Archiwum: Kwiecień 2017

 

     Kłamał Tusk. Kłamią jego wyznawcy. Czy na oszustwie i manipulacji planują powrócić do władzy?
wpis z dnia 12/04/2017

 

Fejkowe wiadomości okraszone chamskim, knajackim językiem, którego kwintesencją jest bezsensowne szydzenie i obrażanie określonych osób. Oto paliwo dla totalnej opozycji. Kreowanie, a następnie rozpowszechnianie fałszywych wydarzeń, wydaje się być głównym sposobem konsolidacji "betonowego" elektoratu Platformy Obywatelskiej. Czy w promowaniu kłamstwa upatrują oni szansę na powrót do władzy swoich polityków? Niestety, w tym szaleństwie może być metoda. Tym bardziej, że największe nawet kłamstwo powtarzane odpowiednio długo dla wielu staje się prawdą...

Ilość zupełnie nieprawdziwych lub poważnie zmanipulowanych informacji, jaka ostatnimi czasy wybiła ze strony opozycji oraz sprzyjających im mediów jest wprost przerażająca. Czasem wystarczy jakaś półprawda, aby na jej bazie zbudować fikcyjną narrację, która uderzy w obóz rządzący. Idealnym tego przykładem była historia o "10 sierotach" z Syrii, którym rząd miał zakazać wjazdu do Polski. Odpowiednio grzane oburzenie opozycji miało się przelać na oburzenie Polaków, a w konsekwencji wywołać niechęć wobec rządu i spadek notowań sondażowych.

Media sprzyjające totalnej opozycji do szerzenia dezinformacji niejednokrotnie wykorzystują zdjęcia . Prym wiodą takie strony jak Sok z Buraka, które często wypuszczają zupełnie fejkową grafikę okraszoną chamskim, knajackim językiem. Przykład? Wystarczy spojrzeć [ tutaj ]. Zdjęcie z tłumienia protestów na Białorusi wykorzystano do walki z PiS sugerując, że to fotografia interwencji "pisowskich" służb w Poznaniu. Zdjęcie jest oczywiście masowo rozpowszechniane i kolportowane. Trafia do setek tysięcy, jeśli nie milionów odbiorców. To, że jest to fejk dotrze do niewielu.

Ktoś mądry kiedyś powiedział - na kłamstwie można daleko zajść, ale wrócić jest strasznie ciężko. Nie wiem, czy totalna opozycja i media salonowe mają tego świadomość. No chyba, że w tym "szaleństwie" upatrują metodę. Wszak największe nawet kłamstwo, powtarzane odpowiednio długo i z odpowiednią intensywnością, ostatecznie dla wielu staje się prawdą...

 

Źródło: NZGoebbelsa (Twitter.com)
Źródło: Kolodziejski_ (Twitter.com)

wpis z dnia 12/04/2017 



  

     Atak na ekipę TVP pokazuje, że przemysł pogardy działa. Przypomnijmy, że wcześniej w jego efekcie fanatyk Platformy zamordował polityka PiS
wpis z dnia 11/04/2017

 

Pogarda, nienawiść, brak dialogu i chęci zrozumienia drugiej strony. Bilans walki pomiędzy polskimi Hutu i Tutsi to, póki co, jedna ofiara śmiertelna. Marek Rosiak został zamordowany tylko dlatego, że należał do PiS. Niestety, ale ostatni atak na ekipę TVP (dwóch mężczyzn chciało im pokazać jak się podcina gardło) pokazuje, że działania totalnej opozycji oraz sprzyjających im mediów przynoszą efekty. Hodowanie nowych "Cybów" idzie sprawnie. Oby nigdy nie zrealizowali oni swoich zamiarów.

Przypomnijmy - w ostatni weekend dwójka mężczyzn napadła na ekipę TVP, kiedy ta przygotowywała się do relacjonowania posiedzenie poznańskiej komisji kultury. Mężczyźni nie reagowali na prośby o spokój ze strony przechodniów i stawali się coraz bardziej agresywni. - "Pokazać ci, k..., jak się podcina gardło?" - krzyczał jeden z napastników. Mężczyźni zostali zatrzymani przez Policję. Jeden z nich miał przy sobie nóż. Okazało się, że obaj byli pod wpływem alkoholu i narkotyków.

