Archiwum: Marzec 2017

 

     Szok! Rząd Platformy chciał sprywatyzować Exatela - strategiczną dla bezpieczeństwa kraju spółkę telekomunikacyjną!
wpis z dnia 31/03/2017

 

Exatel zapewnia łączność i transmisję danych polskim służbom specjalnym, armii, MSWiA, NBP, KNF, NIK, jak również wielu innym instytucjom publicznym oraz największym firmom w naszym kraju. Dodatkowo zarządza siecią transmisyjną o łącznej długości ok. 20 tys. km. Właśnie podjęto decyzję, aby spółka ta - z uwagi na swój strategiczny charakter - trafiła pod trwałą kontrolę Skarbu Państwa. Warto podkreślić, że rządzący naszym krajem nie zawsze postrzegali ją w ten sposób. W czasach PO-PSL próbowano ja bowiem sprywatyzować!

Nie można mieć co do tego żadnych wątpliwości - Exatel, ze swoją rozbudowaną infrastrukturą światłowodową oraz usługami transmisji danych świadczonymi dla największych firm oraz instytucji państwa, powinna być traktowana jako spółka strategiczna dla szeroko rozumianego bezpieczeństwa kraju. Coś co dziś wydaje się być oczywiste (rząd Szydło podjął decyzję, aby spółka ta przeszła ze struktur PGE pod trwałą kontrolę Skarbu Państwa), nie zawsze jednak takie było dla poprzedniej ekipy rządowej.

Przypomnijmy 22 marca 2011 r. prezes Polskiej Grupy Energetycznej (PGE), która wówczas była formalnym właścicielem 
Exatela, ogłosił na konferencji prasowej, że chce zakończyć transakcję sprzedaży Exatela do końca 2011 roku. Obwieścił przy tym, że ma stosowne pozwolenia Ministerstwa Skarbu Państwa, aby sprzedać spółkę w bardziej liberalny (jeśli chodzi o procedury) sposób. Potwierdzenie tych słów przyszło wkrótce ze strony ówczesnego Ministerstwa Skarbu. Wiceminister tego resortu - Zdzisław Gawlik - odpowiadając w Sejmie na pytania posłów zaniepokojonych planami sprzedaży tej spółki stwierdził z rozbrajającą szczerością, iż spółka tylko dlatego nie została jeszcze sprzedana, bowiem PGE (formalny właściciel Exatela) nie otrzymała satysfakcjonującej oferty cenowej. 

Ustalenia i negocjacje z podmiotami prywatnymi trwały, ale - na nasze szczęście - nie przynosiły one konkretnych rezultatów. Ostatecznie pomysł prywatyzacji tej spółki upadł. W 2015 r. doszło do zmiany władzy, a jednocześnie pojawiła się nowa koncepcja wobec Exatela - przejęcia na własność przez Skarb Państwa. Ostatecznie PGE sprzedała za 368,5 mln zł akcje Exatela Skarbowi Państwa. – "Podpisanie tej umowy otwiera nowy rozdział w historii Exatela. Ten krok przybliża państwo do odbudowy własnych kompetencji telekomunikacyjnych i stworzenia Narodowego Operatora Sieci Strategicznych. To także krok w stronę zapewnienia cybersuwerenności naszego kraju" – ocenił Nikodem Bończa-Tomaszewski, prezes Exatela.

Pod tym względem dobrze się stało, że PO zostało odsunięte od władzy. Kto wie - może dzisiaj Exatel byłby już kontrolowany przez francuski Orange lub niemiecki T-Mobile?

 

Źródło: Exatel przechodzi w ręce Skarbu Państwa (DoRzeczy.pl)
Źródło: Handel bezpieczeństwem - Eksperci: Wstrzymać sprzedaż! (Skarbowcy.pl)
Źródło: Sprzedaż kluczowej dla bezpieczeństwa państwa spółki Exatel to kwestia odpowiedniej ceny (Marucha.wordpress.com)

wpis z dnia 31/03/2017
     


     
     Francja przeznaczy 4,5 mld euro (!) na ratowanie jednego, trwale nierentownego przedsiębiorstwa. To nie polskie stocznie, więc Unia nie widzi problemu
wpis z dnia 30/03/2017

 

Brukselscy urzędnicy właśnie wyrazili zgodę na udzielenie przez francuski rząd pomocy publicznej dla państwowego koncernu energetycznego Areva w wysokości 4,5 mld euro. Problem w tym, że przedsiębiorstwo to jest trwale nierentowne i od 7 lat przynosi straty. Jej całkowite zadłużenie przekracza już kwotę 13 mld euro. Mimo tak fatalnych danych francuski rząd podjął decyzję o skierowaniu gigantycznej pomocy publicznej na ratowanie tej spółki, a Unia Europejska to klepnęła. Można? Jak widać - można. Wystarczy nie być polskimi stoczniami. 

Areva to kontrolowany przez francuskie państwo koncern z branży energetyki jądrowej, którego działalność obejmuje produkcję reaktorów, jak również wydobycie, przeróbkę, wzbogacanie i transport uranu oraz przetwarzanie wykorzystanego paliwa do reaktorów. Problem z tą spółką jest taki, że od 7 lat przynosi ona straty, jest trwale nierentowna. Jej całkowite zadłużenie jest gigantyczne i wynosi obecnie 13 mld euro. 

Rząd w Paryżu nie chcąc dopuścić do upadku Arevy (zatrudnia ok. 70 tys. pracowników) podjął decyzję o wypłaceniu z z francuskiego budżetu kwoty 4,5 mld euro (równowartość ok. 19 mld zł). Dodatkowo koncern ten ma otrzymać 3,5 mld pożyczki na poprawę płynności finansowej. 

Unijni urzędnicy nie widzą problemu - właśnie dali "zielone światło" na realizację państwowego programu pomocowego dla Arevy. Jestem ciekawy, czy taka samą zgodę uzuskałby rząd w Warszawie, gdyby to polskie koncerny energetyczne popadły w poważne problemy finansowe? Czy gdyby PGE (porównywalna spółka do francuskiej Arevy) zgłosił się do rządu po 19 mld zł, to czy Bruksela również nie widziałaby przeszkód dla uruchomienia tego rodzaju publicznej pomocy?

W kontekście powyższego przypomniała mi się inna historia pomocy publicznej, co do której Bruksela nie widziała problemu. W ubiegłym roku francuski rząd, bez przetargu i z naruszeniem unijnych przepisów o zamówieniach publicznych, zamówił 15 pociągów TGV o wartości 630 mln euro. Wszystko po to, by ratować przed likwidacją fabrykę pociągów Alstoma w miejscowości Belfort na wschodzie Francji. Konia z rzędem dla tego, kto odgadnie czym dokładnie różniła się ta pomoc od np. pomocy polskiego rządu dla stoczni w Gdańsku i Szczecinie?

 

Źródło: Francuska pomoc publiczna nie przeszkadza Brukseli (ObserwatorFinansowy.pl)
Źródło: Francja: rząd ma zamówić pociągi TGV dla ratowania ich wytwórni (Bankier.pl)

wpis z dnia 30/03/2017

    


   

     Rachunki za prąd są wysokie? Będą jeszcze wyższe. Wszystko przez kolejną (ósmą) opłatę doliczaną do rachunku
wpis z dnia 29/03/2017

 

Przeglądając otrzymywaną fakturę za zużycie prądu można się załamać: Opłata abonamentowa, opłata sieciowa stała, opłata sieciowa zmienna całodobowa, opłata jakościowa, opłata OZE, opłata handlowa i opłata przejściowa. Niestety wiele wskazuje na to, że już niebawem dojdzie nam kolejna. W zaciszu rządowych gabinetów szykowana jest bowiem ustawa o nowej opłacie doliczanej do rachunków za prąd. Jej koszt ma wynieść od 33 do 50 zł w skali roku. Płacić mają wszyscy, bez wyjątku, czyli ponad 14 milionów odbiorców.

Nominalne ceny prądu sprzedawanego polskim gospodarstwom domowym są niskie (w porównaniu do cen obowiązujących na Zachodzie Europy). Według danych Eurostatu za 2015 rok średnia cena 1kW/h w naszym kraju kosztowała 0,142 euro. Dla porównania na Wyspach Brytyjskich cena 1kW/h kształtowała się na poziomie 0,218 euro, natomiast w Niemczech za 1kW/h trzeba było płacić 0,295 euro. 

Problem pojawia się, gdy uwzględnimy parytet siły nabywczej pieniądza. Okazuje się, że statystyczny Polak zarabiający w 2015 roku przeciętną pensję mógł za nią kupić dwukrotnie mniej prądu niż statystyczny Niemiec czy Brytyjczyk. I to pomimo znacznie wyższych nominalnie cen energii elektrycznej, jakie tam obowiązują.

Niestety, wiele wskazuje na to, że ta niezbyt korzystna dla Polaków statystyka niebawem jeszcze się pogorszy. Rząd przygotował już bowiem nową ustawę wdrażającą w życie kolejną opłatę, która ma być doliczana do płaconych przez nas rachunków za energię elektryczną. Koszt tej opłaty według wstępnych szacunków ma wynieść od ok. 3 do 4 zł miesięcznie. W skali roku opłata będzie stanowiła kwotę od 33 do 50 zł (chociaż według organizacji ekologicznych koszta tej opłaty będą kilkukrotnie wyższe i mogą wynieść nawet kilkaset złotych w skali roku). Płacić mają wszyscy, bez wyjątku. To oznacza, że będzie ona doliczana do ok. 14,5 mln wystawianych w Polsce rachunków za prąd.

