Archiwum: Luty 2017

 

     Polska ma subsydiować bogate Niemcy - oto najnowszy pomysł eurokratów z Brukseli
wpis z dnia 28/02/2017

 

Pierwotnym celem Unii Europejskiej wcale nie było całkowite odchodzenie od spalania węgla, lecz stopniowa redukcja emisji CO2 z zachowaniem rachunku ekonomicznego. Z biegiem lat stanowisko eurokratów zaczęło się jednak radykalizować. Dzisiaj Bruksela proponuje wprowadzenie finansowych kar za nie spełnianie "celów klimatycznych". Kary za niespełnienie surowych norm mają zasilać specjalny fundusz dotujący funkcjonowanie OZE (np. solary, wiatraki). Nie wykluczone zatem, że to Polska będzie niebawem subsydiowała bogate Niemcy w ich energetycznym rozwoju.

Ostatnie lata w Polsce to rozpoczęcie i realizacja długowyczekiwanych inwestycji w nowoczesne bloki węglowe (elektrowni Kozienice 1075 MW, elektrowni Opole 2 x 900 MW, elektrowni Jaworzno III 1000 MW oraz Turów 450 MW). Mają one zastępować stare, dziś już około 40-letnie, bloki, które powstały w czasach głębokiego PRL. Nowe inwestycje uwzględniają specyfikę naszego kraju (leżymy na potężnych złożach węgla), a przez to spełniają przesłankę szeroko rozumianego rachunku ekonomicznego. Dodatkowo, dzięki nowym blokom, emisja CO2 do atmosfery spada z poziomu ok. 950 gram/MWh do ok. 750 gram/MWh.

Niestety dla Polski eurokraci z Brukseli postanowili mocno zradykalizować się w kwestii dopuszczalnych limitów emisji CO2 do atmosfery. W opublikowanym 30 listopada ub.r. dokumencie zwanym potocznie "pakietem zimowym" kryterium emisyjności CO2 zostaje zaostrzone do max. 550 gram/MWh. To oznacza, że nawet zupełnie nowe bloki węglowe nie będą spełniać unijnych wymogów. 

W efekcie powyższego Polska będzie zobligowana do płacenia kar finansowych na rzecz specjalnego funduszu klimatycznego. Pieniądze z tego funduszu będą dotować funkcjonowanie OZE (solary, wiatraki, zielona energia). Co istotne z punktu widzenia Polski - w obecnym kształcie "pakietu zimowego" nie sprecyzowano czy wspomniany fundusz będzie wspierać tylko inwestycje zlokalizowane na obszarze kontrybuującego państwa członkowskiego. Jeśli tak nie będzie, to może się okazać, iż Polska - tylko dlatego, że uwzględniła swój rachunek ekonomiczny tworząc elektrownie węglowe, a nie atomowe - będzie zmuszona płacić kary, które sfinansują funkcjonowanie np. niemieckiego sektora elektrowni wiatrowych...

 

Źródło: Polska zmuszona do finansowania zielonej rewolucji w Niemczech? „Pakiet zimowy to liczne zagrożenia” (Energetyka24.com)

wpis z dnia 28/02/2017

    


  

     To jednak niesamowite! Platforma przez 8 lat blokowała w Trybunale Stanu sprawę Wąsacza (prywatyzacja PZU). Teraz może się okazać, że uległa ona przedawnieniu!
wpis z dnia 27/02/2017

 

Emil Wąsacz to były minister skarbu, który odpowiadał za prywatyzację PZU. Miał się on dopuścić przyjęcia niekorzystnych postanowień umowy sprzedaży tej firmy. W efekcie umowa prywatyzacyjna została anulowana, ale Polska musiała wypłacić gigantyczne odszkodowanie niedoszłemu holenderskiemu nabywcy (aż 4,75 mld zł). Wąsacza postawiono za to przed Trybunałem Stanu. Co jednak ciekawe - przez 8 lat ekipa Platformy de facto blokowała wybór oskarżyciela. Kiedy w 2016 r. w końcu go wybrano, nagle okazało się, że sprawa Wąsacza może być już przedawniona!

Przypomnijmy - decyzję o prywatyzacji PZU podjęto w 1998 roku. Rok później została podpisana z portugalsko-holenderskim konsorcjum Eureko umowa, zgodnie z którą ówczesny rząd Jerzego Buzka sprzedał 20% akcji za kwotę 2 miliardów złotych. Równocześnie 10% akcji odsprzedano bankowi Millenium (wówczas BIG Bank Gdański). W aneksie do umowy prywatyzacyjnej podpisanym w 2001 roku zawarta została klauzula sprzedaży Eureko dodatkowych 21% akcji przez Skarb Państwa. Klauzula pozostawała jednak niezrealizowana, co stało się przyczyną konfliktu pomiędzy Eureko, posiadającym 33% akcji, a Skarbem Państwa, dysponującym 55% akcji (reszta była w posiadaniu akcjonariuszy rozproszonych). 

Strona polska, odmawiając sprzedaży wspomnianych 21% akcji, zarzucała Eureko złamanie umowy, która zabraniała m.in. zakupu akcji za pieniądze z kredytu. Ostatecznie w 2002 roku Eureko złożyło wniosek do Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego w Londynie, zarzucając Polsce niedotrzymanie umowy prywatyzacyjnej. Wartość przedmiotu sporu określono wówczas na astronomiczną kwotę 36 mld zł. 

Ostatecznie spór zakończył się zawarciem ugody między Skarbem Państwa a Eureko, na mocy której strona polska musiała wypłacić 4,75 mld zł odszkodowania.

W 2005 r. Sejm przyjął uchwałę o pociągnięciu Emila Wąsacza, jako osoby nadzorującej przebieg prywatyzacji PZU, do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu za domniemane nieprawidłowości przy prywatyzacji tego ubezpieczeniowego giganta. Uznano wówczas, że sprzedaż pakietu akcji PZU Eureko w 1999 r. doprowadziła do problemów, które zakończyły się rozprawą przed międzynarodowym trybunałem arbitrażowym, a ostatecznie wypłatą przez Polskę gigantycznego odszkodowania.

Podczas pierwszej rozprawy w 2006 r. Trybunał Stanu uznał, że dokumenty Sejmu nie spełniały warunków prawnych aktu oskarżenia. Jednak w II instancji w 2007 r. Trybunał zwrócił sprawę do I instancji. Niestety, wkrótce po tej decyzji ówczesny Sejm uległ samorozwiązaniu, co w praktyce oznaczało, że posłowie nie zdążyli powtórnie wyłonić oskarżyciela w sprawie. Bez niego proces Wąsacza formalnie nie mógł się rozpocząć. 
Co się dzieje dalej? - Do władzy dochodzi koalicja PO-PSL. Przez 5 kolejnych lat parlamentarzyści tych partii blokowali wybór oskarżyciela, co powodowało, że proces przez Trybunałem Stanu nie mógł ruszyć. W sprawie wielokrotnie były kierowane ponaglenia do Sejmu przez pierwszego prezesa Sądu Najwyższego (który z mocy prawa przewodniczy Trybunałowi Stanu). Oskarżyciel został wybrany dopiero w 2012 r. Został nim poseł PO Jerzy Kozdroń, który jednak szybko z tej funkcji zrezygnował, kiedy okazało się, że powołano go na stanowisko wiceministra sprawiedliwości.

Oskarżyciel w sprawie Wąsacza ponownie wybrano dopiero w lipcu 2016 r. Została nim posłanka PiS Halina Szydełko. 
W ostatni piątek doszło do pierwszej rozprawy. Obrona Wąsacza wniosła o umorzenie postępowania. Powód? - Okazuje się, że sprawa może być już przedawniona! Mając na względzie wniosek obrony Trybunał Stanu podjął, póki co, decyzję aby odroczyć postępowanie do 31 marca. Do tego czasu ma zbadać czy rzeczywiście doszło do przedawnienia deliktu konstytucyjnego, jakiego miał się dopuścić Wąsacz. Jeśli uznać, że tak, to sprawa będzie musiała być umorzona.

 

Źródło: Jest ugoda Skarbu Państwa z Eureko ws. PZU (rmf24.pl)
Źródło: Do 31 marca Trybunał Stanu odroczył decyzję, czy umorzyć sprawę Wąsacza (Stooq.pl)

wpis z dnia 27/02/2017

    


   

     Kolejna podwyżka na A2! Za przejazd od granicy z Niemcami do węzła Stryków (Łódź) i z powrotem zapłacimy tyle, ile w Szwajcarii za całoroczną winietę!
wpis z dnia 24/02/2017

 

Kontrolowana przez rodzinę Kulczyków spółka Autostrada Wielkopolska ogłosiła kolejną podwyżkę opłat za przejazd administrowanymi przez siebie odcinkami A2. Począwszy od 1 marca łączny koszt podróży autostradą ze Świecka (granica z Niemcami) do węzła Stryków (pod Łodzią) będzie wynosił 84,90 zł. W dwie strony robi się już prawie 170 zł. Za równowartość takiej kwoty w Szwajcarii można kupić roczną winietę na nielimitowane przejazdy wszystkimi autostradami i drogami szybkiego ruchu...