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - takie zachowanie to efekt przemysłu pogardy i języka nienawiści. Konsekwencje mogą być w tym przypadku o wiele poważniejsze. Przypomnijmy, że nawoływanie do "dorżnięcia watahy", czy też "zastrzelenia Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszenia go i wystawienia jego skóry na sprzedaż w Europie" skutkowały tym, że 19 października 2010 roku do biura poselskiego europosła J. Wojciechowskiego i posła J. Jagiełły (obaj z PiS) wtargnął Ryszard Cyba - były członek częstochowskich struktur Platformy Obywatelskiej. Natychmiast zaatakował on jednego z pracowników biura, Marka Rosiaka, oddając w jego kierunku 8 strzałów z broni palnej (tj. całą zawartość magazynka). Cztery z nich dosięgły Rosiaka, powodując jego śmierć na miejscu. W dalszej kolejności Cyba rzucił się na znajdującego się w tym samym pomieszczeniu Pawła Kowalskiego. Poraził go paralizatorem i zaczął zadawać ciosy nożem, próbując mu poderżąć gardło. W czasie ataku Cyba krzyczał, że nienawidzi PiS i że chce zabić Kaczyńskiego...

Wygląda na to, że hodowanie nowych "Cybów" idzie całkiem sprawnie. Im więcej pogardy i nienawiści w mediach oraz u czołowych polityków, tym niestety większe szanse na to, że powtórzy się dramat Marka Rosiaka.

Obym się mylił...

wpis z dnia 11/04/2017

    


   

     Szyfrant WSI/SWW, dyrektor kancelarii premiera, ekspert lotniczy, generał oraz technik pokładowy z Jaka-40. Niepokojąca seria tajemniczych zgonów
wpis z dnia 10/04/2017

 

Eugeniusz Wróbel, gen. Konstantin Moriew, Dariusz Szpineta, gen. Sławomir Petelicki oraz chor. Remigiusz Muś. Wszyscy oni byli powiązani z katastrofą z 10/04/2010 lub wypowiadali się publicznie na jej temat. Wszyscy oni wkrótce popełnili samobójstwa lub zostali zamordowani. Jeśli do tego doliczyć mających dostęp do największych tajemnic państwa - szyfranta Stefana Zielonkę oraz dyrektora generalnego kancelarii premiera Grzegorza Michniewicza, to okazuje się, że lata 2009 - 2012 obfitowały w całą serię tajemniczych i niewyjaśnionych dotąd zgonów.

1) Stefan Zielonka - szyfrant Służby Wywiadu Wojskowego (wcześniej Wojskowych Służb Informacyjnych), posiadający dostępy do najtajniejszych informacji wywiadu wojskowego. Zajmował się nadawaniem i odbieraniem tajnych komunikatów. Znał klucze, hasła, systemy tajnej komunikacji, również tej wewnątrz NATO. Ponadto dobrze orientował się w siatce polskich służb wywiadowczych za granicą. Oficjalnie zaginął 12 kwietnia 2009 r. Co ciekawe, przez pierwsze dwa tygodnie od momentu zaginięcia jest poszukiwany jak zwykły obywatel, a nie jako osoba mająca wiedzę o największych tajemnicach państwa. 27 kwietnia 2010 roku, dwóch mężczyzn podczas spaceru brzegiem Wisły odnajduje ludzkie ciało w stanie totalnego rozkładu. Obok ciała odnajdują także zwisający z drzewa sznur oraz kilka dokumentów, w tym potwierdzenie przelewu bankowego, na nazwisko Stefana Zielonki. Głowa miała się znajdować na wypalonej trawie, chociaż sama nie była spalona i nie nosiła śladów ognia. Przeprowadzone badania DNA dokonane z fragmentów kośćca wykazały, że to jest szyfrant Zielonka. Badania zęba wykluczyły to. Ostatecznie prokuratura wojskowa uznała, iż ciało znalezione nad brzegiem Wisły to martwy Stefan Zielonka.

