Archiwum: Styczeń 2017

 

     Skandaliczna dezinformacja Onetu! News o "30 luksusowych limuzynach za 35 mln zł" był całkowitą nieprawdą!
wpis z dnia 31/01/2017

 

Kilka dni temu należący do niemieckiej grupy medialnej polskojęzyczny portal Onet.pl informował, że "Ministerstwo Obrony Narodowej kupiło 30 luksusowych limuzyn za prawie 35 milionów złotych". Problem w tym, że informacja ta była zupełnie nieprawdziwa. W rzeczywistości na potrzeby szczytu NATO w 2016 r. MON kupiło 3 luksusowe limuzyny (a nie 30), 12 samochodów klasy średniej oraz 22 samochody zabezpieczające i pomocnicze za łączną kwotę 13,2 mln zł (a nie blisko 35 mln). Oto jak wygląda dezinformacja level HARD!

Kilka dni temu na stronach należącego do Ringier Axel Springer portalu Onet.pl pojawił się artykuł pt.: "MON kupiło 30 limuzyn za prawie 35 milionów złotych. Dwie z nich rozbiły się pod Toruniem":

 

 

Artykuł wywołał oczywiście gigantyczne emocje. Wśród blisko 4 tys. komentarzy umieszczonych przez internautów pod tekstem, dominowały te zdecydowanie negatywne wobec MON, Macierewicza czy PiS. Problem w tym, że informacja o zakupie przez MON "30 luksusowych limuzyn za prawie 35 milionów złotych" okazała się być zupełnie nieprawdziwa. 

W oficjalnym komunikacie MON stwierdził, iż nieprawdą jest, że na zakup samochodów wydano blisko 35 mln zł: "Wszystkie koszty związane z pozyskaniem niezbędnych środków do przewozu i ochrony gości wyniosły 13,2 mln zł. W tej sumie mieści się pozyskanie: 3 BMW 7, 12 samochodów klasy średniej i 22 samochodów zabezpieczających i pomocniczych".

Ministerstwo poinformowało również, że domaga się od portalu Onet.pl, który jako pierwszy zamieścił dezinformację na temat kosztów oraz od innych mediów i osób publicznych zaprzestania szerzenia dezinformacji i oficjalnych przeprosin.

 

Źródło: MON kupiło 30 limuzyn za prawie 35 milionów złotych. Dwie z nich rozbiły się pod Toruniem (Onet.pl)
Źródło: Komunikat MON z 29.01.2017 (Mon.gov.pl)

wpis z dnia 31/01/2017

   


   

     Prawie cała opozycja przeciwko podwyższeniu kar za wyłudzanie VAT! Kogo oni chronią?
wpis z dnia 30/01/2017

 

Wyłudzenia VAT to obecnie największa finansowa patologia niszcząca budżet naszego kraju. Szkody jakie to przestępstwo powoduje były, jak do tej pory, olbrzymie. W samym tylko 2015 roku na terenie Polski przestępcy wystawiono 360,7 tys. lewych faktur na kwotę - uwaga - 81,9 miliardów zł! Luki w unijnych przepisach powodują, że wspomniane lewe faktury mogły się przyczynić do wyłudzenia z budżetu państwa aż 12,0 mld zł zwrotu fikcyjnego VAT-u! Tym bardziej dziwi, że opozycja zagłosowała przeciwko podwyższeniu kar za to przestępstwo.

Okazuje się, że do tej pory polskie sądy dość łagodnie podchodziły do przestępców wyłudzających z budżetu kraju zwrot podatku VAT. W latach 2014-2016 za proceder wyłudzania na wielką skalę przed sądami odpowiadało 253 osób, jednak na karę bezwzględnego więzienia skazano zaledwie 31 osób (!). 

Niewielka ilość osób skazanych szokuje w zestawieniu z finansowymi konsekwencjami tego procederu dla budżetu państwa. Zgodnie z informacjami opublikowanymi przez NIK - w latach 2013-2015 na szeroką skalę występowało w Polsce zjawisko wprowadzania do obiegu gospodarczego faktur dokumentujących czynności fikcyjne. W 2014 roku kontrolerom skarbowym udało się ujawnić 207 tysięcy takich faktur na kwotę 33,7 mld zł. W 2015 roku liczba wykrytych lewych faktur wyniosła już 360,7 tysięcy sztuk (wzrost o 75 proc.), a ich wartość osiągnęła 81,9 mld zł (wzrost o 150 proc.)! Luki w unijnych przepisach spowodowały, że wspomniane lewe faktury w samym tylko 2015 roku mogły się przyczynić do wyłudzenia z budżetu państwa aż 12,0 mld zł zwrotu fikcyjnego VAT-u!

Niestety z uwagi na fakt, że przepisy umożliwiające wyłudzenia VAT-u muszą funkcjonować jako unijne regulacje, organom naszego państwa nie pozostaje nic innego jak nieustannie uganiać się za przestępcami oraz podejmować doraźne decyzje, takie jak przyjęty głosami PiS i pojedynczych posłów opozycji projekt nowelizacji kodeksu karnego, który przewiduje zaostrzenie sankcji za wyłudzanie podatku VAT na wielką skalę. Do 25 lat więzienia będzie groziło w przypadku fałszowania faktur VAT przekraczających kwotę 10 mln zł, a od 3 do 15 lat w przypadku, gdy dochodzi do fałszowania faktur przekraczających kwotę 5 mln zł.

Co dziwne i zastanawiające - zdecydowana większość posłów opozycji głosowała przeciwko temu projektowi. Powstaje pytanie o powody takiego zachowania? Czy rzeczywiście uważają oni, że kara do 25 lat więzienia dla przestępców wyłudzających z budżetu (a więc od uczciwych podatników) miliony złotych jest zbyt surowa?

 

Źródło: Głosowanie nr 21 na 34. posiedzeniu Sejmu (Sejm.gov.pl)
Źródło: Prezes NIK w Sejmie o fakturach dokumentujących czynności fikcyjne (NIK.gov.pl) 

wpis z dnia 30/01/2017

   


   

     Atomowa klapa. Po upływie 8 lat i wydaniu setek milionów złotych projekt pierwszej polskiej elektrowni jądrowej został zawieszony
wpis z dnia 27/01/2017

 

Kiedy ponad 8 lat temu, rząd Tuska w blasku fleszy i kamer przyjmował uchwałę o budowie pierwszej polskiej elektrowni atomowej, nikt nie przewidywał, że będzie to tylko pusta narracja. Siłownia jądrowa w Polsce szybko zmaterializowała się jako wymysł czysto polityczny, dający ciepłe posadki i wymierne korzyści dla wąskiej grupy ludzi. Atomowy imposybilizm trwa aż do teraz. Minister energii właśnie ogłosił, że projekt "polskiego atomu" został zawieszony. Co dalej? Nie wiadomo...

Przypomnijmy - 13 stycznia 2009 roku rząd Tuska przyjął uchwałę, zgodnie z którą do 2020 roku wybuduje pierwszą polską elektrownie atomową. W tym celu ówczesne władze powołały specjalne spółki wraz z zarządami i radami nadzorczymi oraz utworzyły stanowisko pełnomocnika rządu ds. budowy elektrowni atomowej. Nikt wówczas nie spodziewał się, że hasło pierwszej polskiej elektrowni atomowej będzie jedynie pustą narracją, kolorowym wabikiem dla mediów i platformianego elektoratu, wymysłem czysto politycznym, który da ciepłe posadki i wymiernie korzyści dla wąskiej grupy ludzi...

Specjalnie stworzone spółki celowe (PGE Energia Jądrowa i PGE EJ1) w ciągu kolejnych lat generowały tylko koszty (szacuje się, że na atomowy projekt wydano, jak do tej pory, ok. 200 mln zł). Przez ponad 8 lat eksperci nie potrafili nawet wybrać lokalizacji, w której budowa elektrowni miałaby się rozpocząć! O aferze z WorleyParsons nawet nie będę wspominał...

Budowa polskiej elektrowni atomowej okazała się być "papierowa". Zmiana władzy niewiele tutaj zmieniła. Minister energii Krzysztof Tchórzewski przyznał, że "projekt został właśnie zawieszony", ale specjalna spółka do budowy atomu (zatrudnia ponad 100 osób) nadal będzie działać, bo nie wiadomo czy przypadkiem tego projektu za jakiś czas nie "odwiesimy". 