 

Źródło: Rząd PiS szykuje nowy parapodatek w kwocie kilkaset złotych rocznie (Wyborcza.pl)
Źródło: Ceny prądu i gazu w UE. Polska wśród najtańszych krajów (Money.pl)

wpis z dnia 29/03/2017

   


   

     Niemcy chcą wydobywać węgiel i spalać go w swoich elektrowniach. Merkel właśnie wysyła niemieckich ekologów na drzewo (albo do Polski)
wpis z dnia 28/03/2017

 

Wbrew uprawianej na Zachodzie propagandzie, to Niemcy są wciąż największym trucicielem w Europie. Nasz sąsiad zużywa najwięcej na świecie węgla brunatnego (do opalania swoich elektrowni) oraz jest drugim co do wielkości konsumentem węgla kamiennego w UE. W najbliższym czasie nic się pod tym względem nie zmieni. Kanclerz Niemiec Angela Merkel właśnie skrytykowała postulat szybkiej rezygnacji ze spalania węgla w niemieckich elektrowniach. Do 2035 r. wszystko ma pozostać "po staremu", a ekolodzy mają szukać roboty w innych krajach Europy.

Przypomnijmy oficjalne statystyki - zgodnie z ubiegłorocznym raportem Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) Niemcy są niekwestionowanym liderem emisji CO2 w Unii Europejskiej. W skali roku posyłają ze swoich kominów do atmosfery aż 723,3 mln ton CO2 (Polska - 279 mln ton). W przeliczeniu per capita, czyli na "głowę" jednego mieszkańca, daje to wynik 9,04 tony/os. (w Polsce - 7,15 tony/os.). W 2015 roku Niemcy były największym na świecie konsumentem węgla brunatnego (173,7 mln ton) oraz drugim w UE konsumentem węgla kamiennego (72 mln ton). 

Po co naszym zachodnim sąsiadom takie ilości węgla? Odpowiedź jest prosta - Niemcy posiadają na swoim terytorium mnóstwo elektrowni opalanych tym surowcem. Co więcej - sporo z nich należy do czołówki największych europejskich "trucicieli". Aż cztery z nich (Neurath, Niederaußem, Weisweiler oraz Janschwalde) wchodzą w skład listy TOP-5 największych emitentów CO2 w UE.

W kontekście powyższego nie powinna nas dziwić postawa Angeli Merkel, która widząc coraz większe koszty produkcji "zielonej energii", jednoznacznie skrytykowała postulat szybkiej rezygnacji ze spalania węgla w niemieckich elektrowniach. Do 2035 roku absolutnie nic w tej kwestii nie ma się zmienić. Tym samym kanclerz naszego zachodniego sąsiada wysłała wszystkich ekologów na przysłowiowe drzewo.

Nie wykluczone, że wypowiedzenie się niemieckiej kanclerz po stronie węgla spowoduje, że niemieccy ekolodzy zaczną szukać pracy w innych krajach Europy, np. w Polsce? Wcale bym się nie zdziwił, gdyby taki scenariusz się zrealizował...

 

Źródło: Merkel w obronie energetyki węglowej w Niemczech (Osw.waw.pl)
Źródło: CO2 Emissions from fuel combustion (IEA.org)

wpis z dnia 28/03/2017

    


   

     KOD/PO znowu kłamią w/s Polski. To we Włoszech (46%), Austrii (33%) i Francji (29%), jest największe poparcie dla partii chcących opuścić UE
wpis z dnia 27/03/2017

 

Przedstawiciele KOD/PO demonstrowali w weekend domagając się pozostania Polski w strukturach UE. Problem polega na tym, że nikt Polski z Unii wyciągać nie chce. Wbrew sugestiom sympatyków Kijowskiego i Schetyny - PiS chce reformy europejskiej wspólnoty, a nie opuszczenia jej struktur. Tak samo pozostałe partie, które są dziś w Sejmie. Jeśli sprawdzić, gdzie partie polityczne, które chcą opuścić UE cieszą się największym poparciem, to okazuje się, że są to Włochy (46%), Austria (33%) oraz Francja (29%). Polska w tym zestawieniu w ogóle nie jest brana pod uwagę.

Ciekawą infografikę opublikował wczoraj na swoim twitterze Jacek Saryusz-Wolski. Przedstawia ona skumulowane poparcie społeczne dla anty-unijnych partii politycznych w poszczególnych państwach Europy. Okazuje się, że - wbrew temu co twierdzi KOD/PO - największą sympatią takie ugrupowania cieszą się na zachodzie Europy, a nie w Polsce.

 

 

Wygląda więc na to, że narracja KOD/PO, jakoby Polska pod wodzą PiS chciała opuścić struktury europejskiej wspólnoty, jest kolejnym kłamstwem, którego celem jest ugranie jakiegoś politycznego interesu. To nie Polska ma bowiem problem z UE. Jeśli już to UE ma problem z Polską, ale to nie jest powód, aby sądzić, że ktokolwiek chce z UE wychodzić. 

Źródło: Twitter.com

wpis z dnia 27/03/2017

    


  

     Ok. 5 rano, 24 III 1944 r. w Markowej, Niemcy mordują Józefa Ulmę, jego żonę Wiktorię (była w 9 miesiącu ciąży) oraz ich szóstkę dzieci. Za to, że byli dobrymi ludźmi...
wpis z dnia 24/03/2017

 

Zbrodnia dokonana przez Niemców na rodzinie Ulmów jest symbolem męczeństwa Polaków mordowanych za niesienie pomocy Żydom w czasie II wojny światowej. Wiktorię i Józefa Ulmów zabito na oczach ich dzieci. Wiktora w trakcie egzekucji zaczęła rodzić (była w zaawansowanej ciąży). Po zamordowaniu rodziców przeprowadzono rzeź ich szóstki dzieci. Najmłodsze z nich miało zaledwie 1,5 roku! Niemiec Eilert Dieken - dowódca komando, które dokonało mordu na rodzinie Ulmów - dożył spokojnie w RFN do lat 60-tych. Umarł śmiercią naturalną jako... policyjny emeryt.

Ulmowie zostali zamordowani bo ukrywali przed Niemcami w swoim gospodarstwie 8 Żydów. Do tej makabrycznej zbrodni może by nie doszło, gdyby nie Włodzimierz Leś - Polak "gorszego sortu". W czasie niemieckiej okupacji był on posterunkowym granatowej policji (współpracowała z Niemcami) w Łańcucie. To on doniósł swoim przełożonym o tym, że Ulmowie ukrywają Żydów. 

Na ranem, 24 marca 1944 r., do gospodarstwa Ulmów w Markowej wkracza niemieckie komando. Wyciągają przed dom Józefa Ulmę, jego żonę Wiktorię, która była w 9-tym miesiącu ciąży, ich szóstkę dzieci oraz ośmioro Żydów, których ukrywali. Sekwencja wydarzeń jest następująca: jako pierwszy ginie Józef Ulma. Zostaje zamordowany na oczach swojej rodziny. Wiktorii odchodzą wody. Zaczyna rodzić. Zostaje zastrzelona jako druga. Niemcy nie mają dosyć. Zabijają po kolei ich szóstkę dzieci. Najmłodsze z nich miało zaledwie 1,5 roku! Na końcu mordowani są Żydzi. Mord został "uwieńczony" zorganizowaną przez Niemców na miejscu libacją alkoholową...

AK nie miała litości dla Polaków "gorszego sortu". W kilka miesięcy po masakrze Ulmów Włodzimierz Leś został zastrzelony z wyroku polskiego podziemia. Niestety, podobnego losu nie podzielił porucznik Eilert Dieken - dowódca niemieckiego komando, które dokonało na Ulmach i ukrywających się u nich Żydach, egzekucji. Po wojnie, jakby nigdy nic, został on inspektorem policji w Essen na terenie RFN. W latach 60. niemieckie władze zaczęły węszyć w sprawie zbrodni popełnionych przez niego podczas służby w okupowanej Polsce. Zanim jednak Diekenowi postawiono jakiekolwiek zarzuty zdążył sobie spokojnie umrzeć z przyczyn naturalnych będąc już na policyjnej emeryturze.

wpis z dnia 24/03/2017

   


   

     W Niemczech cała prasa należy do Niemców. We Francji TV i radio nadające w języku francuskim muszą być kontrolowane przez francuski kapitał. A w Polsce?
wpis z dnia 23/03/2017

 

Rynek prasy codziennej w Niemczech jest w całości opanowany przez 10 wydawców niemieckich. We Francji obowiązuje ustawa z 1 sierpnia 1986 roku, która zabrania cudzoziemcom (traktowanym jako osoby fizyczne i prawne) posiadać więcej niż 20 proc. kapitału w spółce posiadającej licencję do nadawania sygnału radiowego lub telewizyjnego w języku francuskim. Na Zachodzie dobrze rozumieją, że media to zbyt ważny obszar, zbyt silnie oddziałujący na poglądy i decyzje obywateli, aby wpływ na niego oddawać podmiotom z zagranicy.

Nie powinniśmy mieć nic przeciwko czerpaniu pełnymi garściami dobrych wzorców z Zachodu. Takim dobrym wzorcem jest w mojej opinii ustawowe ograniczanie dostępu do rynku medialnego podmiotom z zagranicy. Idealny przykład dają nam Francja i Niemcy.

U naszego zachodniego sąsiada nie ma co prawda jednolitej regulacji w skali kraju, która ograniczałaby dostęp do rynku medialnego podmiotom z zagranicy, jednak umowy między władzami poszczególnych landów skutecznie zapobiegają zdominowaniu rynku przez jakiekolwiek przedsiębiorstwo medialne. Za Odrą nie możliwa byłaby zatem sytuacja, do której doszło w Polsce, gdzie zagraniczny (tj. niemiecki) kapitał niemal całkowicie zdominował rynek codziennej prasy lokalnej. 

