Archiwum: Marzec 2017

 

     Pieniądze z 500+ nie poszły na alkohol. Okazało się, że media salonowe znowu szerzyły dezinformacje wśród Polaków!
wpis z dnia 13/03/2017

 

Magdalena Środa, autorytet lewicowego establishmentu, rok temu ostrzegała, że środki z programu 500+ "będą trafiały do mężów, na ich potrzeby". Precyzując co ma na myśli stwierdziła, że "pieniądze te będą w większości przepijane". Podobne opinie wygłaszała spora część mediów salonowych. Rzeczywistość okazała się być zupełnie inna. Program 500+ przyczynił przede wszystkim do likwidacji ubóstwa wśród dzieci (spadek o -94 proc.!) i wzrostu dzietności. Spożycie alkoholu pozostało natomiast na niezmienionym poziomie. 

Oficjalne dane GUS nie potwierdzają, aby program 500+ przyczynił się do rozpicia Polaków. Począwszy II kwartału 2016 r. (od tego kwartału zaczęto wypłacać świadczenia) do polskich sklepów trafiło zaledwie 2 proc. więcej mocnych alkoholi (wódki / likiery) niż w analogicznym okresie 2015 roku (II - IV kwartał). Dostawy piwa zwiększyły się zaledwie o 1 proc., natomiast wina spadły aż o ponad 10 proc. 

Wbrew obawom sporej części mediów salonowych i lewicowego establishmentu program 500+ nie przyczynił się zatem do pijaństwa Polaków. Na co jednak 500+ miało wpływ? Jeszcze w 2015 roku dzietność Polek była na jednym z najniższych poziomów na świecie. Jedna kobieta w Polsce rodziła statystycznie 1,29 dziecka. Rok 2016 był jednak pierwszym od wielu lat, który zakończył się odbiciem negatywnego trendu. Według danych GUS na świat przyszło 385 tys. dzieci, czyli o 4 proc. więcej niż w 2015 roku (+15,4 tys.). Co jednak istotne - jeśli weźmiemy pod uwagę tylko listopad i grudzień, tj. miesiące, w których przyszły na świat dzieci poczęte na początku roku, kiedy było już wiadomo, że uruchomiony zostanie program 500+, to okaże się, że w ostatnich miesiącach ubiegłego roku urodziło się aż o około 20 proc. więcej dzieci niż w tym samym okresie 2015 roku.

To nie jedyny pozytywny aspekt wprowadzenia 500+. Raport prof. Ryszarda Szartenberga z Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu pokazuje, że po wprowadzeniu tego programu liczba dzieci żyjących w skrajnym ubóstwie zmniejszyła się z 700 tys. (11,9 proc. ogółu dzieci w wieku 0-14 lat) do zaledwie 40 tys. (ok. 0,7 proc. ogółu dzieci w wieku 0-14 lat). Zmniejszyła się także skala skrajnego ubóstwa w ogóle. Przed wprowadzeniem programu 500+ środków na egzystencję nie posiadało aż 7,5 proc. społeczeństwa. Po jego wprowadzeniu odsetek populacji Polski żyjącej w skrajnym ubóstwie zmniejszył się do zaledwie 3,9 proc.

Powstaje pytanie - dlaczego lewicowy establishment i salonowe media tak bardzo straszyły programem 500+? Czy obawiały się one pozytywnych zmian w demografii i likwidacji ubóstwa wśród dzieci?

 

Źródło: Polacy mieli przepić 500 plus. Nie sprawdziło się (Forsal.pl)
Źródło: Pokolenie 500+? Program działa, są dowody (GazetaPrawna.pl)
Źródło: 500+ wyciąga z ubóstwa setki tysięcy Polaków. To koniec z biedą w Polsce? (Money.pl) 

wpis z dnia 13/03/2017

   


  

     Wczorajsza katastrofa rządu musi się zakończyć dymisją Waszczykowskiego. Inaczej straty będą jeszcze większe
wpis z dnia 10/03/2017

 

Rząd poniósł wczoraj bardzo dotkliwą porażkę, która da mnóstwo wiatru w żagle całej totalnej opozycji, Wyborczej oraz TVN-owi. Otoczenie Beaty Szydło (Waszczykowski) przelicytowało grubo powyżej wagi kart, które miało w ręku. Straty wizerunkowe, które automatycznie przełożą się na sondaże i znaczny spadek społecznego poparcia, będą miały znaczenie, kiedy rząd PiS zacznie realizować kolejną wielką reformę (np. sądownictwa). Jej nie da się przeprowadzić mają poparcie tylko "betonu". 

