Archiwum: Sierpień 2016

 

     Erdogan otworzył bramy do Europy? Grecja notuje skokowy wzrost liczby migrantów przybywających z Turcji
wpis z dnia 31/08/2016

 

Władze w Atenach donoszą o "skokowym" wzroście liczby migrantów docierających do Grecji z kierunku Turcji tzw. "szlakiem egejskim". Przedwczoraj udało się to aż 462 osobom (wcześniej docierało po 60-70 osób dziennie). Warto podkreślić, że od czasu zawarcia porozumienia w/s uchodźców na linii UE-Turcja (marzec 2016) nie notowano aż tak wielu prób nielegalnego przedostania się migrantów z Turcji do Grecji. Czyżby Erdogan ponownie otworzył bliskowschodnim uchodźcom swoje bramy do Europy, chcąc tym ruchem ugrać jakiś własny interes? 

Przypomnijmy - w marcu eurokraci zawarli z Erdoganem porozumienie, na mocy którego Turcja zobowiązała się zablokować przepływ migrantów z Bliskiego Wschodu do Europy. W zamian UE obiecała przekazać władzom w Ankarze ok. 3 mld euro. Deal poskutkował. Napływ nowych uchodźców do Europy zdecydowanie przyhamował.

Turecki przywódca wkrótce poszedł jednak za ciosem i zażądał od Tuska i Junckera ziesienia wiz do UE dla Turków. W przypadku braku zgody Brukseli zagroził, że zerwie marcowe porozumienie i ponownie pozwoli swobodne przedostawanie się uchodźców do UE przez terytorium swojego kraju. 

Wygląda na to, że odpowiedź z Brukseli na żądanie Erdogana jeszcze nie została opracowana. Podejrzewam zatem, że turecki prezydent, aby wymóc na eurokratach odpowiednią decyzję, postanowił na chwilę "zawiesić" funkcjonowanie porozumienia z marca. Stąd nagły skok liczby migrantów docierających do Grecji szlakiem egejskim. Przedwczoraj udało się to aż 462 osobom, kiedy wcześniej docierało do Grecji średnio po 60-70 osób dziennie.

W kontekście powyższego - ciekawy jestem ostatecznej decyzji Brukseli wobec roszczeń Erdogana. Czy ulegną i wpuszczą do Europy Turków, czy odmówią ze świadomością, że zaleje ich nowa fala migrantów z Bliskiego Wschodu?

 

Źródło: Władze Grecji: skokowy wzrost migrantów przybywających z Turcji (Stooq.pl)
Czytaj także: Ankara ustawia po swojemu słabiutką UE: Albo wizy dla Turków zostaną zniesione, albo do Europy wpuszczą nową falę uchodźców (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 31/08/2016

    


   

     Zachodnie firmy kombinują jak mogą, aby pomóc Gazpromowi i ominąć decyzję UOKiK w/s Nord Stream 2. Oto jak wygląda prawdziwa "europejska" solidarność
wpis z dnia 30/08/2016

 

Polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) nie zgodził się na powstanie wspólnego rosyjsko-niemieckiego konsorcjum (w jego skład weszłyby także spółki z Francji, Holandii i Austrii), którego celem miała być budowa gazociągu Nord Stream 2. Niemal natychmiast zaczęło się kombinowanie zachodnich koncernów, jak obejść polskiego regulatora i wesprzeć Rosjan, tak by omijający nasz kraj gazociąg mógł jednak powstać. Oto jak wygląda prawdziwa "europejska" solidarność...

Przypomnijmy - UOKIK uznał, iż powstanie międzynarodowej spółki (w skład której wszedłby kapitał rosyjski, niemiecki, francuski, holenderski i austriacki) odpowiedzialnej za finansowanie, budowę i eksploatację gazociągu Nord Stream 2, mogłoby doprowadzić do ograniczenia konkurencji na rynku polskim. Rosyjski Gazprom już teraz posiada bowiem pozycję dominującą w dostawach gazu do Polski, a to oznacza, że budowa gazociągu Nord Stream 2 mogłaby doprowadzić do dalszego wzmocnienia siły negocjacyjnej kontrolowanej przez Kreml spółki wobec odbiorców w naszym kraju. 

Mając na uwadze powyższe - spółki, które chciały utworzyć wspólne konsorcjum niezbędne do realizacji gazociągu Nord Stream 2, postanowiły wycofać swój wniosek o uzyskanie zgody polskiego UOKiK-u na koncentracje w celu realizacji tej inwestycji. - "Wycofanie wniosku oznacza, że nie jest możliwe utworzenie przez 6 podmiotów wspólnego przedsiębiorcy, który miał zająć się budową gazociągu Nord Stream 2. To czerwone światło dla tej transakcji" – wyjaśniał później prezes UOKiK Marek Niechciał. 

Czerwone światło dla transakcji utworzenia wspólnego konsorcjum nie oznacza jednak czerwonego światła dla Nord Streamu 2. Okazało się bowiem, że zachodnie koncerny (Uniper z Niemiec, Engie z Francji, OMV z Austrii, Shell oraz Wintershall z Holandii) niemal natychmiast zaczęły poszukiwać sposobów na wsparcie finansowe projektu Nord Stream 2 z ominięciem konieczności zakładania wspólnego konsorcjum (na którego zgodę musiałby wyrazić polski organ antymonopolowy). Przedstawiciele tych firm twierdzą, że istnieje możliwość pozyskanie alternatywnych metod na wsparcie finansowe projektu, który tym razem samodzielnie realizowałby rosyjski Gazprom (formalnie bez udziału zachodnich spółek, tak więc UOKiK nie miałby się do czego przyczepić). Jedną z takich metod jest udzielenie Rosjanom przez Unipera, Engie, OMV, Shella i Wintershalla preferencyjnych pożyczek, dzięki czemu Gazprom uzyskałby odpowiednio wysokie finansowe wsparcie i samodzielna budowa, tego omijającego nasz kraj gazociągu, byłaby możliwa. 

Oto jak wygląda prawdziwa "europejska" solidarność. Niemiecki, francuski, holenderski i austriacki kapitał zrobi wiele, aby polityczny projekt Kremla wszedł w fazę realizacji.

 

Źródło: Zachodnie koncerny wesprą Nord Stream 2 omijając UOKiK (Energetyka24.pl)

Źródło: Nord Stream 2 - wycofanie (UOKiK.gov.pl)

wpis z dnia 30/08/2016

   


  

     Posłom większe pensje do wypłaty, a Polakom wyższy ZUS do zapłaty. Obowiązkowe składki znowu pójdą do góry - tym razem sięgną blisko 1200 zł!
wpis z dnia 29/08/2016

 

Kiedy posłowie ciągle kombinują, jak by tu sobie zwiększyć wynagrodzenia, do rządu trafił projekt budżetu na 2017 rok, który zakłada, że prognozowane przeciętne wynagrodzenie wzrośnie o blisko 5 proc. do poziomu 4252 zł. Niby powód do zadowolenia. Wszak rząd zakłada, że pensje będą rosnąć. Ale tylko z pozoru. Gdy zaczniemy drążyć, to okazuje się, że wspomniane szacunki determinują wysokość naliczanych składek ZUS. Im ta prognoza (na papierze) jest wyższa, tym przyjdzie nam zapłacić (realnie) wyższe składki...

Przypomnijmy - w maju br. nasi parlamentarzyści podnieśli sobie ryczałt, jaki otrzymują na prowadzenie swoich biur poselskich o 1.050 zł (do kwoty 13.200 zł). W lipcu grupa posłów PiS próbowała przeforsować ustawę o podwyżkach pensji (próba nieudana), a w tym miesiącu do Kancelarii Sejmu wpłynął kolejny projekt przewidujący podniesienie ryczałtu na prowadzenie biur poselskich. Tym razem o 500 zł (projekt jeszcze nie rozpatrzony). Jednym słowem - posłowie kombinują jak mogą, aby zwiększyć sobie wynagrodzenia, na które składają się wszyscy podatnicy.

W ślad za próbami podwyższenia swoich uposażeń rządzący politycy podnoszą również... nasze składki na ZUS. I to w dość zawoalowany sposób. Otóż w projekcie budżetu na przyszły rok pojawia się następująca wartość: "prognozowane przeciętne wynagrodzenie". Zgodnie z przedstawionym kilka dni temu przez ministerstwo finansów projektem wspomniane prognozowane przeciętne wynagrodzenie w przyszłym roku ma wzrosnąć o blisko 5 proc. do poziomu 4252 zł. Niby powód do zadowolenia. Wszak rząd zakłada, że pensje będą rosnąć. Ale tylko z pozoru. Gdy zaczniemy drążyć, to okazuje się, że wspomniane szacunki determinują wysokość naliczanych składek ZUS. Podstawa wymiaru składek kalkulowana jest bowiem jako 60 proc. tego przewidywanego wynagrodzenia. Im zatem ta prognoza (na papierze) jest wyższa, tym przyjdzie nam zapłacić (realnie) wyższe składki.

Zdaniem portalu ZUS.pox.pl dzięki zabiegowi opisanemu powyżej łączna wartość składek ZUS w 2017 roku wzrośnie do poziomu ok. 1173 zł miesięcznie.

 

Źródło: Nowe składki ZUS na 2017 rok (ZUS.pox.pl)

wpis z dnia 29/08/2016

   


  

     Niejasne prawo podatkowe oraz błędy urzędników powodują wielomilionowe odszkodowania. Dlaczego za wszystko płacimy my, a nie odpowiedzialni za to politycy/urzędnicy?
wpis z dnia 27/08/2016

 

Kilka dni temu media obiegła szokująca informacja: Marek Isański, biznesmen wobec którego urzędnicy skarbówki podjęli błędną decyzję, przez co doprowadzili do upadku jego firmę, będzie mógł się domagać od Skarbu Państwa odszkodowania w rekordowej wysokości 817 mln zł! Co więcej - wiele wskazuje na to, że sąd przyzna mu te pieniądze. Niestety, za wszystko zapłacimy my - zwykli podatnicy, a nie podejmujący nieprawidłowe decyzje urzędnicy czy tworzący niejasne i skomplikowane prawo politycy. Może czas najwyższy to zmienić...?