Z kolei we Francji obowiązuje ustawa z 1 sierpnia 1986 roku, która zabrania cudzoziemcom (traktowanym jako osoby fizyczne i prawne) posiadać więcej niż 20 proc. kapitału w spółce posiadającej licencję do nadawania sygnału radiowego lub telewizyjnego w języku francuskim. Nad Sekwaną nie możliwa byłaby zatem sytuacja, do której doszło w Polsce, gdzie zagraniczny (tj. obecnie amerykański lub niemiecki) kapitał jest właścicielem telewizji TVN, Radia RMFFM czy też Radia ZET.

Dodatkowo we Francji przedsiębiorstwa prasowe wydające ogólnokrajowe dzienniki również muszą być kontrolowane przez rodzimy kapitał. To oznacza, że niemożliwa byłaby sytuacja do której doszło w Polsce, gdzie dziennik Fakt jest wydawany przed podmiot, którego właścicielem jest niemiecka spółka medialna.

Po co te wszystkie obostrzenia? Dlaczego zagraniczny podmiot nie przejmie we Francji ogólnokrajowej telewizji czy radia, a w Niemczech będzie miał gigantyczne problemy by wejść na tamtejszy rynek? Odpowiedź jest prosta. Na Zachodzie dobrze bowiem rozumieją, że media to zbyt ważny obszar, zbyt silnie oddziałujący na poglądy i decyzje obywateli, aby wpływ na niego oddawać innym (obcym). Nie mam nic przeciwko, aby ten wzór powielić również na naszym podwórku.

 

Źródło: Rynki we Francji i Niemczech należą do lokalnych koncernów medialnych (WirtualneMedia.pl)

wpis z dnia 23/03/2017

   


  

     Pożycz bankowi 100 zł, a po roku dostaniesz 101. Gdy jednak bank pożyczy 100 zł tobie, po roku musisz mu oddać 130!
wpis z dnia 22/03/2017

 

Działające na terytorium Polski banki przez ostatnie 10 lat zarobiły ponad 120 miliardów złotych na czysto. Udało im się to osiągnąć, mimo spadających z roku na rok stóp procentowych. Gdzie zatem tkwi tajemnica ich sukcesu? Otóż banki nieustannie podnoszą nam różnego rodzaju opłaty i prowizje. Efekt tego jest taki, że rzeczywisty koszt kredytu jest naszym kraju wyraźnie wyższy niż na zachodzie Europy, a Polacy muszą płacić instytucjom finansowym znacznie więcej niż obywatele innych państw należących do UE.

Porównując tzw. rzeczywiste roczne stopy oprocentowania kredytów bankowych (RRSO - czyli całkowity koszt kredytu ponoszony przez konsumenta rozumiany przez odsetki, prowizje i opłaty, wyrażony jako wartość procentowa całkowitej kwoty kredytu w stosunku rocznym), jakie obowiązują w różnych krajach Unii Europejskiej można dojść do wniosku, że Polacy dla banków, to zdecydowanie jakiś "gorszy sort" klienta. Jeszcze pod koniec 2013 roku Europejski Bank Centralny szacował, że przeciętne RRSO kredytu konsumpcyjnego w Polsce wynosiło aż 20,18 proc., kiedy w krajach strefy euro wynosiło ono zaledwie 7,04 proc. Obecnie przeciętne RRSO w Polsce spadło do około 16 proc., ale nadal są banki gdzie przekracza ono 30 proc. To oznacza, że za każde pożyczone na rok czasu 100 zł musimy do banku oddać 130 zł. Dla porównania - przeciętne oprocentowanie rachunków depozytowych nie przekracza 1 proc., tak więc kiedy my chcemy pożyczyć bankowi 100 zł (lokując pieniądze na rachunku bankowym), to po roku możemy odebrać najwyżej 101 zł. 

Właśnie dzięki dodatkowym opłatom i prowizjom okołokredytowym, które istotnie podbijają współczynnik RRSO, banki wciąż drenują niemiłosiernie kieszenie swoich klientów-kredytobiorców. W ubiegłym roku zyski sektora bankowego przekroczyły 13,9 mld zł, i to mimo funkcjonowania tzw. podatku bankowego. W ciągu ostatnich 10 lat banki zarobiły na czysto ponad 120 mld zł. Naprawdę spora część owoców naszego wzrostu gospodarczego jest zatrzymywana w bankach. Polacy mogliby być zamożniejszym narodem, gdyby nie zwykła chciwość instytucji finansowych...

Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż jeszcze do niedawna zdecydowana większość banków działających na terytorium Polski była kontrolowana przez zagraniczny kapitał. Wnioski, jakie wyłoniły się z analizy sporządzonej w 2014 roku przez ekspertów Biura Analiz Sejmowych były jednoznaczne: - "Zagraniczne banki traktują Polskę jako idealne miejsce na maksymalizację swoich zysków i rekompensowanie niższych dochodów z tytułu obsługi klientów w macierzystym kraju UE".

Jakby tego było mało - w 2017 roku działające na terytorium Polski banki szykują dla swoich klientów kolejną falę podwyżek, by jeszcze bardziej zwiększyć swoje zyski. Niektóre z nich będą wprowadzały zupełnie kuriozalne opłaty, takie jak prowizje za możliwość skorzystania z własnego bankomatu. Taką opłatę wprowadził dla swoich klientów od 1 lutego kontrolowany przez niemiecki kapitał mBank.  

Wygląda więc na to, że chciwość bankierów nie zna granic. Z biegiem czasu będziemy musieli stawić czoła kolejnym opłatom i prowizjom. Only sky is the limit...

 

Źródło: Banki nakładają na Polaków wyższe koszty niż na Zachodzie (Forsal.pl)
Źródło: Festiwal podwyżek opłat w bankach: za bankomaty, przelewy, wpłaty, wypłaty (PolskieRadio.pl)

wpis z dnia 22/03/2017

    


  

     Niemcy wpadli w histerię, kiedy próbowano przejąć jedną z ich gazet. Sami jednak zdążyli objąć kontrolą 75 proc. rynku prasy w Polsce
wpis z dnia 21/03/2017

 

Kiedy w 2005 roku zagraniczny kapitał przejmował dziennik "Berliner Zeitung", w Niemczech wybuchła histeria. Protestowali dosłownie wszyscy - dziennikarze, politycy, elity intelektualne, ludzie kultury i sztuki. Wszyscy twierdzili, że nie jest dopuszczalne, aby ktoś zza granicy wpływał na poglądy niemieckiej opinii publicznej. Pojawiły się nawet argumenty, że przejęcie niemieckiej gazety przez zagraniczny kapitał może zagrozić wolności słowa i suwerenności dziennikarskiej. Tymczasem sami zdążyli przejąć w Polsce aż 75 proc. rynku prasy. 

"Berliner Zeitung" to centrolewicowy dziennik założony w Berlinie w 1945 roku. Jest jedyną wschodnioniemiecką gazetą wydawaną w całych Niemczech. W 2005 roku, kiedy amerykańsko-brytyjski inwestor próbował przejąć tę gazetę, w Niemczech wybuchła prawdziwa histeria. Przeciwko sprzedaży "Berliner Zeitung" protestowali dziennikarze, politycy, elity intelektualne, ludzie kultury i sztuki. Wszyscy twierdzili, że nie jest dopuszczalne, aby ktoś zza granicy wpływał na poglądy niemieckiej opinii publicznej. Pojawiły się nawet argumenty, że pierwsze w historii przejęcie niemieckiej gazety przez zagraniczny kapitał może zagrozić... wolności słowa i suwerenności dziennikarskiej! 

Ostatecznie amerykańsko-brytyjski inwestor wycofał się z transakcji odsprzedając przejęte, dopiero co, udziały w "Berliner Zeitung" niemieckiemu wydawnictwu DuMont Schauberg z siedzibą w Kolonii. 

Dlaczego warto przypomnieć tę historię. Ano dlatego, że coś, co było niedopuszczalne u naszych zachodnich sąsiadów (aby ktoś zza granicy wpływał na poglądy niemieckiej opinii publicznej), stało się możliwe w Polsce. Zgodnie z informacjami opublikowanymi przez Instytut Jagielloński, niemiecki kapitał w 2014 roku był właścicielem aż 133 tytułów prasowych, które miały aż 75 proc. udziału w polskim rynku prasy! Co jednak najistotniejsze - niemiecka prasa w Polsce prezentowała i cały czas prezentuje głównie niemiecki punkt widzenia. Jeśli ktoś w Polsce jest niewygodny dla interesów politycznych Berlina, nie będzie miał łatwego życia z polskojęzycznymi mediami kontrolowanymi przez niemiecki kapitał...

 

Źródło: Chcieli być jak Bauer w Polsce i założyli gazetę w Niemczech. Szybko zrobiono z nimi porządek (NaTemat.pl)
Źródło: Czy musimy repolonizować media? Analiza zagranicznego kapitału w Polsce (Jagiellonski24.pl)

wpis z dnia 21/03/2017

   


   

     Gigantyczna luka w CIT! Zagraniczne firmy masowo oszukują nasz kraj unikając płacenia podatków od osiąganych dochodów!
wpis z dnia 20/03/2017

 

Skala unikania przez zagraniczne firmy podatku dochodowego od osób prawnych (CIT) jest gigantyczna. Międzynarodowe korporacje wykorzystują w Polsce około 600 schematów ukrywania swoich dochodów przed opodatkowaniem. Efekt jest taki, że straty naszego kraju spowodowane tymi działaniami sięgnęły w 2015 roku ok. 9,87 mld euro! Dla uzmysłowienia - kwota ta jest 400 razy większa od sumy zebranej w tegorocznym finale WOŚP lub stanowi równowartość wszystkich wypłat jakie będą dokonane w ramach programu 500+ przez okres ponad 2 lat!

