013-2014 rządzący naszym krajem na gigantyczną skalę uprawiali "kreatywną księgowość", a jawność i przejrzystość finansów publicznych pozostawiała wiele do życzenia.

Sztucznie zaniżano wielkość wydatków poprzez transferowanie pieniędzy podatników do jednostek publicznych, które z przyczyn formalno-prawnych nie były zaliczane do sektora publicznego. Zadłużenie państwa "ukrywano" między innymi za pomocą "pożyczania" pieniędzy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS). Poważnym problemem było również przekazywanie zadań publicznych finansowanych wcześniej z budżetu państwa do innych jednostek sektora finansów publicznych lub nawet poza ten sektor, bez zapewnienia odpowiedniego finansowania. To powodowało konieczność zadłużania się przez te jednostki. Tak było na przykład z Krajowym Funduszem Drogowym, który odpowiada za finansowanie budowy dróg w Polsce. Okazuje się, że długi tej jednostki nie są wykazywane w oficjalnym długu publicznym.

W całym 2013 r. NIK zidentyfikowała szereg działań, które miały wpływ na sztuczne obniżenie deficytu budżetu państwa aż o 31 mld zł. W roku kolejnym ekipie PO-PSL udało się "kreatywnie pomniejszyć" deficyt o ponad 28 mld zł.

Kontrolerzy NIK zauważyli przytomnie, że sztuczne zaniżanie deficytu budżetu państwa, deficytu sektora finansów publicznych oraz długu publicznego przez ekipę Donalda Tuska było niepokojącym zjawiskiem, gdyż wielkości te stanowią podstawę do dokonania przez społeczeństwo oceny sytuacji finansowej państwa. Jeżeli poprzedniej ekipie w ciągu tylko dwóch lat udało się ukryć aż 59 mld zł deficytu, to percepcja wspomnianej sytuacji musiała zostać poważnie zaburzona.

 

Źródło: Analiza wykonania budżetu państwa i założeń polityki pieniężnej w 2013 roku (NIK.gov.pl)
Źródło: NIK o jawności i przejrzystości finansów publicznych (NIK.gov.pl)

wpis z dnia 6/04/2017

   


   

     W dwa dni po Smoleńsku Komorowski podpisuje ustawę, która umożliwiła sprzedaż EmiTela prywatnemu funduszowi 
wpis z dnia 5/04/2017

 

EmiTel to spółka odpowiadająca za przesył sygnału radiowo-telewizyjnego na terytorium Polski. Przez wiele lat była wpisana na listę spółek o strategicznych. Polski rząd mógł blokować decyzje francuskiego Orange (który był jej właścicielem w związku z prywatyzacją TPSA). Ale do czasu. W marcu 2010 r. ekipa PO przegłosowała ustawę regulującą nową listę spółek strategicznych, na której nie było EmiTela. Lech Kaczyński chciał ją zawetować. Nie zdążył. Dwa dni po Smoleńsku ustawę podpisał B. Komorowski, co umożliwiło sprzedaż EmiTela prywatnemu funduszowi za 1,72 mld zł.

EmiTel to spółka odpowiadająca za przesył sygnału radiowo-telewizyjnego na terytorium Polski. W 2000 r. rząd Jerzego Buzka podjął decyzję o sprzedaży EmiTela wraz z TPSA francuskiej spółce państwowej France Telecom (dziś Orange). Była ona jednak wpisana na listę spółek o strategicznym znaczeniu (tj. polski rząd mógł de facto blokować decyzje Francuzów). Nic jednak nie trwa wiecznie, a szczególnie gdy w grę wchodzą niejasne działania ekipy Donalda Tuska...