Marek Isański był właścicielem Towarzystwa Finansowo-Leasingowego (TFL), które w latach 90-tych ubiegłego wieku zajmowało się leasingowaniem pojazdów. Urzędnicy fiskusa stwierdzili, że Isański - poprzez swoją firmę - wyłudza od państwa podatek VAT. Po wielu latach procesów Isański został prawomocnie i całkowicie oczyszczony z wszelkich zarzutów. Jego firmy nie udało się jednak uratować. Złożył on zatem pozew o odszkodowanie od Skarbu Państwa za zniszczenie jego TFL. Pierwotną wartość przedmiotu sporu oszacował na 157 mln zł. Biegli sądowi stwierdzili jednak, że kwota ta jest zdecydowanie zaniżona. Ich zdaniem, gdyby nie błędna decyzja urzędników skarbowych, to dzisiaj firma Isańskiego byłaby warta 817 mln zł! W praktyce oznacza to, że sąd może zdecydować, aby kosztem wszystkich podatników wypłacić byłemu właścicielowi TFL właśnie takie odszkodowanie.

I tu pojawia się istota problemu. Dlaczego na kwoty wypłacane przez Skarb Państwa jako odszkodowania dla poszkodowanych przedsiębiorców mają się składać wszyscy podatnicy, a nie tylko ci, którzy niejasne i skomplikowane prawo uchwalili? Dlaczego odpowiedzialność za błędy urzędników skarbowych jest zbiorowa? Dlaczego konsekwencje finansowe nieprawidłowych decyzji wydanych przez konkretnych pracowników fiskusa muszą dotykać wszystkich zwykłych ludzi? Wszak to my, szarzy obywatele, płacąc podatki składamy się później na odszkodowania dla pokrzywdzonych przez państwo przedsiębiorców. Czemu by tej odpowiedzialności nie przerzucić na tworzących złe prawo polityków, czy też urzędników, od których "widzi mi się" często zależy to, czy wspomniane złe prawo musi być koniecznie stosowane? 

Może warto by pomyśleć o idei odpowiedzialności regresowej wobec polityków/urzędników za wypłacone przez Skarb Państwa odszkodowania z ich winy? Jeśli okaże się, że krzywdząca i niesprawiedliwa decyzja podatkowa, będąca podstawą do późniejszej wypłaty odszkodowania, wynikała ze tytułu przyjęcia spartaczonego prawa lub podjęcia błędnej decyzji podatkowej, to obowiązek zwrotu podatnikom (Skarbowi Państwa) kwot wypłaconych jako odszkodowania, leżałby w gestii tego, kto głosował za daną ustawą lub podejmował błędną decyzję. Prawda, że proste? Z pewnością ograniczyłoby to beztroskę urzędników przy podejmowaniu indywidualnych decyzji, a na politykach wymogło konieczność uchwalania prawa prostego, spójnego i logicznego.

 

Źródło: 800 mln zł odszkodowania za błędy fiskusa (Pb.pl)

wpis z dnia 27/08/2016

   


  

     Totalna klapa inicjatywy Komorowskiego. Rozstrzyganie wątpliwości na korzyść podatnika to fikcja! Urzędy skarbowe nie zastosowały tej klauzuli ani razu!
wpis z dnia 26/08/2016

 

Pamiętacie ustawę Bronisława Komorowskiego w/s rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika? Ten forsowany tuż przed wyborami prezydenckimi projekt, miał być kołem zamachowym jego kampanii wyborczej. Stał się jednak legislacyjnym gniotem. Prawo, które formalnie wdrożyło tę zmianę do polskiego porządku prawnego, okazało się tak niejasne i skomplikowane, że na 17,5 tys. interpretacji podatkowych wydanych przez fiskusa od początku roku klauzuli tej nie zastosowano ani razu!

Przypomnijmy - tuż po przegranej w I turze wyborów prezydenckich Bronisław Komorowski ogłasza ogólnokrajowe referendum, w którym pyta się czy Polacy chcą mieć w ordynacji podatkowej klauzulę o rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika. Pomijam tutaj bezsens tego pytania. To trochę tak, jakby zapytać się "czy chcesz, aby było lepiej". No ale cóż, mleko się rozlało, referendum się odbyło, a frekwencja była najniższa w historii wszystkich plebiscytów publicznych organizowanych w Europie po 1945 roku. Klauzula proponowana przez Komorowskiego i tak została przyjęta i zaczęła funkcjonować od początku tego roku. 

Teoretycznie zatem od 1 stycznia podatnicy powinni mieć łatwiej. Teoretycznie. W praktyce bowiem ustawa wprowadzająca w życie tę klauzulę okazała się być legislacyjnym gniotem. Eksperci podatkowi od samego początku wskazywali, że prawo wprowadzające klauzulę w życie będzie budziło wątpliwości interpretacyjne. Co ciekawe - głosy takie pojawiły się również w resorcie finansów kierowanym przez ludzi Platformy Obywatelskiej - "Ten przepis będzie martwy albo będzie rodził bardzo wiele problemów interpretacyjnych" - mówił ówczesny wiceminister Janusz Cichoń.

Słowa Cichonia okazały się być prorocze. Zgodnie z raportem firmy doradczej Grant Thornton polscy przedsiębiorcy przez pierwsze pół roku obowiązywania nowych przepisów (styczeń - czerwiec 2016 r.) złożyli ponad 17.524 wniosków o interpretacje podatkowe, a w 192 przypadkach powołali się bezpośrednio na zasadę "rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika". I co? I jajco! Urzędy Skarbowe ani razu nie rozstrzygnęły wątpliwości na korzyść podatnika. Ani razu!

Inicjatywa Komorowskiego - jak najbardziej słuszna w warstwie życzeniowej - okazała się zatem kompletną klapą, kiedy podjęto się próby wdrożenia jej w życie. Czy to oznacza, że w Polsce rzeczywiście nie da się wprowadzić przepisów ułatwiających funkcjonowanie zwykłemu podatnikowi?

 

Źródło: Fiskus nigdy nie ma wątpliwości (GrantThornton.pl)

wpis z dnia 26/08/2016

    


  

     Tak głosowali radni Platformy Obywatelskiej w/s wartej 160 mln zł działki przy ul. Chmielnej 70 w Warszawie (#Łączymy)
wpis z dnia 25/08/2016

 

Urzędnicy stołecznego ratusza, gdzie od trzecią kadencję rządzi wiceprzewodnicząca PO Hanna Gronkiewicz-Waltz, w 2012 roku oddali handlarzowi roszczeń działkę pod przedwojennym adresem Chmielna 70. Zrobili to mimo, iż jej pierwotny właściciel został spłacony jeszcze w czasach PRL. Szacuje się, że działka ta jest dziś warta ok. 160 mln zł. Wszystko przez uchwałę radnych Platformy Obywatelskiej, którzy tak zmienili plan zagospodarowania, aby mógł na jej terenie powstać 200 metrowy wieżowiec.

Dlaczego działka przy dawnej ulicy Chmielnej 70 w Warszawie (dziś to tereny w bezpośrednim sąsiedztwie Pałacu Kultury i Nauki) jest aż tak bardzo cenna? Okazuje się, że wynika to bezpośrednio z decyzji radnych Platformy Obywatelskiej, którzy w 2010 roku, rzutem na taśmę tuż przed końcem swoich samorządowych kadencji, zdecydowali się przyjąć uchwałę zmieniającą miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego w rejonie Pałacu Kultury i Nauki. Zgodnie z treścią tej uchwały na wspomnianej działce, zamiast maksymalnie 30 metrowego budynku, jej właściciel mógłby postawić 200 metrowy wieżowiec. Za przyjęciem takiego rozwiązania zagłosowało 23 radnych z PO, 7 radnych z SLD oraz 2 radnych niezrzeszonych. Przeciwko głosowało 7 radnych PiS.

Co ciekawe - 2 lata później urzędnicy stołecznego ratusza podejmują decyzję, aby wspomnianą działkę, wobec której zmieniono plan zagospodarowania przestrzennego, oddać za darmo handlarzowi roszczeń, mimo że pierwotny właściciel tego terenu został spłacony przez państwo polskie jeszcze za czasów PRL!

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, że należy łączyć ze sobą te dwa fakty - zmianę miejscowego planu (która wywindowała wartość działki przy dawnej ul. Chmielnej do około 160 mln zł) oraz decyzję o jej zwrocie podjętą przez urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz (mimo, iź nie było ku temu żadnych podstaw). Stanowią one bowiem całość reprywatyzacyjnej patologii, jaka zagościła w Warszawie pod rządami Hanny Gronkiewicz-Waltz.

 

Źródło: Tak głosowała Rada m.st. Warszawy w listopadzie 2010 r. w sprawie działki na ul. Chmielnej 70 (Twitter.com)
Źródło: Uchwała nr XCIV/2749/2010 z 09-11-2010 (BIP.Warszawa.pl)

wpis z dnia 25/08/2016

   


  

     Niemcy nie życzą sobie rozwoju naszego kraju? Rośnie opór niemieckich władz, mediów i ekologów wobec polskich inwestycji realizowanych w... Polsce!
wpis z dnia 24/08/2016

 

W Gubinie, na południu graniczącego z Niemcami województwa lubuskiego, miała powstać elektrownia węglowa wraz z okalająca ją odkrywkową kopalnią węgla brunatnego. Miała, bowiem przedstawiciele niemieckich gmin przygranicznych oraz Greenpeace złożyli protesty, które przyczyniły się do wstrzymania realizacji tej inwestycji. Co ciekawe - naszym zachodnim sąsiadom nie przeszkadzało to, że w oddalonej od Gubina o 20 km niemieckiej miejscowości Janschwalde, działa olbrzymia siłownia na węgiel brunatny wydobywany z okolicznych kopalni odkrywkowych...

