Archiwum: Październik 2016

 

     45 milionów złotych na nagrody z okazji "Dnia Pracownika ZUS". Przypomnijmy - ZUS to jeden z największych pracodawców w Polsce!
wpis z dnia 31/10/2016

 

Gdyby ZUS traktować jako firmę, to okazałoby się, że w rankingu pracodawców zatrudniających największą ilość pracowników w Polsce, nasz narodowy ubezpieczyciel zająłby 4. miejsce. Pracuje w nim bowiem około 46,5 tys. osób (dane za 2014 rok). Warto odnotować, że prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych właśnie podjęła decyzję, aby z okazji "Dnia Pracownika ZUS" przyznać urzędnikom nagrody pieniężne w wysokości 1 tysiąca złotych brutto. Do nagrody zakwalifikowało się 45 tys. osób. Łatwo zatem wyliczyć, że pochłoną one łącznie 45 mln zł... 

Powołana w lutym br. na stanowisko prezesa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych Gertruda Uścińska, właśnie podjęła decyzję, aby z okazji "Dnia Pracownika ZUS" podległym sobie urzędnikom przyznać po 1000 zł nagrody brutto. - Prezes, w uzgodnieniu z Ministrem Finansów oraz ze związkami zawodowymi, wygospodarowała w ramach budżetu Zakładu dodatkowe środki, by nagrodzić ciężką pracę personelu - wyjaśnia rzecznik ZUS-u Wojciech Andrusiewicz w rozmowie z tvn24bis.pl. Problem w tym, że gdyby ZUS traktować jako firmę, to okazałoby się, że w rankingu pracodawców zatrudniających największą ilość pracowników w Polsce, nasz narodowy ubezpieczyciel zająłby 4. miejsce (za Pocztą Polską, Kompanią Węglową i siecią sklepów Biedronka). Według danych z 2014 roku pracowało w nim bowiem około 46,5 tys. osób.

Zgodnie z ujawnionymi informacjami, nagrody z okazji "Dnia Pracownika ZUS" ma otrzymać 45 tysięcy urzędników. Łatwo zatem wyliczyć, że pochłoną one łącznie 45 mln zł. Okazuje się jednak, że kwota ta to zaledwie kropla w morzu wydatków na wynagrodzenia dla pracowników ZUS. Zgodnie z informacjami opublikowanymi w corocznym "Sprawozdaniu z działalności ZUS" całkowita kwota składek i podatków jaka jest przeznaczana na wynagrodzenia, ubezpieczenia społeczne oraz inne świadczenia na rzecz pracowników w 2014 roku przekroczyła 2 mld 563 mln zł.

 

Źródło: Sprawozdanie z działalności Zakładu Ubezpieczeń Społecznych za 2014 rok (ZUS.pl)
Źródło: Tysiąc plus dla każdego pracownika. W ZUS-ie mają powód do świętowania (Tvn24bis.pl)

wpis z dnia 31/10/2016

   


  

     Rumunia idzie za ciosem: Po obniżce VAT (wbrew MFW i UE) likwiduje ponad 100 opłat i podatków - w tym abonament RTV!
wpis z dnia 30/10/2016

 

Przypomnijmy - Międzynarodowy Fundusz Walutowy i UE odradzały władzom Rumunii drastyczne obniżenie stawek VAT i innych obciążeń podatkowych dla małych przedsiębiorców. Rząd w Bukareszcie jednak nie posłuchał swoich unijno-międzynarodowych doradców i zaryzykował. Efekty były rewelacyjne! Ludzie zachowali więcej pieniędzy dla siebie, sprzedaż detaliczna wzrosła, a budżet kraju zanotował rekordowe wpływy. Teraz Rumunia idzie za ciosem i likwiduje 102 różnego rodzaju opłaty administracyjne, w tym abonament RTV.

Rumuński parlament jednogłośnie przegłosował likwidację aż 102 opłat administracyjnych. Wśród zlikwidowanych znalazły się doliczana do rachunków za prąd opłata radiowo-telewizyjna (abonament RTV) oraz tzw. opłata środowiskowa, którą trzeba było płacić przy kupowaniu używanego samochodu.

Warto podkreślić, że wspomniane powyżej likwidacje obowiązkowych do tej pory opłat nie są pierwszymi obniżkami podatków, na które w ostatnim czasie zdecydowały się rumuńskie władze. Przypomnijmy, że od 1 stycznia br. w Rumunii obowiązują niższe stawki podatku VAT. Podstawowa stawka została zmniejszona z 24 do 20 proc. Wcześniej zmniejszono także stawki na żywność - z 24 do 9 proc. Jakby tego było mało rząd w Bukareszcie zdecydował, że od początku roku stawka podatku dochodowego dla przedsiębiorców prowadzących 1-osobową działalność gospodarczą wyniosła zaledwie 3 proc. Jeśli taki przedsiębiorca zatrudni pracownika, to stawka PIT spada mu do 2 proc. Jeśli zatrudni dwóch pracowników - stawka PIT zostaje zmniejszona tylko do 1 proc.!

Na efekty długo nie trzeba było czekać. Zwykli ludzie bardzo szybko odczuli, że mają więcej pieniędzy w swoich portfelach i rzucili się na zakupy. Sprzedaż detaliczna w ciągu roku (kwiecień 2015 / kwiecień 2016) wzrosła aż o 19 proc. Rekordowo wzrosły także wpływy do budżetu kraju. Do połowy marca były one aż o 7 proc. wyższe w porównaniu do analogicznego okresu sprzed roku.

 

Źródło: Retail sales continue upward trend in April, going up 19 pct y-o-y (Business-review.eu)
Źródło: Rumunia likwiduje na raz ponad setkę podatków i opłat. W tym abonament radiowo-telewizyjny (Gazeta.pl)

wpis z dnia 30/10/2016

     


  

     Różnice w zarobkach pomiędzy mężczyznami a kobietami: Niemcy - 22,4%, Wlk. Brytania - 19,1%, (...) Polska - 6,4%. Na Zachodzie zamach na równouprawnienie?
wpis z dnia 28/10/2016

 

Eurostat opublikował zaskakujące dane na temat równouprawnienia kobiet i mężczyzn w zakresie osiąganych zarobków. Okazuje się, że w zdecydowanej większości państw Europy różnice pomiędzy zarobkami są znacznie większe niż w naszym kraju. W Niemczech zarobki mężczyzn są średnio o 22,4% wyższe od wynagrodzeń kobiet. We Wlk. Brytanii ta różnica wynosi 19,1%. We Francji - 14,8%. Tymczasem w Polsce to jedynie 6,4%, co czyni nas trzecim państwem UE z najmniejszymi nierównościami.

Poniżej ranking różnic w zarobkach osiąganych przez mężczyzn i kobiety. Średnia różnica dla wszystkich państw UE wynosi 16,4%:

 

1. Estonia - 30,0 proc.
2. Austria - 23,4 proc.
3. Niemcy - 22,4 proc.
4. Czechy - 22,0 proc.
5. Słowacja - 21,5 proc.
6. Węgry - 20,1 proc.
7. Finlandia - 19,4 proc.
8. Wlk. Brytania - 19,1 proc.
9. Chorwacja - 18,0 proc.
10. Hiszpania - 17,8 proc.
11. Holandia - 16,9 proc.
12. Cypr - 16,2 proc.
13. Szwecja - 15,9 proc.
14. Portugalia - 15,7 proc.
15. Grecja - 15,0 proc.
16. Dania - 14,9 proc.
17. Francja - 14,8 proc.
18. Bułgaria - 14,7 proc.
19. Irlandia - 14,4 proc.
20. Łotwa - 13,8 proc.
21. Litwa - 12,6 proc.
22. Belgia - 10,0 proc.
23. Rumunia - 9,7 proc.
24. Luksemburg - 8,6 proc.
25. Włochy - 6,7 proc.
26. Polska - 6,4 proc.
27. Malta - 6,1 proc.
28. Słowenia - 2,5 proc.

 

Źródło: Przeciwdziałanie różnicy w wynagrodzeniu dla kobiet i mężczyzn w Unii Europejskiej (EC.Europa.eu)

wpis z dnia 28/10/2016
    


  
     Groteska! Blokująca komentarze pod niewygodnymi tematami "Wyborcza" została przez organizację Reporterzy bez Granic nominowana do Nagrody Wolności Słowa (LOL!)
wpis z dnia 27/10/2016

 

Skrajnie stronnicza oraz blokująca komentarze internautów michnikowa "Gazeta Wyborcza" została nominowana przez organizację Reporterzy bez Granic do "Nagrody Wolności Słowa". Na pierwszy rzut oka - czysta groteska i absurd! Gdy jednak zaczniemy szperać, to okażę się, że w radzie fundacji nominującej do nagrody zasiada, nie kto inny, jak sam Adam Michnik, a nagroda jest de facto sponsorowana przez francuski rząd, któremu ostatnio "Wyborcza" robiła dobrze zaciekle broniąc kontraktu na Caracale. Czy zatem groteska? A może zwykłe kolesiostwo?

Nagroda Wolności Słowa przyznawana jest przez organizację Reporterzy bez Granic wspólnie z francuską telewizją publiczną TV5 Monde. W tym roku wśród 22 podmiotów i osób nominowanych znalazła się również michnikowa "Gazeta Wyborcza". W krótkim uzasadnieniu do nominacji napisano, że "założona przez Adama Michnika proeuropejska >> Gazeta Wyborcza << jest symbolem sprzeciwu wobec nadużyć rządu PiS, który prowadzi krucjatę przeciw mediom" (sic!). 