Tak więc trwaj atomowy imposybiliźmie! Skoro przez 8 lat nie wbito nawet jednej łopaty w ziemię by zbudować tą elektrownie, to cóż stoi na przeszkodzie, aby taki stan trwał jeszcze kolejne 8 lat? Miliony na pensje polecą, a kraj nasz będzie mógł być nadal traktowany jako "aspirujący do grona atomowych".

 

Źródło: Elektrownia jądrowa w Polsce? Minister energii: Projekt zawieszony (Rmf24.pl)

wpis z dnia 27/01/2017

   


   

     Polska przyjmuje do siebie najwięcej imigrantów zarobkowych w całej Europie! Warto przypomnieć ten fakt wszystkim szczekającym na Polskę eurokratom
wpis z dnia 26/01/2017

 

Według oficjalnych danych Eurostatu nasz kraj jest liderem całej Unii Europejskiej pod względem ilości legalnie przyjmowanych imigrantów zarobkowych spoza UE. W 2015 roku do Polski przybyło łącznie 541,5 tys. obcokrajowców, z czego aż 375 tys. z powodów czysto zarobkowych (to aż 53 proc. wszystkich imigrantów zarobkowych jacy przybyli do UE w 2015 roku!). Rok 2016 był pod tym względem bardzo podobny. Warto przypomnieć ten fakt wszystkim szczekającym na nasz kraj eurokratom, którzy twierdzą, że Polska jest zamknięta na imigrantów! 

Zgodnie z raportem Eurostatu w zakresie ilości wydanych pozwoleń na pobyt dla osób spoza UE w 2015 roku, najwięcej takich pozwoleń wydały władze Wielkiej Brytanii - 633,0 tys. (wzrost o 65,2 tys. w porównaniu z 2014 rokiem). Polska w tym zestawieniu zajęła drugie miejsce - pozwoleń na pobyt dla osób spoza UE wydaliśmy aż 541,5 tys. (wzrost o 186,1 tys. w porównaniu z 2014 rokiem). To, co jednak charakterystyczne dla Polski - zdecydowana większość pozwoleń na pobyt została wydana dla imigrantów zarobkowych. Polskie władze udzieliły 375,3 tys. takich pozwoleń, co stanowiło aż 53 proc. wszystkich tego typu pozwoleń wydanych w całej Unii Europejskiej! 

Polska przyjmuje do siebie setki tysięcy imigrantów rocznie - głównie Ukraińców. Codziennie do wjeżdża wypełniony po brzegi pociąg relacji Kijów - Lwów - Przemyśl. Codziennie setki, jeśli nie tysiące Ukraińców próbuje nowego życia w naszym kraju, a pod względem ilości wydanych pozwoleń na pobyt w celach zarobkowych obecnie nie mamy sobie równych. Myślę, że warto przypomnieć ten fakt wszystkim szczekającym na nasz kraj eurokratom, unijnym biurokratom, lewakom czy innym zielonym, którzy twierdzą, że Polska jest krajem zamkniętym na imigrantów!

 

Źródło: EU Member States issued a record number of 2.6 million first residence permits in 2015 (ec.europa.eu)

wpis z dnia 26/01/2017

   


   

     Dziś protest studentów, którego nie popierają studenci? Takie rzeczy możliwe tylko w Polsce!
wpis z dnia 25/01/2017

 

Na Facebooku ogłoszono, że dziś odbędzie się "Ogólnopolski protest studentów i studentek". Wiadome media zaczęły grzać temat sugerując, że na ulice polskich miast wyjdzie tysiące studentów, którzy będą protestować przeciwko "izolacji Polski od Unii Europejskiej i ośmieszania jej na arenie międzynarodowej". Problem w tym, że demonstracje będą raczej mikroskopijne, a od "Ogólnopolskiego protestu" odcięły się wszystkie liczące się organizacje zrzeszające studentów twierdząc, że to polityczna hucpa.

Na oficjalnej stronie "Ogólnopolskiego protestu studentów i studentek" możemy przeczytać: "Chcemy żyć w państwie, w którym przestrzegane są przepisy Konstytucji i innych aktów prawnych i zagwarantowana jest wolność zgromadzeń i żadne z nich nie jest uprzywilejowane. Chcemy żyć w państwie, w którym panuje tolerancja i wszystkie osoby są równe wobec prawa bez względu na płeć, pochodzenie, kolor skóry, orientację psychoseksualną, stopień niepełnosprawności oraz wyznanie. Chcemy żyć w państwie, w którym ofiary przemocy są realnie chronione, mamy zagwarantowany dostęp do wszystkich praw reprodukcyjnych oraz utrzymane zostają standardy opieki okołoporodowej. Chcemy żyć w państwie, w którym rząd nie izoluje Polski od Unii Europejskiej i nie ośmiesza jej na arenie międzynarodowej". 

Problem w tym, że wymienione powyżej postulaty są w naszym kraju spełniane. Być może dlatego wszystkie ogólnokrajowe organizacje zrzeszające studentów w Polsce odcięły się od tego protestu twierdząc, że w istocie jest on polityczną hucpą, a utożsamianie akcji z całą społecznością studentów jest manipulacją, na którą nie ma zgody. 

Jak widać w Polsce jest możliwe zorganizowanie "Ogólnopolskiego protestu studentów", którego nie popierają studenci. A wszystko w imię politycznej walki o władzę.

 

Źródło: Ogólnopolskie organizacje studenckie: odcinamy się od tzw. protestu studentów (PolskieRadio.pl)
Źródło: Grupy studentów wyjdą jutro na ulice. Wraz z nimi... Mazguła (TelewizjaRepublika.pl)
Źródło: Twitter.com

wpis z dnia 25/01/2017

    


   

     Polska pod względem liczby sztuk broni na 100 mieszkańców jest najbardziej rozbrojonym krajem Europy!
wpis z dnia 24/01/2017

 

Okazuje się, że w naszym kraju na 100 mieszkańców przypada jedynie 1,5 sztuki broni palnej. To zdecydowanie najgorszy wynik w całej Europie i jeden z najgorszych na świecie (znajdujemy się w okolicach 140. miejsca). W innych państwach naszego regionu sytuacja jest znacznie lepsza. Na Węgrzech współczynnik ilości sztuk broni na 100 mieszkańców wynosi 5,5, na Słowacji - 8,3, zaś w Czechach – 16. O takich krajach jak Niemcy, Szwecja czy Szwajcaria, gdzie współczynnik ten kształtuje się miedzy 30 a 45, nie będę wspominał...

Jarosław Kaczyński na niedawnym spotkaniu ze swoimi sympatykami w Gdańsku powiedział, że "Polacy nie są gotowi na powszechny dostęp do broni palnej". Jak wiadomo, to prezes PiS wyznacza realny kształt bieżącej polityki naszego państwa, stąd wniosek, że w najbliższych latach w kwestii dostępności zwykłych Polaków do broni palnej nic się nie zmieni. 

Wynik 1,5 sztuki broni na 100 mieszkańców jest minimalnie wyższy od współczynników funkcjonujących w takich państwach jak: Burundi, Papua–Nowa Gwinea, Burkina Faso, Czad, Mali czy Togo. Jest to o tyle ważne, że jeszcze do końca ubiegłego roku liczba polskich żołnierzy zdolnych do realnej walki była trzykrotnie mniejsza od liczby uczestników Marszu Niepodległości (w tym roku może być już nieco lepiej z uwagi na fakt, że do służby wejdą pierwsze jednostki Wojsk Obrony Terytorialnej).

W tym kontekście słowa Jarosława Kaczyńskiego o tym, że "Polacy nie są gotowi na powszechny dostęp do broni palnej" nie mogą być postrzegane pozytywnie. Żeby była jasność - nikt nie mówi o tym, że Polska z roku na rok ma się stać Stanami Zjednoczonymi Ameryki czy Szwajcarią, gdzie co drugi obywatel ma swoją broń w domu. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby zacząć ustawowo promować związki czy kluby strzeleckie, które znacząco mogłyby wpłynąć na dozbrojenie społeczeństwa w zupełnie legalny i koncesjonowany sposób. Wbrew obawom prezesa PiS uzbrojeni i odpowiedzialni obywatele mogą być bowiem czynnikiem zapewniającym zachowanie wewnętrznego porządku i bezpieczeństwa.