Wpływy podatkowe z tytułu podatku dochodowego od osób prawnych (CIT) z roku na rok są coraz mniejsze w relacji do osiąganego przez Polskę produktu krajowego brutto. Jeszcze w 2007 r. sięgały one 2,7 proc. PKB. W ubiegłym roku spadły do poziomu zaledwie 1,78 proc. PKB. Co jest tego powodem? Odpowiedź jest prosta - chciwość międzynarodowych korporacji, które nie chcą płacić podatków z tytułu osiąganych w naszym kraju dochodów.

Ocenia się, że istnieje około 600 sposobów unikania opodatkowania. Ich cechą wspólną jest generowanie przez zagraniczne korporacje działające na terytorium Polski różnego rodzaju sztucznych "kosztów działalności", które istotnie ograniczają dochód do opodatkowania CIT-em. Dobrym przykładem takiego "kosztu" jest stosowanie wszelkiego rodzaju opłat licencyjnych wobec spółek-córek w Polsce za możliwość wykorzystania loga, marki czy tzw. know-how zagranicznej spółki-matki. Międzynarodowe korporacje osiągają w tym przypadku dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze - działająca na terytorium Polski spółka kontrolowana przez zagraniczny kapitał wcale nie musi osiągać zysków, aby dywidendą zasilać konta swoich właścicieli. Wystarczy, że za możliwość wykorzystywania w materiałach reklamowych kwadraciku z takim, czy innym kolorem firma-córka w Polsce zapłaci z góry firmie-matce w Paryżu, Londynie czy Berlinie np. 200 mln zł. Po drugie - "koszt" takiej opłaty obniża dochód do opodatkowania. Dzięki takim działaniom firmy osiągające gigantyczne przychody mogą nie płacić w ogóle podatku dochodowego!

Prof. Dominik Gajewski ze Szkoły Głównej Handlowej szacuje, że w 2015 roku straty naszego kraju z tytułu unikania opodatkowania przez międzynarodowe korporacje sięgnęły 9,87 mld euro. W przeliczeniu na PLN to równowartość ok. 42 mld zł. By uświadomić sobie skalę problemu warto wiedzieć, że aby zebrać takową sumę Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy musiałaby zorganizować ponad 400 finałów takich, jak w tym roku (kiedy uzbierano 105,5 mln zł). Roczna luka CIT stanowi również odpowiednik kosztu funkcjonowania programu 500+ przez ponad dwa pełne lata!

 

Źródło: Ponad 40 mld zł luki w podatku CIT (Rp.pl)

Źródło: Jak korporacje unikają podatków? (OKWroclaw2018.org)

wpis z dnia 20/03/2017

   


  

     Dlaczego rząd Tuska utajnił instrukcje dla Pawlaka w/s negocjacji z Gazpromem? Specjalnie w tym celu zmienili ustawę!
wpis z dnia 17/03/2017

 

Przypomnijmy - od marca 2009 r. zespół negocjatorów Waldemara Pawlaka ustalał z przedstawicielami Gazpromu warunki cenowe nowej, długoterminowej umowy na dostawy gazu do Polski. Negocjacje zakończyły się w październiku 2010 r. podpisaniem skrajnie niekorzystnej dla Polski umowy. Nie wszyscy wiedzą, że rząd Tuska podjął wówczas decyzję, aby utajnić przed opinią publiczną instrukcje negocjacyjne jakie zatwierdzał i podsyłał Pawlakowi. W tym celu PO zmieniło nawet przepisy ustawy o ochronie informacji niejawnych! Czy były premier z wicepremierem czegoś się obawiali?

W ostatnich dniach za sprawą decyzji Komisji Europejskiej, aby nie karać rosyjskiego Gazpromu za nielegalne wyzyskiwanie krajów Europy Środkowo-Wschodniej, powróciła kwestia podpisanej w 2010 r. przez polskie władze umowy na dostawy gazu z Rosji. Negocjacje na temat jej treści rozpoczęły się w marcu 2009 roku. Polskiej grupie negocjacyjnej przewodził ówczesny minister gospodarki Waldemar Pawlak. Donald Tusk podsyłał Pawlakowi tzw. instrukcje negocjacyjne, w których wyznaczał wytyczne na temat stanowiska strony polskiej oraz margines do ustępstw wobec Gazpromu. Negocjacje zakończyły się w październiku 2010 roku podpisaniem bardzo niekorzystnego dla Polski wieloletniego kontraktu na dostawy gazu z Rosji, który skutkował narzuceniem gigantycznego haraczu wobec Gazpromu (ustalono, że cena sprzedawanego Polsce gazu będzie o około 40 proc. wyższa od ceny rynkowej).

Co istotne - w 2010 roku instrukcje Tuska do gazowych negocjacji z Rosją rząd uznał za tajemnicę służbową opatrzoną klauzulą "zastrzeżone". Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami dostęp do dokumentów z taką klauzulą był zastrzeżony jedynie przez przez dwa lata. W między czasie posłowie PO-PSL zmienili jednak prawo (nowelizacja ustawy o ochronie informacji niejawnych z 2011 roku). Wprowadzono wówczas regułę, zgodnie z którą dostęp do tego typu dokumentów "decyzją kierownika jednostki organizacyjnej" może być zastrzeżony na czas nieokreślony. Rząd Tuska skrzętnie to wykorzystał i utajnił instrukcje negocjacyjne na czas nieokreślony. 

Powstaje pytanie - czego obawiali się Donald Tusk z Waldemarem Pawlakiem, że podjęli decyzję o utajnieniu instrukcji negocjacyjnych? Dlaczego o ich treści nie mogli się dowiedzieć wyborcy/podatnicy, którzy decyzjami ówczesnej elity rządowej zostali skazani na płacenie znacznie wyższych rachunków za gaz, a polska gospodarka musiała z tego tytułu ponosić dodatkowe, liczone w miliardach złotych koszta?

 

Źródło: Pawlak podpisał umowę z Rosją, ale utajniono... instrukcje (Gazeta.pl)
Źródło: Dlaczego Ministerstwo Gospodarki nie chce odtajnic dokumentów nt. umowy gazowej z Rosją? (BiznesAlert.pl)

wpis z dnia 17/03/2017

    


   

     PO z celebrytami szerzą histerię, bo wycięto 1,5 mln drzew. Kiedy rządzili w Polsce wycięto ich ok. 120 mln i nikt nie panikował
wpis z dnia 16/03/2017

 

Indolencja celebrytów i hipokryzja członków Platformy Obywatelskiej nie znają granic. - "W lasach trwa piekło" krzyczy ze swojego profilu facebookowego znana prezenterka telewizji TVN. - "Brońmy lasy!" - wtórują jej politycy od Grzegorza Schetyny, twierdząc, że "Polska jest w trocinach", bo w ostatnich miesiącach wycięto 1,5 mln drzew. Może ktoś im powinien przypomnieć, że w latach kiedy rządzili w Polsce wycięto ok. 120 mln drzew, a na Lasy Państwowe nałożono ustawę zmuszającą je specjalnym podatkiem do prowadzenia jeszcze większej wycinki?

Uprzedzając krytyków potwierdzam, że marny to argument, kiedy szukając usprawiedliwienia dla działań jednej opcji politycznej twierdzi się, że drudzy robili tak samo. Wbrew pozorom poniższy tekst nie idzie w tym kierunku, ale po kolei.

Po pierwsze należy zwrócić uwagę, że w ciągu roku w Polsce dokonywano - jak do tej pory - wycinki drzew na poziomie 30-35 mln metrów sześciennych. Zakładając, że jedno 20 metrowe drzewo o średnicy przy podstawie 40 cm (im wyżej, tym średnica mniejsza) daje 2 metry sześcienne drewna, można łatwo wyliczyć, że w skali roku znikało z naszych lasów między 15 a 17,5 mln drzew.

Równie łatwo można wyliczyć, że w latach kiedy rządziła Platforma Obywatelska z polskich lasów wycięto minimum ok. 120 mln drzew. Wynik poraża? Uwzględniając histerię jaka zapanowała wśród celebrytów i polityków PO - musi. Nic jednak bardziej mylnego. Okazuje się bowiem, że wycinka na poziomie 15 - 17,5 mln dojrzałych drzew rocznie i tak nie powoduje sytuacji, w której lasów w Polsce zaczyna ubywać. Leśnicy potwierdzają, że wycinają jedynie do 70 proc. tego, czego w tym samym czasie zdążą nasadzić. Bilans musi być na plus, co z resztą ma odzwierciedlenie w oficjalnych statystykach zalesienia polskiego terytorium. W stanie na 31 grudnia 2013 r. obszary leśne zajmowały 9177,2 tys. hektarów, co stanowiło 29,4 proc. powierzchni kraju. Obecnie zbliżamy się do 30,0 proc. zalesienia kraju, co jest zgodne z Narodowym Programem Zwiększania Lesistości (cel 30 proc. ma być osiągnięty w 2020 r.; w 2050 r. lesistość ma osiągnąć 33 proc. terytorium kraju). 

Uwzględniając powyższe należy zauważyć, że 1,5 mln drzew, o jakich mówią politycy Platformy Obywatelskiej, to zaledwie drobny ułamek z tego, co wycięto w czasach kiedy sami rządzili krajem. Twierdzenia, że "Polska jest w trocinach", a "w lasach trwa piekło" jest w tym kontekście zwykłym semantycznym nadużyciem, by nie powiedzieć ordynarnym kłamstwem. Hasła te mają służyć tylko i wyłącznie bieżącej walce politycznej, a ich skuteczność będzie tym większa, im wiedza ich odbiorców na temat wycinki lasów w Polsce będzie mniejsza.