W pierwszej chwili nie wiedziałem jak to skomentować. Pomyślałem, że na ideę nominacji "Wyborczej" do tej nagrody mogli wpaść jedynie ludzie, którzy z Polską nie mają najmniejszego związku i totalnie nie wiedzą jakimi działaniami przez lata charakteryzował się flagowy okręt Agory. Wystarczy tylko wspomnieć jej skrajną stronniczość w ocenie rzeczywistości oraz częste blokowanie komentarzy internautów pod tekstami publikowanymi na łamach wydania elektronicznego "Wyborczej". Z wolnością słowa ma to nie wiele wspólnego.

Ciekawego odkrycia dokonał jednak bloger Stanislas Balcerac. Ujawnił on informację, że w radzie fundacji Reporterzy bez Granic zasiada, nie kto inny, jak sam Adam Michnik. Ponadto nagroda, do której nominowana została "Gazeta Wyborcza" jest finansowana przez publiczną francuską telewizję TV5 Monde, będąca częścią France Televisions (pieniądze francuskiego rządu). Warto zauważyć, że nominacja gazety Michnika ogłoszona została kilka dni po masowej kampanii tej gazety w obronie francuskiego kontraktu na Caracale dla polskiego wojska. 

Czy zatem nominacja dla "Wyborczej" to groteska (jakby się na pierwszy rzut oka wydawało), czy może efekt zwykłego kolesiostwa?

 

Źródło: „Gazeta Wyborcza” nominowana przez Reporterów bez Granic do Nagrody Wolność Słowa (WirtualneMedia.pl)
Źródło: Nagroda za Caracale (Monsieurb.neon24.pl)
Źródło: Emeritus board (RSF.org)

wpis z dnia 27/10/2016

  


 

     Eurostat potwierdza zabójcze tempo przyrostu polskiego zadłużenia w I półroczu 2016 r. Co minutę przybywało nam 246 tys. zł nowego długu!
wpis z dnia 26/10/2016

 

Polski dług publiczny na koniec II kwartału br. wyniósł 977,832 mln zł i osiągnął poziom 53,8 proc. PKB - podał Europejski Urząd Statystyczny (Eurostat). Tym samym potwierdził wcześniejsze wyliczenia, które wskazywały na gigantyczny skok zadłużenia do jakiego doszło w ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku. Przypomnimy - dług Skarbu Państwa wzrósł w tym czasie o ponad 64,4 mld zł, co oznacza, że w każdej minucie powiększał się średnio o 246 tys. zł! Quo Vadis ministrze finansów?

Z opublikowanego w poniedziałek komunikatu Eurostatu wynika, że polski dług publiczny (liczony według metodologii ESA2010) na koniec II kwartału wyniósł 977,832 mln zł. Warto odnotować, że wcześniejsze odczyty Eurostatu wskazywały, że koniec I kwartału dług publiczny wynosił 936,761 mln zł (52 proc. PKB), a na koniec IV kw. 2015 r. 917,760 mld zł (51,3 proc. PKB). Dane Eurostatu potwierdzają wcześniejsze wyliczenia Ministerstwa Finansów, które wskazywały, że w ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku zadłużenie Skarbu Państwa wzrosło o 64,438 mld zł!

Przypomnijmy, że zgodnie z oficjalnymi danymi Ministerstwa Finansów - w styczniu dług Skarbu Państwa urósł o 13,324 mld zł, w lutym o 10,125 mld zł, w marcu o 0,422 mld zł, w kwietniu o 23,450 mld zł, w maju o 8,840 mld zł natomiast w czerwcu o kolejne 8,274 mld zł. Łącznie, za okres styczeń-czerwiec, dało nam to kwotę 64,438 mld zł. Jeśli wyliczymy średnie tempo przyrostu długu na minutę to wyjdzie nam, że od 1 stycznia do 30 czerwca co każde 60 sekund zadłużenie naszego państwa powiększało się o 246 tys. zł!

Co prawda w lipcu zadłużenie Skarbu Państwa spadło (pierwszy raz w tym roku), ale po sierpniu znowu skoczyło o 9,850 mld zł, tj. o niemal tyle, o ile spadło w lipcu. W ten sposób dług Skarbu Państwa liczony na koniec sierpnia br. powiększył się od początku roku o 64,650 mld zł. Warto wspomnieć, że w rekordowym (jak do tej pory) pod względem przyrostu długu roku 2010, ekipa Tuska powiększyła zadłużenie naszego kraju o 70,3 mld zł. Niestety, wiele wskazuje na to, że ekipa Beaty Szydło do końca 2016 roku zdąży pobić ten, jakże niechlubny, rekord...

 

Źródło: Polski dług publiczny w II kw. wzrósł do 53,8 proc. PKB - Eurostat (Stooq.pl)
Źródło: Zadłużenie Skarbu Państwa (Mf.gov.pl)

wpis z dnia 26/10/2016

    


  

     Wyłudzenia VAT to największe finansowe bagno niszczące budżet naszego kraju. Dlaczego PO i .N nie chcą podwyższenia kar za to przestępstwo??!
wpis z dnia 25/10/2016

 

Partie Ryszarda Petru i Grzegorza Schetyny chyba nie rozumieją skali wyłudzeń VAT-u i ogromu szkód jakie to przestępstwo powoduje. Przypomnijmy bystrzakom z PO i .N, że w samym tylko 2015 roku na terenie Polski wystawiono 360,7 tys. lewych faktur na kwotę - uwaga - 81,9 miliardów zł! Luki w unijnych przepisach powodują, że wspomniane lewe faktury mogły się przyczynić do wyłudzenia z budżetu państwa aż 12,0 mld zł zwrotu fikcyjnego VAT-u! Dlaczego PO i .N nie chcą, aby przestępcy trafiali za to na wiele lat do paki?!

Zgodnie z informacjami opublikowanymi przez Najwyższą Izbę Kontroli - w latach 2013-2015 na szeroką skalę występowało zjawisko wprowadzania do obiegu gospodarczego faktur dokumentujących czynności fikcyjne, które stanowiły poważne zagrożenie dla dochodów budżetu państwa. W 2014 roku kontrolerom skarbowym udało się ujawnić 207 tysięcy takich faktur na kwotę 33,7 mld zł. W 2015 roku liczba wykrytych lewych faktur wyniosła już 360,7 tysięcy sztuk (wzrost o 75 proc.), a ich wartość osiągnęła 81,9 mld zł (wzrost o 150 proc.)!

Dlaczego przestępcy zaczęli wystawiać na masową skalę lewe faktury VAT, którymi dokumentowali czynności fikcyjne? To proste - chodzi o wyłudzenie od państwa kwoty podatku VAT do zwrotu. Wykorzystywana w tym celu jest unijna regulacja dotycząca tzw. eksportu wewnątrzwspólnotowego. Jeśli oszust z państwa "A" eksportuje do państwa "B" swój towar, który będzie dalej sprzedawany w państwie "B", to może on żądać od urzędu skarbowego z państwa "A" zwrotu podatku VAT wskazanego na fakturze. Wykorzystując ten mechanizm podatkowi oszuści tworzą zorganizowane, wielopoziomowe struktury organizacyjne w różnych państwach, aby poprzez wystawianie fikcyjnych faktur pozorować przepływ towarów między krajami UE. Oczywiście żadnego przepływu towarów nie ma, a zapłata za fikcyjne faktury krąży między rachunkami bankowymi należącymi do tej samej grupy przestępczej. To jednak wystarczy, aby zwrócić się do urzędu skarbowego o zwrot podatku VAT wskazanego na fakturze dokumentującej rzekomy eksport wewnątrzwspólnotowy. W ten oto sposób tylko w ubiegłym roku z budżetu naszego państwa przestępcy mogli wyłudzić nawet 12,0 miliardów złotych tytułem zwrotu podatku VAT!

Niestety z uwagi na fakt, że przepisy umożliwiające wyłudzenia VAT-u muszą funkcjonować jako unijne regulacje, organom naszego państwa nie pozostaje nic innego jak nieustannie uganiać się za przestępcami oraz podejmować doraźne decyzje, takie jak ostatni projekt nowelizacji kodeksu karnego przewidujące zaostrzenie sankcji za wyłudzanie podatku VAT na wielką skalę. Przewiduje on wprowadzenie kary do 25 lat więzienia w przypadku fałszowania faktur VAT przekraczających kwotę 10 mln zł i karę więzienia od 3 do 15 lat w przypadku, gdy dochodzi do fałszowania faktur przekraczających kwotę 5 mln zł.

Tego rodzaju sankcje miałyby ukrócić dotychczasowe łagodne podejście polskich sądów do przestępców wyłudzających zwrot VAT-u. Okazuje się, że w latach 2014-2016 za proceder wyłudzania na wielką skalę przed sądami odpowiadało 253 osób, jednak na karę bezwzględnego więzienia skazano zaledwie 31 osób (!).