 

Źródło: Czesi dojrzeli, Polacy nie? (DoRzeczy.pl)

 
wpis z dnia 24/01/2017

  


   

     Jest niemiecka odpowiedź na akcję #GermanDeathCamps. Newsweek twierdzi, że istniały "polskie obozy koncentracyjne"
wpis z dnia 22/01/2017

 

Niemcy musieli być mocno zaskoczeni skutecznością i skalą akcji #GermanDeathCamps. Należący do niemiecko-szwajcarskiego koncernu medialnego "Newsweek Polska" musiał pójść z odsieczą. Wczoraj na portalu internetowym zarządzanego przez Tomasza Lisa tygodnika ukazał się artykuł, w którym stwierdzono istnienie... "polskich obozów koncentracyjnych". To pokazuje, że w kwestii polityki historycznej walka będzie trwała na całego.

Zakładane po 1945 roku na terytorium Polski przez Rosjan i kolaborantów z LWP obozy pracy były zdaniem autorki artykułu z "Newsweeka" - polskimi. Wczytując się w słowa tekstu pt. "Po wyzwoleniu nazistowskich obozów Polacy ponownie je otworzyli?" można odnieść wrażenie, iż Salomon Morel był Polakiem, a NKWD polskimi służbami... 

W ten sposób należący do niemiecko-szwajcarskiego koncernu medialnego tygodnik "Newsweek Polska" przyszedł z odsieczą niemieckiej polityce historycznej. Próba sugestii, że Polacy również mieli swoje "obozy koncentracyjne" jest jawnym nawiązaniem do ostatniej akcji #GermanDeathCamps, która z wielkim sukcesem była prowadzona w serwisach społecznościowych.

To, że niemieckie obozy zagłady mają być "polskie" wymyślił w latach 50-tych XX wieku zachodnioniemiecki kontrwywiad. Z uwagi na trwający od końca II wojny światowej bojkot niemieckich towarów na światowych rynkach chodziło o wymyślenie sposobu na zdjęcie z narodu niemieckiego choć części odium odpowiedzialności za Holocaust. Jeden z członków kontrwywiadu RFN wpadł na pomysł rozpowszechniania informacji o "polskich obozach koncentracyjnych", które jak twierdził: "mogą się przyczynić do wybielenia historycznej odpowiedzialności Niemiec za Zagładę". 

Racje ma Eryk Mistewicz, który komentując sprawę skandalicznego tekstu opublikowanego na łamach "Newsweek Polska" przytomnie zauważył, że właśnie dlatego we Francji nigdy nie pozwolono na to, by obce media kształtowały świadomość Francuzów...

 

Źródło: Po wyzwoleniu nazistowskich obozów Polacy ponownie je otworzyli? „Mała zbrodnia” Marka Łuszczyny (Newsweek.pl)
Źródło: Eryk Mistewicz (twitter.com)

wpis z dnia 22/01/2017

    


   

     Polska na 3. miejscu w rankingu najdroższych w utrzymaniu administracji podatkowych świata!
wpis z dnia 19/01/2017

 

Utrzymywanie skomplikowanego, posiadającego wiele wyjątków podatku dochodowego PIT, na którego obsługę potrzeba kilkadziesiąt tysięcy urzędniczych etatów, powoduje, że administracja podatkowa w Polsce jest jedną z najdroższych na świecie. Zgodnie z opublikowanym przez OECD raportem "Tax Administration 2015" na działanie aparatu skarbowego wydajemy aż 1,6 proc. z tego, co zbiera on z podatków. Okazuje się, że to najwięcej w całej Europie. Na świecie wyprzedzają nas pod tym względem jedynie Japonia (1,7 proc.) i Arabia Saudyjska (1,62 proc.).

Raport Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) uwzględnia wydatki administracji podatkowej w 56 państwach świata. W Polsce koszty utrzymania aparatu skarbowego pochłaniają aż 1,6 proc. tego, co zbiera on nam z podatków. Zdaniem ekspertów z OECD jest to najgorszy wynik spośród wszystkich państw należących do Unii Europejskiej. 

Zgodnie z raportem "Tax Administration 2015" np. w Niemczech współczynnik wydatków do wpływów administracji podatkowej wynosi 1,35 proc., w Czechach - 1,13 proc., na Węgrzech - 1,15 proc., w Wielkiej Brytanii - 0,73 proc., w Austrii - 0,67 proc., w USA - 0,47 proc., w Szwecji - 0,39 proc., a w Szwajcarii - zaledwie 0,29 proc. Wśród 56 krajów, które bada OECD, wyższy niż w Polsce wskaźnik kosztu poboru podatków występuje jedynie w Japonii (1,7 proc. przychodów) oraz w Arabii Saudyjskiej (1,62 proc.).

Raport OECD potwierdza jedną rzecz - istnieje ścisły związek między kosztami utrzymania danego systemu podatkowego (a w konsekwencji - obsługującej go administracji) a stopniem jego skomplikowania. W Polsce mamy do czynienia z najeżonym różnego rodzaju ulgami, zwolnieniami, progami i wyjątkami podatkiem dochodowym PIT. Kilkadziesiąt tysięcy urzędników w naszym kraju jest oddelegowanych do obsługi tej fiskalnej daniny (niektóre szacunki mówią, że poborem, kontrolą i obsługą podatku dochodowego od osób fizycznych zajmuje się blisko 80 proc. całego aparatu skarbowego). Co roku dla 25 milionów podatników muszą oni sprawdzać deklaracje podatkowe, weryfikować ulgi, obsługiwać korespondencję itp. Pensje i wynagrodzenia dla tych urzędników kosztują grube miliardy złotych, które powodują, że nasz kraj na utrzymanie administracji podatkowej proporcjonalnie musi wydać najwięcej wśród wszystkich państw należących do Unii Europejskiej.

Mało zaszczytne 3. miejsce naszego kraju w rankingu OECD nt. najdroższych w utrzymaniu administracji podatkowych świata powinno być solą w oku dla naszych rządzących. Czy jednak tak właśnie jest? Śmiem wątpić...

 

Źródło: Tax Administration 2015 (OECD.org)

wpis z dnia 19/01/2017

   


  

     Szef Komisji Weneckiej w/s Biernata: "Został wysłany na urlop, o który nie prosił". To pokazuje jak bardzo oni nie mają pojęcia czym mówią
wpis z dnia 18/01/2017

 

Przewodniczący Komisji Weneckiej Gianni Buquicchio po raz kolejny wyraził zaniepokojenie sytuacją wokół TK. Przy okazji dokonał klasycznego samozaorania. Odnosząc się do sprawy Stanisława Biernata, zauważył: "Wiceprezes TK został wysłany na urlop, o który nie prosił". Problem w tym, że Biernat miał niemal 100 dni zaległego urlopu, a jego kadencja niebawem się kończy. Aby nie powtórzyła się sytuacja jak z Rzeplińskim (trzeba było mu wpłacić ekwiwalent 150 tys. zł), Biernat musiał być wysłany na urlop i to zgodnie z prawem!

Nowa prezes Trybunału Konstytucyjnego Julia Przyłębska podjęła kilka dni temu decyzję o wysłaniu wiceprezesa TK Stanisława Biernata na zaległy urlop wypoczynkowy. Chodzi o to, aby nie powtórzyła się sytuacja, jaka miała miejsce w przypadku Andrzeja Rzeplińskiego. Były prezes TK unikał urlopu jak ognia. Kończąc swoją kadencję nie wykorzystał aż 114 dni wolnych, za co trzeba było mu wypłacić aż 150 tys. zł ekwiwalentu. 

Aby uniknąć takiej sytuacji sędzia Biernat (któremu kadencja upływa w czerwcu tego roku) został wysłany na zaległy urlop. Ma do wykorzystania niemal 100 dni urlopu, za który mógłby otrzymać około 120 tys. zł ekwiwalentu. 

Zbliżająca się ku końcowi kadencja Biernata oraz ogrom dni urlopu do wykorzystania sprawiły, że nowa prezes TK - w odróżnieniu od starego prezesa - podjęła konkretne działania. W tych okolicznościach stwierdzenie przez szefa Komisji Weneckiej, że "wiceprezes TK został wysłany na urlop, o który nie prosił" wydaje się być co najmniej kompromitujące. Niestety tym się kończy czerpanie wiedzy na temat "stanu demokracji" w Polsce ze źródeł zbliżonych do środowiska Gazety Wyborczej oraz totalnej opozycji.