18 marca 2010 r. Sejm głosami koalicji PO-PSL przegłosował ustawę o "szczególnych uprawnieniach ministra właściwego do spraw Skarbu Państwa oraz ich wykonywaniu w niektórych spółkach kapitałowych lub grupach kapitałowych prowadzących działalność w sektorach energii elektrycznej, ropy naftowej oraz paliw gazowych". Ustawa ta znosiła prawo, które status spółek o strategicznym znaczeniu przyznawało spółkom posiadającym infrastrukturę telekomunikacyjną (takim jak EmiTel). Z uwagi na powyższe Lech Kaczyński chciał ją zawetować. Nie zdążył - 10 kwietnia 2010 r. zginął pod Smoleńskiem. Dwa dni później ustawę podpisał pełniący obowiązki głowy państwa Bronisław Komorowski.

Wykreślenie EmiTela z listy spółek strategicznych miało o tyle ważne znaczenie, że Francuzi dostali "zielone światło" na jej sprzedaż innym podmiotom. Nie trzeba było długo czekać - 25 marca 2011 r. kontrolowana przez Francuzów TP SA podpisuje umowę o sprzedaży za 1,725 mld zł spółki EmiTel podmiotowi kontrolowanemu przez fundusz Montagu Private Equity. W grudniu 2013 wszystkie udziały w spółce Emitel od Montagu Private Equity przejęła amerykańska firma inwestująca w infrastrukturę – Alinda Capital Partnrs LLC.

 

Źródło: Ustawy podpisane przez Marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego wykonującego obowiązki Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej (Prezydent.pl)
Źródło: Kulisy negocjacji o EmiTel. "Dlaczego premier Buzek zmienił zdanie?" (Niezalezna.pl)

wpis z dnia 5/04/2017

    


   

     Deficyt sektora finansów publicznych za 2016 r. był najniższy od 9 lat! Hipokryzja totalnej opozycji obnażona jak na dłoni!
wpis z dnia 3/03/2017

 

Główny Urząd Statystyczny opublikował wczoraj dane na temat deficytu sektora finansów publicznych za 2016 rok. Okazało się, że był on najniższy od 2007 roku i, pomimo funkcjonowania programu 500+, wyniósł 2,4 proc. PKB. Dla porównania - w 2015 r. deficyt wyniósł 2,6 proc. PKB, w 2014 r. - 3,5 proc., w 2013 r. - 4,1 proc., a w latach 2009 - 2010 oscylował blisko 8,0 proc. PKB! Cała narracja totalnej opozycji, która twierdziła, że 500+ zdemoluje finanse publiczne kraju, w jednej chwili zawaliła się jak domek z kart... 

Totalna opozycja przez wiele miesięcy straszyła Polaków, że program 500+ zniszczy finanse publiczne naszego kraju. Przedstawiciele partii Grzegorza Schetyny i Ryszarda Petru, do spółki ze sponsorowanymi przez George'a Sorosa dziennikarzami, wieszczyli wielki wzrost deficytu w relacji do PKB już w 2016 roku. Co się okazało w rzeczywistości? - Zadaniem GUS deficyt sektora finansów publicznych za 2016 r. był najniższy od 9 lat i wyniósł jedynie 2,4 proc. PKB. Piszę "jedynie", bowiem w pamięci mam jeszcze szalone lata 2009 - 2011, kiedy ekipa Donalda Tuska bez opamiętania demolowała finanse państwa generując deficyty budżetowe sięgające 7-8 proc. PKB! 

Poniżej prezentuję szczegółowe odczyty deficytu za lata 2008 - 2016 na podstawie oficjalnych danych z Ministerstwa Finansów / GUS. Widać jak na dłoni hipokryzję przedstawicieli Platformy Obywatelskiej, którzy strasząc wysokim deficytem, jaki rzekomo miał wystąpić w 2016 r., zupełnie zapomnieli o tym, jak ta wartość kształtowała się, kiedy sami rządzili krajem:

 

2008 r. - 3,7 proc. PKB
2009 r. - 7,5 proc. PKB
2010 r. - 7,8 proc. PKB
2011 r. - 5,1 proc. PKB
2012 r. - 3,9 proc. PKB
2013 r. - 4,1 proc. PKB
2014 r. - 3,5 proc. PKB
2015 r. - 2,6 proc. PKB
2016 r. - 2,4 proc. PKB

 