W tym kontekście zastanawiające jest zachowanie posłów PO i Nowoczesnej, którzy krytycznie wypowiadali się na temat zaostrzenia przepisów karnych w/s wyłudzania zwrotu podatku VAT. Partia Ryszarda Petru złożyła nawet wniosek o odrzucenie tej nowelizacji w całości! Pytanie - w czyim interesie oni działają? Dlaczego tak bardzo dbają o to, by powodujący gigantyczne straty w budżecie państwa przestępcy nie trafiali do więzienia na wieloletnie odsiadki?

 

Źródło: Platforma i Nowoczesna przeciw zaostrzeniu sankcji za wyłudzenie VAT (wPolityce.pl)
Źródło: Prezes NIK w Sejmie o fakturach dokumentujących czynności fikcyjne (NIK.gov.pl)

wpis z dnia 25/10/2016

   


  

     Juncker: "CETA to najlepsza umowa, jaką wynegocjowałem". Mówi to były premier kraju, który spiskował z wielkimi korporacjami w/s unikania opodatkowania...
wpis z dnia 24/10/2016

 

Rząd Luksemburga (którym przez 18 lat kierował Jean-Claude Juncker, obecny szef Komisji Europejskiej) zawarł z 340 międzynarodowymi korporacjami tajne umowy dotyczące optymalizacji podatkowych. Dzięki temu firmy te mogły unikać płacenia podatków w innych krajach, w których prowadziły działalność zarobkową (np. w Polsce). Teraz Jean-Claude Juncker twierdzi, że CETA to "najlepszą umowa, jaką wynegocjował". Najlepsza, ale dla kogo? Dla UE? Luksemburga? Czy wielkich korporacji?

Przypomnijmy - zgodnie z wynikami międzynarodowego śledztwa dziennikarskiego w latach kiedy Juncker był premierem Luksemburga, rząd tego państwa podpisywał z globalnymi korporacjami specjalne umowy podatkowe, które w istocie zwalniały ich z obowiązków podatkowych w innych państwach. W ten sposób cierpiały przychody budżetowe państw, gdzie wspomniane korporacje prowadziły działalność zarobkową (np. w Polsce). 

Obecnie w sprawie umowy CETA - czyli porozumienia o wolnym handlu między Kanadą a UE - Jean-Claude Juncker twierdzi, że to "najlepszą umowa, jaką wynegocjował". Warto zauważyć, że ta "najlepsza umowa" przewidują istnienie arbitrażowych "sądów inwestycyjnych", których orzeczenia i rozstrzygnięcia będą musiały być respektowane przez nasze państwo. W praktyce może to oznaczać, że jakaś zachodnia korporacja pozwie przed wspomniany arbitraż polski rząd, bo nie będzie on respektował korzystnych dla niej (a sprzecznych z polskim prawem) regulacji. Wszystko to oczywiście w celu maksymalizacji zysków tej korporacji, koszem niższych podatków płaconych w polskim urzędzie skarbowym.

W kontekście powyższego zasadnym wydaje się być zadanie pytania, o to co miał na myśli obecny szef Komisji Europejskiej, gdy mówił, że CETA to "najlepszą umowa, jaką wynegocjował". Najlepsza dla kogo? Dla UE? Luksemburga? Czy wielkich korporacji?

 

Źródło: Jean Claude-Juncker o umowie CETA: Potrzebujemy jej, najlepsza jaką wynegocjowaliśmy (Rp.pl)

wpis z dnia 24/10/2016

   


   

     Gdzie Rusek nie może tam Brukselę pośle. Unia chce uderzyć w polski sektor chemiczny. Polska straci miliardy, a zyskają... Rosjanie!
wpis z dnia 21/10/2016

 

Jeszcze za Tuska Rosjanie próbowali przejąć polskie Azoty Tarnów. Rząd PO-PSL bezmyślnie wystawił wówczas na sprzedaż 12 proc. akcji Azotów, co zmniejszyło udziały Skarbu Państwa w spółce do 33 proc., a jednocześnie otworzyło Rosjanom drogę do przejęcia Azotów. Akcja się nie powiodła, ale przegrana bitwa nie oznacza przegranej wojny. W sukurs Rosjanom przychodzi bowiem Bruksela. Realizacja najnowszych propozycji unijnych eurokratów będzie prawdziwym ciosem dla polskiego sektora chemicznego, ku wielkiemu zadowoleniu rosyjskich konkurentów.

Przypomnijmy - w kwietniu 2013 roku rząd Tuska nakazał sprzedać pakiet 12,1 proc. akcji Grupy Azoty, zmniejszając udział własnościowy Skarbu Państwa w tej spółce z 45 do 33 proc. Ta decyzja otworzyła Rosjanom drogę do przejęcia kontroli nad Azotami poprzez stopniowe skupowanie akcji za pośrednictwem Giełdy w Warszawie. ABW już w 2012 r. zwracała szczególną uwagę na to, że przejmowanie firm będących największymi odbiorcami gazu w Polsce (Azoty Tarnów konsumują 20 proc. zużywanego w Polsce gazu) leży w interesie rosyjskiego Gazpromu. Głównym powodem, dla którego Rosjanie chcieli przejąć Azoty, jest możliwość kontrolowania tego jaki gaz, przy produkcji nawozów sztucznych, będzie przez tarnowski zakład używany - czy kupowany od rosyjskiego Gazpromu, czy też LNG sprowadzany poprzez gazoport w Świnoujściu.

Dopiero pod silnym naciskiem opinii publicznej rządzący wówczas politycy PO-PSL postanowili wpisać Grupę Azoty na listę spółek strategicznych, które nie mogą być całkowicie sprywatyzowane, a pakiet kontrolny akcji musi należeć do państwa. Tym samym plany "wrogiego" przejęcia Azotów przez Rosjan spełzły na niczym.

To jednak nie koniec historii związanej z polskimi Azotami i Rosjanami w tle. Okazuje się, że eurokraci właśnie forsują zmiany w unijnym prawie, które - jeśli wejdą w życie - będą prawdziwym finansowym ciosem dla sektora chemicznego w naszym kraju. Chodzi o przepisy ograniczające zawartość kadmu w nawozach. Unia chce, aby nawozy fosforowe mogły zawierać najwyżej 60 mg kadmu na kilogram. Po trzech latach norma ma zostać obniżona do 40 mg, a po 12 – do 20 mg. 

Z pozoru zmiana jest pozytywna - wszak chodzi o ekologię i ograniczenie stężenia metali ciężkich w glebie. Problem w tym, że stężenie kadmu w nawożonej glebie rośnie bardzo wolno. Przy obecnie obowiązujących regulacjach (80 mg kadm na kg nawozu) potrzeba by było kilkuset lat, aby poziom tego metalu w nawożonych glebach przekroczył dopuszczalne normy i zaczął być szkodliwy dla zdrowia. 

Dlaczego wspomniana zmiana będzie korzystna dla Rosjan? Okazuje się, że Rosja jako jedyna na świecie dysponuje złożami fosforytów, które charakteryzują się niską zawartością kadmu. Polskie firmy z kolei sprowadzają ten surowiec z Afryki. Niestety nie będzie on spełniał wymaganych przez planowane rozporządzenie norm. To spowoduje, że zmianie będzie musiał ulec kierunek sprowadzania fosforytów do Polski, co automatycznie wpłynie na zwiększenie kosztów produkcji nawozów sztucznych w Polsce. Szacuje się, że Azoty, tak jak cały polski sektor chemiczny, może stracić na tej operacji nawet o 20 proc. przychodów! W skali roku mówimy o grubych miliardach, które w tym przypadku zaczną płynąć do... Rosji.

Parafrazując słynne przysłowie stwierdzić można, że gdzie Rusek bezpośrednio nie może tam Brukselę pośle...

   

Źródło: Czy Bruksela zabije polską chemię? Zamach na Azoty to jednocześnie przysługa dla Rosji (Dziennik.pl)

wpis z dnia 21/10/2016

   


  

     Elity prawników III RP będą nam teraz wmawiać, iż "zgodnie z prawem" nie można odebrać paserom ukradzionych kamienic
wpis z dnia 20/10/2016

 

Co w praktyce będzie oznaczało przyjęcie ustawy powołującej Komisję Weryfikacyjną do zbadania przypadków dzikiej reprywatyzacji warszawskich nieruchomości? Ano to, że w razie potwierdzenia nieprawidłowości aferzyści będą musieli płacić wielomilionowe rekompensaty na poczet osób pokrzywdzonych w tym procederze. I właśnie z tego powodu już niebawem na antenie TVN24 cała elita prawników III RP będzie nas usilnie przekonywać, iż "zgodnie z prawem" nie można odebrać paserom ukradzionych kamienic...

W Warszawie, na wieść o projekcie ustawy powołującej Komisję Weryfikacyjną do zbadania nieprawidłowości przy reprywatyzacji, wybuchła istna panika. Wiceprezydent Warszawy Witold Pahl stwierdził nawet, że jeśli ta Komisja powstanie, to będzie ona "swoistego rodzaju nad-sądem ludowym, inkwizycją, która pod pretekstem wymierzania ludowej sprawiedliwości ma dokonać spalenia na stosie politycznych przeciwników". 

Po emocjonalnym tonie wypowiedzi Pahla można stwierdzić, że umoczeni w dziką reprywatyzację już teraz mają pełne portki ze strachu. Wszak w przypadku stwierdzenia, że do nieprawidłowości doszło Komisja będzie mogła nałożyć na danego aferzystę obowiązek zapłaty finansowej rekompensaty na poczet osób pokrzywdzonych w tym procederze. To oznacza, że gigantyczne majątki zgromadzone w toku "reprywatyzowania" warszawskich nieruchomości nagle mogą się stać się tylko wspomnieniem.