Autostrada Wielkopolska, czyli spółka posiadająca koncesje na zarządzanie fragmentem autostrady A2, właśnie ogłosiła kolejną podwyżkę opłat za możliwość przejazdu tą drogą. Począwszy od 1 marca więcej zapłacą kierowcy samochodów osobowych, motocykli i samochodów ponadnormatywnych. Podwyżki obejmą odcinek między Nowym Tomyślem a Koninem i spowodują, że łączny koszt podróży autostradą ze Świecka (granica z Niemcami) do węzła Stryków (pod Łodzią) będzie wynosił 84,90 zł.

W kontekście powyższego warto wspomnieć, że w bogatej Szwajcarii, gdzie przeciętne zarobki są kilkukrotnie wyższe niż w Polsce, całoroczna opłata za możliwość nielimitowanych przejazdów autostradami i drogami szybkiego ruchu wynosi jedynie 40 CHF, czyli równowartość około 165 zł. W naszym kraju za jednorazowy (podkreślam - JEDNORAZOWY!) przejazd autostradą A2 na trasie Świecko - Stryków (Łódź) - Świecko od 1 marca będziemy musieli zapłacić blisko 170 zł!

 

Źródło: Podwyżka na autostradzie A2. 57 zł za 150 km! (RadioMerkury.pl)
Źródło: INFORMACJA O SYSTEMIE PŁATNYCH AUTOSTRAD W EUROPIE '2017 (PZMtravel.com.pl)

wpis z dnia 24/02/2017

  


 

     Człowiek, który podpalił kukłę Żyda dostał 10 miesięcy więzienia. Ile dostanie reżyser "Klątwy" z Teatru Powszechnego?
wpis z dnia 23/02/2017

 

Wyrok 10 miesięcy bezwzględnego więzienia usłyszał Piotr R. za to, że na wrocławskim rynku spalił kukłę symbolizującą Żyda. W kontekście tego wyroku zasadnym jest zadanie pozornie przewrotnego pytania: czy do odpowiedzialności karnej będzie pociągnięty reżyser kontrowersyjnej "Klątwy"? Wszak jego "artystyczna wizja" mogła naruszyć uczucia co najmniej porównywalnej ilości osób, co spalenie kukły Żyda, a dodatkowo może być interpretowana jako nawoływanie do nienawiści wobec określonych grup. Czy sprawa ta będzie testem na sprawiedliwość i równość wobec prawa?

Przypomnijmy - Piotr R. w listopadzie 2015 roku na wrocławskim rynku spalił kukłę, która miała symbolizować Żyda. Rok później usłyszał za ten czyn wyrok - 10 miesięcy bezwzględnego więzienia. Sąd w uzasadnieniu stwierdził, że czyn ten miał wysoką społeczną szkodliwość, a co za tym idzie, kara musiała być surowa. 

Pomijam dywagację na temat tego, czy wyrok na Piotra R. był zbyt surowy, czy adekwatny do tego co zrobił. Fakt jest taki, że dostał 10 miesięcy więzienia. I w kontekście tego powinniśmy rozpatrywać sprawę kontrowersyjnego spektaklu pt. "Klątwa", którego reżyserem jest Oliver Frljic. Okazuje się bowiem, że pod płaszczykiem "artystycznej wizji" można przemycić wiele nienawiści i pogardy. Wystawiany w warszawskim Teatrze Powszechnym spektakl jest jawnym naruszeniem uczuć i przekonań co najmniej porównywalnej ilości osób, które zostały urażone spaleniem kukły Żyda na wrocławskim rynku. Nie bez znaczenia jest również interpretowane jako nawoływanie do nienawiści organizowanie zbiórki pieniędzy niezbędnych do przeprowadzenia zabójstwa Jarosława Kaczyńskiego.

Wiemy już, że prokuratura wszczęła z urzędu śledztwo w sprawie "Klątwy". Powstaje pytanie - jeśli do sądu trafi akt oskarżenia, to czy odpowiedzialny za sztukę reżyser zostanie skazany? Czy sąd będzie się kierował takimi samymi przesłankami, co w przypadku równie ohydnego performance, kiedy palono kukłę symbolizującą Żyda?

 

Źródło: Spalił kukłę Żyda. Wyrok więzienia bez zawieszenia (tvn24.pl)
Źródło: Patryk Jaki (Twitter.com)

 

wpis z dnia 23/02/2017

   


  

     Przeciętny Europejczyk kupi za swoją pensję ponad 2x więcej towarów i usług niż przeciętny Polak. Siła nabywcza naszych zarobków jest wciąż dramatycznie niska
wpis z dnia 22/02/2017

 

Okazuje się, że przeciętny Polak za swoje wynagrodzenie kupi jedynie 46,6 procent tego co może kupić przeciętny Europejczyk. W ciągu ostatniego roku siła nabywcza polskich wynagrodzeń wzrosła jedynie o 1,1 proc. Jeszcze gorzej prezentujemy się jeśli chodzi o nominalne kwoty wynagrodzeń - średnia pensja w Polsce to zaledwie 34 proc. średniej pensji w Unii Europejskiej, mimo iż nasza wydajność wynosi już 74 proc. unijnej średniej.

Ubiegłoroczne badania "GfK Purchasing Power Europe 2016" na temat siły nabywczej konsumentów w Europie nie pozostawiają wątpliwości - za nasze wynagrodzenia możemy kupić znacznie mniej towarów i usług niż przeciętny Europejczyk. Zgodnie z wynikami badania GfK siła nabywcza przeliczona "na głowę" statystycznego mieszkańca naszego kraju wynosi 6366 euro. Wynik ten stanowi zaledwie 46,6 proc. europejskiej średniej (równowartość 13.672 euro). 

Sprawy mają się jeszcze gorzej, jeśli porównamy wynagrodzenia nominalnie. Zgodnie z oficjalnymi wskazaniami Eurostatu godzinowy koszt pracy w Polsce (w skład którego wchodzi przede wszystkim pensja pracownika) wyniósł 8,6 euro, co stanowi zaledwie ok. 34 proc. unijnej średniej! 

Co jednak ciekawe - niskie wynagrodzenia Polaków (patrząc zarówno przez pryzmat siły nabywczej jak i nominalnych wartości) mają się nijak do prezentowanej przez nas wydajności (rozumianej jako wartość wytworzonego PKB w ciągu godziny pracy). Okazuje się, że pod tym względem osiągamy już 74 proc. unijnej średniej. 

Zestawienie tych danych (siła nabywcza [46,6 proc. średniej] oraz nominalna wysokość wynagrodzenia [34 proc. średniej] kontra wydajność pracy [74 proc. średniej]) pokazuje, że jak bardzo jesteśmy wykorzystywani przez bogatsze i bardziej rozwinięte gospodarki, które wciąż drenują sporą część owoców polskiego wzrostu.

Warto dodać, że uwzględniając tempo wzrostu siły nabywczej polskich wynagrodzeń z ostatniego roku, jeszcze ponad pół wieku musi upłynąć, abyśmy dogonili europejską średnią...

 

Źródło: Wyniki badania GfK Purchasing Power Europe 2016 (Gfk.com)
Źródło: Siła nabywcza Polaków. Nie mamy nawet połowy średniej dla Europy (Money.pl)

Źródło: Labour costs per hour in EUR, 2004-2015 whole economy excluding agriculture and public administration (eurostat)

wpis z dnia 22/02/2017

   


   

     Podkomisja smoleńska w 2016 r. wydała 1,4 mln zł. W tym roku planuje wydać 2,0 mln zł. Większość to pensje i wynagrodzenia
wpis 21/02/2017

 

Z całym szacunkiem dla tych, którzy walczyli z dezinformacjami nt. katastrofy w Smoleńsku oraz poświęcali się, by wszystko zostało wyjaśnione, ale nie posiadając wraku i czarnych skrzynek niewiele można powiedzieć o przebiegu katastrofy. Pod tym względem pojawia się pytanie o sens dalszego funkcjonowania parlamentarnej podkomisji smoleńskiej, która w 2016 r. wydała 1,4 mln zł, a w tym planuje wydać 2,0 mln zł publicznych pieniędzy. Większość idzie na pensje i wynagrodzenia...

Przypomnijmy - Podkomisja ds. ponownego zbadania katastrofy smoleńskiej została powołana przez Antoniego Macierewicza w lutym 2016 r. Wcześniej (do końca ubiegłej kadencji Sejmu) funkcjonowała de facto jako parlamentarny zespół ds. katastrofy polskiego samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem. W Ostatnim, opublikowanym w kwietniu 2015 roku, raporcie kierowanego przez Macierewicza zespołu parlamentarnego została zawarta teza, że prawdopodobną przyczyną katastrofy była seria wybuchów na skrzydle oraz pokładzie samolotu, którym leciał prezydent Lech Kaczyński. 