Polska Grupa Energetyczna (PGE) w 2014 roku ogłosiła, że w okolicach Gubina (woj. lubuskie) zamierza wybudować odkrywkową kopalnię węgla brunatnego oraz nowoczesną elektrownię opalaną wydobywanym w tej kopalni węglem. Ówczesny premier Donald Tusk stwierdził nawet, że inwestycja PGE w Gubinie jest elementem strategii bezpieczeństwa energetycznego kraju. 

Niemal natychmiast po ogłoszeniu planów budowy kopalni i elektrowni zaczęły się protesty organizacji ekologicznych. Wkrótce przyłączyły się do nich przedstawiciele niemieckich gmin przygranicznych. Protesty te okazały się być na tyle skuteczne, że Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Gorzowie zawiesiła postępowanie w sprawie wydania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach dla planowanej kopalni. Realizacja całego projektu stanęła pod znakiem zapytania. 

Co ciekawe - ekologom oraz naszym zachodnim sąsiadom nie przeszkadzało, że w oddalonej od Gubina o około 20 kilometrów niemieckiej miejscowości Janschwalde, tuż przy granicy z Polską, funkcjonuje jedna z największych na świecie siłowni węglowych, która opalana jest węglem brunatnym wydobywanym z okalających ją kopalni odkrywkowych.

Podobnych przykładów destrukcyjnego ingerowania niemieckich władz lokalnych, mediów i ekologów w polskie inwestycje realizowane na terytorium Polski jest niestety znacznie więcej. Wystarczy wymienić ostatnie obiekcje naszych zachodnich sąsiadów wobec planów rozbudowy terminala zbożowego w Świnoujściu (mógłby realnie konkurować z podobnymi terminalami zlokalizowanymi w Rostocku, Wismarze czy Lubece) lub uregulowania Odry tak, by mogła być wykorzystana do towarowego transportu rzecznego (realna konkurencja dla niemieckiej drogi żeglugowej na Łabie). W każdym z tych przypadków polskie inwestycje mogłyby zagrozić niemieckim interesom...

 

Źródło: Niemcom przeszkadzają polskie inwestycje. Politycy, media i ekolodzy ruszyli do akcji (Niezalezna.pl)

wpis z dnia 24/08/2016

 


 

     Rząd przewiduje, że w przyszłym roku zabraknie mu aż 60 mld zł na bieżące wydatki. Ratunkiem mają być... nowe kredyty i pożyczki!
wpis z dnia 23/08/2016

 

Rząd Beaty Szydło finalizuje prace nad pierwszym, całkowicie autorskim projektem budżetu na 2017 rok. Deficyt sektora finansów publicznych ma wynieść 2,9 proc. PKB. W praktyce oznacza to największą dziurę budżetową w historii Polski, która zamknie się w granicach 60 miliardów złotych. Jak sfinansować tak wielki deficyt? Niestety, ale u zagranicznych wierzycieli trzeba będzie pozaciągać mnóstwo nowych kredytów i pożyczek...

Rząd Prawa i Sprawiedliwości właśnie przygotowuje pierwszy projekt budżetu, za który bierze pełną odpowiedzialność (projekt na rok 2016 został przygotowany jeszcze przez rząd Ewy Kopacz). Na papierze niby wszystko okej. Deficyt budżetowy ma wynieść 2,9 proc. PKB. Teoretycznie finanse publiczne będą zatem pod kontrolą i nie narazimy się na krytykę ze strony unijnych instytucji, które pilnują, aby krajowe deficyty budżetowe nie przekraczały wartości 3,0 proc. PKB.

Problem w tym, że wspomniane 2,9 proc. PKB w 2017 roku będzie stanowiło równowartość około 60 miliardów złotych. W praktyce będzie to największa w historii naszego kraju różnica między publicznymi wydatkami, a dochodami państwa. Rząd będzie musiał w jakiś sposób tę "dziurę" zasypać. Zawsze można liczyć na to, że dochody z tytułu podatku VAT, CIT, akcyzy czy PIT będą większe niż planowano. Mogłoby to mieć nawet racjonalne uzasadnienie, gdyby w Polsce nagle zapanowała inflacja na poziomie 3-4 proc., przy jednoczesnym wzroście płac na poziomie 6-8 proc. w skali roku. Niestety jest to mało prawdopodobne. Obecnie bowiem nasz kraj zmaga się z deflacją, a płace rosną w tempie około 4 proc. 

Co zatem pozostanie obecnemu ministrowi finansów? Niestety, ale Paweł Szałamacha, aby związać koniec z końcem, prawdopodobnie będzie zmuszony zaciągnąć sporą ilość nowych kredytów i pożyczek. Nic zatem nie zapowiada, aby w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy dług naszego kraju miał się zacząć trwale zmniejszać. Przy tak wielkim deficycie jest to najzwyczajniej w świecie niemożliwe.

 

Źródło: Minister planuje rekordowy deficyt (pb.pl)

wpis z dnia 23/08/2016

   


  

     Rozszczelnienie systemu podatkowego z czasów PO-PSL: Zwykłym ludziom wyższe obciążenia, a dla korporacji oraz mafii ulgi, optymalizacje i wyłudzenia
wpis z dnia 22/08/2016

 

Przyzwolenie na agresywną optymalizację oraz gigantyczne wyłudzenia VAT w latach rządów PO-PSL doprowadziły do gigantycznych strat polskiego państwa. Mimo wprowadzenia wielu podwyżek podatków (VAT, akcyza na paliwo, wyższe składki dla przedsiębiorców) wydajność podatkowa między rokiem 2007 a 2014 spadła aż o 3,2 proc. PKB. W skali roku to kwota ponad 50 mld zł! Pieniądze te pozostały na kontach zagranicznych korporacji oraz mafii wykorzystujących nadarzające się okazje, aby oszukać i działać na szkodę nas wszystkich...

Benjamin Franklin powiedział, że na tym świecie pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć oraz podatki... Czy nam się to podoba, czy nie - podatki trzeba płacić. Utrzymanie państwowości (szkoły, służba zdrowia, infrastruktura, urzędy, wojsko) niestety kosztuje. Ważne w tym wszystkim są dwa aspekty: Po pierwsze - aby zabierane obywatelom pieniądze były wydawane skutecznie, a ludzie wiedzieli, że ma to sens i przynosi wymierne korzyści. Po drugie - aby każdy, w zakresie swoich podatkowych obowiązków, był traktowany równo.

W tym kontekście warto zadać pytanie - dlaczego zwykli ludzie mają płacić wyższe podatki, a zagraniczne korporacje, poprzez swoje "sztuczki" i optymalizacje, mogą płacić niższe podatki, nie płacić ich wcale lub nawet wyłudzać grube miliardy złotych, jako rzekomy zwrot podatku VAT? Na koniec 2007 roku tzw. wydajność podatkowa (relacja kwoty ściągniętych podatków do wysokości produktu krajowego brutto) wynosiła 17,5 proc. PKB. W roku 2014 spadła ona do wysokości zaledwie 14,3 proc. PKB, mimo że ekipa PO-PSL podniosła mnóstwo podatków (m.in.: VAT, akcyza na paliwo, wyższe składki dla przedsiębiorców). 

Warto zauważyć, że różnica 3,2 proc. PKB między 2007 a 2014 rokiem, to około 50-55 mld zł (w warunkach roku 2014). O tyle mniej podatków wpłynęło do budżetu kraju. Pieniądze te zostały w kieszeniach zagranicznych korporacji stosujących agresywną optymalizację oraz przestępców i organizacji mafijnych, których głównym celem było oszukiwanie nas wszystkich i wyłudzanie rzekomego zwrotu podatku VAT. Niestety, na opisane powyżej rozszczelnienie systemu podatkowego było nieformalne przyzwolenie ówczesnych władz (poprzez brak skutecznych działań, które mogłyby ograniczyć tą patologię). Pozostaje pytanie - czy ta tendencja nadal będzie się rozwijać, czy też rządzący naszym krajem wdrożą wydajne metody walki z agresywną optymalizacją i wyłudzeniami VAT?

 

Czytaj także: Rząd PO-PSL nie tylko zadłużał na potęgę, ale jeszcze stosował kreatywną księgowość (wPolityce.pl)

wpis z dnia 22/08/2016

    


  

     Gigantyczna "kreatywna księgowość" w ostatnich latach rządów PO-PSL! Deficyt zmniejszali tylko na papierze, a długi kryli po funduszach celowych
wpis z dnia 19/08/2016

 

Najnowszy raport NIK nie pozostawia złudzeń - w latach 2013-2015 rządzący naszym krajem na gigantyczną skalę uprawiali "kreatywną księgowość", a jawność i przejrzystość finansów publicznych pozostawiała wiele do życzenia. Manipulowano nawet przy tak kluczowych dla finansowej oceny państwa danych, jak wysokość dochodów/wydatków czy rozmiar długu publicznego. Tylko w samym 2014 roku ekipie Tuska udało się sztucznie ukryć ponad 28 mld zł deficytu finansów publicznych!

Dwa dokumenty przygotowane przez NIK ("Analiza wykonania budżetu państwa i założeń polityki pieniężnej w 2013 roku" oraz "O jawności i przejrzystości finansów publicznych") dobitnie pokazują ogrom patologii przy zarządzaniu finansami naszego państwa do jakiego dopuściła się ekipa PO-PSL. Kreatywna księgowość, której celem było sztuczne zmniejszenie deficytu finansów publicznych czy ukrycie długu, była stosowana na masową wręcz skalę. Sztucznie zaniżano wielkość wydatków poprzez transferowanie pieniędzy podatników do jednostek publicznych, które z przyczyn formalno-prawnych nie były zaliczane do sektora publicznego. Zadłużenie państwa "ukrywano" między innymi za pomocą "pożyczania" pieniędzy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS). W jaki sposób działał ten mechanizm? Otóż do 2009 roku rząd Tuska przekazywał do FUS (będącego finansowym zapleczem ZUS) dotację z pieniędzy podatników na wypłatę bieżących emerytur i rent. Problem w tym, że wspomniane dotacje zaliczały się do wydatków państwa i wpływały na wysokość deficytu budżetowego. Z uwagi na to, że każdego roku kwota dotacji do FUS była coraz większa (przez co rosła także dziura budżetowa), ekipa Tuska wpadła na "genialny" pomysł: oto zamiast dotacji będzie udzielać FUS-owi (ZUS) "pożyczek", które de facto nie będą musiały być spłacane. Niby drobna różnica, ale mająca kolosalne znaczenie dla metodologii wyliczania deficytu budżetowego oraz możliwości dalszego zadłużania naszego kraju. Pożyczki rządu dla FUS (ZUS) nie są bowiem zaliczane do wydatków państwa, a przez to nie powiększały deficytu budżetowego. Dzięki temu rząd mógł się wykazywać mniejszym deficytem (sztucznie zaniżonym), a w konsekwencji większą "zdolnością" do zaciągania nowych długów. 