Warto również zauważyć, że to za czasów PO i Bronisława Komorowskiego została przyjęta ustawa nakładająca na Lasy Państwowe 2 proc. podatek od przychodów (a nie dochodów), która de facto zmuszała to przedsiębiorstwo do maksymalizacji założeń w zakresie tzw. gospodarki leśnej (aby nie popaść w straty spowodowane wysokim podatkiem od przychodu, Lasy muszą wycinać więcej drzewa na sprzedaż). Jeśli już zatem coś realnie miało wpłynąć na trwały wzrost ilość wyciętych drzew w skali kraju, to była to ustawa wprowadzająca 2 procentowy podatek od przychodów Lasów Państwowych, niż obrzydzona już z każdej strony Lex Szyszko...

wpis z dnia 16/03/2017

   


  

     Absurdy unijnych funduszy: Polska musi wydać ponad 2 mld zł na remont torów kolejowych, które remontu nie potrzebują!
wpis z dnia 15/03/2017

 

Czas przejazdu pociągiem (ekspres InterCity) między Warszawą a Poznaniem wynosi dziś ok. 2 godz. 30 min. PKP Polskie Linie Kolejowe chce w czerwcu ruszyć z planowanym remontem i modernizacją linii kolejowej łączącej oba miasta. Pójdzie na ten cel 2,2 mld zł. Spora część pieniędzy ma pochodzić ze środków UE. Problem w tym, że po remoncie czas przejazdu skróci się zaledwie o... 5 min. (!), a sama linia kolejowa remontu nie wymaga, bowiem zużycie jej torów i trakcji wynosi zaledwie 30-40 proc.!

Ostatnia modernizacja linii kolejowej nr 3 (fragment magistrali E20) zakończyła się w 2007 roku. W jej efekcie pociągi kursujące na odcinku Warszawa - Poznań mogły zacząć się poruszać z prędkością do 160 km/h, a czas przejazdu między stolicą kraju a stolicą Wielkopolski skrócił się do ok. 2 godz. 30 min. W ciągu 10 lat eksploatacji tej zmodernizowanej linii zużycie torów i trakcji kolejowej wyniosło 30, miejscami 40 proc. To oznacza, że torami tymi (bez konieczności gruntownego remontu) można by jeszcze jeździć przez kolejne 10 lat.

Powyższe nie ma znaczenia dla należącej do Skarbu Państwa spółki PKP Polskie Linie Kolejowe, która zarządza infrastrukturą kolejową. W czerwcu planuje ona rozpocząć remont wspomnianej linii. Pójdzie na ten cel aż 2,2 mld zł. Remont ma trwać aż do 2019 roku, co będzie się równało z istotnymi utrudnieniami w ruchu.

Ktoś może zapytać - po co remontować linię kolejową, która remontu nie wymaga? Po co wymieniać tory, po których można dziś jeździć z prędkością 160 km/h, na tory, po których będzie można jeździć z... dokładnie taką samą szybkością? Odpowiedź jest prosta - chodzi o "przerobienie" unijnych funduszy. 

Otóż absurd tej sytuacji polega na tym, że jeśli remont linii kolejowej nr 3 nie rozpocznie się w tym roku, to Polska nie będzie mogła wykorzystać z unijnego budżetu sporej części ze wspomnianych powyżej 2,2 mld zł. Innymi słowy - środki te przepadną, nie mogąc być wykorzystane na inny cel, gdyż w unijnym planie zostały przypisane Polsce jako środki do modernizacji infrastruktury kolejowej w określonym czasie. I kropka. Nie można ich wykorzystywać w inny, bardziej - w danym momencie - pożądany sposób. Stąd pomysł, aby remontować linię kolejową, która remontu nie wymaga...

 

Źródło: 2 mld zł za przyspieszenie pociągu o pięć minut? Unijny absurd na torach (Dziennik.pl)
Źródło: 2 lata kolejowych objazdów między Warszawą a Poznaniem (Rynek-Kolejowy.pl)

wpis z dnia 15/03/2017

   


  

     Europa dwóch prędkości? Nic nowego! Produkty dla krajów "V4" już od dawna są gorszej jakości od tych przeznaczanych na rynek francuski czy niemiecki
wpis z dnia 14/03/2017

 

Kilka dni temu mający u siebie 5 proc. poparcie prezydent F. Holland wraz z A. Merkel opowiedzieli się za budową "unii dwóch prędkości". Większość mediów przyjęła to z niepokojem. Podział Europy wewnątrz Europy - pytali? Otóż nic z tych rzeczy - Europa dwóch prędkości już istnieje i to od dawna! Najlepszym tego przykładem jest sprzedawanie nam (krajom "nowej UE") przez koncerny z Zachodu gorszych jakościowo produktów w cenach zachodnioeuropejskich przy pełnej akceptacji ze strony Komisji Europejskiej.

Przypomnijmy - tydzień temu w Wersalu odbyło się spotkanie przywódców Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpanii. Tematem rozmów była przyszłość UE. Politycy opowiedzieli się za budową Europy różnych prędkości, co rzekomo miałoby umożliwić niektórym krajom członkowskim szybszą integrację w wybranych dziedzinach. - "Jedność nie oznacza jednolitości, dlatego opowiadam się za tym, by zaistniały nowe formy współpracy. (...) Chodzi o to, by iść szybciej i mocniej w gronie niektórych krajów, nie wykluczając innych, ale tak, by inni nie mogli się temu przeciwstawić" - stwierdził gospodarz spotkania, prezydent Francji F. Holland.

Problem w tym, że Europa "dwóch prędkości", kreślona wypowiedziami czołowych polityków z Francji czy Niemiec, istnieje już od dawna. Wszak, jak zauważył Hollande, "jedność nie oznacza jednolitości". Dlatego część państw - poprzez swoje koncerny - współpracuje w zakresie dystrybucji w państwach "nowej Unii" gorszych jakościowo produktów i usług w cenach zachodnioeuropejskich. Powtarzając słowa prezydenta Francji - "chodzi o to, by inni nie mogli się temu przeciwstawić" - no i nie mogą. Zgłoszenia Polski, Czech, Słowacji czy Węgier w zakresie produktowego rasizmu przedstawiciele Komisji Europejskiej kwitują zdaniem, że "międzynarodowe koncerny mają prawo adaptować swoje produkty do poszczególnych rynków, a co za tym idzie - możliwe są różnice w jakości i składzie poszczególnych produktów w zależności od kraju dystrybucji".

Kraje "starej Unii" nie mają nic przeciwko trwaniu podwójnych standardów. Dla nich ewentualne przełamanie dwustopniowego systemu jakości i zmuszenie do sprzedawania identycznych jakościowo produktów markowych na terytorium całej UE w porównywalnych cenach, najzwyczajniej w świecie się nie kalkuluje. Skoro bowiem dziś mogą zarabiać więcej na sprzedaży gorszych produktów w takich krajach jak Polska, to dlaczego mieliby zarabiać mniej...?

Europa dwóch prędkości, powiadacie? Dla mnie nic nowego.

 

Źródło: Europa wielu prędkości może pogrążyć euro (Stooq.pl)
Źródło: Nutella gorzej smakuje na Węgrzech niż w Niemczech? (Euractiv.pl)
Źródło: Central Europe resents double EU food standard (Politico.eu)

wpis z dnia 14/03/2017

 


 

     Pieniądze z 500+ nie poszły na alkohol. Okazało się, że media salonowe znowu szerzyły dezinformacje wśród Polaków!
wpis z dnia 13/03/2017

 

Magdalena Środa, autorytet lewicowego establishmentu, rok temu ostrzegała, że środki z programu 500+ "będą trafiały do mężów, na ich potrzeby". Precyzując co ma na myśli stwierdziła, że "pieniądze te będą w większości przepijane". Podobne opinie wygłaszała spora część mediów salonowych. Rzeczywistość okazała się być zupełnie inna. Program 500+ przyczynił przede wszystkim do likwidacji ubóstwa wśród dzieci (spadek o -94 proc.!) i wzrostu dzietności. Spożycie alkoholu pozostało natomiast na niezmienionym poziomie. 

Oficjalne dane GUS nie potwierdzają, aby program 500+ przyczynił się do rozpicia Polaków. Począwszy II kwartału 2016 r. (od tego kwartału zaczęto wypłacać świadczenia) do polskich sklepów trafiło zaledwie 2 proc. więcej mocnych alkoholi (wódki / likiery) niż w analogicznym okresie 2015 roku (II - IV kwartał). Dostawy piwa zwiększyły się zaledwie o 1 proc., natomiast wina spadły aż o ponad 10 proc. 

Wbrew obawom sporej części mediów salonowych i lewicowego establishmentu program 500+ nie przyczynił się zatem do pijaństwa Polaków. Na co jednak 500+ miało wpływ? Jeszcze w 2015 roku dzietność Polek była na jednym z najniższych poziomów na świecie. Jedna kobieta w Polsce rodziła statystycznie 1,29 dziecka. Rok 2016 był jednak pierwszym od wielu lat, który zakończył się odbiciem negatywnego trendu. Według danych GUS na świat przyszło 385 tys. dzieci, czyli o 4 proc. więcej niż w 2015 roku (+15,4 tys.). Co jednak istotne - jeśli weźmiemy pod uwagę tylko listopad i grudzień, tj. miesiące, w których przyszły na świat dzieci poczęte na początku roku, kiedy było już wiadomo, że uruchomiony zostanie program 500+, to okaże się, że w ostatnich miesiącach ubiegłego roku urodziło się aż o około 20 proc. więcej dzieci niż w tym samym okresie 2015 roku.

To nie jedyny pozytywny aspekt wprowadzenia 500+. Raport prof. Ryszarda Szartenberga z Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu pokazuje, że po wprowadzeniu tego programu liczba dzieci żyjących w skrajnym ubóstwie zmniejszyła się z 700 tys. (11,9 proc. ogółu dzieci w wieku 0-14 lat) do zaledwie 40 tys. (ok. 0,7 proc. ogółu dzieci w wieku 0-14 lat). Zmniejszyła się także skala skrajnego ubóstwa w ogóle. Przed wprowadzeniem programu 500+ środków na egzystencję nie posiadało aż 7,5 proc. społeczeństwa. Po jego wprowadzeniu odsetek populacji Polski żyjącej w skrajnym ubóstwie zmniejszył się do zaledwie 3,9 proc.