Jedno jest pewne - totalna opozycja, która do tej pory była raczej bezradna wobec rządu PiS, nagle dostała gigantyczny prezent w postaci wczorajszej akcji wokół wyboru Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej. Szantaż, że zerwie się szczyt unieważniając wszystkie jego postanowienia, mimo iż 27 państw było innego zdania, mógł być w języku dyplomatycznym odczytany jako szaleńcza szarża z zamkniętymi oczami, która musiała się zakończyć bolesnym upadkiem. Próba odwrócenia narracji ("Mamy premier, która działa dzielnie"), była skazana na porażkę. 

W takich okolicznościach rządowi powinno zależeć na szybkim wyciągnięciu wniosków. Niestety informacje o tym, że Beata Szydło nie uznaje konkluzji szczytu mogą tyko pogłębić, i tak już bardzo dotkliwą, klęskę. 

Kto za to odpowiada? W mojej ocenie minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. To on wymyślił koncepcję szantażu. To on zaczął o tym rozpowiadać w mediach. Wystawienie Jacka Saryusz-Wolskiego - jako kontrkandydata dla Donalda Tuska - było przemyślanym, dobrym posunięciem. Ale na tym powinno się poprzestać. Tusk i tak zostałby wybrany. Pójście na totalną konfrontację przeciwko 27 państwom UE, grożąc że zerwie się szczyt nie podpisując konkluzji, to jakaś paranoja. Za to właśnie Waszczykowski powinien czym prędzej być wyrzucony z MSZ. Tak się nie robi polityki międzynarodowej.

wpis z dnia 10/03/2017

   


  

     PiS sam się zakiwał w/s wyboru szefa RE. Straszenie zerwaniem szczytu ma sens, gdy zagrożony jest jakiś żywotny interes. Nie, gdy chodzi o niechęć do Tuska
wpis z dnia 9/03/2017

 

Wszystko wskazuje na to, że początkowo dobrze się zapowiadająca zagrywka z wystawieniem Jacka Saryusz-Wolskiego, jako polskiego kandydata na stanowisko szefa Rady Europejskiej w opozycji do Donalda Tuska (jako kandydata Niemiec), właśnie się roztrzaskała o chore ambicje niektórych polityków PiS. Straszenie wetem (zerwaniem szczytu) ma sens, gdy zagrożony jest jakiś żywotny interes naszego kraju. Nie, gdy chodzi o niechęć do Tuska. PiS znowu traci wśród umiarkowanych, do których trafi o wiele skuteczniejsza w tym wypadku narracja opozycji.

Zagrywka z Saryusz-Wolskim początkowo wyglądała na polityczny majstersztyk. Wystawienie tego wytrawnego, doświadczonego i przede wszystkim kompetentnego polityka, jako kandydata na szefa Rady Europejskiej, miało postawić w bardzo niewygodnej pozycji Donalda Tuska, który w tym kontekście jawił się jako kandydat Niemiec (ewentualnie - brukselskiego establishmentu). Niezależnie od tego czy Saryusz-Wolski zostałby wybrany, czy nie - rząd PiS wizerunkowo odniósłby zwycięstwo. No ale pojawił się minister Waszczykowski, który zasugerował, że w przypadku nieuwzględnienia polskiego zdania w/s przełożenia głosowania nad wyborem szefa RE, Polska może zerwać cały szczyt, a tym samym doprowadzić do sytuacji, że wszystkie postanowienia na nim podjęte będą nieważne. 