Ponadto poważnym problemem było również przekazywanie zadań publicznych finansowanych wcześniej z budżetu państwa do innych jednostek sektora finansów publicznych lub nawet poza ten sektor, bez zapewnienia odpowiedniego finansowania. To powodowało konieczność zadłużania się przez te jednostki. Tak było na przykład z Krajowym Funduszem Drogowym, który odpowiada za finansowanie budowy dróg w Polsce. Okazuje się, że długi tej jednostki nie są wykazywane w oficjalnym długu publicznym.

W całym 2013 r. NIK zidentyfikował szereg działań, które miały wpływ na sztuczne obniżenie deficytu budżetu państwa aż o 31 mld zł. W roku kolejnym ekipie PO-PSL udało się "kreatywnie pomniejszyć" deficyt o ponad 28 mld zł.

Kontrolerzy NIK zauważyli przytomnie, że sztuczne zaniżanie deficytu sektora finansów publicznych oraz długu publicznego przez ekipę Donalda Tuska i Ewy Kopacz było niepokojącym zjawiskiem, gdyż wielkości te stanowią podstawę do dokonania przez społeczeństwo oceny sytuacji finansowej państwa. Powstaje pytanie - dlaczego nikt wówczas nie protestował, nie podnosił larum, że oto Tusk nam państwo niszczy od środka? Gdzie były wówczas salonowe media, dzisiejsi obrońcy praworządności i demokracji? Dlaczego milczeli?

 

Źródło: NIK o jawności i przejrzystości finansów publicznych (NIK.gov.pl)
Źródło: Analiza wykonania budżetu państwa i założeń polityki pieniężnej w 2013 roku (NIK.gov.pl)

wpis z dnia 19/08/2016

   


   

     Grecja chce od Niemiec 270 mld euro odszkodowania za II wojnę światową. Rachunek wystawiony przez Polskę byłby kilkukrotnie większy!
wpis z dnia 18/08/2016

 

Premier Aleksis Cipras oświadczył, że będzie żądał od Niemiec wypłaty reparacji wojennych za straty spowodowane przez III Rzeszę na terenie Grecji w czasie II wojny światowej. Chodzi o niemałą kwotę, bo 270 mld euro. Uzyskanie takiego odszkodowania pozwoliłoby na spłatę niemal całego greckiego zadłużenia. Czy polski rząd powinien wystąpić do Niemiec z podobnym żądaniem? Jeśli tak, to na jaką kwotę opiewałyby ewentualne roszczenia uwzględniając fakt, iż Grecja swój rachunek wystawiła na bazie kilkukrotnie mniejszych strat niż Polska?

Premier Grecji Aleksis Cipras, podczas obchodów rocznicy masakry w Kommeno w północno-zachodniej części Grecji (w 1943 roku Niemcy zabili tam 317 cywilów), oświadczył, iż jest "zdeterminowany, aby wymóc na Niemcach wypłatę reparacji wojennych za czasy okupacji". Cipras podkreślił, że powstała specjalna "narodowa strategia", której celem jest uzyskanie reparacji, a greckie władze zrobią wszystko na poziomie dyplomatycznym - a jeśli będzie trzeba, to również prawnym - aby finansowe odszkodowania od rządu w Berlinie uzyskać. 

W kontekście powyższych informacji zasadnym wydaje się być pytanie o roszczenia Polski wobec Niemiec za straty wynikające z okupacji z lat 1939-1945. Czy polski rząd powinien również wystąpić do rządu w Berlinie z podobnym żądaniem? Jeśli tak, to na jaką kwotę opiewałyby ewentualne roszczenia? Przypomnijmy, że w 2004 roku, na polecenie Lecha Kaczyńskiego - ówczesnego prezydenta M. St. Warszawy - przygotowano ekspertyzę dotyczącą wysokości rachunku jaki potencjalnie można by wystawić Niemcom za zniszczenia dokonane w samej tylko Warszawie w latach 1944-45. Opiewał on wówczas na gigantyczną kwotę: 45,3 mld $. Gdyby zliczyć straty jakie Niemcy wyrządzili Polsce na całym okupowanym terytorium, mogłoby się okazać, że kwota odszkodowania jaką powinniśmy się domagać byłaby wielokrotnością rachunku wystawionego przez Greków...

 

Źródło: Grecja ma "narodową strategię uzyskania reparacji" od Niemiec. Chodzi o 270 mld euro (Wyborcza.biz)

wpis z dnia 18/08/2016

     


   

     Po I półroczu 2016 na wypłatę bieżących emerytur zabrakło już 41,8 mld zł! Nie 500+ lecz ZUS jest największym problemem dla budżetu kraju
wpis z dnia 17/08/2016

 

Fatalny przyrost naturalny w połączeniu z coraz większą liczbą ludzi w wieku 65+, gigantycznymi kosztami "resortowych" świadczeń emerytalnych oraz całym mnóstwem poPRL-owskich przywilejów dla wybranych grup zawodowych powoduje, że po I półroczu 2016 r. na wypłatę bieżących emerytur zabrakło aż 41,8 mld zł! Ten olbrzymi deficyt rząd musiał jakoś "zasypać". Stąd nagły wzrost pożyczek zaciąganych ekipę Szydło i równie rekordowy skok zadłużenia Polski, które od stycznia do maja urosło o 56,1 mld zł...

Obecnie na jednego emeryta przypada pięć osób w wieku produkcyjnym (w wieku 15-64 lata), a mimo to ZUS już ma poważne problemy ze ściągnięciem odpowiedniej kwoty pieniędzy ze składek na wypłatę bieżących emerytur. W ubiegłym roku (2015) zabrakło na ten cel rekordowej kwoty 52,4 mld zł. Deficyt ten pokrywany był z dotacji i bezzwrotnych pożyczek przekazywanych przez rząd (pieniądze podatników lub wierzycieli Skarbu Państwa) do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS), który jest finansowym zapleczem ZUS-u. 

Problem w tym, że po upływie zaledwie sześciu miesięcy bieżącego roku deficyt FUS sięgnął już 41,8 mld zł, czyli niemal 80 proc. kwoty deficytu za cały ubiegły rok! ZUS oczywiście emerytury i renty wypłaca terminowo, ale kosztem budżetu państwa, z którego brakujące pieniądze trzeba wykładać. Z racji tej, że z pustego i Salomon nie naleje, aby znaleźć pieniądze na "zasypanie" wspomnianego deficytu, rząd musiał zaciągać nowe kredyty i wystawiać mnóstwo papierów dłużnych (obligacji). Powyższe tłumaczyłoby gigantyczny skok zadłużenia Polski, które w tym samym okresie (styczeń - maj) urosło o rekordową kwotę 56,1 mld zł. 

Wygląda więc na to, że nie demonizowane 500+ lecz zapewnienie pieniędzy na wypłatę bieżących emerytur będzie największym wyzwaniem zarówno dla obecnej, jak i każdej kolejnej ekipy rządowej.

 

Źródło: Deficyt w FUS na koniec I półrocza wyniósł 41,8 mld zł (Stooq.pl)

wpis z dnia 17/08/2016

   


  

     Polacy drugim najdłużej pracującym narodem w UE i siódmym na świecie. Aby otrzymać znacznie niższe pensje musimy pracować znacznie więcej!
wpis z dnia 16/08/2016

 

Pomimo upływu wielu lat od wejścia Polski do UE, różnica między zarobkami statystycznego Polaka a mieszkańca Europy Zachodniej nadal jest bardzo wyraźna. Jakby tego było mało, aby Jan Kowalski mógł zarobić swoją znacznie niższą od zachodniej pensję, w pracy musi spędzić znacznie więcej czasu niż przeciętny Niemiec, Francuz czy Holender. Zgodnie ze statystykami OECD Polacy są obecnie drugim najdłużej pracującym narodem w Unii Europejskiej, a w rankingu światowym zajmujemy pod tym względem 7. miejsce...

Z najnowszego raportu przygotowanego przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) na temat liczby godzin spędzonych w ciągu roku w pracy przez obywateli poszczególnych państw świata wynika, że statystyczny Polak spędza w pracy w ciągu roku 1 963 godzin (163,6 godziny na miesiąc). Okazuje się, że to siódmy wynik na świecie i drugi wśród państw należących do Unii Europejskiej (w UE więcej czasu w pracy od Polaków spędzają tylko Grecy - w ciągu roku przeciętnie jest to 2 042 godzin).

Co ciekawe - zgodnie z ww. raportem OECD Polacy spędzili w pracy w ciągu 2015 roku aż o 184 godziny więcej (23 dni robocze) niż Czesi, o 214 godzin więcej (blisko 27 dni roboczych) niż Węgrzy i aż o 592 godziny więcej (74 dni robocze) niż statystyczni Niemcy. 