I właśnie dlatego należy się spodziewać, iż w najbliższym czasie na antenie TVN24 całe tabuny prawniczej elity III RP będą nas usilnie przekonywać, że "zgodnie z prawem" nie można odebrać paserom ukradzionych kamienic i działek. Więcej jak pewne jest również to, że Platforma zgłosi ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten w ekspresowym tempie ogłosił jej niekonstytucyjność. 

 

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - ekipa, która dorobiła się na dzikiej reprywatyzacji setek milionów złotych ma w tym momencie zbyt wiele do stracenia. Wizja wypłat gigantycznych rekompensat spowoduje zaprzęgnięcie do działania absolutnie wszystkich sił (politycy, media, prawnicy, sędziowie), tak aby jak najszybciej i w "majestacie prawa" uwalić ideę Komisji Weryfikacyjnej...

 

Źródło: Komisja Weryfikacyjna prześwietli reprywatyzację (PolskieRadio.pl)
Inspiracja: Tomasz (@de_Talleyrand_) (Twitter.com)

wpis z dnia 20/10/2016

    


   

     Gdyby to współczesny rząd (a nie ten z II RP) miał podjąć decyzję o budowie Gdyni, to polskojęzyczne media należące do Niemców zhejtowałyby ten pomysł niemiłosiernie
wpis z dnia 19/10/2016

 

Media elektroniczne to zbyt ważny obszar, zbyt silnie oddziałujący na poglądy i decyzje obywateli, aby pełną kontrolę nad tą sferą oddawać zagranicznym podmiotom. Widzimy to szczególnie dzisiaj, kiedy pomysły i inicjatywy zgodne z polską racją stanu są wyśmiewane przez redakcje kontrolowane przez zagraniczny - głównie niemiecki - kapitał. Trzeba mieć świadomość, że ta "medialna dywersja" realizuje bardzo ważne interesy. Problem w tym, że nie są to interesy Polski...

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - gdyby decyzję o budowie "od zera" miasta i portu w Gdyni miał podjąć współczesny rząd (a nie ten z okresu II RP), to polskojęzyczne media należące do Niemców obśmiałyby ten pomysł niemiłosiernie. Wszystkie, choćby nawet zupełnie nieistotne, negatywne konsekwencje takiej decyzji zostałyby przez te media podniesione do rangi gigantycznych problemów, nieomal rozwojowych blokerów, które uderzają w fundamenty polskiej państwowości. O niewątpliwych pozytywach w ogóle by nie wspominano. Nawet gdyby negatywnych konsekwencji nie było wcale, to kreatywność medialnych funkcjonariuszy na usługach zagranicznego kapitału nie pozwoliłaby do powstania pustki. Konsekwencje zostałyby wymyślone i odpowiednio opakowane jako "fakty" prezentowane "całą dobę".

Ta "medialna dywersja" na szczęście nie istniała w czasach II RP. Dzięki temu Gdynie wraz portem, będącym polskim oknem na świat, szczęśliwie udało się wybudować. W realiach dzisiejszej III RP nie byłoby to takie oczywiste. Spora grupa kluczowych mediów, które swoim zasięgiem obejmują kilka milionów odbiorców, należy bowiem do obcego - głównie niemieckiego - kapitału. Interes tego kapitału nie zawsze jest zbieżny z polską racją stanu. Stąd pomysł budowy portu w Gdyni, stanowiącego realne zagrożenie dla interesów niemieckich portów, byłby zapewne nieustannie hejtowany przez media kontrolowane przez niemiecki kapitał. 

Warto mieć tego świadomość i brać poprawkę na niektóre narracje kreowane przez polskojęzyczne media. Obśmiewanie i hejtowanie idei uwzględniających polską rację stanu jest w interesie zagranicy. Im więcej osób o tym wie, tym skuteczność takich "dywersji" jest mniejsza.

Inspiracja: fraterpafnutz (Twitter.com)

 

wpis z dnia 19/10/2016

   


   

     Opłata za przejazd A2 ze Świecka do Warszawy i z powrotem to 144 zł. Niemal tyle samo kosztuje ROCZNA winieta na WSZYSTKIE autostrady i drogi ekspresowe w Szwajcarii!
wpis z dnia 18/10/2016

 

To tym jak spółka kontrolowana przez rodzinę Jana Kulczyka po raz kolejny podniosła opłaty za przejazd poszczególnymi odcinkami autostrady A2 okazuje się, że jednorazowy koszt przejazdu samochodem osobowym od granicy z Niemcami do Warszawy to 72 zł. W dwie strony robi się już 144 zł. Warto wiedzieć, że niemal za taką samą cenę (40 CHF) otrzymamy roczną winietę na nielimitowane przejazdy wszystkimi autostradami i drogami szybkiego ruchu w Szwajcarii!

Może się to wydawać niewiarygodne, ale jednak - w bogatej Szwajcarii, gdzie przeciętne zarobki są kilkukrotnie wyższe niż w Polsce, całoroczna opłata za możliwość nielimitowanych przejazdów autostradami i drogami szybkiego ruchu wynosi jedynie 40 CHF, czyli równowartość około 155 zł. W naszym kraju za jednorazowy (podkreślam - JEDNORAZOWY!) przejazd autostradą A2 na trasie Świecko - Warszawa - Świecko musimy zapłacić 144 zł.

Nie bez powodu polskie autostrady nazywane są jednymi z najdroższych w całej Europie. Dla porównania - w Austrii za równowartość kwoty 72 zł kierowca auta osobowego może sobie sprawić 2 x 10-dniową winietę na wszystkie autostrady i drogi szybkiego ruchu (winieta całoroczna kosztuje równowartość 375 zł). W Niemczech, gdy planowano wprowadzenie opłat za autostrady (pomysł ten pojawił się w 2014 roku, ale ostatecznie upadł pod naciskiem Komisji Europejskiej) to szacowano, iż koszt zakupu 10-dniowej winiety umożliwiającej kierowcy samochodu osobowego jazdę po wszystkich (!) niemieckich autostradach wyniesie ok. 10 euro (tj. równowartość 44 zł). Winieta dwumiesięczna miała kosztować 22 euro, czyli ok. 86 zł, a roczna miała być uzależniona od pojemności silnika, ale jej całkowity koszt nie mógł przekroczyć 130 euro, tj. ok. 560 zł.

Jakby tego było mało prywatne firmy zarządzające płatnymi odcinkami autostrad w Polsce otrzymują w ciągu roku z Krajowego Funduszu Drogowego kilkukrotnie więcej, niż wynoszą wszystkie wpływy z tytułu poboru opłat na bramkach. Niestety, zwykły Kowalski nie ma prawa wiedzieć dlaczego tak się dzieje, bowiem szczegóły umów jakie rządy PO-PSL oraz SLD zawierały z tymi firmami z niewiadomych przyczyn zostały objęte klauzulą tajności. I w żaden sposób nie zmieniła tego "dobra zmiana" PiS...

Taka autostradowa polska patologia...

 

Źródło: Winiety w Szwajcarii 2016. Gdzie kupić i jak wypełnić winietę? (KubawPodrozy.pl)
Źródło: We wtorek drożeje autostrada A2 Nowy Tomyśl - Konin (Bankier.pl)
Czytaj także: Władza się zmieniła, ale umowy na A1 i A2 pozostały tajne. Obywatele nadal nie mają prawa wiedzieć ile miliardów z naszych podatków trafia do prywatnych firm! (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 18/10/2016

    


   

     KOD ma poważny problem: W globalnym rankingu wolności wypowiedzi Polska zajęła 2. miejsce (tuż za USA). Co dalej z narracją o walącej się demokracji?
wpis z dnia 17/10/2016

 

Jednym z powodów, który ma uzasadniać działalność KOD-u w Polsce, jest rzekome ograniczanie swobód obywatelskich i wolności wypowiedzi przez rząd Beaty Szydło. Tymczasem według najnowszego raportu Pew Research Center - niezależnej organizacji badającej m.in. przestrzeganie podstawowych praw obywatelskich na świecie - nasz kraj zajął 2. miejsce (tuż za USA) w rankingu mierzącym swobodę i wolność wypowiedzi. Znacznie gorzej pod tym względem od Polski prezentują się Niemcy, Francja, Włochy czy Wlk. Brytania.

KOD twierdzi, że rząd ogranicza Polakom wolność słowa i swobodę wypowiedzi na tematy polityczne. Od samego początku istnienia tej organizacji byłem przekonany o wierutnym kłamstwie tej narracji. O rządzie Beaty Szydło można mówić różnie rzeczy, ale w żaden sposób nie ograniczał i nie ogranicza on Polakom swobody wypowiedzi, głoszenia własnych poglądów czy wolności słowa (czego najlepszym dowodem są m. in. organizowane przez KOD demonstracje i media, które w 100 proc. uderzają w rząd PiS).