2) Grzegorz Michniewicz - dyrektor generalny Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, członek rady nadzorczej PKN Orlen, posiadacz certyfikatu dostępu do najściślej strzeżonych tajemnic państwowych. Powiesił się w swoim domu w nocy z 22 na 23 grudnia 2009 roku. Ostatnią osobą z którą kontaktował się przed śmiercią był... Tomasz Arabski, ówczesny szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Co ciekawe - jego ciało znaleziono 23 grudnia 2009 roku, a więc w dniu, w którym do Polski wrócił remontowany w Rosji TU–154, który kilka miesięcy później rozbił się pod Smoleńskiem.

3) dr Eugeniusz Wróbel - jako pierwszy wydał opinię, że zniszczenia Tu-154M nie mogły powstać w wyniku zderzenia z ziemią. Został zamordowany 15 października 2010 roku. Jego ciało zostało poćwiartowane i wrzucone do jeziora. Według oficjalnej wersji miał tego dokonać jego syn, który podczas pierwszego przesłuchania przyznał się do zarzucanych mu czynów, ale później swoje zeznania odwołał. Prokuratura umorzyła postępowanie, bowiem stwierdzono że syn Wróbla jest niepoczytalny i umieszczono go na czas nieokreślony w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

4) gen. Konstantin Moriew - naczelnik FSB w obwodzie twerskim. Pod koniec sierpnia 2011 roku zginął śmiercią samobójczą (strzał w głowę ze służbowego pistoletu). Gen. Moriew jako pierwszy przesłuchiwał kontrolerów lotu znajdujących się na wieży smoleńskiego lotniska 10 kwietnia 2010 r. (strona rosyjska w lipcu 2010 r., za zezwoleniem strony polskiej, anulowała treść tego przesłuchania, przesyłając zmienione stenogramy).

5) Dariusz Szpineta - niezależny ekspert lotniczy, instruktor, pilot oraz prezes spółki lotniczej Ad Astra S.A. Z pozycji eksperta lotniczego kwestionował on rządowe ustalenia na temat katastrofy smoleńskiej (wskazywał jednoznacznie, że lot Tu-154M z 10/04/2010 był lotem wojskowym, a nie cywilnym). Na początku grudnia 2011 roku powiesił się w hotelowej łazience w egzotycznej miejscowości turystycznej na wschodnim krańcu Indii, pomiędzy Himalajami a Birmą. 

6) gen. Sławomir Petelicki - bezkompromisowego krytyk działań rządu Tuska w sprawie katastrofy smoleńskiej. Petelicki ujawnił treść sms wysłanego do członków PO tuż po katastrofie, którego autorami mieli być najważniejsze osoby w tej partii: "Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 m. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił". Według generała SMS musiał wyjść z kręgu: Donald Tusk, Tomasz Arabski, Paweł Graś. 16 czerwca 2012, tuż przed meczem EURO2012 Polska-Czechy, którym żyła wówczas cała Polska, gen. Petelicki we własnym garażu popełnia samóbojstwo strzelając sobie w głowę.

7) chor. Remigiusz Muś - technik pokładowy z Jaka-40 (wylądował w Smoleńsku na godzinę przed planowanym lądowaniem rządowego Tu-154M). Chor. Muś zeznał, że słyszał trzy wybuchy tuż przed rozbiciem polskiego tupolewa. Ponadto słyszał jak wieża kontroli lotów nakazuje zejść pilotom Tu-154M do wysokości 50 metrów (a nie 100, jak jest w oficjalnych stenogramach MAK-u). Pod koniec października 2012 roku powiesił się w piwnicy swojego bloku.