Jeszcze gorzej sprawy się mają jeśli chodzi o zarobki. Zdaniem OECD przeciętny Polak zarobił w ciągu 2015 roku 12.257 USD brutto, co wg średniego kursu (3,7695 zł) stanowiło równowartość 46.203 zł. Jedna roboczo-godzina Polaka była zatem warta 23,53 zł brutto (46.203 zł / 1963 godz.). Pracujący w ciągu roku o 23 dni robocze krócej Czech zarobił w ubiegłym roku zdaniem OECD 12.773 USD brutto, co stanowiło równowartość 48.148 zł (1,9 tys. zł więcej niż Polak). Jedna roboczo-godzina Czecha była zatem warta 27,06 zł brutto. Pracujący w ciągu roku o 27 dni roboczych krócej Węgier zarobił w ubiegłym roku zdaniem OECD 10.660 USD brutto, co stanowiło równowartość 40.183 zł (6,0 tys. zł mniej niż Polak). Jeśli jednak przeliczymy te zarobki na roboczo-godziny, to okaże się, że 1 godzina pracy Węgra była wyceniona na 22,97 zł brutto, czyli niemal na tyle, ile 1 godzina pracy statystycznego Polaka (23,53 zł). Pracujący w ciągu roku o 74 dni robocze krócej od Polaka statystyczny Niemiec zarobił w ubiegłym roku zdaniem OECD aż 41.716 USD brutto, co stanowiło równowartość 157.248 zł (+111,0 tys. zł więcej niż Polak). Jedna roboczo-godzina pracy Niemca była zatem warta aż 114,70 zł brutto. 

Niestety, po 12 latach spędzonych w UE i 27 latach od magicznej transformacji nadal jesteśmy Bangladeszem Europy i tak naprawdę nikt nie wie kiedy to się zmieni...

 

Źródło: Average annual hours actually worked per worker (Stats.oecd.org)
Źródło: Average annual wages (Stats.oecd.org)

wpis z dnia 16/08/2016

   


  

     Solidarność niemiecko- rosyjska ma się coraz lepiej! Właśnie zatwierdzili szlak 485 km lądowego odcinka Nord Stream do Czech wzdłuż granicy z Polską
wpis z dnia 13/08/2016

 

Coraz lepiej prezentuje się współpraca Niemców i Rosjan uderzająca w Polskie interesy. Po tym jak w Berlinie "klepnięto" decyzję o budowie morskiej części Nord Stream 2, a Rosjanie zorganizowali przetarg na dostawę stalowych rur do tego gazociągu (który oczywiście wygrały niemieckie firmy), przyszedł czas na lądową część inwestycji. Brandenburskie samorządy doskonale czują o co toczy się gra i w ekspresowym tempie zatwierdziły trasę 485 kilometrowej lądowej odnogi Nord Streamu, która będzie biegła - a jakby inaczej - wzdłuż granicy z Polską. 

Pomimo oficjalnie funkcjonujących sankcji gospodarczych wobec Rosji za zbrojną aneksję Krymu, niemiecki rząd z aprobatą patrzy na postęp prac przy budowie gazociągu Nord Stream 2, który - zgodnie ze stwierdzeniami polityków zza Odry - nie jest żadnym projektem o charakterze geo-politycznym, a jedynie "komercyjną współpracą" kilku prywatnych firm z zachodnioeuropejskich z rosyjskim Gazpromem, z którym współtworzy spółkę o nazwie "Nord Stream". Wsparcie, jakiego Berlin mniej lub bardziej oficjalnie udziela dla tej uderzającej w nasz kraj inicjatywy jest podyktowane wizją zysków jakie Niemcy otrzymają od Rosjan, gdy Gazprom zmonopolizuje do reszty rynek Europy Zachodniej i stworzy warunki do stosowania energetycznego szantażu wobec Polski i innych państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

Po tym jak morska część Nord Stream 2 weszła w fazę realizacji (Rosjanie zorganizowali gigantyczne przetargi na dostawę 2500 km stalowych rur, które wygrały niemieckie firmy), trzeba było zacząć myśleć o projekcie lądowej części tego gazociągu, jaką ma być projekt EUGAL. Brandenburskie samorządy nie miały wątpliwości co do zasadności tej inicjatywy i w ekspresowym tempie zatwierdziły trasę 485 kilometrowej magistrali. Ma ona biec wzdłuż niemiecko-polskiej granicy, począwszy od punktu wejścia morskiego odcinka Nord Stream w ląd na północy Niemiec, aż po granicę z Czechami. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z niemiecko-rosyjskim planem to budowa tej części gazociągu rozpocznie się w połowie 2018 roku.

 

Źródło: Nord Stream 2: W 2018 roku ruszy budowa nowej odnogi w Niemczech (BiznesAlert.pl)

wpis z dnia 13/08/2016

   


  

     Szok! Niemcy chcą ukarać Polskę i Węgry odebraniem unijnych dotacji! Powód? - "Za słabo respektujemy europejskie (niemieckie) wartości"
wpis z dnia 12/08/2016

 

Nie wiem czy to tylko głupota, czy jednak celowe działanie niemieckich polityków policzone na spowodowanie wzrostu niechęci Polaków do Unii Europejskiej. Niemieccy liberałowie i chadecy z Parlamentu Europejskiego właśnie zaproponowali, aby kraje, które "niewystarczająco biorą udział w przyjmowaniu czy rejestrowaniu uchodźców" były karane finansowo poprzez obcinanie unijnych dotacji. Czy Niemcy zablokują miliardy euro, które należą się Polsce?

Inge Graessle (niemiecka CDU / chadecja), która w Parlamencie Europejskim pełni rolę przewodniczącej Komisji Kontroli Budżetowej, właśnie stwierdziła, że "Krajom, które nie przestrzegają prawa unijnego, albo państwom, które niewystarczająco biorą udział w przyjmowaniu czy rejestrowaniu uchodźców, będą obcinane unijne dotacje". Wcześniej w podobnym tonie wypowiadał się Alexander Graf Lambsdorff (niemiecka FDP / liberałowie), który obecnie jest wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego: - "Rząd Niemiec musi teraz przy zaplanowanym na jesień przeglądzie unijnego budżetu zadbać o to, aby kraje-beneficjenci netto w UE takie jak Polska i Węgry zachowywały się bardziej solidarnie w kwestiach migracji i respektowały też wartości europejskie". 

Czy ich pogięło już zupełnie??! Jasnym jest bowiem, że odebranie Polsce unijnych dotacji z powodu "niewystarczającego udziału w przyjmowaniu uchodźców", czy "zbyt słabego respektowania europejskich (niemieckich) wartości" drastycznie wpłynie na wzrost niechęci Polaków do Brukseli, a w ostateczności przyspieszy rozpad całej UE. Czy Niemcy rzeczywiście tego chcą? Czy pragną, aby Polska znowu była poza unijnymi strukturami, aby UE składała się tylko i wyłącznie z bogatych państw "starej Unii"? Może wówczas łatwiej będzie Berlinowi robić interesy z Kremlem?

 

Źródło: Eurodeputowani: Trzeba obciąć unijne dotacje dla Polski i Węgier. "Niesolidarna postawa (DW.com)

wpis z dnia 12/08/2016

   


  

     Polska produkuje 56 razy więcej ustaw i rozporządzeń niż Szwecja. Rzeczywistość prawna nigdzie w Europie nie jest tak zmienna i nieprzewidywalna jak w naszym kraju!
wpis z dnia 11/08/2016

 

Polska jest europejskim liderem w zakresie produkcji nowego prawa. W ubiegłym roku weszło w życie 29,8 tys. stron maszynopisu nowych ustaw, rozporządzeń czy innych aktów prawnych o zasięgu ogólnokrajowym. Gdyby ktoś chciał się z nimi wszystkimi zapoznać, to musiałby codziennie przez cały rok poświęcać na ich czytanie blisko 4 godziny. Co ciekawe - w latach 2012-2014 wyprodukowaliśmy 56 razy więcej aktów prawnych niż Szwecja, tj. kraj o najbardziej stabilnym systemie prawnym w UE.

Firma audytorsko-doradcza Grant Thornton zbadała ile nowego prawa tworzą poszczególne państwa należące do Unii Europejskiej. Wnioski dla naszego kraju są zatrważające. Okazuje się, że w latach 2012-2014 Polska produkowała najwięcej nowych aktów prawnych (ustaw, rozporządzeń czy innych prawnych jednostek redakcyjnych o zasięgu ogólnokrajowym) ze wszystkich państw należących do UE. Średnio w roku nasi legislatorzy produkowali prawie 56-krotnie więcej przepisów niż najbardziej pod tym względem stabilna Szwecja, 11-krotnie więcej niż plasująca się gdzieś pośrodku europejskiej stawki Litwa i 2-krotnie więcej niż Węgry, czyli kraj gdzie nowego prawa co roku produkuje się już całkiem sporo. W praktyce oznacza to, że tzw. rzeczywistość prawna dla obywateli i przedsiębiorców nigdzie w Europie nie była tak chwiejna i nieprzewidywalna jak w Polsce.

Niestety, rok 2015 okazał się być kolejnym rekordowym okresem dla polskiej legislacji. Zgodnie z wyliczeniami Grant Thornton rządzący nami politycy zasypali nas aż 29,8 tysiącami stron maszynopisu nowego prawa. Gdyby ktoś chciał się z nimi wszystkimi zapoznać, to musiałby codziennie przez cały rok poświęcać na ich czytanie blisko 4 godziny. Pierwsze półrocze tego roku nie jest nic lepsze. W okresie od stycznia do czerwca przyjęto łącznie 12796 stron maszynopisu nowych aktów prawnych.

 

Źródło: Legislatorzy zaciągnęli hamulec (GrantThornton.pl)
Źródło: BarometrPrawa.pl

wpis z dnia 11/08/2016

  


 

     Spełnia się czarna przepowiednia Banku Światowego: W Polsce w zastraszającym tempie przybywa głodowych emerytur!
wpis z dnia 10/08/2016

 

Jeszcze w 2011 roku emerytów, którzy otrzymywali z ZUS świadczenie niższe od minimalnego było 23 tys. W ubiegłym roku ich liczba wzrosła już do 76 tys. Niestety w kolejnych latach emerytów, którzy będą musieli przeżyć za świadczenie niższe od minimalnego (obecnie ok. 880 zł brutto) będzie coraz więcej. Wszystko wskazuje zatem na to, iż spełniać się zaczęła prognoza Banku Światowego, zgodnie z którą emerytury dla większości pobierających je Polaków niebawem będą gwarantowały zaledwie skromną wegetację.