W rząd PiS uderzyła gigantyczna wręcz fala krytyki. Z pozycji wygranego (niezależnie od rzeczywistego wyniku głosowania w/s szefa RE), nagle polski rząd stał się tym, który generuje zupełnie niepotrzebną awanturę. Fakt jest taki, że straszenie wetem/zerwaniem szczytu ma sens, gdy zagrożony jest jakiś żywotny interes naszego kraju. Nie, gdy chodzi o niechęć do Tuska. Do umiarkowanego elektoratu trafi narracja promowana przez np. Marka Migalskiego (dawny PiS, europoseł, dziś publicysta i wykładowca), który na twitterze napisał: "Ktoś zapowiada, że na uroczystej kolacji zrobi kupę na stole. I cieszy się, że jest szanowany, bo inni z nim negocjują, by tego nie robił".

Powstaje pytanie - po co rządowi PiS była akcja ze straszeniem, iż zerwie szczyt? Czy kolejna wtopa Waszczykowskiego nie jest wystarczającym powodem do jego dymisji?

 

Źródło: Waszczykowski: Możemy zerwać szczyt (Gosc.pl)

wpis z dnia 9/03/2017

   


  

     ZNP chce strajkować, bo twierdzi, że szkoły będą likwidowane. W latach 2008-2014 z mapy Polski zniknęło 1146 szkół. Wówczas o strajku nie było mowy
wpis z dnia 9/03/2017

 

Zarząd Związku Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) ogłosił, że 31 marca dojdzie do strajku nauczycieli (nie wiedzieć czemu nazywając go  "strajkiem szkolnym"). Powód? - Zdaniem prezesa ZNP Sławomira Broniarza zapowiadana przez rząd reforma szkolnictwa może doprowadzić do likwidacji części szkół, a w konsekwencji spowoduje zwolnienia wśród nauczycieli. Powstaje pytanie - dlaczego ZNP nie chciał organizować strajku wcześniej? Wszak w latach 2008-2014 likwidacji uległo aż 1146 szkół! 

Prezes ZNP Sławomir Broniarz, który pierwotnie był przeciwnikiem wprowadzania gimnazjów (swego czasu organizował manifestacje uliczne, zebrał 230 tys. podpisów przeciwko, a nawet przez chwilę okupował budynek MEN), właśnie ogłosił, że 31 marca dojdzie do ogólnopolskiego strajku nauczycieli. Oficjalnym powodem ogłoszenia strajku ma być zapowiadana przez rząd reforma szkolnictwa (wchłonięcie gimnazjów przez szkoły podstawowe i średnie), czyli powrót do sytuacji sprzed reformy, przeciwko której Broniarz w 1999 roku tak intensywnie protestował.

W kontekście sporu o gimnazja warto przypomnieć o tym, co działo się w latach 2008 - 2014. Zgodnie z danymi, do których udało mi się dotrzeć w latach 2008 - 2011 z polskiego krajobrazu zniknęło 595 szkół (podstawowych, gimnazjów i średnich). W latach 2012 - 2014 ilość likwidowanych placówek oświatowych przyspieszyła. W ciągu trzech lata zamknięto łącznie 551 szkół. Razem, w latach 2008 - 2014, zlikwidowano aż 1146 szkół. I nie było to efektem reformy systemu oświaty. Szkoły były likwidowane, gdyż rząd zmniejszał dofinansowanie i najzwyczajniej w świecie nie było pieniędzy na ich utrzymanie. Niejako "przy okazji" pracę straciło wówczas kilkanaście tysięcy nauczycieli.

Co jednak ciekawe - mimo, iż szkoły były w tym okresie masowo likwidowane ZNP nie nosił się z pomysłem ogłoszenia generalnego "strajku nauczycieli". Pracę straciło wówczas sporo nauczycieli, ale Broniarz nie bardzo kwapił się do strajkowania. Powstaje zasadne pytanie - czy protest ZNP nie jest przypadkiem inspirowany politycznie? Czy prezes Broniarz nakazałby nauczycielom skupionym w ZNP strajkować, gdyby reformę oświaty przeprowadzała Platforma Obywatelska?