Od kwietnia 2015 roku aż do dziś, mimo iż parlamentarny zespół Antoniego Macierewicza został przemianowany na mającą znacznie większe uprawnienia podkomisję działającą od auspicjami Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, praktycznie nic się nie zmieniło. Nic, poza kosztami. Otóż sekretariat wspomnianej podkomisji oficjalnie przyznał, że koszty jej utrzymania w 2016 r. wyniosły 1.435.931,24 zł, z czego większość pochłonęły pensje i wynagrodzenia członków podkomisji oraz współpracujących z nią ekspertów. W 2017 r. koszty utrzymania podkomisji mają być jeszcze wyższe. Budżet zaplanowany na ten rok to 2 mln zł.

Powstaje pytanie - czy nie lepiej byłoby zawiesić działalność tej podkomisji (a tym samym znacząco ograniczyć koszty jej utrzymania) do czasu odzyskania wraku Tu-154M oraz oryginałów czarnych skrzynek? Przecież wyjaśnienie przyczyn katastrofy z 10.04.2010 r. bez wspomnianych elementów wydaje się być niemożliwe. Po co zatem wydawać publiczne pieniądze na kolejne raporty tworzone na bazie domysłów i szacunkowych wyliczeń? Jeśli sprawa odzyskania wraku i czarnych skrzynek jest kwestią "dużej" polityki, to zasadnym jest poświęcanie na ten cel zasobów czysto "politycznych" (dyplomatycznych). Z poświęcaniem środków finansowych, których źródłem są podatnicy, poczekajmy do czasu, kiedy wrak i skrzynki wrócą do Polski.

 

Źródło: Podkomisja smoleńska wydała 1,4 mln zł w 2016 r., jej budżet na 2017 r. to 2 mln zł (Stooq.pl)

wpis 21/02/2017

    


   

     Koncerny z Zachodu sprzedają nam gorsze jakościowo produkty w tej samej (lub wyższej) cenie, a Komisja Europejska to akceptuje!
wpis z dnia 20/02/2017

 

Oficjalne badania instytutów naukowych oraz rządowych agencji z Czech, Węgier i Słowacji nie pozostawiają wątpliwości - artykuły spożywcze zachodnich koncernów przeznaczane na rynek państw "nowej" Unii mają gorszy skład od ich odpowiedników sprzedawanych w krajach "starej" Unii. Co na to Komisja Europejska? Eurokraci z Brukseli uważają, że zachodnie koncerny "mają prawo adaptować swoje produkty do poszczególnych rynków", a tym samym mogą uprawiać "spożywczy rasizm" na terenie wspólnego przecież rynku UE! 

Węgierski urząd bezpieczeństwa żywności (NEBIH) przebadał pod względem składu i jakości 24 produkty spożywcze sprzedawane na Węgrzech przez zagraniczne sieci supermarketów takich jak Lidl oraz Aldi. Wyniki były jednoznaczne - część produktów była sprzedawana na Węgrzech w gorszej jakości niż ich odpowiedniki na Zachodzie Europy. Do takich samych wniosków doszła Państwowa Służba Weterynaryjna i Żywnościowa na Słowacji. W grudniu ubiegłego roku służba ta przebadała 22 produkty sprzedawane w sieciach handlowych zarówno na Słowacji oraz w Austrii. Okazało się, że skład około połowy przebadanych produktów był różny w zależności od kraju dystrybucji!

Z kolei w 2015 roku wydział chemii Uniwersytetu w Pradze przeprowadził badania składu produktów spożywczych znanych zachodnich marek, które były sprzedawane równolegle w Czechach i w Niemczech. Okazało się, że np. napój "Sprite" sprzedawany na terytorium Czech w 1-litrowej butelce był słodzony sztucznymi środkami (aspartam i acesulfam), natomiast taki sam napój sprzedawany w Niemczech był słodzony wyłącznie cukrem. Jakby tego było mało "Sprite" w Czechach był droższy od tego dostępnego w Niemczech. Czescy naukowcy stwierdzili, iż problem ten dotyczy wielu innych produktów spożywczych, których skład za każdym razem był gorszy od składów analogicznych produktów sprzedawanych na Zachodzie Europy. Mimo to cena danego produktu najczęściej była taka sama jak w państwach "starej" Unii (lub nawet wyższa, jak w przypadku wspomnianego powyżej napoju "Sprite").

Co na temat "spożywczego rasizmu" ma do powiedzenia Bruksela? Przedstawiciele Komisji Europejskiej stwierdzili, że międzynarodowe koncerny mają prawo adaptować swoje produkty do poszczególnych rynków, a co za tym idzie - możliwe są różnice w jakości i składzie poszczególnych produktów w zależności od kraju dystrybucji.

Niestety, ale przeciwko zniesieniu podwójnych standardów są - a jakby inaczej - największe gospodarki "starej" Unii. Dla nich przełamanie dwustopniowego systemu jakości i zmuszenie do sprzedawania identycznych jakościowo produktów markowych na terytorium całej UE, najzwyczajniej w świecie się nie kalkuluje. Skoro dziś mogą zarabiać więcej na sprzedaży gorszych produktów w takich krajach jak Polska, to dlaczego mieliby zarabiać mniej...?

 

Źródło: Nutella gorzej smakuje na Węgrzech niż w Niemczech? (Euractiv.pl)
Źródło: Central Europe resents double EU food standard (Politico.eu)

wpis z dnia 20/02/2017

   


   

     Krajom "starej Unii" nie podoba się silna pozycja polskich firm transportowych. Dlatego zamierzają je zniszczyć!
wpis z dnia 19/02/2017

 

Dynamiczny rozwój polskiego transportu międzynarodowego spowodował, że w tej branży zdominowaliśmy cały unijny rynek. Co trzecia ciężarówka jeżdżąca po Europie należy do polskiej firmy. Niestety przestało się to podobać krajom "starej Unii", które w zbyt silnej pozycji Polski zaczęły upatrywać zagrożenie dla własnych interesów. Z tego powodu zaczęły one forsować bardzo niekorzystne dla naszych przewoźników zmiany w unijnym prawie, których jedynym celem jest zniszczenie polskiej przewagi w tej dziedzinie gospodarki.  

Od czasu wejścia Polski do Unii Europejskiej staliśmy się prawdziwym transportowym potentatem. Okazuje się, że wśród samochodów przewożących towary między różnymi państwami UE, co trzecia ciężarówka należy dziś do polskiej firmy. Udział w tym segmencie europejskiego rynku wzrósł z poziomu 8,8 proc. w 2004 r. aż do 34,1 proc. w roku 2015! 

I właśnie to zaczęło przeszkadzać państwom należącym do "starej Unii", których firmy transportowe zaczęły być wypierane z rynku przez polskich przedsiębiorców. W odpowiedzi na ten stan rzeczy zaczęli oni forsować, aby w branży transportu samochodowego zaczęła funkcjonować unijna dyrektywa o delegowaniu pracowników, która nakazuje firmom transportowym opłacanie swoich kierowców inaczej w każdym kraju, przez jaki przejeżdżają. Stawki godzinowe muszą być ustalane wg minimalnych stawek wynagrodzenia za pracę w danym państwie.

Rozciągnięcie tej dyrektywy na transport samochodowy spowoduje, że zbankrutuje tysiące polskich firm, dla których przejazdy przez takie kraje jak Niemcy, Francja czy Holandia przestaną być opłacalne. Zdaniem polskiego Związku Pracodawców Transport i Logistyka będzie to skutkowało utratą pracy przez ok. 150 tys. polskich kierowców. Na takim rozwiązaniu wygrają oczywiście firmy zachodnie, które wejdą na miejsce Polaków. 

W kontekście niniejszej dyrektywy powstaje pytanie - skoro polscy kierowcy przymusowo mają zarabiać tak samo jak ich koledzy z Luksemburga czy Belgii (by pracodawcom nie opłacało się ich wysyłać na Zachód), to dlaczego nie wprowadzić ogólnounijnej zasady, że każdy pracownik na danym stanowisko musi zarabiać tak samo jak jego kolega z zagranicy? Dlaczego np. niemiecki Lidl ma płacić polskim pracownikom trzykrotnie mniej niż pracownikom zatrudnionym w Niemczech czy Holandii? Niech płaci tak samo! Rozciągnijmy tę zasadę na wszystkie zawody i branże! Dlaczego mamy się ograniczać? - Od razu zarżnijmy fundamentalne zasady wspólnego rynku gwarantujące swobodę przepływu towarów i usług.