Potwierdzeniem tego jest również najnowszy raport Pew Research Center - niezależnej organizacji badającej m.in. przestrzeganie podstawowych praw obywatelskich na świecie. W rankingu mierzącym swobodę i wolność wypowiedzi nasz kraj zajął 2. miejsce wśród 37 państw świata, w których przeprowadzono badania na ten temat. Nasz "Free Expression Index" został oceniony na 5.66 w 8-punktowej skali. Do najlepszych Stanów Zjednoczonych zabrakło nam zaledwie 0.07 pkt.

O wiele gorzej od Polski wypadły takie jak Wielka Brytania (Free Expression Index = 4.78 pkt), Francja (4.72 pkt), Włochy (4.69 pkt) czy Niemcy (4.34 pkt). Wygląda więc na to, że KOD będzie miał poważny problem z utrzymaniem dotychczasowej narracji, jakoby władze naszego kraju ograniczały Polakom wolność i swobodę wypowiedzi.

 

 

Źródło: Americans more tolerant of offensive speech than others in the world (PewResearch.org)
Źródło: Poland 2-nd in global ranking of free expression, after US (Twitter.com)

wpis z dnia 17/10/2016

   


   

     Media we Francji są francuskie. Media w Niemczech - niemieckie. A w Polsce? Niestety, są głównie zagraniczne
wpis z dnia 14/10/2016

 

Gdy zagraniczne wydawnictwa próbowały wejść na rynek pism opinii we Francji dość szybko zrozumiały, że nie mają tam czego szukać. Tak samo było w przypadku Niemiec. Próba przejęcia "Berliner Zeitung" przez zagraniczny kapitał skończyła się totalną klapą. Na Zachodzie dobrze bowiem rozumieją, że media to zbyt ważny obszar, zbyt silnie oddziałujący na poglądy i decyzje obywateli, aby wpływ na niego oddawać innym (obcym). W Polsce świadomość ta pojawiła się dopiero wówczas, gdy rynek mediów został w większości przejęty przez zagraniczny kapitał.

Z danych publikowanych przez Związek Kontroli Dystrybucji Prasy wynika, że trzema największymi wydawcami prasy w Polsce są należące do Niemców wydawnictwa: Bauer, Ringier Axel Springer Polska oraz Polska Press Grupa. Na czwartym miejscu uplasowała się Agora (wydawca Gazety Wyborczej). Wspomniane wydawnictwa mają pozycję dominującą na polskim rynku prasy. Z ich inicjatywy ukazuje się 3/4 wszystkich drukowanych w naszym kraju egzemplarzy gazet i magazynów.

Wydawnictwo Bauer, kontrolowane przez niemiecką grupę Bauer Media Group (głównie prasa kolorowa, poradniki, prasa dla kobiet), sprzedało w 2015 roku 239,8 mln egzemplarzy wydrukowanych przez siebie gazet. Wydawnictwo Ringier Axel Springer Polska (m.in. Fakt, Newsweek), należące do niemiecko-szwajcarskiego koncernu medialnego Ringier Axel Springer Media AG, sprzedało w ubiegłym roku 116,3 mln egzemplarzy wydrukowanych przez siebie gazet. Zamykające pudło wydawnictwo Polska Press Grupa (wchodzi w skład niemieckiego koncernu Verlagsgruppe Passau) sprzedało w ubiegłym roku 93,6 mln egzemplarzy wydrukowanych przez siebie gazet. Na czwartym miejscu zestawienia uplasowała się Agora (wydawca Gazety Wyborczej). W ubiegłym roku udało się jej sprzedać 52,2 mln wydrukowanych przez siebie gazet.

Totalnie odmienna sytuacja panuje we Francji i Niemczech. Kiedy w 2005 roku zagraniczny kapitał przejmował dziennik "Berliner Zeitung", w Niemczech wybuchła histeria. Protestowali dosłownie wszyscy - dziennikarze, politycy, elity intelektualne, ludzie kultury i sztuki. Wszyscy twierdzili, że nie jest dopuszczalne, aby ktoś zza granicy wpływał na poglądy niemieckiej opinii publicznej. Zagraniczny inwestor w końcu odpuścił i odsprzedał swoje udziały spółce z Kolonii. 

We Francji z kolei istnieją ustawowe ograniczenia w zakresie możliwości kontrolowania mediów przez kapitał zagraniczny. W ich efekcie przedsiębiorstwa prasowe wydające ogólnokrajowe dzienniki w praktyce muszą być kontrolowane przez rodzimy kapitał. Obecność kapitału zagranicznego ograniczono w tym przypadku do zaledwie 20 proc. udziałów.

Na Zachodzie dobrze rozumieją, że media to zbyt ważny obszar, zbyt silnie wpływający na poglądy i działania obywateli, aby wpływ na niego oddawać innym (obcym). W Polsce świadomość ta pojawiła się dopiero wówczas, gdy rynek mediów został w większości przejęty przez zagraniczny kapitał.

 

Źródło: Bauer ciągle największym wydawcą prasy w Polsce, dalej RASP i Polska Press (WirtualneMedia.pl)
Źródło: Chcieli być jak Bauer w Polsce i założyli gazetę w Niemczech. Szybko zrobiono z nimi porządek (NaTemat.pl)
Czytaj także: Do kogo należą media we Francji? (WszystkoCoNajwazniejsze.pl)

wpis z dnia 14/10/2016

 


 

     Czechy: prokurator stawia zarzuty za kupno 4 samolotów CASA po 33 mln € /szt. twierdząc, że są przepłacone. Polska: rząd PO/PSL kupuje od Airbusa 5 takich samolotów po 42 mln € /szt.
wpis z dnia 13/10/2016

 

Przypomnijmy - w czerwcu 2012 roku zarządzany przez Tomasza Siemoniaka MON podpisał z Airbus Military umowę na dostawę 5 samolotów transportowych CASA za kwotę 876 mln zł, co stanowiło równowartość ok. 210 mln €. Jeden samolot kosztował ok. 42 mln €. Kontrakt nie przewidywał offsetu. Zaledwie dwa miesiące później w Czechach dochodzi do zatrzymania Vlasty Parkanovej, byłej minister obrony tego kraju. Powód? - W 2009 r. podjęła decyzję o zakupie 4 samolotów CASA za 135 mln € (33 mln €/szt.). Śledczy uznali, że przepłaciła co najmniej 22,5 mln €...

29 czerwca 2012 roku Inspektorat Uzbrojenia MON (którym kierował wówczas Tomasz Siemoniak) poinformował, że podpisano umowę o zakupie od Airbus Military 5 wojskowych samolotów transportowych CASA C295M. Wartość umowy opiewała na kwotę 876 mln zł (równowartość ok. 210 mln €) i nie zawierała tzw. offsetu. Jak łatwo można sobie wyliczyć za jeden samolot musieliśmy zapłacić 175,2 mln zł, co stanowiło równowartość ok. 42 mln €. 

Kilka tygodni później w Czechach tamtejsza Policja Antykorupcyjna zatrzymano Vlastę Parkanovę - w latach 2007-2009 sprawującą urząd ministra obrony narodowej naszego południowego sąsiada. Zatrzymanie to miało związek z umową zakupu przez czeską armię 4 sztuk samolotów CASA C295M z 2009 roku. Kontrakt ten był wart 135 mln €, co oznacza, że za jeden samolot trzeba było wyłożyć ok. 33 mln €.

Co istotne - śledczy z Policji Antykorupcyjnej stwierdzili, że umowa ta została przepłacona aż o 22,5 mln euro! To oznacza, że jeden samolot winien kosztować najwyżej 28 mln €. 

Czy to jest wystarczająca przesłanka, aby prześwietlić podpisany przez MON w 2012 roku kontrakt na zakup 5 samolotów od Airbus Military za cenę jednostkową w wysokości ok. 42 mln €?

 

Źródło: KOLEJNE 5 C295 BEZ OFFSETU (altair.com.pl)
Źródło: AKT OSKARŻENIA ZA C295M (altair.com.pl)

Źródło: Czechy zwrócą samoloty CASA? "Usterki muszą zniknąć" (PolskieRadio.pl)

wpis z dnia 13/10/2016

   


  

     Jest przetarg w/s przekopu Mierzei Wiślanej. Za chwilę na Polskę spadnie plaga niemieckich ekologów, a Bruksela zawyje jak nigdy dotąd
wpis z dnia 12/10/2016

 

Urząd Morski w Gdyni właśnie ogłosił przetarg na projekt przekopu Mierzei Wiślanej. Realizacja tej inwestycji (wraz z odbudową drobnicowego portu w Elblągu) oraz rozbudowa portu w Świnoujściu to niezwykle celny cios wymierzony głównie w niemiecki sektor portowy. Z tego powodu lada chwila na nasz kraj spadnie plaga ekologów, a instytucje europejskie (z Komisją Europejską na czele) zrobią wszystko, aby te projekty uwalić jeszcze w zarodku.

Urząd Morski w Gdyni ogłosił przetarg na wykonanie projektu przekopu przez Mierzeję Wiślaną. Cała inwestycja ma kosztować ok. 800 milionów złotych. Obejmuje budowę kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską, w tym m.in. śluzy z konstrukcją zamknięć, portu postojowego od strony Zalewu, nowych połączeń drogowych, dwóch mostów. Dodatkowo zmodernizowane ma być wejście do portu w Elblągu. 

W kontekście powyższego warto wspomnieć, że trwają już prace dotyczące rozbudowy portu w Świnoujściu. Chodzi przede wszystkim o nowy terminal zbożowy, który będzie mógł realnie konkurować z podobnymi terminalami zlokalizowanymi w Rostocku, Wismarze czy Lubece. 