 

Źródło: Sędzia Biernat wysłany na przymusowy urlop! Nie otrzyma wysokiego ekwiwalentu (TelewizjaRepublika.pl)
Źródło: Szef Komisji Weneckiej zaniepokojony "pogarszającą się sytuacją" w TK (DoRzeczy.pl)

wpis z dnia 18/01/2017

   


  

     Będzie reset w stosunkach z Berlinem? Niemcy mają dość kłamstw totalnej opozycji na temat Polski?
wpis z dnia 17/01/2017

 

Najpierw prezydent Niemiec Joachim Gauck zasugerował, że "w polsko-niemieckim dialogu trzeba postawić na polską prawice". Potem "Die Welt" zaczęło pisać o rządzie w sposób neutralny, a opozycji wytykać błędy. Teraz Angela Merkel zapowiada przyjazd do Polski i ustalenie nowych zasad współpracy. Czy nasi zachodni sąsiedzi mają już dość kłamstw Platformy i Nowoczesnej na temat Polski? Czy Berlin zrozumiał, że więcej zyska na realnej współpracy niż na wierzeniu w przekaz serwowany przez publicystów "Gazety Wyborczej"?

Czy nam się to podoba, czy nie, to Niemcy są naszym największym partnerem handlowym. Są też państwem, które ze względu na rozmiar swojej gospodarki oraz populację, mającym największy wpływ na kierunek zmian w całej Unii Europejskiej. Może zabrzmi to cynicznie, ale lepiej Niemców mieć po swojej stronie, aniżeli przeciwko sobie. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę Donald Tusk. Cel ten osiągnął poprzez wierne służenie Angeli Merkel i realizację polityki uwzględniającej niemieckie interesy. 

Dojście PiS do władzy w 2015 roku musiało Niemców zaboleć. Skończyły się bowiem czasy, kiedy wspólne stanowisko (czytaj: niemieckie stanowisko, które było także stanowiskiem polskim) w danej sprawie ustalano podczas sprawnej rozmowy telefonicznej w języku niemieckim na linii Berlin - Warszawa. Dojście do kompromisu może kosztować nieco więcej wysiłku. Być może jednak niemieccy politycy zrozumieli, że warto nieco bardziej się poświęcać, aby takie porozumienie osiągać, aniżeli żyć w przekonaniu (kształtowanym przez członków Platformy, Nowoczesnej oraz publicystów "Gazety Wyborczej"), że w Polsce dzieje się źle i jest "zagrożona demokracja". 

Zaczęło się od publicznej sugestii prezydenta Niemiec Joachima Gaucka, który stwierdził, że "w polsko-niemieckim dialogu trzeba postawić na polską prawice". Przez "polską prawicę" miał na myśli oczywiście partię Jarosława Kaczyńskiego. Potem pojawiły się teksty w niemieckiej prasie (do tej pory skrajnie negatywnie nastawionej wobec rządu w Warszawie), które neutralnie oceniały rząd Beaty Szydło, a krytycznie podchodziły do "totalnej opozycji". Na końcu Angela Merkel zapowiedziała, że w lutym przyleci do Polski by osobiście rozmawiać o "resecie" i nowym rozdaniu w relacjach polsko-niemieckich. 

 

Powstaje pytanie - czy rząd PiS to wykorzysta? Tak jak pisałem powyżej - lepiej mieć Niemców ze sobą, niż przeciwko sobie. Wiedział to Tusk. Teraz pojawiła się szansa, aby osiągnąć to samo, ale zupełnie innymi metodami.

wpis z dnia 17/01/2017

   


  

     Afera korupcyjna z helikopterami w tle. Aby sprzedać swoje maszyny Francuzi wpłynęli na zmianę belgijskiego prawa, tak by pomóc kazachskim oligarchom
wpis z dnia 16/01/2016

 

W 2010 roku Kazachstan zawarł z poprzednikiem Airbusa kontrakt na dostawę 45 wojskowych helikopterów. Cena - 2 mld euro. Tyle oficjalnie. Pod stołem ustalono, że Francja wpłynie na zmianę belgijskiego prawa, tak by kazachscy oligarchowie rezydujący w Belgii nie musieli iść do więzienia. Jeśli Francuzi byli w stanie zaangażować się w korupcyjno-polityczny wałek byleby tylko sprzedać do Kazachstanu 45 maszyn za 2 mld euro, to zasadnym jest pytanie czy coś podobnego mogło się wydarzyć przy próbie sprzedaży Polsce 50 maszyn za 3 mld euro?

W październiku 2009 roku prezydent Francji Nicolas Sarkozy udaje się z oficjalną wizytą państwową do Kazachstanu. Jednym z głównych tematów poruszanych przez francuską głowę państwa była kwestia zakupu przez kazachskie siły zbrojne helikopterów EC145 produkowanych przez Eurocopter (przekształcony później w firmę Airbus Helikopters). Kontrakt na dostawę tych maszyn został finalnie podpisany w 2010 roku. Opiewał on na sumę 2 miliardów euro i dotyczył zakupu 45 helikopterów.

Tyle oficjalnie. Mało kto jednak wiedział, że deal miał drugą, tajną i zupełnie nieoficjalną część. Przeprowadzone przez francuskich dziennikarzy śledztwo wykazało, iż szanse na zakup EC145 przez Kazachstan wzrosły, kiedy Francuzi obiecali prezydentowi Kazachstanu Nursultanowi Nazarbayevowi, iż pochodzący z jego kraju oligarchowie unikną kary więzienia za przekręty dokonane w Belgii. 

 

W ruch poszły walizki wypełnione z pieniędzmi, lobbyści oraz tajne służby. Francuzi zaczęli naciskać na Armanda De Deckera, który w 2011 roku pełnił funkcję przewodniczącego belgijskiego senatu. De Decker był na tyle skuteczny, że przekonał swoich kolegów w belgijskim parlamencie o konieczności drobnej modyfikacji prawa, które - jak się później okazało - znacząco ułatwiły życie kazachskim oligarchom rezydującym na stałe w Belgii. Najsłynniejszym z nich był Patok Chodievov, oskarżony o korupcję. Dzięki zmianie prawa wywalczonej przez De Deckera, mógł on uniknąć kary więzienia (skończyło się na grzywnie 21 mln euro, która dla Chodievova nie stanowiła problemu). Sam De Decker otrzymał od tajemniczych przyjaciół "nagrodę" w wysokości 740 tys. euro. 

Mając na uwadze powyższą historię słuszne pytanie zadał bloger oraz publicysta miesięcznika "Bez Cenzury" Stanislaw Balcerac: "Skoro, aby sprzedać Kazachstanowi 45 śmigłowców EC145 (model mniejszy od Caracala) Francja posuwała się do korupcji polityków w Brukseli, to co musiało się dziać podczas negocjacji z rządem PO-PSL sprzedaży 50 Caracali dla Polski? Pytanie jak najbardziej na czasie, biorąc pod uwagę kwestie przedłużenia (lub nie) kadencji Donalda Tuska w Brukseli".

 

Źródło: „Kazachstangate”: skandal polityczny, w który zamieszane są Francja, Kazachstan i Belgia (OdFoundation.eu)
Źródło: Kazachstańsko-francusko transakcja wiązana. Miliardowe przetargi i oskarżany o korupcję oligarcha w tle (Mukhtarablyazov.org)
Źródło: Skaner, Stanislas Balcerac - "Bez Cenzury", nr 1/2017, s. 15.

wpis z dnia 16/01/2016

 


 

     Oto jak Komisja Europejska dyskryminuje polską firmę! Skarga w/s duńskiego konkurenta leży nierozpatrzona już od 4 lat!
wpis z dnia 13/01/2017

 

Największy polski producent okien (Fakro) uważa, że jego główny konkurent na europejskim rynku (duński Velux) dopuszcza się praktyk o charakterze nieuczciwej konkurencji i nadużywa dominującej pozycję na rynku. Skargę w tej sprawie do Komisji Europejskiej Polacy wnieśli już 4 lata temu. Niestety do dziś nie została ona rozpatrzona. Okazuje się, że Komisarzem ds. konkurencji, który decyduje jakie skargi będą przedmiotem obrad, a jakie muszą czekać, jest... Dunka. Poproszony o interwencję Janusz Lewandowski powiedział, że mu "nie wypada" (!).

O sprawie pisałem już jakiś czas temu, ale nie zaszkodzi powtórzyć. Tym bardziej, że nic się na korzyść Polaków nie zmieniło. Przypomnijmy zatem, że przedstawiciele polskiego Fakro oskarżają eurokratów o to, że celowo i z premedytacją nie chcą się zająć ich skargą złożoną na duński Velux. Od 4 lat leży ona w Komisji Europejskiej bez rozpatrzenia. Oczywistym jest, że rozstrzygnięcie sprawy po myśli Polaków mogłoby negatywnie wpłynąć na wyniki finansowe Veluxu. Warto zauważyć, że Duńczycy są głównym konkurentem polskiej firmy na rynku europejskim. Walka toczy się zatem o gigantyczne pieniądze. Co ciekawe - europejskim komisarzem ds. konkurencji, który podejmuje decyzje w zakresie tego, jakie skargi złożone przez przedsiębiorców będą rozpatrywane, a jakie muszą czekać w kolejce, jest... Dunka - Margrethe Vestager, która zanim trafiła do Komisji Europejskiej zajmowała stanowisko ministra gospodarki w duńskim rządzie.