 

Źródło: 150 tys. polskich transportowców może stracić pracę przez nową dyrektywę unijną (RMF24.pl)
Źródło: Druga wojna transportowa (DoRzeczy.pl)

wpis z dnia 19/02/2017

   


   

     Poważna wtopa niemieckiego ambasadora. Naruszył art. 41 Konwencji Wiedeńskiej, który zakazuje mu mieszania się w wewnętrzne sprawy naszego kraju?
wpis z dnia 17/02/2017

 

Kilka dni temu gruchnęła wiadomość, że ambasador Niemiec - Rolf Nikel - z własnej inicjatywy podjął się rozmów w Krajowej Radzie Sądownictwa na temat planowanej przez rząd reformy polskiego wymiaru sprawiedliwości. Powstaje pytanie - czy nie jest to przypadkiem poważne naruszenie art. 41 Konwencji Wiedeńskiej o stosunkach dyplomatycznych, który jasno stanowi, iż ambasador nie może mieszać się w sprawy wewnętrzne państwa w którym przebywa?

Dzień po wizycie Angeli Merkel w Warszawie do siedziby Krajowej Rady Sądownictwa przybył niemiecki ambasador Rolf Nikel, który miał rozmawiać z przedstawicielami władzy sądowniczej o planowanej przez rząd reformie wymiaru sprawiedliwości. Inicjatorem spotkania miał być sam ambasador (źr.: wPolityce.pl). 

W kontekście powyższego pojawia się pytanie o to, czy zachowanie ambasadora Nikela nie stoi w kolizji z art. 41 Konwencji Wiedeńskiej o stosunkach dyplomatycznych, który odnosi się do praw i obowiązków przedstawicieli państw obcych? Zgodnie z jego treścią:

 

1. Bez uszczerbku dla ich przywilejów i immunitetów obowiązkiem wszystkich osób korzystających z tych przywilejów i immunitetów jest szanowanie ustaw i innych przepisów państwa przyjmującego. Mają one również obowiązek nie mieszać się do spraw wewnętrznych tego państwa.
2. Wszystkie sprawy urzędowe powierzone misji przez państwo wysyłające do załatwienia z państwem przyjmującym będą przez nią załatwiane z Ministerstwem Spraw Zagranicznych państwa przyjmującego lub za jego pośrednictwem bądź innym ministerstwem uznanym za właściwe.

 

Czy organizowanie spotkania z przedstawicielami Krajowej Rady Sądownictwa, która obecnie reprezentuje interesy uczestników sporu politycznego w Polsce, nie jest przypadkiem naruszeniem zasady, zgodnie z którą ambasador nie może "mieszać się do spraw wewnętrznych" państwa w jakim przebywa? Co również z pkt 2 cytowanego powyżej artykułu, który nakazuje ambasadorowi załatwiać wszelkie oficjalne sprawy za pośrednictwem "ministerstwa spraw zagranicznych państwa przyjmującego lub innym ministerstwem uznanym za właściwe"?

Wiele zatem nakazuje sądzić, że niemiecki ambasador swoim zachowaniem naruszył zapisy Konwencji Wiedeńskiej. Czy w dobie ocieplenia na linii Berlin - Warszawa poniesie za to służbowe konsekwencje?

 

Źródło: Genowefa Grabowska (Twitter.com)
Źródło: Niemiecka ingerencja w polskie sądownictwo?! (wPolityce.pl)

wpis z dnia 17/02/2017

       


   

     Bankowe "lub czasopisma". Czyli jak banki nie stosują nowego prawa o darmowym rachunku podstawowym! W grę mogą wchodzić grube miliony!
wpis z dnia 16/02/2017

 

Jedno jest pewne - gdy nadarza się okazja, by drenować kieszenie swoich klientów, banki bezwzględnie ją wykorzystują. Od kilku dni na terenie Polski obowiązuje nowa ustawa o usługach płatniczych. Zgodnie z jej treścią każdy bank powinien mieć w swojej ofercie dla klientów darmowy rachunek podstawowy, czyli prawdziwe "konto za zero złotych". Ustawa ma jednak lukę w postaci art. 20 ust. 3, dzięki któremu kary za brak takiego rachunku w ofercie wejdą w życie dopiero w... sierpniu 2018 r.! Banki to wykorzystują i - póki co - nie oferują swoim klientom takich rachunków.

Przypomnijmy - ustawa z 30 listopada 2016 r. o zmianie ustawy o usługach płatniczych oraz niektórych innych ustaw, która weszła w życie kilka dni temu, miała wdrożyć dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/92/UE z dnia 23 lipca 2014 r. w sprawie porównywalności opłat związanych z rachunkami płatniczymi, przenoszenia rachunku płatniczego oraz dostępu do podstawowego rachunku płatniczego. Zgodnie z jej treścią działające na terytorium Polski banki oraz SKOK-i powinny oferować swoim klientom usługę tzw. podstawowego rachunku, która za darmo (podkreślam - ZA DARMO) zapewnia wszystkie podstawowe usługi bankowe związane z prowadzeniem rachunku bankowego (wpłaty, wypłaty, przelewy, płatności kartą płatniczą). 

 

Wejście w życie postanowień ww. ustawy teoretycznie powinno dość mocno uderzyć w zyski banków, które nie mogłyby już pobierać opłat za prowadzenie podstawowych rachunków bankowych. Teoretycznie...

W praktyce jednak wspomniana ustawa została przyjęta z pewną "luką". Do ustawy dodano bowiem art. 20 ust. 3, który odracza wejście w życie przepisów nakładających na banki kary finansowe za brak darmowego rachunku podstawowego w swojej ofercie, aż o 20 miesięcy licząc od daty ogłoszenia ustawy w Dzienniku Ustaw. Ustawa została ogłoszona 9 grudnia 2016 r., a to oznacza, że sankcje za brak darmowego rachunku podstawowego w ofercie danego banku lub SKOK-u będzie karany dopiero od 10 sierpnia 2018 r.!

Efekt tego jest taki, że mimo formalnego wejścia w życie przepisów o obowiązku posiadania w ofercie darmowego rachunku podstawowego, większość banków olewa sprawę i nie proponuje swoim klientom takiej usługi. Wygląda więc na to, że sektor bankowy znowu wykorzystuje okazję do drenowania kieszeni swoich klientów. Powstaje pytanie - kto im tę okazję dał w postaci art. 20 ust. 3 ustawy o zmianie ustawy o usługach płatniczych oraz niektórych innych ustaw?

 

Źródło: Wbrew przepisom banki nie wprowadziły darmowych kont. "Poczekamy od kilku do kilkunastu miesięcy" (RMF24.pl)
Źródło: Ustawa z dnia 30 listopada 2016 r. o zmianie ustawy o usługach płatniczych oraz niektórych innych ustaw (DziennikUstaw.gov.pl)

wpis z dnia 16/02/2017

    


   

     Tajne ministerstwa PiS-u. Rządowe resorty niechętne do ujawniania swoich wydatków
wpis z dnia 15/02/2017

 

Ustalenia Jana Kunerta są co najmniej zaskakujące. Ponad 2 tygodnie temu zapytał on 23 ministerstwa i instytucje publiczne o rejestry umów cywilno-prawnych. Informacje na temat wydatków z pieniędzy podatników, o ile nie dotyczą tajemnic państwowych, są informacjami publicznymi i każdy obywatel ma prawo je poznać. Niestety, inaczej uważa spora część obecnej administracji rządowej. Wykazy umów udostępniło jedynie 5 ministerstw. W przypadku 4 resortów nastąpiła oficjalna odmowa, a kolejnych 9 w ogóle nie odpowiedziało.

Prawo do informacji publicznej, a taką z pewnością są rejestry umów cywilno-prawnych zawieranych przez ministerstwa i instytucje administracji rządowe, może być ograniczane tylko w wyjątkowych okolicznościach. Nie wyobrażam sobie, by jakieś ministerstwo miało nie udostępniać tych informacji w zakresie nie naruszającym tajemnic państwowych, tym bardziej, że chodzi tutaj o pieniądze zebrane od obywateli w podatkach. Niezależnie od tego kto rządzi i z jakiej opcji pochodzi, informacje na temat wydatków jakich dokonuje władza muszą być maksymalnie jawne. W tej kwestii musi funkcjonować daleko idąca transparentność.

W tym kontekście co najmniej zaskakujące są ustalenia Jana Kunerta - dziennikarza Polsatu i portalów politykawarszawska.pl czy bezkompromisowo.pl. Ponad 2 tygodnie temu wysłał on 23 ministerstw i instytucji publicznych wniosek o udostępnienie rejestrów umów cywilno-prawnych zawieranych od momentu przejęcia władzy przez PiS. 

Wykazy na temat wydatków za publiczne pieniądze udostępniło jedynie 5 ministerstw. W przypadku 3 ministerstw (Min. Edukacji Narodowej, Min. Finansów oraz Min. Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej) oraz Kancelarii Prezydenta RP nastąpiła oficjalna odmowa udzielenia informacji. Kolejne 9 ministerstw i instytucji w ogóle nie odpowiedziało w terminie 2 tygodni. Z kolei Min. Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Kancelaria Senatu poprosiły o przedłużenie terminu na sporządzenie odpowiedzi. 