 

wpis z dnia 10/04/2017

   


  

     ZUS w najlepszej kondycji finansowej od 10 lat! Pokrycie świadczeń ze składek wzrosło z 55 proc. (2010) do 74 proc. (2016)
wpis z dnia 7/04/2017

 

Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, czyli finansowe zaplecze ZUS, jest w najlepszym stanie od 10 lat. Okazuje się, że współczynnik pokrycia wypłacanych świadczeń z bieżących składek wzrósł z poziomu 55 proc. (2010 r.) do 74 proc. (2016 r.). Przypomnijmy, że im większe pokrycie ze składek, tym mniejszy deficyt ZUS, który jak do tej pory był gigantycznym wyzwaniem dla budżetu kraju. Pokrywanie tej dziury wymagało bowiem w skali roku ponad dwukrotnie wyższych nakładów niż program 500+.

Dobra sytuacja na rynku pracy, wzrost wynagrodzeń oraz spadające bezrobocie wpływają na ilość pieniędzy przekazywanych w składkach do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS). Fundusz Ubezpieczeń Społecznych (FUS), czyli finansowe zaplecze ZUS-u, ostatni raz w tak dobrym stanie był w 2007 roku. Wówczas to wydatki na emerytury, renty i inne świadczenia wypłacane przez ZUS były pokrywane z bieżących składek na poziomie 73,8 proc. Resztę (tj. 26,2 proc.) traktowano jako deficyt, który musiał być pokryty z budżetu państwa specjalnymi dotacjami (inaczej ZUS stałby się niewypłacalny). W 2016 r. stopień pokrycia świadczeń ZUS ze składek wyniósł 74 proc. 

Co ciekawe - najgorszy współczynnik pokrycia świadczeń ze składek odnotowano w 2010 roku. Wówczas to jedynie 55 proc. wypłacanych przez ZUS emerytur, rent i innych świadczeń była finansowana przez bieżące składki na ubezpieczenia społeczne.

Warto odnotować, że im wyższe pokrycie świadczeń przez składki, tym niższy deficyt ZUS, a tym samym mniej pieniędzy z budżetu kraju (tj. zabranych nam uprzednio w podatkach) musi być redystrybuowanych na wypłatę bieżących emerytur, rent i innych świadczeń ZUS. Środki te można wykorzystać w inny, bardziej pożyteczny czy też perspektywiczny sposób - ot choćby na ochronę zdrowia, szkolnictwo czy rozwój armii.

 

Źródło: Pewne emerytury. Na razie. Ale już nadciągają wydatki (Dziennik.pl)

wpis z dnia 7/04/2017

    


   

     Kłamstwa, manipulacje & kreatywna księgowość - czyli jak ekipa Tuska ukrywała prawdziwą wysokość deficytu finansów państwa
wpis z dnia 6/04/2017

 

Najwyższa Izba Kontroli nie ma wątpliwości - ekipa Donalda Tuska (gdzie ministrem finansów był Jan Vincent-Rostowski) stosowała na masową skalę kreatywną księgowość, by nie ujawniać opinii publicznej oraz instytucjom unijnym prawdziwej wysokości polskiego deficytu. Oficjalne dane potwierdzają, że w 2014 roku gabinet Tuska ukrył aż 28 mld zł deficytu. Rok wcześniej kwota ta była jeszcze wyższa i wynosiła 31 mld zł (1,9 proc. PKB)! Niestety, poza odpowiedzialnością polityczną, ani Tusk, ani Rostowski, ani nikt inny nie poniósł za to jakiejkolwiek kary.

W kontekście ostatnich odczytów GUS na temat deficytu finansów publicznych i jego relacji do PKB (okazało się, że wskaźnik ten za 2016 rok był najniższy od 9 lat) warto przypomnieć "cuda", jakie w tej kwestii odstawiała ekipa Tuska. Raporty przygotowane przez Najwyższą Izbę Kontroli (co istotne - sterowaną przez Krzysztofa Kwiatkowskiego z PO) nie pozostawiają złudzeń - w latach 2013-2014 rządzący naszym krajem na gigantyczną skalę uprawiali "kreatywną księgowość", a jawność i przejrzystość finansów publicznych pozostawiała wiele do życzenia.