W ciągu 4 lat liczba emerytów, których świadczenia nie przekraczają tzw. emerytury minimalnej (obecnie jest to kwota ok. 880 zł brutto) wzrosła o ponad 200 proc. Jeszcze w 2011 roku takich seniorów było 76 tys. Na koniec 2015 roku ich liczba wzrosła do 76 tys. W takim tempie w okolicach 2020 roku seniorów pobierających głodowe emerytury będzie już ponad ćwierć miliona, a w 2025 roku - blisko milion!

W tym kontekście warto przypomnieć czarne prognozy Banku Światowego dla naszego kraju, zgodnie z którymi tzw. stopa zastąpienia dla większości dzisiejszych 30, 40-latków spadnie do poziomu zaledwie 25 proc. ostatniego wynagrodzenia. Oznacza to, że przeciętna emerytura kogoś, kto przez całe zawodowe życie zarabiał mniej więcej równowartość obecnej mediany polskiego wynagrodzenia (tj. ok. 2300 zł na rękę) będzie wynosiła zaledwie 550-600 zł! Przyczyną takiego stanu rzeczy ma być dramatycznie niski przyrost naturalny, jaki zapanował w Polsce w ciągu ostatnich kilku lat, masowa emigrację młodego pokolenia oraz nikłą migracja z zewnątrz. 

Zdaniem ekspertów z Banku Światowego jedyną szansą na utrzymanie i godne życie na starość mają być prywatne oszczędności oraz zgromadzony za zawodowego życia majątek. Problem w tym, że blisko połowa pracujących Polaków swoje zarobki wydaje na bieżąco i nie ma pieniędzy, aby cokolwiek regularnie oszczędzać.

 

Źródło: Skala emerytur niższych od minimalnych rośnie (Bankier.pl)
Źródło: Bank Światowy ostrzega przed głodowymi emeryturami w Polsce (Zus.pox.pl)

wpis z dnia 10/08/2016

   


   

     Mąż posłanki PO za udział w gigantycznym wyłudzeniu VAT dostał grzywnę i 2 lata w zawieszeniu. Oto dowód na to, że przestępcy okradający nasz kraj mogli czuć się bezkarnie!
wpis z dnia 9/08/2016

 

Wyłudzenia podatku VAT to jeden z najpoważniejszych problemów z jakimi Polska musi się zmierzyć. Szacuje się, że tylko w 2015 roku złodzieje ukradli w ten sposób z budżetu naszego kraju kwotę ok. 12 mld zł! Do tej pory mogli czuć się bezkarnie, bowiem sądy potrafiły wymierzać symboliczne kary. Ot dla przykładu - mąż posłanki PO, który wystawił lewych faktur na kwotę 6,6 mln zł (pozwoliły wyłudzić 1,4 mln zł VAT) został skazany na 25 tys. zł grzywny i 2 lata w zawieszeniu. Przecież to jest wołanie o to, aby kraść więcej! 

Przypomnijmy - W 2014 roku kontrolerom skarbowym udało się ujawnić 207 tysięcy takich faktur na kwotę 33,7 mld zł. W 2015 roku liczba wykrytych lewych faktur wyniosła już 360,7 tysięcy sztuk (wzrost o 75 proc.), a ich wartość osiągnęła 81,9 mld zł (wzrost o 150 proc.)! Te lewe faktury mogły być użyte do wyłudzania od państwa zwrotu nigdy nie zapłaconego podatku VAT w ramach unijnej procedury dotyczącej tzw. eksportu wewnątrzwspólnotowego i obowiązku stosowania w takim przypadku zerowej stawki VAT. Szacuje się, że w ten sposób tylko w ubiegłym roku przestępcy wykradli z budżetu kraju kwotę ok. 12 miliardów złotych!

Ktoś zapyta - jak to wszystko jest możliwe? Jak przestępcom udaje się okradać nasze państwo na tak wielkie pieniądze? Odpowiedź jest prosta i składa się z dwóch części: po pierwsze organy skarbowe nie są w stanie prześwietlić wszystkich VAT-owych transakcji, a co za tym idzie - ryzyko, że trafią na przestępców, którzy generują lewe faktury tylko po to, aby wyłudzić pieniądze od państwa, jest stosunkowo niewielkie (szczególnie jeśli chodzi o działalność wielopoziomowych, wykorzystujących mnóstwo firm-słupów międzynarodowych karuzel podatkowych). Po drugie - nawet jeśli ktoś wpadnie na wyłudzaniu VAT, to na 80 proc. nie pójdzie za to siedzieć do więzienia. Sądy, zamiast wymierzać bezwzględne i surowe wyroki, jak do tej pory były raczej łagodne dla tego typu przestępców. Zamiast więzienia w większości przypadków jest zawieszenie i symboliczna (do skali wyłudzonych pieniędzy) grzywna.

Niech jako przykład posłuży nam sprawa Grzegorza D., męża szefowej świętokrzyskiej PO, który w latach 2008 - 2011 wystawił 190 fałszywych faktur na blisko 6,6 mln zł. Dzięki temu możliwe było wyłudzenie z budżetu naszego kraju kwoty 1,4 mln zł. Jaki był wyrok sądu w tej sprawie? Oprócz zwrotu korzyści sąd ukarał go grzywną w wysokości - bagatela - 25 tys. zł i 2 latami więzienia w zawieszeniu. Proszę mi powiedzieć - jak tak niska kara może mieć wymiar prewencyjny? Czy tego typu wyrok ma szansę odstraszyć potencjalnych przestępców? W mojej opinii - nie. Powiedziałbym nawet, że wyrok w zawieszeniu i symboliczna grzywna wręcz zachęcają innych do popełniania tego typu przestępstw.

Pozostaje mieć nadzieję, że skuteczność organów skarbowych w ściganiu mafii wyłudzającej VAT będzie wzrastać, a sądy będą robiły użytek z przewidzianych przez kodeks karny sankcji i wobec przestępców odpowiedzialnych za wielomilionowe wyłudzenia będą stosować oraz surowe i bezwzględne kary więzienia.

 

Źródło: Mąż posłanki PO skazany za fałszywe faktury. Wyrok w zawieszeniu (Wyborcza.pl)
Źródło: Mąż posłanki PO skazany (Niezalezna.pl)

wpis z dnia 9/08/2016

   


  

     Kumple kumplom, czyli dlaczego Komisja Europejska tak bardzo wspiera ekipę Platformy w atakowaniu polskiego rządu
wpis z dnia 8/08/2016

 

Komisja Europejska to nie jest żaden obiektywny czy nieuprzedzony politycznie organ. To zbiór ludzi, którzy mają określone poglądy i sympatie. W efekcie wyborów do Europarlamentu z 2014 roku, które wygrała Europejska Partia Ludowa (w jej skład wchodzi PO), zasiadają w niej osoby zaprzyjaźnione z Platformą Obywatelską. I właśnie dlatego KE jest tak nieprzychylna aktualnemu rządowi w Warszawie. Rzekome zagrożenie demokracji, to tylko wymyślony na poczekaniu i bardzo wygodny powód uzasadniający przeprowadzanie ataków.

Czy ktoś kiedyś się zastanawiał dlaczego Komisja Europejska atakuje tylko jedną ze stron politycznego sporu w Polsce? Dlaczego eurokraci z Brukseli milczeli, kiedy ekipa Platformy Obywatelskiej w trybie pilnym zmieniała ustawę o Trybunale Konstytucyjnym, tak aby tuż przed ubiegłorocznymi wyborami parlamentarnymi obsadzić swoimi ludźmi wszystkie wolne stanowiska sędziowskie w Trybunale? Dlaczego nie widzi błędów po stronie partii, którą założył obecny szef Rady Europejskiej, czyli Donald Tusk?

Odpowiedź jest prosta - Komisja Europejska to nie żaden obiektywny organ. To konkretni ludzie, którzy mają określone poglądy i sympatie. Tak się składa, że w wyniku wyborów do europarlamentu z 2014 roku, czołowe stanowiska pozajmowali tam kumple Platformy Obywatelskiej z Europejskiej Partii Ludowej (EPP) z Donaldem Tuskiem na czele. Tak się też składa, że władzę u naszych zachodnich sąsiadów piastują również ludzie powiązany z EPP. Platforma Obywatelska, Merkel i Komisja Europejska to zatem jedno, powiązane wspólnymi poglądami i interesami towarzystwo. W takim układzie nie trudno przewidzieć unijną nawalankę w rząd, który nie ma kumpli w EPP, lecz w opcji alternatywnej dla EPP, tj. wśród Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (ECR). 

Mogę się założyć, że gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego z 2014 roku wygrali przedstawiciele ECR, a dzięki temu obsadzili kluczowe stanowiska w Komisji Europejskiej, to dziś nie byłoby żadnego postępowania Unii przeciwko Polsce w/s TK, demokracji i praworządności, a niemieccy politycy oraz niemieckie media byłyby zdecydowanie bardziej powściągliwe. Warto o tym pamiętać.

wpis z dnia 8/08/2016

   


  

     FOZZ, przy obecnych wyłudzeniach VAT, to był mały pikuś! Trwa gigantyczna grabież budżetu. Kary są symboliczne, a ryzyko wpadki niewielkie
wpis z dnia 7/08/2016

 

Skala drenażu finansów naszego państwa przez przestępców wyłudzających podatek VAT jest gigantyczna. W ubiegłym roku wykryto oficjalnie aż 360 tys. lewych faktur o łącznej wartości 82 mld zł. Szacuje się, że pozwoliły one wyłudzić z budżetu naszego państwa około 12 mld zł! Te pieniądze trafiły do wąskiej grupy przestępców, którzy - jak do tej pory - działali zupełnie swobodnie, gdyż kary orzekane przez sądy były często symboliczne, a ryzyko wpadki niewielkie. Oto kwintesencja III RP! 