 

Źródło: Strajk nauczycieli 31 marca. Pójdą do szkół, ale nie będą pracować (Wyborcza.pl)
Źródło: Szkoły - akcja likwidacja (Wyborcza.pl)
Źródło: Ile naprawdę zamknięto szkół w Polsce (Ibe.edu.pl)
Źródło: Szkoła według SIO: o 7 tys. mniej nauczycieli, 349 zlikwidowanych szkół, spadająca liczba uczniów (Wip.pl)

wpis z dnia 9/03/2017

   


  

     Jest powód do protestów na 8 marca: Polska jako pierwszy kraj w OECD osiągnie zrównanie płac kobiet i mężczyzn
wpis z dnia 8/03/2017

 

Zgodnie z raportem "Women in Work Index 2017" przygotowanym przez PriceWaterhouseCoopers, Polska będzie prawdopodobnie pierwszym krajem wśród państw skupionych w OECD (rozwinięte gospodarki świata), gdzie zarobki kobiet zrównają się z zarobkami mężczyzn. Jeśli nasz kraj utrzyma dotychczasowe tempo równania zarobków obu płci wykonujących taką samą pracę, to stan ten zostanie osiągnięty już ok. 2021 r. Najgorzej pod tym względem wypadają Niemcy. Tam niwelowanie dyskryminacji kobiet w zakresie osiąganych zarobków będzie trwało jeszcze 300 lat...

Raport "Women in Work Index 2017" przygotowany przez firmę doradczą PriceWaterhouseCoopers (PwC) analizuje sytuację kobiet na rynku pracy w 33 krajach OECD pod takimi względami jak poziom bezrobocia, stopa zatrudnienia w pełnym wymiarze godzin czy różnice w zarobkach w porównaniu z mężczyznami zajmującymi takie same stanowiska. Okazuje się, że nasz kraj w najnowszej edycji rankingu awansował o 3 pozycje i znalazł się na 9. miejscu spośród wszystkich 33 państw skupionych w OECD (najbardzej rozwinięte gospodarki świata). Wyprzedzają nas tylko Islandia, Szwecja, Norwegia, Nowa Zelandia, Słowenia, Dania, Luksemburg i Finlandia. W porównaniu z ostatnim odczytem udało nam się bezpośrednio przeskoczyć nad Szwajcarię, Kanadę i Belgię.

Jak możemy przeczytać w raporcie PwC - awans Polski jest przede wszystkim związany z obniżającym się wśród kobiet bezrobociem oraz jedną z najmniejszych różnic pomiędzy wynagrodzeniami kobiet i mężczyzn. Wskaźnik tzw. pay gap w naszym kraju wynosi obecnie 7 proc. Mniejszym mogą pochwalić się jedynie Nowa Zelandia i Słowenia. Co jednak istotne - z analizy PwC wynika, że jeśli obecny pozytywny trend równania zarobków utrzyma się na tym samym poziomie, to różnicę w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn w Polsce zajmujących takie same stanowiska uda się zniwelować do 2021 r. – najszybciej spośród wszystkich wszystkich państw biorących udział w badaniu!

Co ciekawe - szacowany średni czas zrównania zarobków policzony dla całego OECD wynosi 95 lat (w Polsce - 5 lat). Najgorzej pod tym względem wypadają Niemcy - jeśli tempo równania płac utrzyma się na takim samym jak obecnie poziomie, to nasi zachodzi sąsiedzi będą potrzebowali jeszcze 300 lat, aby płace kobiet zrównały się z wynagrodzeniami mężczyzn zajmujących dokładnie takie same stanowiska i wykonujących taką samą pracę.

 

Źródło: Rynek pracy coraz przyjaźniejszy dla kobiet. Awans Polski w rankingu PwC Women in Work Index (pwc.pl)

wpis z dnia 8/03/2017

   


   

     Tusk na miesiąc przed ucieczką z Polski (2014): "Po raz 153. odpowiadam, że nie wybieram się do Brukseli". Ale to Saryusz-Wolski ma być teraz "kłamcą i hipokrytą"
wpis z dnia 7/03/2017

 

- "Od wczesnej zimy odpowiadam już po raz 153. na to pytanie. Powiedziałem, że nie wybieram się do Brukseli i to podtrzymuję. W Polsce będę skuteczniejszy" - twierdził Donald Tusk pod koniec lipca 2014 r. Nieco ponad miesiąc później pakował się na stołek do Brukseli. Kłamca i hipokryta? A jakby inaczej! Środowisko związane z PO nie widziało w tym jednak żadnego problemu. Problem widzą za to teraz, kiedy posiadający znacznie większe kompetencje Saryusz-Wolski został oficjalnym kandydatem Polski na stanowisko szefa Rady Europejskiej.