Sztucznie zaniżano wielkość wydatków poprzez transferowanie pieniędzy podatników do jednostek publicznych, które z przyczyn formalno-prawnych nie były zaliczane do sektora publicznego. Zadłużenie państwa "ukrywano" między innymi za pomocą "pożyczania" pieniędzy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS). Poważnym problemem było również przekazywanie zadań publicznych finansowanych wcześniej z budżetu państwa do innych jednostek sektora finansów publicznych lub nawet poza ten sektor, bez zapewnienia odpowiedniego finansowania. To powodowało konieczność zadłużania się przez te jednostki. Tak było na przykład z Krajowym Funduszem Drogowym, który odpowiada za finansowanie budowy dróg w Polsce. Okazuje się, że długi tej jednostki nie są wykazywane w oficjalnym długu publicznym.

W całym 2013 r. NIK zidentyfikowała szereg działań, które miały wpływ na sztuczne obniżenie deficytu budżetu państwa aż o 31 mld zł. W roku kolejnym ekipie PO-PSL udało się "kreatywnie pomniejszyć" deficyt o ponad 28 mld zł.

Kontrolerzy NIK zauważyli przytomnie, że sztuczne zaniżanie deficytu budżetu państwa, deficytu sektora finansów publicznych oraz długu publicznego przez ekipę Donalda Tuska było niepokojącym zjawiskiem, gdyż wielkości te stanowią podstawę do dokonania przez społeczeństwo oceny sytuacji finansowej państwa. Jeżeli poprzedniej ekipie w ciągu tylko dwóch lat udało się ukryć aż 59 mld zł deficytu, to percepcja wspomnianej sytuacji musiała zostać poważnie zaburzona.

 

Źródło: Analiza wykonania budżetu państwa i założeń polityki pieniężnej w 2013 roku (NIK.gov.pl)
Źródło: NIK o jawności i przejrzystości finansów publicznych (NIK.gov.pl)

wpis z dnia 6/04/2017

   


   

     W dwa dni po Smoleńsku Komorowski podpisuje ustawę, która umożliwiła sprzedaż EmiTela prywatnemu funduszowi 
wpis z dnia 5/04/2017

 

EmiTel to spółka odpowiadająca za przesył sygnału radiowo-telewizyjnego na terytorium Polski. Przez wiele lat była wpisana na listę spółek o strategicznych. Polski rząd mógł blokować decyzje francuskiego Orange (który był jej właścicielem w związku z prywatyzacją TPSA). Ale do czasu. W marcu 2010 r. ekipa PO przegłosowała ustawę regulującą nową listę spółek strategicznych, na której nie było EmiTela. Lech Kaczyński chciał ją zawetować. Nie zdążył. Dwa dni po Smoleńsku ustawę podpisał B. Komorowski, co umożliwiło sprzedaż EmiTela prywatnemu funduszowi za 1,72 mld zł.

EmiTel to spółka odpowiadająca za przesył sygnału radiowo-telewizyjnego na terytorium Polski. W 2000 r. rząd Jerzego Buzka podjął decyzję o sprzedaży EmiTela wraz z TPSA francuskiej spółce państwowej France Telecom (dziś Orange). Była ona jednak wpisana na listę spółek o strategicznym znaczeniu (tj. polski rząd mógł de facto blokować decyzje Francuzów). Nic jednak nie trwa wiecznie, a szczególnie gdy w grę wchodzą niejasne działania ekipy Donalda Tuska...

18 marca 2010 r. Sejm głosami koalicji PO-PSL przegłosował ustawę o "szczególnych uprawnieniach ministra właściwego do spraw Skarbu Państwa oraz ich wykonywaniu w niektórych spółkach kapitałowych lub grupach kapitałowych prowadzących działalność w sektorach energii elektrycznej, ropy naftowej oraz paliw gazowych". Ustawa ta znosiła prawo, które status spółek o strategicznym znaczeniu przyznawało spółkom posiadającym infrastrukturę telekomunikacyjną (takim jak EmiTel). Z uwagi na powyższe Lech Kaczyński chciał ją zawetować. Nie zdążył - 10 kwietnia 2010 r. zginął pod Smoleńskiem. Dwa dni później ustawę podpisał pełniący obowiązki głowy państwa Bronisław Komorowski.