Powstaje pytanie - dlaczego lewicowy establishment i salonowe media tak bardzo straszyły programem 500+? Czy obawiały się one pozytywnych zmian w demografii i likwidacji ubóstwa wśród dzieci?

 

Źródło: Polacy mieli przepić 500 plus. Nie sprawdziło się (Forsal.pl)
Źródło: Pokolenie 500+? Program działa, są dowody (GazetaPrawna.pl)
Źródło: 500+ wyciąga z ubóstwa setki tysięcy Polaków. To koniec z biedą w Polsce? (Money.pl) 

wpis z dnia 13/03/2017

   


  

     Wczorajsza katastrofa rządu musi się zakończyć dymisją Waszczykowskiego. Inaczej straty będą jeszcze większe
wpis z dnia 10/03/2017

 

Rząd poniósł wczoraj bardzo dotkliwą porażkę, która da mnóstwo wiatru w żagle całej totalnej opozycji, Wyborczej oraz TVN-owi. Otoczenie Beaty Szydło (Waszczykowski) przelicytowało grubo powyżej wagi kart, które miało w ręku. Straty wizerunkowe, które automatycznie przełożą się na sondaże i znaczny spadek społecznego poparcia, będą miały znaczenie, kiedy rząd PiS zacznie realizować kolejną wielką reformę (np. sądownictwa). Jej nie da się przeprowadzić mają poparcie tylko "betonu". 

Jedno jest pewne - totalna opozycja, która do tej pory była raczej bezradna wobec rządu PiS, nagle dostała gigantyczny prezent w postaci wczorajszej akcji wokół wyboru Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej. Szantaż, że zerwie się szczyt unieważniając wszystkie jego postanowienia, mimo iż 27 państw było innego zdania, mógł być w języku dyplomatycznym odczytany jako szaleńcza szarża z zamkniętymi oczami, która musiała się zakończyć bolesnym upadkiem. Próba odwrócenia narracji ("Mamy premier, która działa dzielnie"), była skazana na porażkę. 

W takich okolicznościach rządowi powinno zależeć na szybkim wyciągnięciu wniosków. Niestety informacje o tym, że Beata Szydło nie uznaje konkluzji szczytu mogą tyko pogłębić, i tak już bardzo dotkliwą, klęskę. 

Kto za to odpowiada? W mojej ocenie minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. To on wymyślił koncepcję szantażu. To on zaczął o tym rozpowiadać w mediach. Wystawienie Jacka Saryusz-Wolskiego - jako kontrkandydata dla Donalda Tuska - było przemyślanym, dobrym posunięciem. Ale na tym powinno się poprzestać. Tusk i tak zostałby wybrany. Pójście na totalną konfrontację przeciwko 27 państwom UE, grożąc że zerwie się szczyt nie podpisując konkluzji, to jakaś paranoja. Za to właśnie Waszczykowski powinien czym prędzej być wyrzucony z MSZ. Tak się nie robi polityki międzynarodowej.

wpis z dnia 10/03/2017

   


  

     PiS sam się zakiwał w/s wyboru szefa RE. Straszenie zerwaniem szczytu ma sens, gdy zagrożony jest jakiś żywotny interes. Nie, gdy chodzi o niechęć do Tuska
wpis z dnia 9/03/2017

 

Wszystko wskazuje na to, że początkowo dobrze się zapowiadająca zagrywka z wystawieniem Jacka Saryusz-Wolskiego, jako polskiego kandydata na stanowisko szefa Rady Europejskiej w opozycji do Donalda Tuska (jako kandydata Niemiec), właśnie się roztrzaskała o chore ambicje niektórych polityków PiS. Straszenie wetem (zerwaniem szczytu) ma sens, gdy zagrożony jest jakiś żywotny interes naszego kraju. Nie, gdy chodzi o niechęć do Tuska. PiS znowu traci wśród umiarkowanych, do których trafi o wiele skuteczniejsza w tym wypadku narracja opozycji.

Zagrywka z Saryusz-Wolskim początkowo wyglądała na polityczny majstersztyk. Wystawienie tego wytrawnego, doświadczonego i przede wszystkim kompetentnego polityka, jako kandydata na szefa Rady Europejskiej, miało postawić w bardzo niewygodnej pozycji Donalda Tuska, który w tym kontekście jawił się jako kandydat Niemiec (ewentualnie - brukselskiego establishmentu). Niezależnie od tego czy Saryusz-Wolski zostałby wybrany, czy nie - rząd PiS wizerunkowo odniósłby zwycięstwo. No ale pojawił się minister Waszczykowski, który zasugerował, że w przypadku nieuwzględnienia polskiego zdania w/s przełożenia głosowania nad wyborem szefa RE, Polska może zerwać cały szczyt, a tym samym doprowadzić do sytuacji, że wszystkie postanowienia na nim podjęte będą nieważne. 

W rząd PiS uderzyła gigantyczna wręcz fala krytyki. Z pozycji wygranego (niezależnie od rzeczywistego wyniku głosowania w/s szefa RE), nagle polski rząd stał się tym, który generuje zupełnie niepotrzebną awanturę. Fakt jest taki, że straszenie wetem/zerwaniem szczytu ma sens, gdy zagrożony jest jakiś żywotny interes naszego kraju. Nie, gdy chodzi o niechęć do Tuska. Do umiarkowanego elektoratu trafi narracja promowana przez np. Marka Migalskiego (dawny PiS, europoseł, dziś publicysta i wykładowca), który na twitterze napisał: "Ktoś zapowiada, że na uroczystej kolacji zrobi kupę na stole. I cieszy się, że jest szanowany, bo inni z nim negocjują, by tego nie robił".

Powstaje pytanie - po co rządowi PiS była akcja ze straszeniem, iż zerwie szczyt? Czy kolejna wtopa Waszczykowskiego nie jest wystarczającym powodem do jego dymisji?

 

Źródło: Waszczykowski: Możemy zerwać szczyt (Gosc.pl)

wpis z dnia 9/03/2017

   


  

     ZNP chce strajkować, bo twierdzi, że szkoły będą likwidowane. W latach 2008-2014 z mapy Polski zniknęło 1146 szkół. Wówczas o strajku nie było mowy
wpis z dnia 9/03/2017

 

Zarząd Związku Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) ogłosił, że 31 marca dojdzie do strajku nauczycieli (nie wiedzieć czemu nazywając go  "strajkiem szkolnym"). Powód? - Zdaniem prezesa ZNP Sławomira Broniarza zapowiadana przez rząd reforma szkolnictwa może doprowadzić do likwidacji części szkół, a w konsekwencji spowoduje zwolnienia wśród nauczycieli. Powstaje pytanie - dlaczego ZNP nie chciał organizować strajku wcześniej? Wszak w latach 2008-2014 likwidacji uległo aż 1146 szkół! 

Prezes ZNP Sławomir Broniarz, który pierwotnie był przeciwnikiem wprowadzania gimnazjów (swego czasu organizował manifestacje uliczne, zebrał 230 tys. podpisów przeciwko, a nawet przez chwilę okupował budynek MEN), właśnie ogłosił, że 31 marca dojdzie do ogólnopolskiego strajku nauczycieli. Oficjalnym powodem ogłoszenia strajku ma być zapowiadana przez rząd reforma szkolnictwa (wchłonięcie gimnazjów przez szkoły podstawowe i średnie), czyli powrót do sytuacji sprzed reformy, przeciwko której Broniarz w 1999 roku tak intensywnie protestował.

W kontekście sporu o gimnazja warto przypomnieć o tym, co działo się w latach 2008 - 2014. Zgodnie z danymi, do których udało mi się dotrzeć w latach 2008 - 2011 z polskiego krajobrazu zniknęło 595 szkół (podstawowych, gimnazjów i średnich). W latach 2012 - 2014 ilość likwidowanych placówek oświatowych przyspieszyła. W ciągu trzech lata zamknięto łącznie 551 szkół. Razem, w latach 2008 - 2014, zlikwidowano aż 1146 szkół. I nie było to efektem reformy systemu oświaty. Szkoły były likwidowane, gdyż rząd zmniejszał dofinansowanie i najzwyczajniej w świecie nie było pieniędzy na ich utrzymanie. Niejako "przy okazji" pracę straciło wówczas kilkanaście tysięcy nauczycieli.

Co jednak ciekawe - mimo, iż szkoły były w tym okresie masowo likwidowane ZNP nie nosił się z pomysłem ogłoszenia generalnego "strajku nauczycieli". Pracę straciło wówczas sporo nauczycieli, ale Broniarz nie bardzo kwapił się do strajkowania. Powstaje zasadne pytanie - czy protest ZNP nie jest przypadkiem inspirowany politycznie? Czy prezes Broniarz nakazałby nauczycielom skupionym w ZNP strajkować, gdyby reformę oświaty przeprowadzała Platforma Obywatelska?

 

Źródło: Strajk nauczycieli 31 marca. Pójdą do szkół, ale nie będą pracować (Wyborcza.pl)
Źródło: Szkoły - akcja likwidacja (Wyborcza.pl)
Źródło: Ile naprawdę zamknięto szkół w Polsce (Ibe.edu.pl)
Źródło: Szkoła według SIO: o 7 tys. mniej nauczycieli, 349 zlikwidowanych szkół, spadająca liczba uczniów (Wip.pl)

wpis z dnia 9/03/2017

   


  

     Jest powód do protestów na 8 marca: Polska jako pierwszy kraj w OECD osiągnie zrównanie płac kobiet i mężczyzn
wpis z dnia 8/03/2017

 

Zgodnie z raportem "Women in Work Index 2017" przygotowanym przez PriceWaterhouseCoopers, Polska będzie prawdopodobnie pierwszym krajem wśród państw skupionych w OECD (rozwinięte gospodarki świata), gdzie zarobki kobiet zrównają się z zarobkami mężczyzn. Jeśli nasz kraj utrzyma dotychczasowe tempo równania zarobków obu płci wykonujących taką samą pracę, to stan ten zostanie osiągnięty już ok. 2021 r. Najgorzej pod tym względem wypadają Niemcy. Tam niwelowanie dyskryminacji kobiet w zakresie osiąganych zarobków będzie trwało jeszcze 300 lat...