Realizacja tych inwestycji (przekop mierzei, port w Świnoujściu + port w Elblągu) będzie stanowiła silny cios dla niemieckiego sektora portów drobnicowych silnie skomunikowanych z transportem rzecznym. I właśnie z tego powodu należy się spodziewać, że w najbliższym czasie na nasz kraj spadnie prawdziwa plaga sponsorowanych przez rząd w Berlinie ekologów, którzy wszelkimi możliwymi sposobami będą próbowali wstrzymać realizację ww. inwestycji (wierząc przy tym, że działają dla dobra środowiska naturalnego, a nie dla dobra niemieckiej gospodarki). Zakładam również, że Komisja Europejska nie pozostanie głucha na apele ekologów i ostro potępi rząd w Warszawie za prorozwojowe pomysły. Jednym słowem - będzie ostro.

 

Pytanie, czy rząd ugnie się pod falą ekologiczno-europejskiego hejtu?

 

Źródło: Kolejny krok w stronę przekopu Mierzei Wiślanej (RO.com.pl)
Źródło: Niemcom przeszkadzają polskie inwestycje. Politycy, media i ekolodzy ruszyli do akcji (Niezalezna.pl)

wpis z dnia 12/10/2016

   


  

     ZNP najpierw protestował przeciwko wprowadzeniu gimnazjów. Teraz protestuje przeciwko ich likwidacji. Gdzie tu logika?!
wpis z dnia 11/10/2016

 

Czy Związek Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) zawsze będzie "przeciwko" wszelkim reformom, czy tylko wtedy, gdy u władzy są określeni ludzie? Warto przypomnieć, że w 1999 roku grono nauczycielskie protestowało wobec planów wprowadzenia gimnazjów. ZNP udało się wówczas zebrać aż 230 tysięcy podpisów przeciwko reformie edukacji. Wydaje się zatem, że gdy rząd ogłosił plan likwidacji gimnazjów ZNP powinien się cieszyć. Nic z tych rzeczy! Grono nauczycielskie znowu wyszło na ulice protestować... Zaiste pokrętna logika.

Wprowadzenie do systemu edukacji gimnazjów (kosztem skróconej o 2 lata szkoły podstawowej oraz skróconej o 1 rok szkoły średniej) okazało się być totalną klapą. Jedyne co udało się tym osiągnąć, to stworzyć pokolenie tzw. "gimbazy", czyli nastolatków, którzy nie bardzo ogarniają mechanizmy otaczającego ich świata, gdyż najzwyczajniej w świecie od nich się tego w szkole nie wymaga.

Co ciekawe - nauczyciele skupieni w Związku Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) zdawali sobie sprawę z zagrożeń jakie niosła proponowana reforma systemu edukacji. Protestowali na tyle na ile mogli. Organizowali manifestacje uliczne, zbierali podpisy (udało się ich zebrać 230 tys.), a nawet przez moment okupowali budynek Ministerstwa Edukacji Narodowej. Ich sprzeciw ostatecznie nie został jednak wysłuchany, a reformę wprowadzającą gimnazja przeforsowano.

Obecny rząd chce przywrócić stan sprzed reformy, tj. szkoły podstawowe znowu mają być 8-letnie, a szkoły średnie 4-letnie. Gimnazja mają być zlikwidowane. Spełnione będą zatem postulaty ZNP. Co jednak robią nauczyciele? - Zaciekle protestują! 

Powstaje pytanie - czy ta pokrętna logika ZNP, która nakazywała protestować, gdy wprowadzane były gimnazja, jak i nakazuje protestować teraz, kiedy gimnazja mają ulec likwidacji, to efekt tego, że u władzy jest ekipa PiS? Czy ZNP protestowałoby tak samo, gdyby z pomysłem cofnięcia reformy wyszła np. PO?

 

Źródło: Wojtaszek_71 (twitter.com)
Źródło: MarcinPalade (twitter.com)
Źródło: WZubowski (twitter.com)

wpis z dnia 11/10/2016

   


  

     Bojkotowany Orlen musiał zmienić logo (orzeł) oraz nazwę by utrzymać się na niemieckim rynku. A nam wmawiali, że nie ma znaczenia jakiej narodowości jest kapitał...
wpis z dnia 10/10/2016

 

Mało kto wie, że nasz Orlen w Niemczech jest już właścicielem aż 565 stacji paliwowych. Pierwsze z nich przejął jeszcze w 2003 roku i zaczął im nadawać własne logo z charakterystycznym orłem. Szybko zorientowano się jednak, że Niemcy bojkotują stacje co do których wiedzą, że są własnością polskiego kapitału. Kierownictwo Orlenu zostało w ten sposób zmuszone do zmiany nazwy swoich stacji w Niemczech na "STAR" i rezygnacji z loga z orłem... A nam wmawiali, że narodowość kapitału nie ma znaczenia.

Zgodnie z informacjami publikowanymi na oficjalnej stronie naszego największego koncernu petrochemicznego - na koniec 2015 roku ORLEN Deutschland GmbH kontrolował aż 565 stacji paliw działających na terytorium naszego zachodniego sąsiada i osiągnął 6 proc. udział na niemieckim rynku sprzedaży paliw. Problem w tym, że aby osiągnąć taki sukces trzeba było się wyzbyć polskich "symboli".

PKN Orlen rozpoczął proces przejmowania niemieckich stacji paliwowych w 2003 roku. Początkowo nadawał im własne logo i nazwę (tj. "Orlen" z charakterystycznym symbolem orła). Niestety, niemiecki rynek okazał się być niezwykle wrażliwy na kwestie narodowości kapitału. Okazało się, że stacje Orlenu są omijane, by nie powiedzieć - bojkotowane. Wszystko przez transparentny fakt, że były polskie.

Powyższa sytuacja skłoniła kierownictwo PKN Orlen, czyli właściciela ORLEN Deutschland GmbH, do dość drastycznego rebrandingu swoich stacji na terytorium Niemiec. Zrezygnowano z loga z charakterystycznym symbolem orła, a nazwę stacji zmieniono na "STAR". Gdyby nie ta decyzja, dalsza ekspansja polskiego Orlenu na niemieckim rynku byłaby praktycznie niemożliwa.

Historia ta przypomniała mi niedawny wywiad Karola Zarajczyka, prezes polskiego Ursusa, który przyznał, że urzędnicy z Niemiec, ale również z innych krajów Europy Zachodniej, często blokują wejście na ich wewnętrzny rynek gracza z Polski żądając dodatkowych certyfikatów. Przez to Ursus, aby sprzedać swoje ciągniki za Zachodzie Europy, musiał do tej pory rejestrować je w Polsce i wywozić na Zachód jako używane, ale z zerowym przebiegiem. 

 

I pomyśleć, że jeszcze do niedawna wmawiali nam, że kapitał nie na narodowości, a gdy w to nie uwierzyliśmy próbowali wcisnąć kit, że kapitał, co prawda, posiada narodowość, ale nie ma to żadnego znaczenia dla współczesnych relacji gospodarczych...

 

Źródło: ORLEN w Niemczech (Orlen.pl)
Źródło: Tad Kapla (Twitter.com)
Źródło: Niemcy chcą polskich Ursusów, ale urzędnicy im na to nie pozwalają (Money.pl)

wpis z dnia 10/10/2016

   


  

     Francja strzela focha, bo nie kupimy od nich Caracali. I bardzo dobrze! Łaski nam nie robią, a straszenie w ich wykonaniu jest żenująco słabe
wpis z dnia 8/10/2016

 

W sierpniu Kuwejt ogłosił, że kupuje od Francuzów 30 Caracali. Jeden helikopter będzie ich kosztować 33 mln euro. Polska za każdego z 50 zamówionych przez PO-PSL Caracali miała płacić 62 mln euro. Nowy rząd jasno wskazał Francuzom, że powodzenie realizacji umowy na zakup ultradrogich Caracali będzie zależało od dobrego porozumienia w sprawie offestu. Niestety, przez 9 miesięcy negocjacji nie udało się dojść do porozumienia. Teraz Paryż strzela focha i grozi "rewizją współpracy" z Warszawą. Niech spadają na drzewo!

Przypomnijmy - w kwietniu 2015 r. zarządzany wówczas przez ministra Tomasza Siemoniaka MON poinformował, że z trwającego przetargu na dostawę dla polskiej armii wielozadaniowych śmigłowców zostały wykluczone dwie oferty (na trzy złożone). Wykluczono możliwość zakupu amerykańskich śmigłowców Black Hawk (produkowanych w Polsce przez zakłady PZL Mielec należące do grupy Sikorsky) oraz brytyjsko-włoskich AW149 (również produkowanych w Polsce przez zakłady PZL Świdnik należące do grupy AgustaWestland). Przesłanki formalne miała spełnić jedynie oferta francuskiego Airbus Helicopters, który produkuje śmigłowce Caracal.

Problem w tym, że jeden zamówiony od Francuzów śmigłowiec miał kosztować 62 mln euro. Dla porównania - kilka miesięcy temu malutki Kuwejt kupił od Francji 30 nowych Caracali po 33 mln euro za sztukę. Między innymi z tego powodu wyłoniony po ubiegłorocznych wyborach nowy rząd Beaty Szydło przystąpił do renegocjacji warunków umowy z Francuzami. Chodziło o kwestie tzw. offsetu, czyli - w największym uproszczeniu - francuskie inwestycje w polską gospodarkę. 