Zgodnie z informacjami opublikowanymi przez Najwyższą Izbę Kontroli - w latach 2013-2015 w Polsce na szeroką skalę występowało zjawisko wprowadzania do obiegu gospodarczego faktur dokumentujących czynności fikcyjne. W 2014 roku kontrolerom skarbowym udało się ujawnić 207 tysięcy takich faktur na kwotę 33,7 mld zł. W 2015 roku liczba wykrytych lewych faktur wyniosła już 360,7 tysięcy sztuk (wzrost o 75 proc.), a ich wartość osiągnęła 81,9 mld zł (wzrost o 150 proc.)! 

Jak to działa? Wszystko przez unijne przepisy dotyczące tzw. eksportu wewnątrzwspólnotowego i obowiązku stosowania w takim przypadku zerowej stawki VAT. Przestępcy przedstawiają w urzędach skarbowych dokumenty (lewe faktury), z których wynika, że podatek VAT za dany towar został już uregulowany w innym państwie. W rzeczywistości do żadnej transakcji nie doszło. Faktury są fikcyjne, dotyczą czynności pozorowanych tylko dla jednego celu - wyłudzenia rzekomo wcześniej zapłaconego podatku VAT. Szacuje się, że w ten sposób z budżetu naszego państwa przestępcy mogli wyłudzić nawet 12,0 miliardów złotych!

Ta złodziejska mafia jak do tej pory działała w naszym kraju zupełnie swobodnie. Do przestępstw zachęcały ich niska skuteczność organów ścigania oraz symboliczne kary orzekane przez sądy (jeśli już ktoś został złapany). Osobom, które wyłudzały na nielegalnym zwrocie podatku VAT miliony złotych, a sąd wymierzał karę grzywny w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych i 2 lata więzienia w zawieszeniu. Nic tylko tworzyć dalej VAT-owskie karuzele i wyłudzać na potęgę!

W tym kontekście jako słuszną można uznać niedawną inicjatywę Ministerstwa Sprawiedliwości, które przygotowało projekt ustawy zaostrzającej kary za przestępstwa związane z wyłudzaniem zwrotu podatku VAT. Zgodnie z jego treścią, jeśli skala wyłudzeń przekroczy 5 mln zł, to dany oszust będzie mógł trafić do więzienia nawet na 25 lat.

 

Źródło: Wartość zatrzymanych wypłat z tyt. nienależnego zwrotu VAT wzrosła w I półr. o 288 proc. - MF (Stooq.pl)
Źródło: Nawet do 25 lat więzienia za wyłudzanie VAT-u. Nowy projekt resortu sprawiedliwości (TVP.info)
Źródło: Prezes NIK w Sejmie o fakturach dokumentujących czynności fikcyjne (NIK.gov.pl)

wpis z dnia 7/08/2016

   


 

     Być albo nie być dla wielotysięcznych uposażeń sędziów Trybunału w stanie spoczynku, czyli o co toczy się gra w/s nowej ustawy o TK
wpis z dnia 5/08/2016

 

Przypomnijmy - posłowie Platformy, pracując wraz z prezesem Rzeplińskim nad treścią ustawą o TK w wersji z czerwca 2015 r. wymyślili, że sędziom Trybunału w stanie spoczynku będzie przysługiwać dożywotnie uposażenie w wysokości 75 proc. ostatnio pobieranego wynagrodzenia miesięcznego (w praktyce kilkanaście tys. zł). Nowa ustawa PiS o Trybunale z 22 lipca 2016 r. uchyla ten wymyślony przez posłów Platformy przywilej. To może tłumaczyć dlaczego przechodzącemu niebawem w stan spoczynku Rzeplińskiemu tak bardzo zależy na ekspresowym uwaleniu całej ustawy nim skończy się jej vacatio legis. 

Przyjęta przez Sejm poprzedniej kadencji i podpisana przez prezydenta Komorowskiego ustawa o Trybunale Konstytucyjnym z 25 czerwca 2015 r. przewiduje w art. 40 instytucję tzw. sędziego w stanie spoczynku. Osiągnięcie tego stanu przez sędziów TK miałoby się równać z nabyciem prawa do finansowego uposażenia w wysokości 75 proc. ostatnio pobieranego wynagrodzenia miesięcznego:

 

 

W praktyce oznaczałoby to, że sędzia Trybunału przechodząc w stan spoczynku (np. po zakończeniu swojej kadencji) zacząłby otrzymywać co miesiąc po ok. 12 tys. zł uposażenia. 

Przyjęta przez PiS nowa ustawa o Trybunale Konstytucyjnym z 22 lipca 2016 r. uchyla wspomniany powyżej przywilej. Sędzia TK przechodząc w stan spoczynku nie nabywałby żadnych praw do finansowego uposażenia. 

Warto wiedzieć, że prezesowi Rzeplińskiemu niebawem kończy się kadencja. Co za tym idzie - mógłby on przejść w stan spoczynku i otrzymywać 75 proc. ostatniego wynagrodzenia. W jego przypadku mogłoby to być nawet ok. 15 tys. zł (wszak prezes TK otrzymuje wyższe wynagrodzenie od zwykłego sędziego TK). 

Aby nie dopuścić do wejścia w życie nowej ustawy uchwalonej przez PiS, która m.in. uchyla finansowe przywileje dla sędziów w stanie spoczynku, prezes Rzepliński chce, by Trybunał orzekł o jej niekonstytucyjności jeszcze w okresie vacatio legis. Problemem jest to, że nie może tego zrobić na jawnej rozprawie (spełnionych musi być szereg przesłanek, których fizycznie nie da się wypełnić w krótkim, bo 2-tygodniowym, okresie vacatio legis). W związku z tym prezes Rzepliński wymyślił, że nową ustawę uzna za niekonstytucyjną na posiedzeniu niejawnym TK, które ma się odbyć już 9 sierpnia. 

 

Czy w ten sposób uda mu się uchronić swoje przywileje gwarantowane platformianą ustawą o TK?

 

Źródło: USTAWA z dnia 25 czerwca 2015 r. o Trybunale Konstytucyjnym (Sejm.gov.pl)
Źródło: USTAWA z dnia 22 lipca 2016 r. o Trybunale Konstytucyjnym (Sejm.gov.pl)
Źródło: Andrzej Rzepliński wymyślił całkowicie niekonstytucyjny sposób obalenia nowej ustawy o TK (wPolityce.pl)

Źródło: Zobacz jak zarabia się w TK (Niezalezna.pl)

wpis z dnia 5/08/2016

   


  

     Co za kpina! Rzepliński stanie na głowie, aby jeszcze przed końcem swojej kadencji orzec niekonstytucyjność nowej ustawy o TK. Inne sprawy mogą czekać latami
wpis z dnia 4/08/2016

 

Bezczelność prezesa Rzeplińskiego sięga zenitu. Kiedy zagrożone są polityczne interesy reprezentowanej przez niego grupy zrobi wszystko, aby zebrać odpowiedni skład TK i w ekspresowym tempie wydać korzystny dla nich wyrok (ubiegłoroczną ustawę o TK uwalił w 19 dni). Gdy chodzi o interesy zwykłych ludzi (np. zgodność bankowego tytułu egzekucyjnego z Konstytucją), sędziowie TK potrzebują nieraz kilku lat (w przypadku BTE aż 902 dni) na wydanie odpowiedniego orzeczenia potwierdzającego niekonstytucyjność kwestionowanych przepisów...

Przypomnijmy - 19 listopada ubiegłego roku Sejm uchwalił przedstawioną przez PiS nowelizację ustawy o TK. Dzień później Senat nie wprowadził do niej poprawek, co pozwoliło prezydentowi Andrzejowi Dudzie złożyć pod nią swój podpis. Ustawa została opublikowana w dzienniku ustaw. Dokładnie 19 dni (!) później Trybunał Konstytucyjny orzekł, iż zmiany proponowane przez PiS, które - co należy odnotować - uderzały w interesy poszczególnych sędziów z obecnego składu TK, są sprzeczne z Konstytucją.

Pod koniec lipca w parlamencie przegłosowano nową ustawę o TK, która w wielu aspektach przywraca regulacje obowiązujące przed zmianami dokonanymi przez Platformę Obywatelską (maj 2015 r.), a co najważniejsze - odblokowuje TK, gwarantuje publikację wyroków i pozwala na normalne funkcjonowanie tego sądu. Prezydent Duda podpisał tę ustawę 30 lipca, a 1 sierpnia pojawiła się ona w Dzienniku Ustaw. Niemal natychmiast została ona zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego przez Platformę Obywatelską, Nowoczesną i Rzecznika Praw Obywatelskich. Ciekawe ile dni będzie potrzebował prezes Rzepliński, aby swoje poglądy na temat tej ustawy przelać w treść trybunalskiego orzeczenia? Czy pobije rekord z grudnia ubiegłego roku (19 dni)?

W kontekście wspomnianych 19 dni warto zauważyć, że 24 października 2012 roku Sąd Rejonowy w Koninie postanowił zadać Trybunałowi Konstytucyjnemu pytanie o zgodność z Konstytucja zapisów Prawa Bankowego regulujących kwestie bankowego tytułu egzekucyjnego, które w uprzywilejowanej pozycji stawiały działające na terytorium naszego kraju banki. Co ciekawe - Trybunał uznał zapisy Prawa Bankowego dotyczące BTE za niekonstytucyjne. Problem w tym, że zrobił to dopiero wyrokiem z dnia 14 kwietnia 2015 roku, czyli po upływie 902 dni od chwili zadania pytania przez Sąd Rejonowy.

Jak widać, kiedy zagrożone są interesy poszczególnych sędziów bądź grup politycznych, które tych sędziów wybrały, Trybunał potrafił w ekspresowym tempie wydać wyrok. Kiedy jednak chodziło o interesy zwykłych ludzi, które zagrażały interesom banków, to Trybunał potrzebował aż 902 dni na wydanie wyroku potwierdzającego niekonstytucyjność kwestionowanych przepisów.