Raport "Women in Work Index 2017" przygotowany przez firmę doradczą PriceWaterhouseCoopers (PwC) analizuje sytuację kobiet na rynku pracy w 33 krajach OECD pod takimi względami jak poziom bezrobocia, stopa zatrudnienia w pełnym wymiarze godzin czy różnice w zarobkach w porównaniu z mężczyznami zajmującymi takie same stanowiska. Okazuje się, że nasz kraj w najnowszej edycji rankingu awansował o 3 pozycje i znalazł się na 9. miejscu spośród wszystkich 33 państw skupionych w OECD (najbardzej rozwinięte gospodarki świata). Wyprzedzają nas tylko Islandia, Szwecja, Norwegia, Nowa Zelandia, Słowenia, Dania, Luksemburg i Finlandia. W porównaniu z ostatnim odczytem udało nam się bezpośrednio przeskoczyć nad Szwajcarię, Kanadę i Belgię.

Jak możemy przeczytać w raporcie PwC - awans Polski jest przede wszystkim związany z obniżającym się wśród kobiet bezrobociem oraz jedną z najmniejszych różnic pomiędzy wynagrodzeniami kobiet i mężczyzn. Wskaźnik tzw. pay gap w naszym kraju wynosi obecnie 7 proc. Mniejszym mogą pochwalić się jedynie Nowa Zelandia i Słowenia. Co jednak istotne - z analizy PwC wynika, że jeśli obecny pozytywny trend równania zarobków utrzyma się na tym samym poziomie, to różnicę w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn w Polsce zajmujących takie same stanowiska uda się zniwelować do 2021 r. – najszybciej spośród wszystkich wszystkich państw biorących udział w badaniu!

Co ciekawe - szacowany średni czas zrównania zarobków policzony dla całego OECD wynosi 95 lat (w Polsce - 5 lat). Najgorzej pod tym względem wypadają Niemcy - jeśli tempo równania płac utrzyma się na takim samym jak obecnie poziomie, to nasi zachodzi sąsiedzi będą potrzebowali jeszcze 300 lat, aby płace kobiet zrównały się z wynagrodzeniami mężczyzn zajmujących dokładnie takie same stanowiska i wykonujących taką samą pracę.

 

Źródło: Rynek pracy coraz przyjaźniejszy dla kobiet. Awans Polski w rankingu PwC Women in Work Index (pwc.pl)

wpis z dnia 8/03/2017

   


   

     Tusk na miesiąc przed ucieczką z Polski (2014): "Po raz 153. odpowiadam, że nie wybieram się do Brukseli". Ale to Saryusz-Wolski ma być teraz "kłamcą i hipokrytą"
wpis z dnia 7/03/2017

 

- "Od wczesnej zimy odpowiadam już po raz 153. na to pytanie. Powiedziałem, że nie wybieram się do Brukseli i to podtrzymuję. W Polsce będę skuteczniejszy" - twierdził Donald Tusk pod koniec lipca 2014 r. Nieco ponad miesiąc później pakował się na stołek do Brukseli. Kłamca i hipokryta? A jakby inaczej! Środowisko związane z PO nie widziało w tym jednak żadnego problemu. Problem widzą za to teraz, kiedy posiadający znacznie większe kompetencje Saryusz-Wolski został oficjalnym kandydatem Polski na stanowisko szefa Rady Europejskiej.

Prawda jest taka, że Niemcy przez kilka lat hodowali sobie Donalda Tuska poprzez wręczane mu medale, honory, wyróżnienia i poklepywanie po plecach. Kiedy już go odpowiednio urobili, to wstawili na eksponowane europejskie stanowisko, mimo braku znajomości angielskiego czy francuskiego. Ważne jednak, że znał niemiecki, dzięki czemu mógł przyjmować bezpośrednie instrukcje z Berlina. Zrobili to mimo, iż sam Tusk był początkowo niechętny wobec zajęcia eksponowanego miejsca w Brukseli. - "Od wczesnej zimy odpowiadam już po raz 153. na to pytanie. Powiedziałem, że nie wybieram się do Brukseli i to podtrzymuję. W Polsce będę skuteczniejszy" - twierdził na nieco ponad miesiąc przed przeprowadzką na unijne salony. 

Co ciekawe - na szefa Rady Europejskiej typowana była wówczas premier Danii Helle Thorning-Schmidt. Dlaczego zatem stanowisko to przypadło Tuskowi? Bloger Stanislas Balcerac wysnół pewien domysł: "Można zrozumieć Angelę Merkel, że jako królowa Europy nie chciała ona być przyćmiona na posiedzeniach Rady Europejskiej przez atrakcyjną i popularną księżniczkę Thorning-Schmidt. A z Tuskiem takiego ryzyka nie ma, wręcz przeciwnie, zgięty pokornie do pasa i całujący Merkel po rękach parobek Tusk jest chodzącym dowodem na to, że europejski front wschodni Berlina jest pod kontrolą."

Mając na uwadze powyższe należy jednoznacznie podkreślić - wstawienie Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej nie było żadnym sukcesem Polski. To był sukces Niemiec, bo to był ich człowiek. Mieli go w swojej kieszeni. Kolejne lata pokazały, że w kwestii kreowania narracji unijno-europejskich działał tak, jak chciał Berlin i brukselski establishment.

 

Źródło: Tusk: Nie wybieram się do Brukseli (Wprost.pl)
Źródło: Gdański sokół maltański (Monsieurb.neon24.pl)
Źródło: Przemysław Wenerski (twitter.com)

wpis z dnia 7/03/2017

    


  

     Nie było LexSzyszko, a mimo to w Warszawie w 6 lat wycięto 147 tys. drzew! Gdzie była wówczas Platforma Obywatelska z TVN?
wpis z dnia 6/03/2017

 

Od kiedy nowe prawo usunęło bariery administracyjno - biurokratyczne dla wycinki drzewa z prywatnej działki, kwestia ta dla wielu polityków totalnej opozycji oraz mediów salonowych stała się niezwykle palącym problemem. Co ciekawe - przed wprowadzeniem Lex Szyszko drzewa też były wycinane na masową skalę (w samej tylko Warszawie w latach 2009 - 2014 wycięto 147 tys. drzew), ale wówczas Platforma z innymi mediami salonowymi nie robiła z tego powodu politycznej burzy. Co się zatem zmieniło?

Oficjalne dane na temat wycinki drzew mówią, że w latach 2009 - 2014 z powierzchni Warszawy znikło 147 tys. drzew (mimo, że funkcjonowały restrykcyjne przepisy nakazujące uzyskanie zgody na każdorazową wycinkę). To tak, jakby wykarczować mniej więcej 16 parków łazienkowskich. I co? I nic! Mimo, że dane te były publicznie dostępne nikt nie robił z tego politycznej burzy. A już na pewno nikt z Platformy Obywatelskiej, która teraz grzmi, bo zaczęła funkcjonować ustawa umożliwiająca ludziom wycinkę drzew z ich prywatnych działek bez konieczności uzyskania zgody aparatu administracyjno-biurokratycznego. 

Skoro w czasach kiedy nie było Lex Szyszko drzewa i tak były wycinane na masową skalę (przykład Warszawy z lat 2009 - 2014) i nikt nie robił z tego politycznego problemu, to co się takiego stało, że nagle wycinka drzew z prywatnych działek stała się tak kontrowersyjna? Tym bardziej, że złożono już do sejmu nowelizację ustawy o ochronie przyrody, która będzie umożliwiała sprawdzanie czy osoba, która podjęła decyzję o wycince drzew na własnej działce, nie zrobiła tego w celu prowadzenia działalności gospodarczej. Ponadto działka, na której dokonano wycinki drzewa w trybie ustawy lex Szyszko, nie będzie mogła przez pięć lat być przeznaczona do prowadzenia działalności gospodarczej.

Konfrontując dane z lat ubiegłych możemy wysnuć wniosek, że obecnie mamy do czynienia tylko i wyłącznie z polityczną burzą. Opozycja i media salonowe nie przejmowały się wycinanymi drzewami wcześniej. Temat "rzezi drzew" pojawił się nagle, bo ustawa upraszczająca biurokrację związaną z wycinką drzewa na prywatnej działce jest autorstwa PiS. Podejrzewam, że gdyby taką ustawę przyjęła PO, to prawdopodobnie tematu - traktowanego w kategoriach problemu - w ogóle by nie było w przestrzeni publicznej. 

 

Źródło: Obezwładniające: w Warszawie w 6 lat wycięto aż 150 tys. drzew (Wyborcza.pl)

wpis z dnia 6/03/2017

   


   

     Kto chciał zniszczyć polskie KGHM? Jeszcze w 2011 r. spółka nie miała żadnych kredytów. Na koniec 2015 r. zobowiązania przekroczyły 6,55 mld zł!
wpis z dnia 3/03/2017

 

Czy decyzja o przejęciu kanadyjskiej spółki Quadra FNX wraz ze złożami Sierra Gorda w Chile miała zniszczyć polskiego championa od środka? Przypomnijmy - na koniec 2011 r. KGHM był w doskonałej kondycji finansowej. Spółka nie posiadała żadnych kredytów i pożyczek. Po przejęciu Quadra FNX w 2012 r. KGHM, aby przetrwać, musi zacząć zaciągać długi. W ciągu 4 kolejnych lat zobowiązania polskiego giganta urastają do 6,55 mld zł! Pytanie - gdzie było ABW, które powinno zabezpieczyć spółkę Skarbu Państwa przed przejęciem kanadyjskiego "konia trojańskiego"?