Prawda jest taka, że Niemcy przez kilka lat hodowali sobie Donalda Tuska poprzez wręczane mu medale, honory, wyróżnienia i poklepywanie po plecach. Kiedy już go odpowiednio urobili, to wstawili na eksponowane europejskie stanowisko, mimo braku znajomości angielskiego czy francuskiego. Ważne jednak, że znał niemiecki, dzięki czemu mógł przyjmować bezpośrednie instrukcje z Berlina. Zrobili to mimo, iż sam Tusk był początkowo niechętny wobec zajęcia eksponowanego miejsca w Brukseli. - "Od wczesnej zimy odpowiadam już po raz 153. na to pytanie. Powiedziałem, że nie wybieram się do Brukseli i to podtrzymuję. W Polsce będę skuteczniejszy" - twierdził na nieco ponad miesiąc przed przeprowadzką na unijne salony. 

Co ciekawe - na szefa Rady Europejskiej typowana była wówczas premier Danii Helle Thorning-Schmidt. Dlaczego zatem stanowisko to przypadło Tuskowi? Bloger Stanislas Balcerac wysnół pewien domysł: "Można zrozumieć Angelę Merkel, że jako królowa Europy nie chciała ona być przyćmiona na posiedzeniach Rady Europejskiej przez atrakcyjną i popularną księżniczkę Thorning-Schmidt. A z Tuskiem takiego ryzyka nie ma, wręcz przeciwnie, zgięty pokornie do pasa i całujący Merkel po rękach parobek Tusk jest chodzącym dowodem na to, że europejski front wschodni Berlina jest pod kontrolą."

Mając na uwadze powyższe należy jednoznacznie podkreślić - wstawienie Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej nie było żadnym sukcesem Polski. To był sukces Niemiec, bo to był ich człowiek. Mieli go w swojej kieszeni. Kolejne lata pokazały, że w kwestii kreowania narracji unijno-europejskich działał tak, jak chciał Berlin i brukselski establishment.

 

Źródło: Tusk: Nie wybieram się do Brukseli (Wprost.pl)
Źródło: Gdański sokół maltański (Monsieurb.neon24.pl)
Źródło: Przemysław Wenerski (twitter.com)

wpis z dnia 7/03/2017

    


  

     Nie było LexSzyszko, a mimo to w Warszawie w 6 lat wycięto 147 tys. drzew! Gdzie była wówczas Platforma Obywatelska z TVN?
wpis z dnia 6/03/2017

 

Od kiedy nowe prawo usunęło bariery administracyjno - biurokratyczne dla wycinki drzewa z prywatnej działki, kwestia ta dla wielu polityków totalnej opozycji oraz mediów salonowych stała się niezwykle palącym problemem. Co ciekawe - przed wprowadzeniem Lex Szyszko drzewa też były wycinane na masową skalę (w samej tylko Warszawie w latach 2009 - 2014 wycięto 147 tys. drzew), ale wówczas Platforma z innymi mediami salonowymi nie robiła z tego powodu politycznej burzy. Co się zatem zmieniło?

Oficjalne dane na temat wycinki drzew mówią, że w latach 2009 - 2014 z powierzchni Warszawy znikło 147 tys. drzew (mimo, że funkcjonowały restrykcyjne przepisy nakazujące uzyskanie zgody na każdorazową wycinkę). To tak, jakby wykarczować mniej więcej 16 parków łazienkowskich. I co? I nic! Mimo, że dane te były publicznie dostępne nikt nie robił z tego politycznej burzy. A już na pewno nikt z Platformy Obywatelskiej, która teraz grzmi, bo zaczęła funkcjonować ustawa umożliwiająca ludziom wycinkę drzew z ich prywatnych działek bez konieczności uzyskania zgody aparatu administracyjno-biurokratycznego. 