 

Zobacz także: Jak działa Trybunał Konstytucyjny (10murzynków)
Czytaj także: Rozpatrzenie sprawy w TK trwa ponad półtora roku. Eksperci: to stanowczo za długo (GazetaPrawna.pl)

Czytaj także: Nowa ustawa, sprzeciw opozycji. Co dalej ze sporem wokół TK? Przedstawiamy możliwe scenariusze (Wprost.pl)
Czytaj także: Trybunał Złamany (Interia.pl)

wpis z dnia 4/08/2016

   


  

     To jest niepojęte! Niemieckie media wzywają Komisję Europejską do zaostrzenia kursu wobec Polski!
wpis z dnia 3/08/2016

 

Niemiecki "Frankfurter Allgemeine Zeitung" pisze, że "Komisja Europejska powinna utrzymać twardy kurs wobec polskich narodowych konserwatystów" i konsekwentnie żądać od rządu w Warszawie ustępstw w/s Trybunału Konstytucyjnego. Powstaje pytanie - dlaczego "Frankfurter Allgemeine Zeitung" nie pisało o konieczności utrzymania "twardego kursu" wobec "polskich liberalnych aferzystów", którzy w trybie pilnym zmienili ustawę o TK, tak aby tuż przed ubiegłorocznymi wyborami parlamentarnymi dokonać pełnego skoku na Trybunał?

Pisałem już o tym, ale pozwolę sobie powtórzyć - spór o Trybunał Konstytucyjny w obecnej fazie ma już charakter czysto polityczny, a nie prawny. Obie strony chcą mieć jak największą ilość "swoich" sędziów TK. Obie strony stosowały zagrywki, które mogły budzić wzajemne wątpliwości, a wszystko zaczęło się jeszcze w maju 2015 roku, kiedy odchodząca ekipa Platformy Obywatelskiej rzuciła się na zmianę ustawy o TK, tak by tuż przed wyborami parlamentarnymi móc obsadzić sobie 5 (a nie 3) miejsc sędziowskich w Trybunale. PiS, widząc że to jawny przekręt, unieważnił decyzję poprzedniego parlamentu dotyczącą wyboru 5 sędziów TK, ale jednocześnie nie zaproponował proceduralnej ścieżki, która uwzględniałaby fakt, iż 3 sędziów winno być wybranych jeszcze przez Sejm poprzedniej kadencji. Na kawie tego ukuto polityczny spór, który toczy się - z nieco już mniejszym nasileniem - po dziś dzień.

W tym kontekście zastanawiająca jest rola niemieckich polityków i mediów, które na bazie wspomnianego powyżej politycznego sporu, atakują tylko jedną z jego stron. Warto wspomnieć choćby wypowiedź Martina Schulza, który działania PiS w sprawie TK określił jako "dramatyczne" i "mające charakter zamachu stanu". Teraz na łamach niemieckiego "Frankfurter Allgemeine Zeitung" czytamy, że "Komisja Europejska powinna utrzymać twardy kurs wobec polskich narodowych konserwatystów" i konsekwentnie żądać od rządu w Warszawie ustępstw w/s Trybunału Konstytucyjnego. Powstaje pytanie - dlaczego oni atakują tylko jedną ze stron tego sporu? Dlaczego milczeli, kiedy - nazwijmy ich umownie - "polscy liberalni aferzyści" w trybie pilnym zmienili ustawę o TK, tak aby tuż przed ubiegłorocznymi wyborami parlamentarnymi dokonać pełnego skoku na Trybunał?

Odpowiedź jest prosta - Komisja Europejska to nie żaden objektywny organ. To konkretni ludzie, którzy mają określone poglądy i sympatie. Tak się składa, że w wyniku wyborów do europarlamentu z 2014 roku, czołowe stanowiska pozajmowali tam kumple Platformy Obywatelskiej z European People's Party (EPP) z Donaldem Tuskiem na czele. Tak się też składa, że władzę u naszych zachodnich sąsiadów piastują również ludzie powiązany z EPP. Platforma Obywatelska, Merkel i Komisja Europejska to zatem jedno, powiązane wspólnymi poglądami i interesami towarzystwo. W takim układzie nie trudno przewidzieć unijną nawalankę w rząd, który nie ma kumpli w EPP, a w opcji alternatywnej dla EPP czyli wśród Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (ECR). Gdyby kluczowe stanowiska w Komisji Europejskiej zajmowali ludzie z ECR, to dziś nie byłoby żadnego postępowania Unii przeciwko Polsce w/s TK, a niemieccy politycy oraz niemieckie media byłyby zdecydowanie bardziej powściągliwe. Warto o tym pamiętać.

 

Źródło: FAZ: KE powinna utrzymać twardy kurs wobec PiS (Dw.com)

wpis z dnia 3/08/2016

   


   

     Unia chce podnieść ceny leków w Polsce. Mają być takie jak na Zachodzie. Niektóre pójdą do góry nawet o kilkaset procent!
wpis z dnia 2/08/2016

 

Grupa europarlamentarzystów wpadła na kuriozalny pomysł. Chcą, aby leki w polskich aptekach kosztowały tyle samo, co na Zachodzie Europy. Eksperci nie mają wątpliwości - ceny większości leków wzrosną u nas o minimum 1/3, a w niektórych przypadkach nawet o kilkaset procent! Powstaje retoryczne pytanie: Czy w ślad za podniesieniem cen leków w Polsce unijny parlament wyda rozporządzenie o tym, że do góry mają iść także polskie płace, renty i emerytury??

Oficjalne uzasadnienie dla pomysłu zrównania cen leków w całej Europie jest równie kuriozalne. Europarlamentarzyści doszli do wniosku dostęp do leków na terenie wszystkich państw UE powinien być równy i solidarny, a najłatwiej osiągnąć to, jeśli wprowadzi się odgórne ujednolicenie cen leków w całej Europie. Medykamenty mają kosztować dokładnie tyle samo niezależnie od tego, czy będą kupowane na terytorium Niemiec, Luksemburga, Słowacji czy Polski. W praktyce oznacza to, że ceny leków w najbogatszych krajach Wspólnoty spadną. W tych biedniejszych nastomiast (takich jak Polska) wzrosną. O ile? Eksperci szacują, iż w wariancie optymistycznym należy się spodziewać wzrostu cen za większość leków o minimum 1/3. W niektórych jednak przypadkach ceny za poszczególne leki mogą wzrosnąć nawet o kilkaset procent!

Nie wiem ile kasy pomysłodawcy tego projektu otrzymali "pod stołem" od firm farmaceutycznych, ale podejrzewam, że oficjalny (legalny) lobbing w tej kwestii musiał być gigantyczny. Szkoda tylko, że w ślad za podniesieniem cen leków w Polsce, do góry nie pójdą polskie płace, renty i emerytury... 

 

Źródło: Koszmar klientów aptek: Unia podniesie ceny leków w Polsce. Mają być identyczne w całej Europie (GazetaPrawna.pl)

wpis z dnia 2/08/2016

   


  

     ŚDM to wielki sukces Polski! Setki tysięcy ludzi zobaczyło piękny, spokojny i przyjazny kraj. Kłamstwa o niebezpiecznej i zakompleksionej Polsce zostały rozbite w pył!
wpis z dnia 1/08/2016

 

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - Światowe Dni Młodzieży, przed którymi tak bardzo ostrzegały kontrolowane z zagranicy media, okazały się być wielkim sukcesem! Żadna impreza organizowana w Polsce w ciągu ostatnich lat nie przyniosła nam tak wielkiego ładunku pozytywnego pijaru! Setki tysięcy ludzi zobaczyło piękny, spokojny i przyjazny kraj. Teraz każdy z tych ludzi wróci do siebie i powie dziesiątkom swoich bliskich, że Polska jest wspaniała.

Dzięki Światowym Dniom Młodzieży, które w tym roku organizowane były w Krakowie, setki tysięcy osób z całego świata dowiedziało się jakim pięknym i przyjaznym krajem jest Polska. Wszystkie kłamstwa rozsiewane przez antypolskie media, o tym jak to nasz kraj jest zakompleksiony, ksenofobiczny i niebezpieczny zostały rozbite w pył. Podczas ostatniej niedzielnej mszy w podkrakowskich Brzegach uczestniczyło ok. 2,5 mln osób. Nikt nie doświadczył żadnych złych emocji. Wielu uczestników pytanych, czy nie boją się brać udziału w tym wydarzeniu odpowiadało, że nie, bo... Polska to bezpieczny kraj! W odróżnieniu od innych państw Europy, tu nie ma dżihadu czy nienawiści do "niewiernych". Każdy może swobodnie wyrażać swoją wiarę. Nikt nie musi ukrywać tego, że jest chrześcijaninem.

Co jednak najważniejsze - te setki tysięcy pielgrzymów, którzy zauroczyli się Polską, wróci teraz do swoich domów i opowie swoim bliskim jak pięknym i spokojnym miejscem jest nasz kraj. Tego nie można "kupić" spotami reklamowymi na CNN czy BBC. Tak wielkiego ładunku pozytywnej narracji nie przyniosło nam ani EURO2012, ani żadna inna impreza rangi międzynarodowej, która była organizowana w Polsce w ciągu ostatnich lat. I właśnie dlatego ŚDM to nasz gigantyczny sukces.

Pewnie istnieją też takie środowiska, których dobija przygnębienie spowodowane sukcesem ŚDM. Liczyli oni bowiem, że organizatorom coś nie wyjdzie, albo że stanie się coś złego, itp. Dlatego na siłę szukali jakiegokolwiek punktu, w który mogliby przywalić. Szukali czegokolwiek, co mogłoby przeczyć fantastycznej atmosferze, że coś poszło nie tak... I znaleźli - oto okazało się, że na witając papieża prezydent Duda szedł po dywanie, a papież nie... Zaiste, żal mi tych ludzi. No ale cóż, taki urok demokracji. Trzeba umieć żyć także i z takimi osobnikami. 

wpis z dnia 1/08/2016