Wykreślenie EmiTela z listy spółek strategicznych miało o tyle ważne znaczenie, że Francuzi dostali "zielone światło" na jej sprzedaż innym podmiotom. Nie trzeba było długo czekać - 25 marca 2011 r. kontrolowana przez Francuzów TP SA podpisuje umowę o sprzedaży za 1,725 mld zł spółki EmiTel podmiotowi kontrolowanemu przez fundusz Montagu Private Equity. W grudniu 2013 wszystkie udziały w spółce Emitel od Montagu Private Equity przejęła amerykańska firma inwestująca w infrastrukturę – Alinda Capital Partnrs LLC.

 

Źródło: Ustawy podpisane przez Marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego wykonującego obowiązki Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej (Prezydent.pl)
Źródło: Kulisy negocjacji o EmiTel. "Dlaczego premier Buzek zmienił zdanie?" (Niezalezna.pl)

wpis z dnia 5/04/2017

    


   

     Deficyt sektora finansów publicznych za 2016 r. był najniższy od 9 lat! Hipokryzja totalnej opozycji obnażona jak na dłoni!
wpis z dnia 3/03/2017

 

Główny Urząd Statystyczny opublikował wczoraj dane na temat deficytu sektora finansów publicznych za 2016 rok. Okazało się, że był on najniższy od 2007 roku i, pomimo funkcjonowania programu 500+, wyniósł 2,4 proc. PKB. Dla porównania - w 2015 r. deficyt wyniósł 2,6 proc. PKB, w 2014 r. - 3,5 proc., w 2013 r. - 4,1 proc., a w latach 2009 - 2010 oscylował blisko 8,0 proc. PKB! Cała narracja totalnej opozycji, która twierdziła, że 500+ zdemoluje finanse publiczne kraju, w jednej chwili zawaliła się jak domek z kart... 

Totalna opozycja przez wiele miesięcy straszyła Polaków, że program 500+ zniszczy finanse publiczne naszego kraju. Przedstawiciele partii Grzegorza Schetyny i Ryszarda Petru, do spółki ze sponsorowanymi przez George'a Sorosa dziennikarzami, wieszczyli wielki wzrost deficytu w relacji do PKB już w 2016 roku. Co się okazało w rzeczywistości? - Zadaniem GUS deficyt sektora finansów publicznych za 2016 r. był najniższy od 9 lat i wyniósł jedynie 2,4 proc. PKB. Piszę "jedynie", bowiem w pamięci mam jeszcze szalone lata 2009 - 2011, kiedy ekipa Donalda Tuska bez opamiętania demolowała finanse państwa generując deficyty budżetowe sięgające 7-8 proc. PKB! 

Poniżej prezentuję szczegółowe odczyty deficytu za lata 2008 - 2016 na podstawie oficjalnych danych z Ministerstwa Finansów / GUS. Widać jak na dłoni hipokryzję przedstawicieli Platformy Obywatelskiej, którzy strasząc wysokim deficytem, jaki rzekomo miał wystąpić w 2016 r., zupełnie zapomnieli o tym, jak ta wartość kształtowała się, kiedy sami rządzili krajem:

 

2008 r. - 3,7 proc. PKB
2009 r. - 7,5 proc. PKB
2010 r. - 7,8 proc. PKB
2011 r. - 5,1 proc. PKB
2012 r. - 3,9 proc. PKB
2013 r. - 4,1 proc. PKB
2014 r. - 3,5 proc. PKB
2015 r. - 2,6 proc. PKB
2016 r. - 2,4 proc. PKB

 