Jan Kunert zapowiedział na twitterze, że niebawem ujawni zastosowane przez ministerstwa i Kancelarię Prezydenta RP uzasadnienia dla odmów. Nie będę ukrywał, iż jestem bardzo ciekawy, co takiego stanęło na przeszkodzie sporządzenia wykazu umów cywilno-prawnych, których realizację finansowano z pieniędzy podatników...

 

Źródło: Jan Kunert (twitter.com)

wpis z dnia 15/02/2017

   


    

     W 2013-2015 celowo nie zmieniali prawa, by możliwe były miliardowe wyłudzenia VAT?! Prokuratura zbada czy doszło do urzędniczego przestępstwa
wpis z dnia 14/02/2017

 

Komisja Europejska nie ma wątpliwości - z powodu procederu wyłudzania VAT Polska co roku traciła dziesiątki miliardów złotych. Do podobnych wniosków doszła NIK, której kontrolerzy stwierdzili, że w latach 2013-2015 dochodziło w naszym kraju do masowego wprowadzania do obiegu faktur VAT dokumentujących czynności fikcyjne, tylko po to, aby wyłudzić zwrot tego podatku. Teraz okazuje się, że częściowo może za to odpowiadać aparat administracyjno-urzędniczy rządu PO-PSL, którego opieszałość w dokonywaniu zmian w prawie mogła pomagać w wyłudzeniach VAT.

Prokuratura Regionalna w Białymstoku prowadzi śledztwo w/s działania na szkodę interesu publicznego przez funkcjonariuszy publicznych poprzez wstrzymywanie prostych zmian w prawie, które uniemożliwiłyby wyłudzanie VAT na handlu elektroniką. Chodzi o okres od 2013 (kiedy problem został zdiagnozowany) do lipca 2015 r. (kiedy to zmiany legislacyjne uderzające w mafię wyłudzającą VAT weszły w życie). 

Przedstawiciele branży handlującej artykułami elektronicznymi już w 2013 r. informowali Ministerstwo Finansów, że rośnie problem z nieuczciwymi handlarzami, którzy generują faktury dokumentujące fikcyjny handel wewnątrzwspólnotowy, za które przysługuje zwrot podatku VAT. Szczególnie chodziło o handel smartfonami. Efekt był taki, że Polska przez kilka miesięcy była światowym liderem eksportu tych urządzeń, mimo iż na terytorium naszego kraju nie znajdowała się ani jedna fabryka produkująca smartfony.

Do wyłudzania pieniędzy przestępcy wykorzystywali unijną regulację dotyczącą tzw. eksportu wewnątrzwspólnotowego. Jeśli oszust z państwa "A" eksportuje do państwa "B" swój towar, który będzie dalej sprzedawany w państwie "B", to może on żądać od urzędu skarbowego z państwa "A" zwrotu podatku VAT wskazanego na fakturze. Wykorzystując ten mechanizm podatkowi oszuści tworzą zorganizowane, wielopoziomowe struktury organizacyjne w różnych państwach, aby poprzez wystawianie fikcyjnych faktur pozorować przepływ towarów między krajami UE. Oczywiście żadnego przepływu towarów nie ma, a zapłata za fikcyjne faktury krąży między rachunkami bankowymi należącymi do tej samej grupy przestępczej. To jednak wystarczy, aby zwrócić się do urzędu skarbowego o zwrot podatku VAT wskazanego na fakturze dokumentującej rzekomy eksport wewnątrzwspólnotowy.

Rozwiązaniem w przypadku fikcyjnego handlu elektroniką było wprowadzenie w życie mechanizmu "odwróconego VAT". I tutaj pojawiły się wątpliwości prokuratury, której śledczy zaczęli badać, czy około 1,5-roczny okres procedowania wspomnianego mechanizmu, nie trwał przypadkiem zbyt długo? Jeśli tak, to kto za tym stał i dlaczego nie można było wprowadzić "odwróconego VAT" na handel elektroniką szybciej, by uniknąć wielomiliardowych strat Skarbu Państwa?

 

Źródło: Uderzą VAT-em w Platformę. Czy urzędnicy rządu PO-PSL zaniedbali walkę z wyłudzeniami w elektronice? (Dziennik.pl)

wpis z dnia 14/02/2017

   


   

     Gdzie był hejt salonu i grzanie tematu, kiedy kolumna Komorowskiego zderzyła się z autem prywatnej osoby raniąc przy tym jej dziecko?
wpis z dnia 13/02/2017

 

Dlaczego, kiedy Tusk pędził przez Polskę po 180 km/h, a samochody z kolumny Komorowskiego zderzały się z autem prywatnej osoby (raniąc jej dziecko) lub wpadały na drzewo (kierowca pod wpływem alkoholu) redaktorzy salonowych mediów nie robili o tym kilkuminutowych materiałów w głównych serwisach informacyjnych przez kilka dni z rzędu? Gdzie byli hejterzy życzący politykom śmierci i cierpienia? Dlaczego znani celebryci nie wyrażali wówczas swojego oburzenia dla pędzących rządowych limuzyn?

Ostatnie wypadki drogowe z udziałem Antoniego Macierewicza oraz Beaty Szydło wywołały gigantyczną falę pogardy i hejtu po stronie polityków i sympatyków totalnej opozycji oraz sporej części celebrytów. Życzeń śmierci, kalectwa wobec najważniejszych osób w państwie czy żałowania, że rządowa limuzyna nie wpadła pod TIR-a, było co nie miara. Umysły części społeczeństwa owładnęły idee bliskie średniowiecznej myśli plemienno-azjatyckiej. Dużą odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponoszą polityczni hejterzy oraz media salonowe, które nagłaśniały większość zupełnie niesprawdzonych (i najczęściej nieprawdziwych) informacji na temat ostatnich wydarzeń, podgrzewając emocje i atmosferę.

Przy mediach salonowych na chwile bym się jeszcze zatrzymał. W kontekście ostatnich wypadków warto odnotować, że media te niemal całkowicie wyciszały incydenty drogowe z udziałem samochodów VIP za poprzedniej władzy. W 2015 roku odnotowano 24 kolizje/wypadki z udziałem samochodów BOR. W 2014 takich incydentów było 26, w tym wypadek samochodu z kolumny prezydenta Komorowskiego, który zderzył się z autem prywatnej osoby. Na miejsce zdarzenia wezwano karetkę pogotowia, ponieważ trzeba było udzielić pomocy dziecku, które podróżowało autem osobowym. W kolei w 2012 r. w okolicach Budy Ruskiej na Podlasiu (prezydent Komorowski miał tam prywatną działkę) funkcjonariusze BOR rozbili rządowe auto na drzewie. Okazało się, że kierowali pojazdem pod wpływem alkoholu.

Żadne z tych wydarzeń nie przebiło się szerzej do publicznej wiadomości. Powód był prosty - redaktorzy salonowych mediów, by nie zaszkodzić wizerunkowi ówczesnej władzy, nie robili z tych wypadków praktycznie żadnych relacji. Główne serwisy informacyjne milczały na ten temat. 

Pamiętajmy o tym dzisiaj, kiedy TVN i inne podobne mu media, urządzają kilkudniowy serial nt. okoliczności wypadku w jakim uczestniczyła rządowa limuzyna...

 

Czytaj także: Jak BOR jeździł za rządów PO-PSL? Pijani funkcjonariusze rozbili prezydencką limuzynę na drzewie, zniszczyli radiowóz... (wPolityce.pl)

wpis z dnia 13/02/2017

   


  

     Absurd! Komisja Europejska krytykuje za osiąganie świetnych wyników w gospodarce!
wpis z dnia 11/02/2017

 

Długo nie było tak absurdalnego newsa płynącego z Brukseli. Komisja Europejska (KE) właśnie uznała, że osiąganie najbardziej pożądanego stanu w międzynarodowych stosunkach handlowych, tj. wysokiej nadwyżki w handlu zagranicznym (eksport większy od importu), nie jest czymś dobrym. Rzecznika KE skierowała szczególną krytykę w stronę Niemiec, które w 2016 r. miały 252,9 mld euro przewagi eksportu nad importem. Jeśli taka myśl nadal będzie towarzyszyć unijnym liderom, to nie powinno nas dziwić, że w końcu wszystko się rozbije...

Osiąganie nadwyżki w handlu zagranicznym jest jedną z podstaw dobrobytu i stabilnego wzrostu gospodarczego. Kraje eksportujące poza swoje granice więcej dóbr i usług są przeważnie bogatsze od tych, które więcej muszą importować, a bilans handlu zagranicznego mają ujemny.

Niemiecki Urząd Statystyczny poinformował kilka dni temu, że w 2016 r. nasz zachodni sąsiad wyeksportowały towary o wartości 1 bln 207,5 mld euro, a wartość importu wyniosła 954,6 mld euro. To oznacza, że bilans handlu zagranicznego był zdecydowanie dodatni i wyniósł 252,9 mld euro.

