Archiwum: Kwiecień 2016

 

     Posłowie po cichu szykują sobie podwyżkę. Miesięcznie dostaną o 1.050 zł więcej! Za wszystko zapłacą podatnicy
wpis z dnia 29/04/2016

 

Oficjalnie wynagrodzenie polskiego posła od wielu lat jest niezmienne i wynosi 9.892,30 zł. W praktyce jednak parlamentarzyści otrzymują regularne podwyżki, które doliczane są do... ryczałtu na prowadzenie biura poselskiego! Obecnie jest to 12.150 zł miesięcznie (w czasach rządów PO-PSL kwota ta wzrosła łącznie o 2.000 zł). Teraz szykowana jest kolejna podwyżka - tym razem w wysokości 1.050 zł. 

Ustalenia jakie wypłynęły z ostatniego posiedzenia Komisji Regulaminowej i Spraw Poselskich są następujące - tzw. ryczałt na biuro poselskie ma zostać zwiększony o 1.050 zł do kwoty 13.200 zł miesięcznie. Podwyżka czeka jeszcze na formalną akceptację marszałka Sejmu.

Przypomnijmy, że w 2009 roku marszałkowie Sejmu i Senatu zdecydowali o podwyżce ryczałtu na prowadzenie biura poselskiego o 1000 zł (z 10.150 zł na 11.150 zł). Na początku 2011 roku przeforsowana została kolejna tego świadczenia - tym razem o 500 zł (z 11.150 zł na 11.650 zł). W trakcie trwania kolejnej kadencji (2011 - 2015) kwota ryczałtu urosła o kolejne 500 zł - do wysokości 12.150 zł miesięcznie. 

W kontekście powyższego przypomina mi się jeszcze sprawa kwoty wolnej od PIT dla posłów i senatorów. Warto podkreślić, że diety polskich posłów są wolne od podatku dochodowego do wysokości 27.360 zł w skali roku! Reszta społeczeństwa musi się zadowolić kwotą wolną od PIT, która jest blisko 9-razy niższa i wynosi zaledwie 3.091 zł.

 

Źródło: Informacja o posiedzeniu Komisji Regulaminowej i Spraw Poselskich (Sejm.gov.pl)

Źródło: Posłowie dostaną podwyżki! (Fakt.pl)

 

wpis z dnia 29/04/2016 

   


  

     Wielka Brytania wprowadziła ustawowy zakaz zadłużania państwa. Może Polska powinna zrobić to samo?
wpis z dnia 28/04/2016

 

W 2015 roku zadłużenie Skarbu Państwa wzrosło o 54,6 mld zł. W ciągu dwóch pierwszych miesięcy tego roku dług powiększył się o kolejne 23,5 mld zł. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest występowanie tzw. deficytu budżetowego, czyli sytuacji, w której rząd wydaje więcej pieniędzy niż posiada, a różnice "zasypuje" zaciągając nowe pożyczki. Parlament Wlk. Brytanii odważył się w ubiegłym roku uchwalić ustawę zakazującą tworzenia przez rząd deficytu budżetowego. Może polscy parlamentarzyści powinni zrobić to samo?

Zgodnie z oficjalnymi informacjami Ministerstwa Finansów w 2015 r. deficyt budżetowy (czyli różnica między dochodami państwa, a jego wydatkami) wyniósł 42,6 mld zł. To przełożyło się na wzrost zadłużenia kraju o 54,6 mld zł (aby "zasypać" dziurę budżetową, czyli różnicę między dochodami a wydatkami, rząd musi zaciągać nowe długi + spłacać dodatkowe odsetki). W tym roku, w ciągu zaledwie dwóch pierwszych miesięcy, zadłużenie Skarbu Państwa powiększyło się już o 23,5 mld zł. Do końca roku deficyt budżetowy ma przekroczyć ponad 50 mld zł, co istotnie wpłynie na powiększającą się nieustannie kwotę zadłużenia do spłaty.