Skoro w czasach kiedy nie było Lex Szyszko drzewa i tak były wycinane na masową skalę (przykład Warszawy z lat 2009 - 2014) i nikt nie robił z tego politycznego problemu, to co się takiego stało, że nagle wycinka drzew z prywatnych działek stała się tak kontrowersyjna? Tym bardziej, że złożono już do sejmu nowelizację ustawy o ochronie przyrody, która będzie umożliwiała sprawdzanie czy osoba, która podjęła decyzję o wycince drzew na własnej działce, nie zrobiła tego w celu prowadzenia działalności gospodarczej. Ponadto działka, na której dokonano wycinki drzewa w trybie ustawy lex Szyszko, nie będzie mogła przez pięć lat być przeznaczona do prowadzenia działalności gospodarczej.

Konfrontując dane z lat ubiegłych możemy wysnuć wniosek, że obecnie mamy do czynienia tylko i wyłącznie z polityczną burzą. Opozycja i media salonowe nie przejmowały się wycinanymi drzewami wcześniej. Temat "rzezi drzew" pojawił się nagle, bo ustawa upraszczająca biurokrację związaną z wycinką drzewa na prywatnej działce jest autorstwa PiS. Podejrzewam, że gdyby taką ustawę przyjęła PO, to prawdopodobnie tematu - traktowanego w kategoriach problemu - w ogóle by nie było w przestrzeni publicznej. 

 

Źródło: Obezwładniające: w Warszawie w 6 lat wycięto aż 150 tys. drzew (Wyborcza.pl)

wpis z dnia 6/03/2017

   


   

     Kto chciał zniszczyć polskie KGHM? Jeszcze w 2011 r. spółka nie miała żadnych kredytów. Na koniec 2015 r. zobowiązania przekroczyły 6,55 mld zł!
wpis z dnia 3/03/2017

 

Czy decyzja o przejęciu kanadyjskiej spółki Quadra FNX wraz ze złożami Sierra Gorda w Chile miała zniszczyć polskiego championa od środka? Przypomnijmy - na koniec 2011 r. KGHM był w doskonałej kondycji finansowej. Spółka nie posiadała żadnych kredytów i pożyczek. Po przejęciu Quadra FNX w 2012 r. KGHM, aby przetrwać, musi zacząć zaciągać długi. W ciągu 4 kolejnych lat zobowiązania polskiego giganta urastają do 6,55 mld zł! Pytanie - gdzie było ABW, które powinno zabezpieczyć spółkę Skarbu Państwa przed przejęciem kanadyjskiego "konia trojańskiego"?

W treści raportu rocznego KGHM za 2011 rok czytamy, że spółka nie korzystała z zewnętrznych źródeł finansowania w formie kredytów bankowych i na dzień 31.12.2011 r. nie posiadała finansowania w postaci pożyczek. Co się zatem stało, że zadłużenie polskiego giganta miedziowego w ciągu kilku kolejnych lat zwiększyło się do równowartości 6,55 mld zł? Kluczowy wydaje się być rok 2012 i decyzja o zakupie kanadyjskiej spółki Quadra FNX...

Tuż po przejęciu przez KGHM kanadyjskiej Quadry, spółka Sierra Gorda SCM (która jest kontrolowana przez Quadrę, czyli de facto wchodzi w skład Grupy KGHM) podpisała z kilkoma japońskimi bankami umowę kredytu na kwotę 1 mld USD. Inwestycja w kanadyjską Quadrę szybko okazała się być nietrafiona. Kopalnia Sierra Gorda miała wydobywać 120 tys. ton miedzi i 50 mln funtów molibdenu rocznie. Niestety ilość wydobywanego surowca okazała się być znacznie mniejsza. Efekt? Nakłady inwestycyjne w chilijską kopalnie zmusiły KGHM do zawarcia w lipcu 2014 r. umowy niezabezpieczonego odnawialnego kredytu konsorcjalnego w kwocie 2,5 mld USD! Kurs akcji KGHM na warszawskiej giełdzie zaczyna lecieć na łeb na szyję, a na koniec 2015 r. suma zobowiązań spółki w przeliczeniu na złotówki przekroczyła równowartość 6,55 mld zł.