W treści raportu rocznego KGHM za 2011 rok czytamy, że spółka nie korzystała z zewnętrznych źródeł finansowania w formie kredytów bankowych i na dzień 31.12.2011 r. nie posiadała finansowania w postaci pożyczek. Co się zatem stało, że zadłużenie polskiego giganta miedziowego w ciągu kilku kolejnych lat zwiększyło się do równowartości 6,55 mld zł? Kluczowy wydaje się być rok 2012 i decyzja o zakupie kanadyjskiej spółki Quadra FNX...

Tuż po przejęciu przez KGHM kanadyjskiej Quadry, spółka Sierra Gorda SCM (która jest kontrolowana przez Quadrę, czyli de facto wchodzi w skład Grupy KGHM) podpisała z kilkoma japońskimi bankami umowę kredytu na kwotę 1 mld USD. Inwestycja w kanadyjską Quadrę szybko okazała się być nietrafiona. Kopalnia Sierra Gorda miała wydobywać 120 tys. ton miedzi i 50 mln funtów molibdenu rocznie. Niestety ilość wydobywanego surowca okazała się być znacznie mniejsza. Efekt? Nakłady inwestycyjne w chilijską kopalnie zmusiły KGHM do zawarcia w lipcu 2014 r. umowy niezabezpieczonego odnawialnego kredytu konsorcjalnego w kwocie 2,5 mld USD! Kurs akcji KGHM na warszawskiej giełdzie zaczyna lecieć na łeb na szyję, a na koniec 2015 r. suma zobowiązań spółki w przeliczeniu na złotówki przekroczyła równowartość 6,55 mld zł.

Powstaje pytanie - gdzie była Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która ma obowiązek osłaniać wywiadowczo duże inwestycje strategicznych spółek Skarbu Państwa? Zgodnie z ustaleniami portalu Kulisy24.com - przy prawidłowym przeprowadzeniu badań i wycenie, zakup kanadyjskiej Quadry z jej złożami i zastałą infrastrukturą przez KGHM powinien być zatrzymany przez wewnętrzne mechanizmy spółki lub wrocławską ABW, która otacza KGHM, jako spółkę o strategicznym znaczeniu dla państwa - specjalną opieką. Tak się jednak nie stało. Pytanie - dlaczego? Czy komuś zależało, aby polski champion wtopił w przejęcie Quadry? Czy w grę nie wchodziło przypadkiem pogorszenie wyników polskiej spółki i liczenie na znaczący spadek akcji na giełdzie, tak by można było przejąć kontrolę nad KGHM od Skarbu Państwa poprzez wykup akcji od mniejszościowych udziałowców za pośrednictwem giełdy?

 

Źródło: Dojenie KGHM (Kulisy24.com)
Źródło: KGHM miał 2,79 mld zł jednostkowej i 5,01 mld zł skonsolidowanej straty netto w '15 (Bankier.pl)

wpis z dnia 3/03/2017

   


  

     W 12 lat wytransferowali z Polski ponad 622 mld zł! A Friedman ostrzegał: "Zagranicznym inwestorom nie dawać żadnych przywilejów!"
wpis z dnia 2/03/2017

 

Milton Friedman (noblista, guru wolnorynkowej ekonomii) już w 1990 roku ostrzegał Polaków: "Pamiętajcie jedno: zagraniczni inwestorzy nie będą inwestować w Polsce po to, by pomóc Polsce, lecz po to, by pomóc sobie. Oni powinni działać wg takich samych reguł gry, jakie obowiązują Polaków. Nie należy im dawać żadnych przywilejów, ulg czy zwolnień podatkowych". No ale do władzy doszli Lewandowski z Tuskiem, powyprzedawano co się dało, potworzono specjalne strefy ekonomiczne i w efekcie uruchomiono drenaż kapitału na niespotykaną dotąd skalę...

Z raportu organizacji Global Financial Integrity (GFI) za lata 2004 - 2013 wynika, że Polska była liderem w UE jeśli chodzi o drenaż środków finansowych przez zagraniczne podmioty. Analiza oficjalnych statystyk NBP na temat bilansu płatniczego Polski zdaje się potwierdzać wyniki raportu GFI. W latach 2004-2015 zagraniczne koncerny, rządy czy instytucje unijne wytransferowały poza granice naszego kraju równowartość ponad 622 miliardów zł!

Tak gigantyczny drenaż kapitału był możliwy dlatego, że wdrożono w życie program gospodarczy "konserwatywnych-liberałów" z Lewandowski, Bieleckim, Tuskiem i Balcerowiczem na czele. To w pierwszych latach istnienia III RP zrealizowano uznawaną dziś za rabunkową tzw. powszechną prywatyzację. To wówczas stworzono specjalne strefy ekonomiczne. To w latach 90-tych XX wieku rozpoczęto bezmyślną prywatyzację sektora bankowego. 

Wszystko to działo się mimo, iż w 1990 roku Milton Friedman (noblista, guru wolnorynkowej ekonomii) wyraźnie ostrzegał polityczne elity naszego kraju: "Pamiętajcie jedno: zagraniczni inwestorzy nie będą inwestować w Polsce po to, by pomóc Polsce, lecz po to, by pomóc sobie. Cudzoziemcy powinni mieć pełną swobodę inwestowania w Polsce, ale tylko wtedy, gdy będzie to w interesie Polski. Można to zrobić poprzez stworzenie cudzoziemcom takich samych reguł gry, jakie obowiązują Polaków, nie należy dawać im żadnych specjalnych przywilejów, ulg czy zwolnień podatkowych".

Niestety, nikt ostrzeżeniami Friedmana się nie przejął. Efekt jest taki, że w latach 2004-2015 wydrenowano z Polski równowartość ponad 622 miliardów złotych...

wpis z dnia 2/03/2017

   


  

     Porwana, zgwałcona i trwale oślepiona dziewczyna ma dostać 200 tys. odszkodowania. Morderca, który siedział w zbyt małej celi - 264 tys. Polska. Wymiar sprawiedliwości
wpis z dnia 1/03/2017

 

Szeroko rozumiane poczucie sprawiedliwości powinno być celem każdego dobrze funkcjonującego systemu sądowniczego. Niestety nie wiem czy zestawiając ze sobą ostatnie głośne wyroki w/s porwanej, zgwałconej i trwale oślepionej dziewczyny oraz gangstera-mordercy, który siedział w zbyt dusznej celi, będziemy w stanie to potwierdzić. W pierwszym przypadku bowiem dziewczyna będzie mogła liczyć na 200 tys. zł odszkodowania (o ile jej kat będzie wypłacalny). W drugim - gangster otrzyma od Skarbu Państwa 264 tys. zł...

Czymże jest sprawiedliwość? To przede wszystkim poczucie, że państwo - mające uprawnienie do stosowania nakazów i zakazów pod rygorem sankcji - wykorzystuje swoje twarde przywileje, by dobro wynagrodzić, a zło ukarać. Mam poważne wątpliwości, czy wymiar sprawiedliwości III RP, jako trzeci filar władzy państwowej, dla którego sprawiedliwość winna być najważniejsza, zawsze gwarantuje nam osiągnięcie tego stanu. Szczególnie, gdy zestawi się ze sobą różne wyroki w sprawach, gdzie wspólnym mianownikiem miała być właśnie wspomniana sprawiedliwość.

Kilka tygodni temu Sąd Okręgowy w Warszawie przyznał Ryszardowi Boguckiemu aż 264 tys. zł zadośćuczynienia za areszt w/s zabójstwa gen. Marka Papały. Bogucki usłyszał w tej sprawie zarzuty w 2003 roku. 10 lat później został uniewinniony. Co jednak istotne - w areszcie (a potem w więzieniu) przebywał już jednak od 2001 roku, kiedy to zatrzymano go za zabójstwo innej osoby. Po oczyszczeniu z zarzutów w/s Papały, Bogucki zaczął się sądzić z państwem polskim o gigantyczne odszkodowanie za niesłuszny - jego zdaniem - areszt, w którym i tak by siedział za wcześniejsze zabójstwo. Efekt tej batalii był taki, że sąd przyznał mu ostatecznie od Skarbu Państwa 264 tys. zł zadośćuczynienia. Po upływie 25 lat wyroku za zabójstwo z 2001 roku, Bogucki będzie mógł dzięki tym pieniądzom zacząć nowe życie.

O wiele mniej szczęścia miała 23-letnia kobieta. Jej oprawca ją porwał, zgwałcił i trwale oślepił, by nigdy nie mogła go rozpoznać. Sąd przyznał jej 200 tys. zł odszkodowania. Pieniądze te otrzyma o ile jej oprawca będzie wypłacalny. Zakładając, że najbliższe 20 lat spędzi on w więzieniu, jest to mało prawdopodobne. 

Powyższe dwie historie pokazują, iż zło zostało ukarane (przestępcy trafili za kratki na wieloletnie odsiadki). Mam jednak poważne wątpliwości czy pewne 264 tys. zł zadośćuczynienia od Skarbu Państwa dla gangstera-mordercy w zestawieniu z niepewnymi 200 tys. zł dla ofiary zwyrodnialca, który porwał, zgwałcił i oślepił, daje nam poczucie, iż sprawiedliwości stało się zadość...

 

Źródło: 264 tys. dla Boguckiego za niesłuszny areszt ws. zabójstwa Papały (Newsweek.pl)
Źródło: Więził, gwałcił, oślepił 23-letnią kobietę. Jest wyrok (tvn24.pl)

wpis z dnia 1/03/2017