Źródło: GUS: deficyt sektora finansów publicznych w 2016 r. wyniósł 2,4 proc. PKB (Stooq.pl)

wpis z dnia 3/03/2017

   


   

     Mało znany fakt: Obowiązującą konstytucję poparło w referendum zaledwie 22,6 proc. uprawnionych do głosowania!
wpis z dnia 03/04/2017

 

Obecna konstytucja została uchwalona 2 kwietnia 1997 r. przez Zgromadzenie Narodowe (zdominowane wówczas przez postkomunistów z SLD-PSL). Aby mogła wejść w życie musiała być jeszcze zatwierdzona w ogólnokrajowym referendum. Mimo, że w plebiscycie za jej przyjęciem było 53,4 proc. głosujących, to przy uwzględnieniu bardzo niskiej frekwencji (42,86 proc.), okazało się, że uchwaloną przez ZN konstytucję poparło jedynie 22,6 proc. uprawnionych do głosowania. Niska frekwencja nie przeszkodziła jednak Sądowi Najwyższemu uznać ważność referendum.

Media salonowe uwielbiają pławić się statystyką, zgodnie z którą w ostatnich wyborach parlamentarnych na PiS zagłosowało zaledwie 18 proc. uprawnionych do głosowania. Ma to być dowód na to, że partia Kaczyńskiego nie zdobyła odpowiedniego mandatu na to, by rządzić krajem. Idąc tropem tej statystyki można równie dobrze powiedzieć, że obowiązująca konstytucja, uchwalona w 1997 roku przez postkomunistów do spółki z ludowcami, też nie zdobyła odpowiedniego mandatu społecznego poparcia. Wszak w ogólnokrajowym referendum zagłosowało za jej przyjęciem zaledwie 22,6 proc. Polaków uprawnionych wówczas do głosowania!

O sprawie tej przypomniała na twitterze Aleksandra Jakubowska, która na stwierdzenie Dominiki Wielowieyskiej (redaktorki Gazety Wyborczej), że "Konstytucja, którą Zgromadzenie Narodowe uchwaliło 20 lat temu, została przyjęta w ogólnonarodowym referendum", celnie zauważyła, że: "Frekwencja wyniosła 42,8%, TAK - głosowało 53,45%, a NIE - 46,55%. Proszę policzyć, jaki % uprawnionych ją przyjął?". 

22,6 proc. uprawnionych do głosowania, którzy zagłosowali za przyjęciem uchwalonej przez Zgromadzenie Narodowe zdominowane przez postkomunistów z SLD i PSL konstytucji, nie jest rewelacyjnym wynikiem. Oznacza to bowiem, że nawet nie 1/4 społeczeństwa w bezpośrednim akcie głosowania, nie poparła tej ustawy zasadniczej.

Co ciekawe - niska frekwencja (42,86 proc.) nie przeszkodziła Sądowi Najwyższemu uznać wyniku referendum za wiążącego. Co prawda ustawa z dnia 23 kwietnia 1992 r. o trybie przygotowania i uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, stwierdzała jasno, że konstytucja zatwierdzona przez Zgromadzenie Narodowe miała być przyjęta w referendum niezależnie od frekwencji, niemniej przyjęta trzy lata później Ustawa o referendum z 29 czerwca 1995 r. stanowiła, iż referendum w sprawie istotnej dla państwa jest wiążące, gdy bierze w nim udział więcej niż połowa uprawnionych do głosowania. Pomimo zapisu z ustawy o referendum z 1995 r. o warunku koniecznym do spełnienia przesłanki ważności referendum (udział ponad 50 proc. uprawnionych do głosowania), Sąd Najwyższy uznał, że ważniejsza jest w tym przypadku ustawa z 1992 roku o trybie przygotowania i uchwalenia Konstytucji RP. Na tej podstawie stwierdził ważność referendum w/s przyjęcia konstytucji pomimo frekwencji niższej niż 50 proc.

 

Źródło: AJakubowska (twitter.com)
Źródło: Referendum w Polsce w 1997 roku (Wikipedia.org)

wpis z dnia 03/04/2017