Powstaje pytanie - gdzie była Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która ma obowiązek osłaniać wywiadowczo duże inwestycje strategicznych spółek Skarbu Państwa? Zgodnie z ustaleniami portalu Kulisy24.com - przy prawidłowym przeprowadzeniu badań i wycenie, zakup kanadyjskiej Quadry z jej złożami i zastałą infrastrukturą przez KGHM powinien być zatrzymany przez wewnętrzne mechanizmy spółki lub wrocławską ABW, która otacza KGHM, jako spółkę o strategicznym znaczeniu dla państwa - specjalną opieką. Tak się jednak nie stało. Pytanie - dlaczego? Czy komuś zależało, aby polski champion wtopił w przejęcie Quadry? Czy w grę nie wchodziło przypadkiem pogorszenie wyników polskiej spółki i liczenie na znaczący spadek akcji na giełdzie, tak by można było przejąć kontrolę nad KGHM od Skarbu Państwa poprzez wykup akcji od mniejszościowych udziałowców za pośrednictwem giełdy?

 

Źródło: Dojenie KGHM (Kulisy24.com)
Źródło: KGHM miał 2,79 mld zł jednostkowej i 5,01 mld zł skonsolidowanej straty netto w '15 (Bankier.pl)

wpis z dnia 3/03/2017

   


  

     W 12 lat wytransferowali z Polski ponad 622 mld zł! A Friedman ostrzegał: "Zagranicznym inwestorom nie dawać żadnych przywilejów!"
wpis z dnia 2/03/2017

 

Milton Friedman (noblista, guru wolnorynkowej ekonomii) już w 1990 roku ostrzegał Polaków: "Pamiętajcie jedno: zagraniczni inwestorzy nie będą inwestować w Polsce po to, by pomóc Polsce, lecz po to, by pomóc sobie. Oni powinni działać wg takich samych reguł gry, jakie obowiązują Polaków. Nie należy im dawać żadnych przywilejów, ulg czy zwolnień podatkowych". No ale do władzy doszli Lewandowski z Tuskiem, powyprzedawano co się dało, potworzono specjalne strefy ekonomiczne i w efekcie uruchomiono drenaż kapitału na niespotykaną dotąd skalę...

Z raportu organizacji Global Financial Integrity (GFI) za lata 2004 - 2013 wynika, że Polska była liderem w UE jeśli chodzi o drenaż środków finansowych przez zagraniczne podmioty. Analiza oficjalnych statystyk NBP na temat bilansu płatniczego Polski zdaje się potwierdzać wyniki raportu GFI. W latach 2004-2015 zagraniczne koncerny, rządy czy instytucje unijne wytransferowały poza granice naszego kraju równowartość ponad 622 miliardów zł!

Tak gigantyczny drenaż kapitału był możliwy dlatego, że wdrożono w życie program gospodarczy "konserwatywnych-liberałów" z Lewandowski, Bieleckim, Tuskiem i Balcerowiczem na czele. To w pierwszych latach istnienia III RP zrealizowano uznawaną dziś za rabunkową tzw. powszechną prywatyzację. To wówczas stworzono specjalne strefy ekonomiczne. To w latach 90-tych XX wieku rozpoczęto bezmyślną prywatyzację sektora bankowego. 

Wszystko to działo się mimo, iż w 1990 roku Milton Friedman (noblista, guru wolnorynkowej ekonomii) wyraźnie ostrzegał polityczne elity naszego kraju: "Pamiętajcie jedno: zagraniczni inwestorzy nie będą inwestować w Polsce po to, by pomóc Polsce, lecz po to, by pomóc sobie. Cudzoziemcy powinni mieć pełną swobodę inwestowania w Polsce, ale tylko wtedy, gdy będzie to w interesie Polski. Można to zrobić poprzez stworzenie cudzoziemcom takich samych reguł gry, jakie obowiązują Polaków, nie należy dawać im żadnych specjalnych przywilejów, ulg czy zwolnień podatkowych".