Niemcom możemy pogratulować świetnego wyniku i robić wszystko, aby we własnej gospodarce również osiągnąć nadwyżkę (w historii III RP jeszcze nigdy się to nam nie udało, biorąc pod uwagę pełne lata, a nie tylko pojedyncze kwartały). Wysoka nadwyżka handlowa nie podoba się jednak... Komisji Europejskiej (KE). Zdaniem rzeczniczki KE osiąganie takiej nadwyżki prowadzi do "ekonomicznej nierównowagi" (sic!).

Nie wiem skąd oni biorą takich gospodarczych "mistrzów", ale na tym polega cała współczesna gospodarka - aby eksportować więcej wyprodukowanych u siebie dóbr i usług, a import maksymalnie ograniczać. Twierdzenie, że nadwyżka handlowa prowadzi do "ekonomicznej nierównowagi" jest banałem, który można porównać do stwierdzenia, że na świecie są bogaci i biedni. Krytykowanie państw za osiąganie takich nadwyżek śmierdzi socjalistycznym modelem pojmowania gospodarki, gdzie w imię równości i sprawiedliwości wszyscy powinni zarabiać tak samo. 

Naprawdę długo nie słyszałem równie absurdalnego stanowiska. Pozostaje mieć nadzieję, że Komisja Europejska zmieni podejście i zamiast myśleć o równaniu w dół, zacznie równać do góry.

 

Źródło: KE krytykuje Niemcy za rekordową nadwyżkę w handlu zagranicznym (Stooq.pl)

wpis z dnia 11/02/2017

      


    

     W 1992 roku TK orzekł, iż ujawnienie listy tajnych współpracowników jest niezgodne z Konstytucją. Sędzią sprawozdawcą był wówczas Andrzej Zoll
wpis z dnia 10/02/2017

 

Wymiar sprawiedliwości w nowotworzonej III RP był żywcem przeniesiony z PRL. Okrągłostołowi politycy zapewniali, że "sam się oczyści". Oczywiście nic takiego nie nastąpiło. PRL-owscy funkcjonariusze i ich tajni współpracownicy często byli chronieni. Dobrym tego przykładem w mojej opinii było orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 1992 r., zgodnie z którym ujawnienie listy tajnych współpraconików pełniących w III RP funkcje publiczne jest niezgodne z Konstytucją. Sędzią sprawozdawcą był wówczas Andrzej Zoll.

Przypomnijmy - 28 maja 1992 r. Sejm przyjął uchwałę nakazującą ministrowi spraw wewnętrznych ujawnienie nazwisk posłów, senatorów, ministrów, wojewodów, sędziów i prokuratorów, którzy w latach 1945 - 1990 byli tajnymi współpracownikami UB i SB. Antoni Macierewicz, który w rządzie Jana Olszewskiego pełnił funkcję ministra spraw wewnętrznych, już 4 czerwca 1992 r. częściowo zrealizował wspomnianą uchwałę poprzez doręczenie Konwentowi Seniorów Sejmu RP listy 64 nazwisk członków rządu (w tym: szefa doradców premiera, dwóch konstytucyjnych ministrów oraz 6 wiceministrów) oraz posłów i senatorów (niemal ze wszystkich klubów sejmowych), którzy byli ewidencjonowani przez UB/SB jako ich tajni współpracownicy. Dodatkowo szef MSW sporządził drugą listę zawierającą dane dotyczące "dwóch osób o szczególnym znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa". Znaleźli się na niej ówczesny prezydent RP Lech Wałęsa oraz ówczesny marszałek Sejmu Wiesław Chrzanowski. 

Bezpośrednią konsekwencją ujawnienia tych list była słynna "nocna zmiana" i odwołanie rządu Jana Olszewskiego. 

Co jednak dzieje się dalej? Uchwała Sejmu w/s ujawnienia listy TW służb PRL pełniących w III RP funkcje publiczne zostaje zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego. Ten już 19 czerwca 1992 r. (skąd my znamy te szybkie posiedzenia zwoływane ad hoc, gdy jest doraźna potrzeba polityczna...) orzeka, że wspomniana uchwała jest niezgodna z ówczesną Konstytucją z uwagi na naruszenie zasady demokratycznego państwa prawnego, a w szczególności przez niezapewnienie ochrony praw osoby ludzkiej i dopuszczenie do naruszenia jej godności. Trybunał orzekł również, że stosowanie zaskarżonej uchwały musi zostać zawieszone, a po przedstawieniu Sejmowi uzasadnienia orzeczenia TK - uchwała będzie uchylona.

Można uznać, że w taki sposób cementował się układ PRL w nowej rzeczywistości III RP. Warto dodać, że sędzią sprawozdawcą TK był wówczas Andrzej Zoll - dzisiejszy autorytet prawniczy TVN24.

Źródło: Orzeczenie TK z dnia 19 czerwca 1992 r., sygn. akt U. 6/92

wpis z dnia 10/02/2017

   


   

     Sąd Najwyższy nielegalnie utajnia przed społeczeństwem wydatki swoich sędziów na służbowych kartach płatniczych!
wpis z dnia 9/02/2017

 

Informacje na temat służbowych kart płatniczych sędziów Sądu Najwyższego oraz wyciągi z wydatków poczynionych za ich pomocą są informacjami o charakterze publicznym i na żądanie obywatela muszą być ujawnione - tak kilka tygodni temu stwierdził Naczelny Sąd Administracyjny i nakazał pierwszemu prezesowi SN - Małgorzata Gersdorf - ujawnić wspomniane informacje. Ku wielkiemu zaskoczeniu sędzia Gersdorf odmówiła publikacji żądanych informacji zasłaniając się... treścią roty przysięgi sędziego (sic!). Co oni takiego ukrywają na tych wyciągach??!

Przypomnijmy - Fundacja ePaństwo zgłosiła się w ubiegłym roku do pierwszego prezesa Sądu Najwyższego - sędzi Małgorzaty Gersdorf - z wnioskiem o ujawnienie informacji nt. służbowych kart płatniczych sędziów Sądu Najwyższego oraz wyciągów z wydatków poczynionych za ich pomocą. Gersdorf odmówiła publikacji dlatego ePaństwo złożyło skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego (WSA) w Warszawie. Ten uznał, że wspomniane dane są informacjami publicznymi i nie mogą być utajniane przed obywatelami. 

Pierwszy prezes SN nie dała za wygraną i skierowała na wspomniane rozstrzygnięcie WSA skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego, ale również i ten sąd stwierdził, że informacje o służbowych kartach płatniczych poszczególnych sędziów oraz wyciągi z wydatków, jakie zostały poczynione za ich pomocą stanowią informacje publiczne i nie można ich utajniać.

Jak na takie rozstrzygnięcie zareagowała Małgorzata Gersdorf? Pomimo niekorzystnego dla niej wyroku WSA oraz NSA nadal odmawia ujawnienia informacji nt. kart służbowych oraz dokonanych za ich pomocą wydatków. Najbardziej kuriozalne jest jednak jej tłumaczenie. Sędzia Gersdorf twierdzi, że nie może ujawnić, którzy z sędziów SN wydawali publiczne bowiem zabrania jej tego... treść roty przysięgi sędziego! Ujawnienie wydatków dokonanych przez sędziego zdaniem Gersdorf stanowiłoby złamanie tajemnicy, a skoro tak, to byłoby to sprzeczne z przysięgą, jaką każdy sędzia SN musiał złożyć. 

O jaką tajemnicę chodzi? Gersdorf twierdzi, że o tajemnice bankową. Problem w tym, że Fundacja ePaństwo nie chciała posiąść informacji stanowiących tajemnicę bankową (np. numer karty płatniczej czy dane beneficjentów przelewów). Chodziło tylko o proste informacje - ile służbowych kart wydano, jaki sędzia je otrzymał oraz jakich wydatków i za jakie kwoty przy ich użyciu dokonał. Nic więcej! 

I pomyśleć, że jeszcze niedawno sędzia Małgorzata Gersdorf przez środowiska KOD-owe była nazywana "ostatnią obrończynią demokracji"...

 

Źródło: Wygrana Fundacji ePaństwo. Informacje o kartach służbowych są informacją publiczną (epf.org.pl)
Źródło: Bezprawie w Sądzie Najwyższym. Sędziowie nie chcą ujawnić wyciągów ze służbowych kart (Dziennik.pl)

wpis z dnia 9/02/2017

   


   

     Sędziowie nie płacą składek ZUS, a pobierają emerytury znacznie wyższe od reszty. I mówią, że równość wobec prawa jest naczelną zasadą Konstytucji
wpis z dnia 8/02/2017

 

Nie wszyscy wiedzą, że pensje sędziów nie są obciążone składkami ZUS. Pomimo tego ich emerytury są znacznie wyższe od przeciętnych. Grupa ta jest jedną z kilku - wyjątkowo uprzywilejowanych - grup zawodowych w Polsce, która kosztem reszty społeczeństwa otrzymuje nadzwyczajne benefity. Ciekawe jakby do zagadnienia podszedł Trybunał Konstytucyjny? Co z naczelną zasadą Konstytucji RP, jaką jest równość wobec prawa? Ile lat jeszcze musi upłynąć, abyśmy dojrzeli do prawdziwej reformy systemu? 