Zakładając, że zarzuty Fakro są prawdziwe i Velux dopuścił się praktyk o charakterze nieuczciwej konkurencji, unijna komisarz do spraw konkurencji (od której zależy jakie sprawy będą przedmiotem obrad, a jakie nie) musiałaby ukarać rodzimą firmę. A niekoniecznie może jej na tym zależeć, stąd też zapewne wniosek Polaków jest cały czas blokowany.

Ryszard Florek, prezes polskiego Fakro - jednego z największych producentów okien w Europie - w wywiadzie dla "Forbes" zauważył ciekawą rzecz: "Dunka Margrethe Vestager jest komisarzem UE ds. konkurencji. Ona połowę spotkań ma z duńskimi przedsiębiorcami. Ciągle główkuje, co zrobić, by rozwijała się duńska gospodarka. Jak się zwróciliśmy do Janusza Lewandowskiego, gdy zasiadał w Komisji, to powiedział nam, że jest z Polski, więc mu nie wypada zabiegać o to, by polska firma nie była dyskryminowana w Unii Europejskiej".

Stanisław Janecki, który komentując słowa prezesa Fakro, napisał, że do unijnych instytucji wysyłaliśmy, póki co, nic nie mogące, zahukane i zakompleksione "słupy":

"Donald Tusk nic nie może. Elżbieta Bieńkowska też nic nie może. Janusz Lewandowski nic nie mógł, podobnie jak nic nie mogła Danuta Hübner. (...) Obecny przewodniczący Rady Europejskiej oraz dotychczasowi polscy komisarze w UE ma każdym kroku podkreślają, że nie mogą nic zrobić dla Polski. Przede wszystkim dlatego, że reprezentują całą Unię Europejską. (...) Samo podejrzenie, że mogliby coś zrobić dla Polski napawa (i napawało) ich wstrętem oraz wywołuje dreszcze".

W kontekście wypowiedzi Florka o imposybilizmie Lewandowskiego wobec jawnej niesprawiedliwości uprawianej przez Komisję Europejską, niestety trudno nie zgodzić się ze słowami Janeckiego. Niestety...

 

Źródło: Polski producent okien skarży się na Komisję Europejską (Bankier.pl)
Źródło: Fakro skarży się na Velux Komisji Europejskiej, a ta nie reaguje (Wyborcza.pl)
Źródło: Ryszard Florek: wielkie koncerny zrobiły z Polski kraj półkolonialny (Forbes.pl)
Źródło: Do unijnych instytucji wysyłamy słupy. Ale podczas gdy Tusk i Bieńkowska nic nie mogą, inni mogą dużo (wPolityce.pl)
Czytaj także: Ryszard Florek o polsko-duńskiej bitwie na okna: KE zamiata sprawę pod dywan (Wnp.pl)

wpis z dnia 13/01/2017

   


  

     Jeśli PO upiera się, że budżet jest nielegalny, to konsekwentnie powinni oddać subwencję na 2017 rok!
wpis z dnia 12/01/2017

 

Posłowie Platformy Obywatelskiej oświadczyli wczoraj, że nadal będą blokować salę plenarną Sejmu. Jako powód swojego działania podali rzekomą nielegalność uchwalonego w Sali Kolumnowej budżetu na 2017 rok. W kontekście powyższego zasadne wydaje się być pytanie - co PO zrobi z subwencją budżetową na rok 2017? Skoro, ich zdaniem, budżet jest nielegalny, to logicznym byłoby zwrócenie subwencji Skarbowi Państwa, prawda? Dodajmy, że w przypadku partii Grzegorza Schetyny chodzi o nie małe pieniądze, bo o ponad 15 mln zł... 

Przypomnijmy, że partie polityczne w naszym kraju otrzymują z budżetu centralnego (na który składają się wszyscy podatnicy) dotacje oraz subwencje. Pierwsza to zwrot nakładów poniesionych na kampanię wyborczą. Dostają ją tylko te partie i komitety wyborcze, które zdobyły mandaty parlamentarne (innymi słowy - weszły do Sejmu). Zgodnie z prawem partie mogą również otrzymywać subwencje na działalność statutową. Mogą na nią liczyć tylko te ugrupowania, które w wyborach do parlamentu zdobyły minimum 3 proc. głosów (koalicje - minimum 6 proc.). Co istotne - subwencje wypłacane są co roku w czterech ratach, a ich kwoty są przewidziane w budżecie. 

Platforma Obywatelska, która w wyborach parlamentarnych z 2015 roku zajęła drugie miejsce, zdobyła ok. 3,7 mln głosów poparcia. Zgodnie z Ustawą o partiach politycznych przełożyło się to na prawo do corocznej subwencji budżetowej w wysokości ok. 15,5 mln zł. 

Pytanie za 100 punktów - jeśli posłowie PO twierdzą, że budżet na 2017 rok został uchwalony w sposób "nielegalny" i z tego powodu okupują sale plenarną Sejmu blokując możliwość normalnej pracy parlamentu, to ciekawe co zrobią ze wspomnianą powyżej subwencją? Logika podpowiada, że powinni ją zwrócić jako "nielegalną" (w konsekwencji "nielegalności" całego budżetu) do Skarbu Państwa (wszak są to pieniądze podatników). Coś mi jednak mówi, że górę w tym przypadku weźmie zasada pecunia non olet...

wpis z dnia 12/01/2017

   


  

     W USA ktoś organizuje "Marsz Kobiet" dzień po inauguracji D. Trumpa. Kontynent inny, lecz metody takie same...
wpis z dnia 11/01/2017

 

W USA ktoś próbuje powielić schemat działania zastosowany w Polsce. Pod hasłami obrony rzekomo zagrożonych praw i wolności amerykańskich kobiet na 21 stycznia organizowany jest w Waszyngtonie wielki "Marsz Kobiet". Co ciekawe - oficjalna witryna internetowa tej, wydawałoby się, spontanicznej i oddolnej inicjatywy, została zarejestrowana już 12 listopada ubiegłego roku. Prawdopodobnie zatem znowu będziemy mieli okazję zobaczyć, jak wygląda reżyserowany "spontaniczny" wybuch gniewu, za który określone grupy interesu wykładają spore pieniądze. 

Na stronie internetowej waszyngtońskiego "Marszu Kobiet" (która - co wydaje się być godne odnotowania - w systemie WHOIS została zarejestrowana już 12 listopada ub.r.) możemy znaleźć wiele chwytliwych haseł o prawach człowieka, wolności, solidarności oraz bezpieczeństwie. Wszystko to pisane w duchu, jakoby istniało jakieś wielkie zagrożenie, które lada chwila może się zmaterializować i doprowadzić do zniszczenia zachodniej cywilizacji opartej na wspomnianych prawach podstawowych. 

Nie wiem jak państwo, ale ja widzę dużą analogię do tego, co niedawno działo się w Polsce. Myśmy doświadczyli "Strajku Kobiet", czyli nagłego wybuchu gniewu, który został gigantycznie podkręcony wielkimi nakładami sił głównych mediów w Polsce (proszę sobie przypomnieć histerię jaka panowała na antenie tvn24 czy Onet.pl). To nic, że atakowano wówczas nie tych co trzeba, szerzono dezinformację i manipulację faktami. Efekt był taki, że na ulice Warszawy wyszło minimum 50 tys. protestujących ludzi. 

Kolejną próbę wywołania "nagłego wybuchu gniewu", którego skutki są nieobliczalne, mieliśmy okazję zobaczyć tuż przed świętami. Pod Sejmem starano się wówczas wzniecić zamieszki, a w mediach mainstreamowych panowała psychoza, jakoby właśnie zaczynał się zamach stanu, który ma obalić rządy znienawidzonego dyktatora - Jarosława Kaczyńskiego. Co prawda nic z tego nie wyszło (m.in. dlatego, że reakcja rządu była spokojna), ale było blisko...