Źródło: GUS: deficyt sektora finansów publicznych w 2016 r. wyniósł 2,4 proc. PKB (Stooq.pl)

wpis z dnia 3/03/2017

   


   

     Mało znany fakt: Obowiązującą konstytucję poparło w referendum zaledwie 22,6 proc. uprawnionych do głosowania!
wpis z dnia 03/04/2017

 

Obecna konstytucja została uchwalona 2 kwietnia 1997 r. przez Zgromadzenie Narodowe (zdominowane wówczas przez postkomunistów z SLD-PSL). Aby mogła wejść w życie musiała być jeszcze zatwierdzona w ogólnokrajowym referendum. Mimo, że w plebiscycie za jej przyjęciem było 53,4 proc. głosujących, to przy uwzględnieniu bardzo niskiej frekwencji (42,86 proc.), okazało się, że uchwaloną przez ZN konstytucję poparło jedynie 22,6 proc. uprawnionych do głosowania. Niska frekwencja nie przeszkodziła jednak Sądowi Najwyższemu uznać ważność referendum.

Media salonowe uwielbiają pławić się statystyką, zgodnie z którą w ostatnich wyborach parlamentarnych na PiS zagłosowało zaledwie 18 proc. uprawnionych do głosowania. Ma to być dowód na to, że partia Kaczyńskiego nie zdobyła odpowiedniego mandatu na to, by rządzić krajem. Idąc tropem tej statystyki można równie dobrze powiedzieć, że obowiązująca konstytucja, uchwalona w 1997 roku przez postkomunistów do spółki z ludowcami, też nie zdobyła odpowiedniego mandatu społecznego poparcia. Wszak w ogólnokrajowym referendum zagłosowało za jej przyjęciem zaledwie 22,6 proc. Polaków uprawnionych wówczas do głosowania!

O sprawie tej przypomniała na twitterze Aleksandra Jakubowska, która na stwierdzenie Dominiki Wielowieyskiej (redaktorki Gazety Wyborczej), że "Konstytucja, którą Zgromadzenie Narodowe uchwaliło 20 lat temu, została przyjęta w ogólnonarodowym referendum", celnie zauważyła, że: "Frekwencja wyniosła 42,8%, TAK - głosowało 53,45%, a NIE - 46,55%. Proszę policzyć, jaki % uprawnionych ją przyjął?". 

22,6 proc. uprawnionych do głosowania, którzy zagłosowali za przyjęciem uchwalonej przez Zgromadzenie Narodowe zdominowane przez postkomunistów z SLD i PSL konstytucji, nie jest rewelacyjnym wynikiem. Oznacza to bowiem, że nawet nie 1/4 społeczeństwa w bezpośrednim akcie głosowania, nie poparła tej ustawy zasadniczej.

Co ciekawe - niska frekwencja (42,86 proc.) nie przeszkodziła Sądowi Najwyższemu uznać wyniku referendum za wiążącego. Co prawda ustawa z dnia 23 kwietnia 1992 r. o trybie przygotowania i uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, stwierdzała jasno, że konstytucja zatwierdzona przez Zgromadzenie Narodowe miała być przyjęta w referendum niezależnie od frekwencji, niemniej przyjęta trzy lata później Ustawa o referendum z 29 czerwca 1995 r. stanowiła, iż referendum w sprawie istotnej dla państwa jest wiążące, gdy bierze w nim udział więcej niż połowa uprawnionych do głosowania. Pomimo zapisu z ustawy o referendum z 1995 r. o warunku koniecznym do spełnienia przesłanki ważności referendum (udział ponad 50 proc. uprawnionych do głosowania), Sąd Najwyższy uznał, że ważniejsza jest w tym przypadku ustawa z 1992 roku o trybie przygotowania i uchwalenia Konstytucji RP. Na tej podstawie stwierdził ważność referendum w/s przyjęcia konstytucji pomimo frekwencji niższej niż 50 proc.

 

Źródło: AJakubowska (twitter.com)
Źródło: Referendum w Polsce w 1997 roku (Wikipedia.org)

wpis z dnia 03/04/2017