Artykuł 2 Konstytucji RP stanowi, że "Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej". Artykuł 32 Konstytucji dodaje: "Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne". Powstaje pytanie - jak dwa powyżej cytowane artykuły Konstytucji mają się do art. 91 Prawa o ustroju sądów powszechnych, który de facto zwalnia sędziów z obowiązku płacenia składek ZUS? Czytamy w nim bowiem, że: "Od wynagrodzenia sędziów nie odprowadza się składek na ubezpieczenie społeczne". Co więcej - mimo, iż przeciętny Kowalski wyłożył przez całe swoje zawodowe życie setki tysięcy złotych w składkach na ubezpieczenia społeczne, a przeciętny sędzia nie zapłacił z tego tytułu ani jednej złotówki, to obecna przeciętna emerytura sędziowska stanowi wielokrotność emerytury przeciętnego Kowalskiego! 

Aby była jasność - nie mam nic przeciwko lepszemu uposażeniu sędziów, jako intelektualnej elity, bez której państwo nie mogłoby normalnie funkcjonować. Wysokie, adekwatne do kompetencji pensje, to jednak co innego od wysokich, wypłacanych z budżetu emerytur. Szczególnie, gdy zdecydowaną większość społeczeństwa obowiązuje dość twardy lecz sprawiedliwy system kapitałowy, zgodnie z którym wysokość emerytury jest uzależniona od tego, ile się w ciągu życia odłoży w składkach emerytalnych. 

Sędziowie, ale również prokuratorzy, służby mundurowe, górnicy czy rolnicy kosztem reszty społeczeństwa otrzymują nadzwyczajne benefity emerytalne. Jak to się ma do cytowanych powyżej artykułów 2 i 31 Konstytucji RP, które opisują zasadę równego traktowania wszystkich obywateli przez władze publiczne?

 

Źródło: Konstytucja RP
Źródło: Tysiąc złotych rocznie dopłacasz do emerytur: rolników, górników, mundurowych... (Money.pl)

wpis z dnia 8/02/2017

    


  

     Kwaśniewski ułaskawił 4288 przestępców. Wałęsa - 3454. Duda, jak do tej pory, jedynie 30
wpis z dnia 7/02/2017

 

Różne było podejście prezydentów III RP do stosowania prawa łaski. Lech Wałęsa statystycznie codziennie ułaskawiał po 2 przestępców. Niewiele gorszy od niego był Kwaśniewski, który w trakcie swoich dwóch kadencji wypuścił na wolność 4288 kryminalistów. Zjazd nastąpił dopiero za Lecha Kaczyńskiego, który ułaskawił 16-razy mniej przestępców niż Wałęsa. Jeszcze bardziej zachowawczy jest jednak Andrzej Duda. Po upływie 1,5 roku swojej prezydentury prawo łaski zastosował jedynie wobec 30 osób. 

Oficjalne statystyki pokazują, że za czasów prezydentury Lecha Wałęsy przestępcy mieli największe szanse na skorzystanie z prawa łaski. Swoje uprawnienie zastosował on łącznie wobec 3454 przestępców. Zdecydowana większość osób, które zgłosiły się do kancelarii prezydenta o ułaskawienie, taką łaskę otrzymywała. Statystycznie co dzień Wałęsa ułaskawiał po 2 przestępców. Aleksander Kwaśniewski pod tym względem dorównywał swemu poprzednikowi. W trakcie pierwszej kadencji ułaskawił 3295 osób. Podczas drugiej kadencji był już nieco spokojniejszy - zastosował prawo łaski wobec 993 osób. 

Wyraźny spadek ilości ułaskawień nastąpił dopiero za czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego, który przed swoją tragiczną śmiercią zdążył zastosować prawo łaski wobec 201 osób. Za kadencji Bronisława Komorowskiego nastąpił lekki wzrost ilości ułaskawień, ale i tak daleko mu było do Wałęsy czy Kwaśniewskiego. Następca Kaczyńskiego na urzędzie Prezydenta RP zastosował prawo łaski wobec 360 osób. Na tym tle wyróżnia się Andrzej Duda. Podczas półtora roku urzędowania ułaskawił on jedynie 30 osób. Jeśli ta tendencja się utrzyma, to w trakcie swojej pięcioletniej kadencji liczba osób ułaskawionych powinna dobić do ok. 100.

W tym kontekście warto również wspomnieć jacy przestępcy byli ułaskawiani przez poszczególnych prezydentów. Lech Wałęsa ułaskawił Słowika - jednego z najgroźniejszych gangsterów lat 90-tych. Aleksander Kwaśniewski - kasjera lewicy i mordercę Petera Vogla oraz członka SLD Zbigniewa Sobotkę. Bronisław Komorowski zdecydował o ułaskawieniu 5 zabójców. Lech Kaczyński ułaskawił wspólnika swojego zięcia. Z kolei Andrzej Duda skorzystał z prawa łaski wobec człowieka bezwzględnie walczącego z korupcją - Mariusza Kamińskiego.

 

Źródło: Ułaskawienie (wikipedia)
Źródło: Prawo łaski (Prezydent.pl)

wpis z dnia 7/02/2017

     


    

     W 2013 roku rząd Tuska ukrył aż 31 mld zł deficytu, a w 2014 - 28 mld zł! Gdzie wówczas były salonowe media, ekonomiści i obrońcy demokracji?!
wpis z dnia 6/02/2017

 

Gdzie pochowali się wszyscy przewrażliwieni na punkcie wydatków publicznych salonowcy, kiedy w 2013 roku gabinet Donalda Tuska, za pomocą różnego rodzaju księgowych sztuczek i manipulacji, ukrył aż 31 mln zł deficytu, a rok później - 28 mld zł?! Sam NIK (sterowany przez Kwiatkowskiego z PO) potwierdził, że ekipa Tuska stosowała na masową skalę kreatywną księgowość, by nie pokazać opinii publicznej oraz Brukseli prawdziwej wysokości polskiego deficytu. Pytanie - dlaczego wówczas nie było histerycznych reakcji?

Raporty przygotowane przez Najwyższą Izbę Kontroli (co istotne - sterowaną przez Krzysztofa Kwiatkowskiego z PO) nie pozostawiają złudzeń - w latach 2013-2014 rządzący naszym krajem na gigantyczną skalę uprawiali "kreatywną księgowość", a jawność i przejrzystość finansów publicznych pozostawiała wiele do życzenia. Manipulowano nawet przy tak kluczowych dla finansowej oceny państwa danych, jak wysokość dochodów/wydatków czy rozmiar długu publicznego. Tylko w samym 2013 roku ekipie Tuska udało się sztucznie ukryć 31 mld zł deficytu finansów publicznych, a rok później - ponad 28 mld zł!

Sztucznie zaniżano wielkość wydatków poprzez transferowanie pieniędzy podatników do jednostek publicznych, które z przyczyn formalno-prawnych nie były zaliczane do sektora publicznego. Zadłużenie państwa "ukrywano" między innymi za pomocą "pożyczania" pieniędzy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS). Pożyczki te były w istocie zwykłymi dotacjami, ale z racji tej, że ekipa Tuska wpadła na pomysł, aby nazywać je "pożyczkami", nie trzeba ich było ewidencjonować po stronie wydatków państwa, a tym samym nie wpływały one na wysokość deficytu budżetu kraju. Innym sposobem ukrywania deficytu było przekazywanie zadań publicznych finansowanych wcześniej z budżetu państwa do innych jednostek sektora finansów publicznych lub nawet poza ten sektor, bez zapewnienia odpowiedniego finansowania. To powodowało konieczność zadłużania się przez te jednostki. Tak było na przykład z Krajowym Funduszem Drogowym, który odpowiada za finansowanie budowy dróg w Polsce. Okazuje się, że długi tej jednostki nie są wykazywane w oficjalnym długu publicznym, a tym samym nie wpływają na wysokość deficytu. 

Kontrolerzy NIK zauważyli przytomnie, że sztuczne zaniżanie deficytu sektora finansów publicznych oraz długu publicznego przez ekipę Donalda Tuska było niepokojącym zjawiskiem, gdyż wielkości te stanowią podstawę do dokonania przez społeczeństwo oceny sytuacji finansowej państwa. Powstaje pytanie - dlaczego nikt wówczas nie protestował, nie podnosił larum, że oto Tusk nam państwo niszczy od środka? Gdzie były wówczas salonowe media, dzisiejsi obrońcy praworządności i demokracji? Dlaczego milczeli?