W jaki sposób rozwiązać problem zadłużenia? To proste - wystarczy iść w ślady Wielkiej Brytanii. W październiku ub.r. tamtejszy parlament przegłosował ustawę, która zobowiązuje każdy brytyjski rząd do utrzymania wydatków państwa na poziomie jego przychodów. Innymi słowy - ustawowo zakazany został tzw. deficyt budżetowy, czyli główna przyczyna wzrostu zadłużenia. Zakaz deficytu będzie mógł być zawieszony tylko w wyjątkowych przypadkach, takich jak np. zagrożenie państwa wojną (koszty związane z obronnością i prowadzeniem działań wojennych będą mogły spowodować powstanie deficytu). Ale to wyjątek. Co do zasady bowiem brytyjscy parlamentarzyści zdecydowali się ukrócić największe legalizowane przez państwo złodziejstwo, dające podstawę do ciągłego powiększania zadłużenia, za które do tej pory odpowiadali zwykli obywatele swoim prywatnym majątkiem płaconym w podatkach.

Nie mam nic przeciwko, aby polski parlament zrobił dokładnie to samo!

 

Źródło: Koniec z rozrzutnością na Wyspach. Parlament przyjął ustawowy zakaz tworzenia deficytu (TVP.info)

wpis z dnia 28/04/2016

  


  

     Niemcy mają w Polsce gazety, banki i wielkie sieci handlowe. Kiedyś mieli też swoje obozy koncentracyjne. Dziś złośliwie sugerują, że były one polskie...
wpis z dnia 27/04/2016

 

Irytacja niemieckiego establishmentu wynikami ubiegłorocznych wyborów i utratą realnego wpływu na decyzje polityczne podejmowane przez rząd w Warszawie, wydaje się być coraz większa. Tym bardziej, że nasi zachodni sąsiedzi posiadają w Polsce mnóstwo dochodowych interesów. Mają swoje banki, media, telekomy czy wielkie sieci handlowe. Nie mają swojego premiera i to ich boli. Stąd coraz większa chęć destabilizacji wewnętrznej sytuacji w naszym kraju. Stąd też złośliwe sugestie niektórych niemieckich mediów, że obozy były polskie...

Obecność kapitału niemieckiego w Polsce jest gigantyczna. Nasi zachodni sąsiedzi mają w Polsce kontrolowane przez siebie banki (mBank, Deutsche Bank), media (80 proc. rynku prasowego, Fakt, Newsweek, Onet.pl), telekomy (T-Mobile) czy wielkie sieci handlowe (Lidl, Rossmann). Posiadają przy tym mnóstwo nieruchomości, fabryk, montowni i ziemi rolnej. Jeszcze do niedawna mieli również realny wpływ na decyzje polityczne podejmowane przez rząd w Warszawie. Wszak wystarczył jeden telefon z Berlina do Warszawy, aby załatwić jakiś "deal". Po 25 października ubiegłego roku dobre czasy się jednak skończyły. Teraz Niemcy muszą się nieźle nagimnastykować, aby cokolwiek osiągnąć. 

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - utrata wpływów na decyzje rządu w Warszawie spowodowała potężną irytację niemieckiego establishmentu politycznego. Wszak zyskowne niemieckie interesy w Polsce nagle - i bez jakichkolwiek konsultacji z Berlinem (!) - mogły zostać obłożone jakimś dodatkowym podatkiem (np. bankowym czy od marketów). Wszak strumień drenowanego kapitału mógł być istotnie przykręcony. Stąd wyraźna nerwowość naszych zachodnich sąsiadów i zupełnie jawne próby destabilizacji wewnętrznej sytuacji w Polsce poprzez otwarte wspieranie ruchów niechętnych rządowi. Stąd też atak niemieckich polityków na nasz kraj na forum Unii Europejskiej czy też silne propagandowe uderzenie mediów kontrolowanych przez niemiecki kapitał (zarówno w Polsce, jak i zagranicą), którego jednym z elementów jest powielanie sugestii (poprzez rzekome skróty myślowe), jakoby niemieckie obozy koncentracyjne z czasów II wojny światowej były polskie (szczególnie ma to miejsce w niemiecko- i angielskojęzycznych tytułach wydawanych przez niemiecki kapitał na Zachodzie). 