Niestety, mimo trwających przez 9 miesięcy negocjacji nie udało się dojść do porozumienia. Teraz, niejako "za karę", strona francuska grozi "przejrzeniem współpracy wojskowej z Polską" oraz ograniczeniem inwestycji przez francuskie firmy. Jak dla mnie wygląda to żenująco słabo i pokazuje, że w rzeczywistości Francuzi podchodzili do nas, jak do państwa kolonialnego. Niech teraz spadają na drzewo!

 

Źródło: Kategoryczne stanowisko Paryża. Zrewiduje współpracę z Warszawą (Interia.pl)

wpis z dnia 8/10/2016

   


  

     Świat tonie w długach. Globalne zadłużenie przebiło poziom 152 bilionów $ i nadal rośnie! Kiedy to wszystko się zawali??
wpis z dnia 7/10/2016

 

Międzynarodowy Fundusz Walutowy ogłosił, że całkowite zadłużenie świata przekroczyło równowartość 152 bilionów dolarów. Świat tonie w długach, a co gorsze, nic nie wskazuje na to, aby miało się to zmienić. Poziom globalnego zadłużenia wciąż rośnie i jest już ponad dwukrotnie większy od PKB całej światowej gospodarki. Z drugiej strony nie powinno nas to dziwić, skoro takie instytucje jak Europejski Bank Centralny wręcz zachęcają do dalszego zadłużania się po uszy...

Zadłużenie całego świata przekroczyło poziom 152 bilionów dolarów (1 bilion = 1000 miliardów) - twierdzą eksperci Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) na podstawie danych zebranych ze 113 państw świata. Tak źle nie było jeszcze nigdy w historii świata. I nie chodzi wcale o nominalną wysokość długu (która też jest najwyższa w historii), lecz o jego relację do wielkości światowego PKB. Poziom globalnego zadłużenia w 2015 roku osiągnął bowiem 225 proc. PKB całego świata! To oznacza, że wartość wszystkich wyprodukowanych w ciągu roku przez wszystkie gospodarki świata dóbr oraz świadczonych usług nie pokryłaby nawet połowy globalnego zadłużenia!

Zgodnie z informacjami opublikowanymi przez MFW, aż 2/3 światowego długu to efekt zobowiązań zaciąganych przez podmioty prywatne. Za resztę długu odpowiadają instytucje publiczne i rządy, jednak to właśnie ta druga część rośnie obecnie najszybciej. Nie powinno nas to jednak dziwić, skoro takie instytucje jak Europejski Bank Centralny (poprzez politykę luzowania ilościowego) wręcz zachęcają do dalszego zadłużania się po uszy.

W kontekście rekordowych poziomów nominalnej wysokości długu, a w szczególności jego relacji do światowego PKB, zasadnym jest pytanie - kiedy to wszystko się zawali? Wszak wydaje się, że zdolności do obsługi tak gigantycznego i ciągle się rozrastającego długu są ograniczone. Czy świat musi się zatem przygotować na głęboki i bezprecedensowy kryzys gospodarczy? A może o wiele bardziej realnym jest scenariusz globalnego "katalizatora" w postaci... wielkiej wojny?

 

Źródło: World debt hits $152tn record, says IMF (Ft.com)

wpis z dnia 7/10/2016

   


  

     Gdy w "czarnym proteście" wzięło udział ok. 100 tys. osób, media zrobiły z tego news miesiąca. Kiedy wiosną w obronie życia na ulice wyszło tyle samo osób - media milczały
wpis z dnia 6/10/2016

 

Nie opowiadając się po żadnej ze stron aborcyjnego sporu warto zauważyć, że w maju i czerwcu br. na ulicach polskich miast zorganizowano łącznie 140 manifestacji pod hasłem "Każde życie jest bezcenne". Szacuje się, że w całym kraju w Marszach dla Życia i Rodziny wzięło udział co najmniej 100 tys. osób, czyli tyle samo ile w poniedziałkowym "czarnym proteście" dotyczącym liberalizacji prawa do zabijania nienarodzonych dzieci. Dlaczego jednak poniedziałkowy protest był tak silnie promowany, a o wiosennych mało kto słyszał?

Raz jeszcze podkreślam - kwestia aborcji nadaje się w naszym kraju doskonale na temat zastępczy, który rozgrzewa emocje do czerwoności i perfekcyjnie odciąga uwagę od innych, równie ważnych (jeśli nie ważniejszych) spraw. Nagłaśniając tematy "przykrywkowe" - przy odpowiednim uwypukleniu ich sfery emocjonalnej - główne ośrodki medialne są w stanie całkowicie zająć uwagę milionów odbiorców elektronicznego przekazu (TV + radio + internet). W ten sposób zmiatane pod dywan (zasłaniane) mogą być tematy naprawdę ważne dla funkcjonowania całego państwa, za które odpowiedzialność ponosi władza. Tak było za ekipy PO-PSL, tak jest i teraz. 

Pomijając jednak aspekt "zastępczości" tematyki aborcyjnej, warto zwrócić uwagę na siłę medialnego rażenia "czarnego protestu" i porównać ją ze słabością przekazu Marszów dla Życia i Rodziny organizowanych w 140 miastach Polski na przełomie maja i czerwca bieżącego roku. W skali całego kraju wzięło w nich udział łącznie ok. 100 tys. osób, czyli tyle, ile w trakcie poniedziałkowych protestów. 

 

Dlaczego jednak zainteresowanie głównych mediów tym pierwszym wydarzeniem było tak niewielkie? Czy chodzi o to, że wówczas nie forsowano w tle żadnej międzynarodowej umowy typu CETA? A może manifestacje w obronie życia i rodziny nie miały charakteru anty-pisowskiego? Należy wszak zwrócić uwagę, że takie wartości jak tradycja, rodzina czy religia są dalekie dla wielu mediów, które jednocześnie nie przepuszczą żadnej okazji, aby przywalić w partię Jarosława Kaczyńskiego. Czy właśnie dlatego poniedziałkowy protest był tak mocno promowany i relacjonowany?

wpis z dnia 6/10/2016

   


  

     Nie chcesz płacić majątku na ZUS? Idea "mój portfel - moja sprawa" jest ci bliska? Ogłośmy zatem "fioletowy protest"!
wpis z dnia 5/10/2016

 

Zamiast "czarnych protestów" dotyczących prawa do dokonywania aborcji, lepiej byłoby dla nas wszystkich zorganizować powszechny protest przeciwko drenażowi naszych portfeli przez ZUS! Zauważmy, że w ciągu zawodowego życia narodowy ubezpieczyciel wyciąga od nas nawet kilkaset tysięcy złotych. W zamian otrzymujemy obietnicę mizernego świadczenia emerytalnego, do którego prawo nabywamy po ukończeniu 67. roku życia. Może czas najwyższy zliberalizować restrykcyjne w tej mierze przepisy i zastosować zasadę "mój portfel - moja sprawa"?

Na twitterze pojawił się pomysł zorganizowania "fioletowego protestu". Na czym miałby on polegać? Otóż, każdy komu nie podoba się obowiązujące w Polsce prawo nakazujące pobieranie obowiązkowych składek na ubezpieczenie emerytalne, miały wyjść na ulicę wyrazić swoją dezaprobatę:

 

 

Konwencja tego tweeta jest oczywiście żartobliwa, ale może warto podjeść do tego na serio? Przypomnijmy, że statystyczny Polak w trakcie swojego zawodowego życia przekaże do ZUS ok. 276 tys. zł (wyliczenie oparte na założeniu, że pracuje się nieprzerwanie od 25-go do 67-go roku życia i co miesiąc uzyskuje się jako pensję ok. 4 tys. zł brutto; dodatkowo w całym okresie składowym - dla uproszczenia - obowiązują ceny stałe i nie ma inflacji). 

Wspomniane 276 tys. zł to całkiem spora sumka. Powstaje pytanie - kto lepiej potrafi ją zainwestować? Czy będzie to działający w naszym imieniu ZUS? Czy może my sami? Warto wiedzieć, że za regularny, comiesięczny drenaż naszych zarobków, obecny system daje nam obietnicę mizernego świadczenia emerytalnego. W tym kontekście koncepcja zliberalizowania restrykcyjnego prawa, które nakazuje przekazywanie do ZUS obowiązkowych składek, wydaje się być nader atrakcyjna. Zamiast organizowania "czarnych protestów" w/s prawa do aborcji lepiej byłoby dla nas wszystkich wywołać powszechny protest przeciwko drenażowi naszych portfeli przez ZUS! 

Czy jesteś zatem gotowy wesprzeć koncepcję "fioletowego protestu" w imię zasady "mój portfel - moja sprawa"?