 

Źródło: NIK o jawności i przejrzystości finansów publicznych (NIK.gov.pl)
Źródło: Analiza wykonania budżetu państwa i założeń polityki pieniężnej w 2013 roku (NIK.gov.pl)

wpis z dnia 6/02/2017

    


   

     Sędzia TK, który w Warszawie reprywatyzuje dla siebie nieruchomości, dwukrotnie wydawał wyroki w/s... reprywatyzacji! Czy to jest orzekanie we własnej sprawie?!
wpis z dnia 3/02/2017

 

W przypadku jakichkolwiek wątpliwości co do własnej bezstronności, sędzia Trybunału Konstytucyjnego musi poinformować o tym prezesa TK i wyłączyć się z orzekania. Tyle teoria. W praktyce bywa różnie, co pokazuje przykład sędziego Stanisława Rymara. Okazuje się, że znalazł się on w składzie Trybunału orzekającym o przepisach związanych z tzw. dekretem Bieruta (reprywatyzacja) mimo, iż w tym samym czasie on, jak i jego obie córki, domagali się zwrotu przedwojennych nieruchomości położonych na terenie warszawskiej Woli.

Stanisław Rymar to od 2010 roku sędzia Trybunału Konstytucyjnego. Został wybrany z rekomendacji Platformy Obywatelskiej. Wcześniej (w latach 2001 - 2007) pełnił funkcję prezesa Naczelnej Rady Adwokackiej. 

Okazało się, że w okresie ostatnich kilkunastu miesięcy sędzia Rymar aż dwukrotnie znalazł się w składzie Trybunału Konstytucyjnego, który orzekał w sprawie przepisów związanych z reprywatyzacją warszawskich gruntów i nieruchomości. Rymarowi nie przeszkadzało to, że od pewnego czasu on, jak i jego dwie córki, domagają się zwrotu przedwojennych nieruchomości położonych na terenie warszawskiej Woli. Chodzi o grunty, na których stoją garaże zbudowane jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku. Grunty i nieruchomości należały do Skarbu Państwa, a miasto Warszawa dzierżawiło je mieszkańcom Woli. Aż do czasu, kiedy pojawił spadkobierca przedwojennych właścicieli w osobie sędziego Rymara wraz z córkami.

Nie wnikam w to, w jaki sposób Rymar wszedł w posiadanie aktu własności przedmiotowych nieruchomości. W tej sprawie istotny wydaje się być zapis ustawy o TK, który jasno stanowi, że w przypadku jakichkolwiek wątpliwości co do własnej bezstronności, sędzia Trybunału Konstytucyjnego musi poinformować o tym prezesa TK i wyłączyć się z orzekania. Udział w orzekaniu w/s przepisów dot. reprywatyzacji warszawskich gruntów i nieruchomości może w tym przypadku budzić poważne wątpliwości, czy przypadkiem Rymar nie orzekał niejako we własnej sprawie? 

Klarowniej byłoby, gdyby wyłączył się z orzekania w tej sprawie. Dlaczego tego nie zrobił? - Niewiadomo.
  

Źródło: Rymar był sędzią we własnej sprawie! (Fakt.pl)
Źródło: Sędzia TK skorzystał na reprywatyzacji w Warszawie? (DoRzeczy.pl)

wpis z dnia 3/02/2017

    


   

     Przeciwnicy 500+ mają gigantyczny problem: Dzietność Polek zaczęła rosnąć, a ubóstwo wśród dzieci zmniejszyło się o 94 proc.!
wpis z dnia 2/02/2017

 

Pierwsze odczyty demograficzne są jednoznaczne - obecnie rodzi się o około 20 proc. więcej dzieci niż przed wprowadzeniem programu 500+. Po drugie - liczba dzieci żyjących w skrajnym ubóstwie zmniejszyła się aż o 94 proc.! Przed wprowadzeniem programu 500+ aż 700 tys. dzieci cierpiało z powodu ubóstwa. Po jego wprowadzeniu liczba takich dzieci spadała do poziomu 40 tys. Pierwszy raz w historii państwowy program socjalny przyniósł aż tak pozytywne efekty.

Jeszcze w 2015 roku dzietność Polek była na jednym z najniższych poziomów na świecie. Jedna kobieta w Polsce rodziła statystycznie 1,29 dziecka. Aby utrzymać poziom populacji na takim samym poziomie dzietność musi wynieść minimum 2,1.
 
Rok 2016 był jednak pierwszym od wielu lat, który zakończył się odbiciem negatywnego trendu. Według danych GUS na świat przyszło 385 tys. dzieci, czyli o 4 proc. więcej niż w 2015 roku (+15,4 tys.). Co jednak istotne - jeśli weźmiemy pod uwagę tylko listopad i grudzień, tj. miesiące, w których przyszły na świat dzieci poczęte na początku roku, kiedy było już wiadomo, że uruchomiony zostanie program 500+, to okaże się, że w ostatnich miesiącach ubiegłego roku urodziło się aż o około 20 proc. więcej dzieci niż w tym samym okresie 2015 roku.

To nie jedyny pozytywny aspekt wprowadzenia 500+. Raport prof. Ryszarda Szartenberga z Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu pokazuje, że po wprowadzeniu tego programu liczba dzieci żyjących w skrajnym ubóstwie zmniejszyła się z 700 tys. (11,9 proc. ogółu dzieci w wieku 0-14 lat) do zaledwie 40 tys. (ok. 0,7 proc. ogółu dzieci w wieku 0-14 lat). Zmniejszyła się także skala skrajnego ubóstwa w ogóle. Przed wprowadzeniem programu 500+ środków na egzystencję nie posiadało aż 7,5 proc. społeczeństwa. Po jego wprowadzeniu odsetek populacji Polski żyjącej w skrajnym ubóstwie zmniejszył się do zaledwie 3,9 proc.

Rozumiem krytyków programu 500+. Wszak niesie on dla budżetu kraju bardzo wysokie koszty. Jeśli jednak niezaprzeczalnym, pozytywnym jego efektem jest widoczny wzrost liczby urodzeń w Polsce, to myślę, że było warto. Demografia to obecnie nasz największy wróg. Musimy z nią walczyć wszelkimi możliwymi sposobami. 

 

Źródło: Pokolenie 500+? Program działa, są dowody (GazetaPrawna.pl)
Źródło: 500+ wyciąga z ubóstwa setki tysięcy Polaków. To koniec z biedą w Polsce? (Money.pl)

wpis z dnia 2/02/2017

    


   

     Wszyscy, którzy przegrali procesy z Wałęsą bo twierdzili, że jest TW Bolkiem, powinni żądać rewizji wyroków i wysokich odszkodowań
wpis z dnia 1/02/2017

 

To już pewne - Lech Wałęsa okazał się być tajnym współpracownikiem służby bezpieczeństwa PRL o pseudonimie "Bolek". Ekspertyza teczki TW Bolka dokonana przez Instytut Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna w Krakowie nie pozostawia wątpliwości. Wałęsa donosił na swoich kolegów ze stoczni, a dodatkowo brał za to pieniądze. Obecnie wszyscy ci, którzy przegrali z byłym prezydentem procesy o naruszenie dóbr osobistych, bo twierdzili, że jest on TW Bolkiem, powinni żądać rewizji wyroków i wysokich odszkodowań. 

Przedstawiona wczoraj przez IPN ekspertyza znalezionej w domu Czesława Kiszczaka teczki TW Bolka nie pozostawia wątpliwości. Eksperci z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna w Krakowie jednoznacznie potwierdzili, że pismo Bolka jest tożsame z pismem Lecha Wałęsy.

Ujawniona wczoraj ekspertyza potwierdziła jedną, bardzo ważną sprawę - Wałęsa donosił na swoich kolegów ze stoczni i brał za to pieniądze. Dodatkowo mógł być później tym szantażowany przez PRL-owskie władze (lub służby w rzekomo wolnej III RP).

Zupełnie naturalne wydaje się być w tych okolicznościach to, że wszyscy ci, których Wałęsa ciągał po sądach, bo ośmielili się mówić, że był tajnym współpracownikiem donoszącym na kolegów, powinni teraz zażądać rewizji niekorzystnych dla siebie wyroków i wysokich odszkodowań. 

Warto również zwrócić uwagę na konstrukcję art. 233 kodeksu karnego: "Kto, składając zeznanie mające służyć za dowód w postępowaniu sądowym lub w innym postępowaniu prowadzonym na podstawie ustawy, zeznaje nieprawdę lub zataja prawdę, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8". 

Powstaje pytanie - czy w związku z kłamstwem Lecha Wałęsy dokonanym przez niego w trakcie procesu lustracyjnego w 2000 roku, będzie mu można postawić zarzuty na podstawie wspomnianego art. 233 kodeksu karnego?

 

Źródło: Wyszkowski przegrał z Wałęsą (Wyborcza.pl)
Źródło: Wałęsa pozywa Krzysztof Wyszkowskiego. Chce, by ten go przepraszał. Ale nie za „Bolka” (Niezalezna.pl)

Źródło: Jacenty (Twitter.com)

wpis z dnia 1/02/2017