Niestety, nikt ostrzeżeniami Friedmana się nie przejął. Efekt jest taki, że w latach 2004-2015 wydrenowano z Polski równowartość ponad 622 miliardów złotych...

wpis z dnia 2/03/2017

   


  

     Porwana, zgwałcona i trwale oślepiona dziewczyna ma dostać 200 tys. odszkodowania. Morderca, który siedział w zbyt małej celi - 264 tys. Polska. Wymiar sprawiedliwości
wpis z dnia 1/03/2017

 

Szeroko rozumiane poczucie sprawiedliwości powinno być celem każdego dobrze funkcjonującego systemu sądowniczego. Niestety nie wiem czy zestawiając ze sobą ostatnie głośne wyroki w/s porwanej, zgwałconej i trwale oślepionej dziewczyny oraz gangstera-mordercy, który siedział w zbyt dusznej celi, będziemy w stanie to potwierdzić. W pierwszym przypadku bowiem dziewczyna będzie mogła liczyć na 200 tys. zł odszkodowania (o ile jej kat będzie wypłacalny). W drugim - gangster otrzyma od Skarbu Państwa 264 tys. zł...

Czymże jest sprawiedliwość? To przede wszystkim poczucie, że państwo - mające uprawnienie do stosowania nakazów i zakazów pod rygorem sankcji - wykorzystuje swoje twarde przywileje, by dobro wynagrodzić, a zło ukarać. Mam poważne wątpliwości, czy wymiar sprawiedliwości III RP, jako trzeci filar władzy państwowej, dla którego sprawiedliwość winna być najważniejsza, zawsze gwarantuje nam osiągnięcie tego stanu. Szczególnie, gdy zestawi się ze sobą różne wyroki w sprawach, gdzie wspólnym mianownikiem miała być właśnie wspomniana sprawiedliwość.

Kilka tygodni temu Sąd Okręgowy w Warszawie przyznał Ryszardowi Boguckiemu aż 264 tys. zł zadośćuczynienia za areszt w/s zabójstwa gen. Marka Papały. Bogucki usłyszał w tej sprawie zarzuty w 2003 roku. 10 lat później został uniewinniony. Co jednak istotne - w areszcie (a potem w więzieniu) przebywał już jednak od 2001 roku, kiedy to zatrzymano go za zabójstwo innej osoby. Po oczyszczeniu z zarzutów w/s Papały, Bogucki zaczął się sądzić z państwem polskim o gigantyczne odszkodowanie za niesłuszny - jego zdaniem - areszt, w którym i tak by siedział za wcześniejsze zabójstwo. Efekt tej batalii był taki, że sąd przyznał mu ostatecznie od Skarbu Państwa 264 tys. zł zadośćuczynienia. Po upływie 25 lat wyroku za zabójstwo z 2001 roku, Bogucki będzie mógł dzięki tym pieniądzom zacząć nowe życie.

O wiele mniej szczęścia miała 23-letnia kobieta. Jej oprawca ją porwał, zgwałcił i trwale oślepił, by nigdy nie mogła go rozpoznać. Sąd przyznał jej 200 tys. zł odszkodowania. Pieniądze te otrzyma o ile jej oprawca będzie wypłacalny. Zakładając, że najbliższe 20 lat spędzi on w więzieniu, jest to mało prawdopodobne. 

Powyższe dwie historie pokazują, iż zło zostało ukarane (przestępcy trafili za kratki na wieloletnie odsiadki). Mam jednak poważne wątpliwości czy pewne 264 tys. zł zadośćuczynienia od Skarbu Państwa dla gangstera-mordercy w zestawieniu z niepewnymi 200 tys. zł dla ofiary zwyrodnialca, który porwał, zgwałcił i oślepił, daje nam poczucie, iż sprawiedliwości stało się zadość...

 

Źródło: 264 tys. dla Boguckiego za niesłuszny areszt ws. zabójstwa Papały (Newsweek.pl)
Źródło: Więził, gwałcił, oślepił 23-letnią kobietę. Jest wyrok (tvn24.pl)

wpis z dnia 1/03/2017