Jestem zdania, że podobne mechanizmy będą teraz funkcjonowały w USA. Wielki "Marsz Kobiet" zapowiadany jest na dzień tuż po inauguracji Donalda Trumpa (21 stycznia). Podejrzewam, że do tego czasu amerykańskie media lewicowo-liberalne i cały Hollywood będą maksymalnie podkręcały atmosferę. Kto wie jak potoczą się losy protestu, gdy coś wymknie się spod kontroli. Kto wie, czy jakiś szalony policjant nie zacznie strzelać do zgromadzonych licznie na wezwanie celebrytów protestujących kobiet? Jak wówczas zareagują inni ludzie, którzy byli neutralni? Przy wielkim zamieszaniu i chaosie emocje i instynkty pierwotne mogą odegrać kluczową rolę. Czy na to liczą organizatorzy "Marszu Kobiet"? 

 

Źródło: womensmarch.com

wpis z dnia 11/01/2017

   


   

     Uwaga skupiona na Sejm, tymczasem ratusz w Warszawie unieważnia kolejny przetarg na audyt, co miał wyjaśnić aferę reprywatyzacyjną
wpis z dnia 10/01/2017

 

Afera reprywatyzacyjna jak w soczewce skupiła wszystkie patologie III RP. Mieliśmy w niej wąski układ ludzi, sędziowsko- prawniczo- urzędniczą "kastę", która wykorzystując luki w prawie "reprywatyzowała" na swoją rzecz setki działek i kamienic wartych wiele miliardów złotych. Grupa ta obłowiła się pod mało czujnym okiem Hanny Gronkiewicz-Waltz, której to urzędnicy właśnie po raz drugi unieważnili audyt, co to miał tę aferę wyjaśnić. Jakieś pytania? 

Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła kilka miesięcy temu, że dokona niezależnego audytu warszawskiej reprywatyzacji. Audyt ten miał być remedium na zarzuty sugerujące, że Gronkiewicz-Waltz dopuściła do sytuacji, w której wąska grupa ludzi, swego rodzaju sędziowsko-prawniczo-urzędnicza "kasta", wykorzystywała luki w prawie by "reprywatyzować" na swoją rzecz setki działek i kamienic zlokalizowanych na terytorium Warszawy. 

Niestety, także i w tym przypadku nie udało się osiągnąć zamierzonego celu. Na przeprowadzenie audytu ratusz chciał przeznaczyć 800 tys. zł. Pierwszy przetarg, który miał wyłonić jego wykonawcę, został unieważniony w listopadzie ubiegłego roku. Jedyną ofertę złożyły wówczas trzy połączone kancelarie prawne. Kwestie formalne zdecydowały o odrzuceniu tej oferty i unieważnieniu całej procedury. Do drugiego przetargu zgłosiła się kancelaria prawna oraz firma notorycznego oszusta i fałszerza dokumentów. Także i tym razem nie udało się wyłonić zwycięzcy. O ile odrzucenie oferty oszusta było oczywiste, o tyle oferta kancelarii prawnej została odrzucona ponieważ nie wykazano w niej "odpowiedniego doświadczenia oraz zespołu, który w 3 miesiące mógł przeprowadzić oczekiwany audyt".

Powstaje pytanie - czy jedną z największych afer ostatnich lat rzeczywiście musi audytować prywatna firma? Czyż nie lepiej byłoby, gdyby Hanna Gronkiewicz-Waltz, zamiast wydawać publiczne pieniądze na prywatnych audytorów, najzwyczajniej w świecie zaczęła współpracować z organami ścigania, składając uprzednio stosowne zawiadomienie do prokuratury? Przynajmniej można by za oszczędzić 800 tys. zł...

 

Źródło: Warszawa - Miasto unieważniło drugi przetarg na audyt dot. reprywatyzacji (Stooq.pl)

wpis z dnia 10/01/2017

   


  

     Kiedy rządził Tusk z Polski wydrenowano łącznie 411,3 mld zł kapitału. W 2016 r. (po 3 kwartałach) drenaż spadł do poziomu zaledwie... 4,3 mld zł!
wpis z dnia 9/01/2017

 

Zgodnie z oficjalnym bilansem płatniczym naszego kraju w latach kiedy premierem był Donald Tusk (2008 - III kw. 2014) z Polski za granicę wyprowadzono łącznie 411,3 mld zł. Okazuje się, że nasz kraj był najobficiej drenowanym z kapitału państwem Europy! Średnio w ciągu roku znikało z Polski ponad 60 mld zł! Dla porównania - po trzech kwartałach 2016 roku drenaż kapitału spadł do poziomu zaledwie 4,3 mld zł. 

Oficjalne statystyki NBP na temat bilansu płatniczego Polski z okresu rządów PO-PSL są zatrważające. Skumulowany deficyt salda rachunku bieżącego Polski za ten okres wyniósł -106,8 mld euro, co stanowiło równowartość 427,7 mld zł! Aż tyle pieniędzy wytransferowano poza granice naszego kraju w formie dywidend, opłat, rachunków za usługi i sprowadzane towary czy odsetek za pożyczone pieniądze. Owoce polskiego wzrostu gospodarczego bezlitośnie były drenowane przez zagraniczne spółki i przedsiębiorstwa. Najgorszy pod tym względem były lata 2008, 2010 oraz 2011 kiedy wytransferowano z Polski równowartość - odpowiednio - 85,7 mld zł, 77,7 mld zł oraz 81,5 mld zł!

Poniżej oficjalne dane na temat bilansu płatniczego Polski tworzone przez NBP. Warto zwrócić uwagę na lata, kiedy w naszym kraju rządził Donald Tusk:

 

2005 r.: -25,8 mld zł
2006 r.: -42,7 mld zł
2007 r.: -75,1 mld zł
2008 r.: -85,7 mld zł
2009 r.: -54,2 mld zł
2010 r.: -77,7 mld zł
2011 r.: -81,5 mld zł
2012 r.: -60,5 mld zł
2013 r.: -21,0 mld zł
2014 r.: -35,6 mld zł
2015 r.: -11,2 mld zł
2016 r.: -4,3 mld zł*

 

* dane po 3 kwartałach 2016 r. 

 

Źródło: Bilans płatniczy NBP (NBP.pl)

wpis z dnia 9/01/2017

   


  

     Niemiecka agencja działająca w Polsce przyznaje, że nie jest przychylna polskiemu rządowi. Za takie słowa we Francji wyleciałaby z hukiem!
wpis z dnia 7/01/2017

 

Deutsche Welle to państwowa agencja telewizyjno-informacyjna kontrolowana przez niemiecki rząd (odpowiednik polskiego TVP Info / PAP). Kilka dni temu na twitterze polskiego oddziału tej agencji pojawił się wpis, w którym oficjalnie potwierdzono, że niemieckie media nie są przychylne obecnemu rządowi w Warszawie. I tu dochodzimy do istoty problemu - gdyby jakiekolwiek medium zagraniczne we Francji opublikowało taki komunikat, z końcem miesiąca straciłoby możliwość działania w tym kraju.

Prawda jest taka, że we współczesnym świecie to media kształtują zbiorową rzeczywistość i percepcję wydarzeń. To jak odbieramy daną sytuację w dużej mierze zależy od narracji kreowanych przez środki masowego przekazu. Telewizje, gazety, duże portale internetowe to zbyt ważny obszar, zbyt silnie wpływający na poglądy i działania obywateli, aby całkowicie oddawać go we władanie zagranicznego kapitału, który najczęściej reprezentuje interesy państwa z jakiego pochodzi.

Doskonale zdają sobie z tego sprawę we Francji, gdzie istnieją ustawowe ograniczenia w zakresie możliwości kontrolowania mediów przez kapitał zagraniczny. Tam nie mogłoby dojść do sytuacji, w której trzema największymi wydawcami prasy w Polsce są należące do Niemców wydawnictwa: Bauer, Ringier Axel Springer Polska oraz Polska Press Grupa. Nie mogłoby, bowiem nad Sekwaną przedsiębiorstwa prasowe wydające ogólnokrajowe dzienniki muszą być kontrolowane przez rodzimy kapitał. Obecność kapitału zagranicznego ograniczono w tym przypadku do zaledwie 20 proc. udziałów. We Francji nie byłoby możliwe, aby niemiecka agencja telewizyjno-informacyjna przyznała, że jest oficjalnie nieprzychylna tamtejszemu rządowi, bowiem niemal natychmiast straciłaby możliwość prowadzenia działalności. 

Co innego w Polsce - u nas, w wyniku błędnej polityki dopuszczającej w nieograniczonych ilościach zagraniczny kapitał do środków masowego przekazu, media kontrolowane przez Niemców realnie wpływają na poglądy zwykłych Polaków, a wspominana Deutsche Welle może sobie pozwolić na zupełnie prowokacyjny komentarz. Pozostaje mieć nadzieję, że prędzej czy później stan ten ulegnie zmianie, a rynek medialny w Polsce będzie zbliżony do tego jaki funkcjonuje we Francji.