 

Źródło: Aleksandra Dyjak (Twitter.com)

wpis z dnia 5/10/2016

   


  

     PKP Cargo wyrzuciła w błoto 445 milionów PLN kupując spółkę czeskiego oligarchy? Może warto, aby sprawą zainteresowała się opinia publiczna?
wpis z dnia 4/10/2016

 

Przypomnijmy - pod koniec 2014 roku nadzorowane przez wychowanków Leszka Balcerowicza PKP Cargo postanowiło odkupić od Zdenka Bakaly (czeskiego oligarchy, dobrego przyjaciela Jana Kulczyka) spółkę AWT zajmującą się transportem kolejowym. Wyłożono na ten cel aż 445 mln zł. Pod względem biznesowym transakcja ta okazała się być jednak chybiona. AWT bardzo szybko stał się gigantycznym obciążeniem dla Grupy PKP Cargo. W pierwszym półroczu br. polski przewoźnik towarowy zaliczył z tego powodu stratę w wysokości -195 mln zł!

Przypomnijmy - największym udziałowcem spółki PKP Cargo jest państwowe PKP S.A. Pod koniec 2014 roku, kiedy PKP Cargo kupowało od czeskiego oligarchy Zdenka Bakaly (dobry kumpel Jana Kulczyka) spółkę kolejową spółkę AWT, prezesem PKP S.A. był Jakub Karnowski. 

Karnowski to wychowanek Leszka Balcerowicza. Razem z Ryszardem Petru w latach 90-tych ubiegłego wieku nosili za Balcerowiczem teczki (na tym zdjęciu pierwszy z prawej). Karnowski pełnił również funkcję przewodniczącego Rady Nadzorczej PKP Cargo.

Co ciekawe - transakcja nabycia od czeskiego oligarchy pakietu kontrolnego nad AWT od samego początku budziła kontrowersje. Analitycy Domu Maklerskiego PKO BP już w lutym 2015 roku wyrażali obawy czy pomysł nabycia czeskiego przewoźnika jest aby na pewno zasadny: - "Przejęcie AWT uważamy za dość ryzykowny ruch. Główne ryzyka to trudny główny partner biznesowy, stara flota, trudny rynek ze spadającymi cenami i według naszych założeń niewielki wpływ na generowanie gotówki przez grupę".

Pomimo tego podjęto decyzję, aby za 445 mln zł kupić AWT. Zdenek Bakala wziął kasę i czmychnął do Szwajcarii. Szybko okazało się, że była to jedna z gorszych decyzji biznesowych w historii PKP Cargo. Tuż po zrealizowaniu transakcji, główny klient spółki AWT, czyli czeskie kopalnie OKD, ogłosił upadłość. AWT zamiast węgla zaczęły wozić powietrze, co automatycznie wpłynęło na koszty całej Grupy PKP Cargo. Później stwierdzono, że udział AWT w pracy przewozowej całej Grupy PKP Cargo wynosi zaledwie 8 proc., z kolei udział czeskiej spółki w kosztach całej grupy waha się (w zależności od kategorii kosztów) od 14 do nawet 52 proc.!

Efekt decyzji o zakupie od kumpla Kulczyka spółki AWT jest taki, że PKP Cargo po pierwszym półroczu tego roku zanotowało stratę w wysokości -195 mln zł, a kurs akcji na giełdzie w Warszawie poleciał w ciągu roku o 50 proc. w dół...

 

Źródło: Transakcja (PO)wiązana (GF24.pl)
Źródło: Leszek, oddaj 450 milionów! (Monsieurb.neon24.pl)
Źródło: AWT przyczyną wysokich kosztów PKP Cargo (Rynek-kolejowy.pl)

wpis z dnia 4/10/2016

   


   

     Parlament Europejski, zamiast debatować o Polsce, powinien czym prędzej zająć się sytuacją kobiet w Niemczech, Szwecji i Danii!
wpis z dnia 3/10/2016

 

Zgodnie z raportem Agencji Praw Podstawowych UE aż 35 proc. Niemek, 46 proc. Szwedek i 52 proc. Dunek doświadczyło w ciągu swojego życia przemocy fizycznej lub seksualnej! Jeśli do tego doliczymy doniesienia z ostatnich miesięcy o fali seksualnych napaści dokonywanych przez migrantów, to te ponure statystyki mogą być jeszcze gorsze. Powyższe jest wystarczającą przesłanką, aby Parlament Europejski zorganizował dyskusję na temat sytuacji kobiet w krajach Europy zachodniej.

Agencja Praw Podstawowych Unii Europejskiej (European Union Agency for Fundamental Rights) przeprowadziła ogólnoeuropejskie badania na temat przemocy fizycznej lub seksualnej. Okazało się, że pod względem zachowania nietykalności cielesnej przedstawicielek płci pięknej najgorsza sytuacja panuje w Danii. Aż 52 proc. Dunek powyżej 15 roku życia doświadczyło w swoim życiu przemocy fizycznej lub była molestowana seksualnie. Podobnie jest w Szwecji, Holandii czy Francji, gdzie - odpowiednio - 46, 45 i 44 proc. kobiet doświadczyło poważnego naruszenia nietykalności cielesnej. Nieco lepiej sytuacja wygląda w Niemczech, gdzie wobec 35 proc. kobiet stosowano przemoc fizyczną lub seksualną. Warto jednak dodać, że badania te były przeprowadzone jeszcze przed falą napaści seksualnych dokonywanych przez migrantów w roku 2015 i 2016. Stąd być może taki, a nie inny wynik Niemiec. 

Dla porównania - zdaniem Agencji Praw Podstawowych UE w Polsce problem przemocy fizycznej i seksualnej dotyczy jedynie 19 proc. kobiet. Piszę "jedynie", bowiem w kontekście statystyk jakie płyną z Danii, Szwecji, Holandii, Francji czy Niemiec, Polki mogą czuć się bezpieczne. A już na pewno nie muszą sobie na ramionach rysować specjalnych tatuaży, które na publicznych kąpieliskach i basenach mają je chronić przed zgwałceniem (autentyczny pomysł władz lokalnych jednego z landów w Niemczech).

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - powyższe dane są wystarczającą przesłanką do tego, aby Parlament Europejski zorganizował dyskusję na temat sytuacji kobiet w poszczególnych krajach Europy zachodniej. Byłaby ona zdecydowanie bardziej zasadna od planowanej na najbliższą środę debaty o sytuacji kobiet w Polsce.

 

Źródło: Violence against women: an EU-wide survey (FRA.europa.eu)

 

wpis z dnia 3/10/2016

    


  

     My tu o 'czarnych protestach', a Niemcy znowu nam szykują światowy kryzys! Deutsche Bank umoczony na astronomiczne 55 BILIONÓW € w ryzykowne instrumenty pochodne!
wpis z dnia 1/10/2016

 

Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie ma wątpliwości - niemiecki Deutsche Bank to obecnie "największe ryzyko systemowe w skali globalnej"! Zaangażowanie tego banku na rynku instrumentów pochodnych sięga 55 bilionów euro. Dla uzmysłowienia sobie skali tej kwoty - to ponad 20-krotność rocznego PKB całych Niemiec! Klienci instytucjonalni już nie czekają i wyciągają wielomiliardowe nadwyżki gotówkowe, jakie trzymali w Deutsche Banku. Czy to początek największej katastrofy finansowej w historii świata?

Kurs akcji Deutsche Banku od kilku miesięcy spada na łeb na szyje, a klienci instytucjonalni zaczęli likwidować wielomiliardowe nadwyżki gotówkowe trzymane na jego kontach. Powód? - Okazuje się, że ten największy niemiecki bank jest "umoczony" po uszy na rynku ryzykownych instrumentów pochodnych (kontrakty terminowe, opcje, SWAP-y, CDS-y, CIRS-y) notowanych na platformach pozagiełdwych. Kwota zaangażowania w te instrumenty wynosi obecnie niepojętą dla ludzkiej percepcji sumę 55 bilionów euro (1 bilion = 1000 miliardów)! To ponad 20-krotność rocznego PKB całej niemieckiej gospodarki! Jeśli coś - za przeproszeniem - "pierdyknie", to Deutsche Bank w ciągu nie dalej jak miesiąca może rozwalić całą światową gospodarkę w strzępy!

Jakby tego było mało ministerstwo sprawiedliwości USA domaga się od Deutsche Banku do 14 mld dolarów tytułem kary za narażenie Amerykanów na straty poprzez oferowanie im toksycznych aktywów, powiązanych z rynkiem kredytów hipotecznych. Rząd Angeli Merkel póki co zaprzecza, aby zamierzał udzielić jakiejkolwiek pomocy publicznej Deutsche Bankowi, ale czy jak przyjdzie co do czego, to podtrzyma swoje stanowisko? - Niewiadomo.

Jedno jest pewne - widmo największej katastrofy finansowej w historii świata jest niezwykle realne. Wystarczy, że zmaterializuje się ryzyko tzw. "run-u na bank", czyli masowej likwidacji depozytów przez klientów zaniepokojonych stanem największego niemieckiego banku. Warto mieć świadomość, że pieniądz jest głównie wirtualnym zapisem na księgach banku i oczywiście żaden bank na świecie - nawet tak potężny jak Deutsche Bank - nie jest w stanie wypłacić wszystkich depozytów swoim klientom. Im więcej wypłat w krótkim okresie, tym gorsza pozycja kapitałowa i większe problemy na skalę globalną...

 

Źródło: Deutsche Bank wywołuje panikę, potrzebny ratunek (Stooq.pl)
Źródło: Deutsche Bank kolejna czarna owca (Stooq.pl)
Źródło: Kurs Deutsche Banku coraz bliżej dna (Bankier.pl)

wpis z dnia 1/10/2016