 

Źródło: Eryk Mistewicz (twitter.com)

wpis z dnia 7/01/2017

   


  

     Niemcy ignorują niekorzystne dla nich orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE! W tle miliardy euro z Rosji i niezależność energetyczna Polski
wpis z dnia 5/01/2017

 

W październiku ub.r. Komisja Europejska udzieliła Gazpromowi zgody na wykorzystywanie od 1 stycznia 2017 r. 80 proc. przepustowości biegnącego tuż przy granicy z Polską niemieckiego gazociągu OPAL. Polski PGNiG, upatrując w tym zagrożenie dla własnych interesów, złożył do Trybunał Sprawiedliwości UE skargę na decyzję KE, a dodatkowo wniósł o zawieszenie jej wykonania do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia. Trybunał 23 grudnia przychylił się do wniosku PGNiG o zawieszenie. Niestety, Niemcy orzeczenie to olali i 1 stycznia udostępnili OPAL Gazpromowi.

Gazociąg OPAL to lądowa odnoga Nord Streamu biegnąca na terytorium Niemiec (wzdłuż granicy z Polską), aż do Czech. Do tej pory Rosjanie mogli wykorzystywać jedynie 50 proc. przepustowości OPAL-u, co znacznie ograniczało ich ekspansję na Zachód Europy. Restrykcje te były nałożone przez Unię Europejską, aby wykluczyć sytuację, w której Gazprom zdobywa pozycję dominującą w Europie i uzależnia od siebie państwa UE w zakresie dostaw błękitnego paliwa.

W październiku ub.r. Komisja Europejska pod przewodnictwem Jean-Claude Junckera podjęła kontrowersyjną decyzję o udostępnieniu rosyjskiemu Gazpromowi 80 proc. przepustowości OPAL-u od początku 2017 roku. W praktyce oznaczało to, że Rosjanie mogliby dostarczać do Europy Zachodniej znacznie większe ilości gazu i to bez konieczności budowy gazociągu Nord Stream 2. Dodatkowo wzrosłaby pozycja Niemiec, jako "huba gazowego" Unii Europejskiej, a jednocześnie istotnie osłabia się znaczenie Polski, jako strategicznego - do tej pory - państwa tranzytowego. O skutkach geopolitycznych (izolowanie, możliwość stosowania gazowego szantażu) nawet nie będę wspominał. 

Polski PGNiG, upatrując w tym zagrożenie dla własnych interesów, złożył do Trybunał Sprawiedliwości UE skargę na decyzję Komisji Europejskiej. Dodatkowo wniósł o zawieszenie wykonania decyzji KE do czasu wydania przez Trybunał ostatecznego rozstrzygnięcia w sprawie. 

Sędziowie z Luksemburga bardzo szybko zabrali się za sprawę i już 23 grudnia wydali orzeczenie w/s zawieszenia wykonania decyzji Komisji do czasu wydania ostatecznego wyroku. Warto podkreślić, że orzeczenie Trybunału to akt nadrzędny względem decyzji Komisji, co oznacza, że powinno być one respektowane bez wszystkie strony sporu. Niestety - Niemcy uznali inaczej. Począwszy od 1 stycznia przez OPAL, czyli niemiecką odnogę gazociągu Nord Stream z Rosji, płynie coraz więcej gazu, mimo orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE zawieszającego decyzję Komisji Europejskiej z października.

Wygląda więc na to, że tam gdzie w grę wchodzi gruba kasa z Rosji za transfer gazu oraz kwestia niezależności energetycznej Polski, nasi zachodni sąsiedzi dość luźno będą podchodzić do orzeczeń najważniejszych trybunałów UE. A rzekomo w Polsce jest z tym problem...

 

Źródło: Niemcy: Ślemy więcej gazu z Rosji pomimo orzeczenia Trybunału (BiznesAlert.pl)
Źródło: OPAL, czyli okazja czyni złodzieja przepustowości (BiznesAlert.pl)

wpis z dnia 5/01/2017

     


  

     EBC za 780 mld euro wykupi długi Niemiec, Francji i Włoch. Niedozwolona pomoc publiczna? Wolne żarty!
wpis z dnia 4/01/2017

 

Polski NBP powinien brać przykład z Europejskiego Banku Centralnego (EBC). Otóż bankierzy z Frankfurtu nieprzerwanie od dwóch lat drukują (kreują) setki miliardów euro tylko po to, by skupować za nie długi poszczególnych państw należących do strefy euro. Największym beneficjentem tej polityki są - a jakżeby inaczej - Niemcy. Naszym zachodnim sąsiadom wykupiono w ten sposób już ok. 250 miliardów euro długu. I nikt przy tym nie mówi, że to jakaś niedozwolona pomoc publiczna, którą trzeba zwrócić. Można? Jak widać - można!

Komisja Europejska dopatruje się znamion niedozwolonej pomocy publicznej w podatku od sieci handlowych (który najmocniej uderza w duże zagraniczne sieci handlowe funkcjonujące na terytorium Polski, np. Lidl czy Rossmann), a zupełnie przymyka oko na to, co wyprawia Europejski Bank Centralny. Przypomnijmy, że EBC - w ramach walki z tzw. kryzysem finansowym na Zachodzie Europy - od stycznia 2015 r. prowadzi tzw. politykę luzowania ilościowego. Polega ona na tym, że EBC drukuje (kreuje) setki miliardów euro, za które skupuje obligacje skarbowe wyemitowane przez kraj należący do strefy euro. Skutek tej księgowej operacji jest taki, że skupowane papiery dłużne przestają generować odsetki. Można powiedzieć, że są one de facto umarzane, a poszczególne gospodarki eurolandu otrzymują w zamian potężną dawką pieniędzy. Oczywiście największym beneficjentem tej działalności są Niemcy. Szacuje się, że naszym zachodnim sąsiadom wykupiono już w ten sposób ok. 250 mld euro długu.

Warto odnotować, że Europejski Bank Centralny w grudniu ubiegłego roku podjął decyzję o wydłużeniu programu luzowania ilościowego końca 2017 r. (pierwotnie miał obowiązywać do końca 2016 r.). Jednocześnie ustalono, że łączna kwota wykreowanych euro nie będzie mogła przekroczyć 780 mld (do końca marca po 80 mld euro miesięcznie, a od kwietnia do grudnia po 60 mld euro miesięcznie). Gdyby nie ta forma finansowego "dopingu", takie kraje jak Niemcy, Francja czy Włochy istotnie zbliżyłyby się do gospodarczego dna. Polska oraz inne państwa UE, gdzie waluta euro nie obowiązuje, mogą tylko pomarzyć o takim wsparciu. Oto jak w praktyce wygląda unijna inżynieria finansowa wymyślona przez europejskie elity pod przewodnictwem Berlina...

 

Źródło: Europejski Bank Centralny zdecydował. Euro i obligacje pikują (BusinessInsider.com.pl)
Źródło: EBC dojrzewa powoli do ograniczenia luzowania ilościowego (Forsal.pl)

wpis z dnia 4/01/2017
     


    
     Rumunia idzie za ciosem - od 1 stycznia dokonała kolejnej obniżki VAT! Kiedy polscy politycy wezmą przykład?
wpis z dnia 3/01/2017

 

Władze Rumunii nie przestają nas zadziwiać. Po tym jak w ubiegłym roku, wbrew rekomendacji UE i MFW, dokonały obniżki podstawowej stawki podatku VAT z 24 do 20 proc., po tym jak obniżyły obciążenia fiskalne oraz składki wobec małych przedsiębiorców, po tym jak zlikwidowały 102 opłaty administracyjne (w tym abonament RTV i opłatę środowiskową) - postanowiły iść za ciosem i ponownie obniżyć podstawową stawkę podatku VAT. Tym razem z 20 na 19 proc. Nic tylko brać przykład!

Przypomnijmy - pod koniec 2015 roku rumuńskie władze zdecydowały, aby od 1 stycznia 2016 r. w kraju obowiązywały niższe stawki podatku VAT. Podstawowa stawka została zmniejszona z 24 do 20 proc. Wcześniej zmniejszono także stawki na żywność - z 24 do 9 proc. Jakby tego było mało rząd w Bukareszcie zdecydował, że od początku roku stawka podatku dochodowego dla przedsiębiorców prowadzących 1-osobową działalność gospodarczą wyniosła zaledwie 3 proc. Jeśli taki przedsiębiorca zatrudni pracownika, to stawka PIT spada mu do 2 proc. Jeśli zatrudni dwóch pracowników - stawka PIT zostaje zmniejszona tylko do 1 proc.! Wszystko to działo się wbrew rekomendacjom MFW i Komisji Europejskiej, które odradzały władzom w Bukareszcie dokonania tych zmian. 

Efekty były rewelacyjne - ludzie zachowali więcej pieniędzy dla siebie, sprzedaż detaliczna wzrosła, a budżet kraju zanotował rekordowe wpływy. 

Kontynuując reformy w październiku ub.r. rumuński parlament jednogłośnie przegłosował likwidację aż 102 opłat administracyjnych. Wśród zlikwidowanych znalazły się doliczana do rachunków za prąd opłata radiowo-telewizyjna (abonament RTV) oraz tzw. opłata środowiskowa, którą trzeba było płacić przy kupowaniu używanego samochodu. 

To jednak nie koniec rumuńskiej "dobrej zmiany" w kwestiach podatkowych. Począwszy od 1 stycznia 2017 r. w Rumunii zaczęła obowiązywać nowa, po raz kolejny obniżona, podstawowa stawka podatku VAT - tj. 19 proc. Stawka ta, wg zapowiedzi rumuńskich polityków, ma być jeszcze raz obniżona. Począwszy od 2018 roku ma ona wynosić zaledwie 18 proc. (dla porównania - w Polsce podstawowa stawka podatku VAT jest obecnie równa 23 proc.).

Powstaje pytanie - kiedy polscy politycy wezmą przykład z Rumunii i obniżą VAT przynajmniej do poziomu 22 proc.? Wszak obiecali to zrobić już 3 lata temu i do dziś tej obietnicy nie dotrzymali...

 

Źródło: Retailers in Romania ready to apply the VAT cut from 20% to 19% starting January 1 (Romania-Insider.com)

wpis z dnia 3/01/2017

    


   

     Najdroższa autostrada w Polsce będzie jeszcze droższa? Za przejazd 60 km trzeba będzie zapłacić nawet 60 zł!
wpis z dnia 2/01/2017

 

Stalexport Autostrada Małopolska to prywatny zarządca autostrady pomiędzy Krakowem a Katowicami. Firma ta ogłosiła, że chce kolejnych podwyżek za przejazd zarządzanym przez siebie fragmentem A4. W tym celu złożyła do GDDKiA wniosek o zgodę na wprowadzenie podwyżki. Przypomnijmy - już teraz przejazd 60 kilometrowym fragmentem A4 zarządzanym przez Stalexport jest najdroższy w całej Polsce. Kierowca samochodu osobowego musi zapłacić 20 zł, a ciężarowego - 53 zł!

Stalexport Autostrada Małopolska złożył do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA) wniosek o zgodę na podwyższenie pobieranych od kierowców opłat za przejazd 60-kilometrowym fragmentem A4. Podwyżka miałaby dotyczyć samochodów ciężarowych. Jeśli GDDKiA nie wyrazi sprzeciwu, to koszt takiego przejazdu od początku marca 2017 roku wzrósłby z obecnych 53 do 60 zł.

Umowa koncesyjna dotycząca zarządzania i pobierania opłat na 60 km odcinku autostrady A4 między Katowicami a Krakowem została zawarta w 1997 roku. Jako koncesjonariusza państwo polskie wybrało spółkę Stalexport (obecnie: Stalexport Autostrada Małopolska). Treść tej umowy od wielu lat wzbudza niestety wielkie kontrowersje. Chodzi przede wszystkim o kwestie ograniczenia możliwości rozbudowy dróg alternatywnych w stosunku do odcinka A4 zarządzanego przez Stalexport. Zgodnie z publikowanymi w prasie i mediach przeciekami na temat treści tej umowy (jest ona utajniona dla zwykłych ludzi) - każde podniesienie jakości lub przepustowości dróg równoległych do A4 może być traktowane jako droga konkurencyjna i skutkować wypłaceniem koncesariuszowi (tj. spółce Stalexport Autostrada Małopolska) odszkodowania przez państwo polskie. 

Warto w tym miejscu przypomnieć, że A4 wybudowano częściowo ze środków publicznych, a częściowo za kredyty z poręczeniem rządu. Pierwszą umowę koncesyjną podpisał na kilka dni przed przegranymi wyborami rząd SLD (1997 rok). Potem kilka aneksów do umowy koncesyjnej, które wypaczyły sens przekazywania pod zarząd prywatnej spółki państwowej autostrady, podpisywał rząd Jerzego Buzka (AWS-UW). Co ciekawe: minister Skarbu Państwa z tego rządu - Emil Wąsacz - jest dziś prezesem... Stalexportu Autostrada Małopolska S.A. Ostatni tajny aneks do umowy koncesyjnej podpisywał minister rządu SLD Jan Ryszard Kurylczyk.

Umowa koncesyjna podpisana ze Stalexportem przez wielu jest uważana za skrajnie niekorzystną z punktu widzenia interesów polskiego państwa. Pewne jest jedno - przejazd 60 km odcinkiem autostrady A4 zarządzanej przez tą spółkę jest niezwykle drogi (nawet jak na standardy zachodnioeuropejskie). Niestety, wiele wskazuje na to, że będzie jeszcze droższy...

 

Źródło: Zarządca autostrady A4 chce podwyżek opłat za przejazd (Bankier.pl)
Źródło: Rząd ujawni umowę koncesyjną Stalexportu? (Wnp.pl)
Źródło: Płatna autostrada A4: Sąd utajnił aneks, ale my go znamy! (interia.pl)

wpis z dnia 2/01/2017

   


  

     Dziś mija 6. rocznica podwyższenia na 3 lata stawek podatku VAT. Oto jak politycy nie dotrzymują danego nam słowa!
wpis z dnia 1/01/2017

 

Pod koniec 2010 roku platformiana ekipa zatwierdziła ustawę podnoszącą wysokość płaconego przez Polaków podatku VAT z poziomu 7 do 8 proc. oraz z 22 do 23 proc. Wyższe stawki tego podatku miały obowiązywać od początku 2011 do końca 2013 roku. W 2013 roku rząd Tuska zdecydował jednak o utrzymaniu wyższych stawek VAT na kolejne trzy lata (2014 - 2016). Począwszy od 2017 roku stawki VAT miały być obniżone. Nic jednak z tego. W listopadzie ub.r. posłowie PiS zmienili prawo i utrzymali wyższy VAT na lata 2017 - 2018...

Przypomnijmy - kiedy pod koniec 2007 roku Donald Tusk zachęcał do głosowania na Platformę Obywatelską, przyrzekał publicznie, że każdy kto w jego rządzie zaproponuje podwyżkę podatków, będzie z tego rządu usunięty ("Przysięgam Polakom, że każdy, kto w moim rządzie zaproponuje podwyżkę podatków, zostanie osobiście przeze mnie wyrzucony"). 

 

Nie trzeba było długo czekać, aby się przekonać, że Tusk tę przysięgę złamał. W drugiej połowie 2010 roku jego rząd wpadł na pomysł, aby dodatkowe kilka miliardów na spłatę długów zabrać Polakom podwyższając im stawkę podatku VAT. W ten sposób z początkiem 2011 roku podwyższone zostały podstawowe stawki VAT z 7 na 8 proc i z 22 na 23 proc. 

Powyższe rozwiązanie miało być tymczasowe i obowiązywać tylko do końca 2013 roku. Tusk obiecał Polakom, że z początkiem 2014 roku przywróci normalne stawki (7 i 22 proc.). Obietnicy tej oczywiście nie dotrzymał i zgodnie z przyjętym pod koniec 2013 roku rozporządzeniem podwyższone stawki podatku VAT miały obowiązywać aż do końca 2016 roku.

Idąc do wyborów parlamentarnych w 2015 roku PiS obiecywał przywrócenie stawek podatku VAT do normalnego poziomu począwszy od 1 stycznia 2017 roku. I co? W listopadzie ub.r. posłowie PiS przeforsowali przyjęcie rządowego projektu o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług, który utrzymuje podwyżkę podstawowych stawek podatku VAT z 7 na 8 proc. i z 22 na 23 proc. na kolejne 2 lata (do końca 2018 roku). 

I właśnie dlatego obchodzimy dzisiaj 6. rocznice podwyższenia stawek VAT, które miały obowiązywać tylko przez 3 lata...

wpis z dnia 1/01/2017