Wszystko to składa się w jedną, spójną i przemyślaną strategię, której celem jest osłabienie Polski i polskiego rządu na arenie międzynarodowej oraz dzielenie Polaków i wprowadzanie zamętu wewnątrz Polski. Nie mam też wątpliwości, że wszystko to natychmiast ustąpi, kiedy Berlin znowu będzie miał swojego przedstawiciela w polskim rządzie. 

wpis z dnia 27/04/2016 

   


   

     Brytyjskie MSZ oświadcza: Polska wśród najbezpiecz- niejszych krajów dla turystów. Powód? - Tu nie ma multi-kulti
wpis z dnia 26/04/2016


Z informacji opublikowanych przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Wielkiej Brytanii można wysnuć wniosek, że im więcej w danym kraju multi-kulti, tym zagrożenie przeprowadzeniem zamachu terrorystycznego jest większe. Pod tym względem Polska została uznana za jedno z najbezpieczniejszych państw na Starym Kontynencie, a tym samym jest oficjalnie rekomendowana Brytyjczykom jako cel podróży podczas zbliżających się wakacji.

Najwyższe ryzyko zamachu terrorystycznego zdaniem brytyjskiego MSZ występuje obecnie w takich krajach jak: Francja, Belgia, Hiszpania, Turcja, Rosja czy Wlk. Brytania. Z wysokim ryzykiem należy się liczyć w takich państwach jak: Szwecja, Holandia, Dania, Niemcy, Włochy, Grecja czy Ukraina. W biegunowo odmiennej (bezpiecznej) sytuacji według brytyjskiego MSZ pozostają: Polska, Czechy, Węgry, Litwa, Łotwa czy Estonia - czyli państwa, w których nie ma multi-kulti.

Z uwagi na powyższe brytyjskie MSZ zarekomendowało swoim obywatelom wybranie m.in. Polski jako celu podróży podczas zbliżających się wakacji.

 

Źródło: The map showing the most dangerous tourist destinations in Europe, according to the Foreign Office (Independent.co.uk)
Źródło: Still worried about your summer holiday? The safest places to visit around the world include Iceland, the Bahamas and Malta (Dailymail.co.uk)

 

wpis z dnia 26/04/2016

     


  

     Nawet najczarniejszy scenariusz dla rządu PiS nie przewiduje tak wielkich wydatków bez pokrycia, jak w czasach PO-PSL! Największy deficyt w historii był za... Tuska!
wpis z dnia 25/04/2016

 

Brukselscy eurokraci oraz rezydenci George'a Sorosa w Polsce drą szaty, bowiem deficyt sektora finansów publicznych w Polsce może w tym roku minimalnie przekroczyć 3,0 proc. PKB, a w 2017 osiągnąć 3,4 proc. PKB. Mało który pamięta jednak szalone lata 2009 - 2011, kiedy ekipa Tuska bez opamiętania demolowała finanse państwa generując deficyty budżetowe na poziomie 7-8 proc. PKB. Nawet najczarniejszy scenariusz dla rządu PiS nie przewiduje tak wielkich wydatków bez pokrycia, jak w czasach PO-PSL!

Unijni biurokraci oraz przedstawiciele opozycji totalnej histeryzują, że deficyt finansów publicznych naszego kraju przekroczy w tym roku minimalnie dopuszczalny przez UE poziom 3,0 proc. PKB, a w przyszłym roku dojdzie do 3,4 proc. PKB. Alarm wznieśli też przedstawiciele George'a Sorosa w Polsce, którzy uważają, że wzrost deficytu (spowodowany głównie przez program 500+), to początek gigantycznej katastrofy gospodarczej. 

Warto w tym kontekście przypomnieć - szczególnie co niektórym posłom Platformy Obywatelskiej - "szalone" lata rządów Donalda Tuska & Jana Vincenta Rostowskiego w Polsce. Szczególnie mam na myśli okres 2009 - 2011, kiedy poziom deficytu sektora finansów publicznych regularnie przekraczał 5,0 proc. PKB. Poniżej szczegółowe zestawienie procentowego udziału w PKB różnicy między dochodami a wydatkami państwa z lat 2008 - 2015 stworzony na podstawie danych z Ministerstwa Finansów:

 

2008 r. - 3,7 proc. PKB
2009 r. - 7,5 proc. PKB
2010 r. - 7,8 proc. PKB
2011 r. - 5,1 proc. PKB
2012 r. - 3,9 proc. PKB
2013 r. - 4,3 proc. PKB
2014 r. - 3,2 proc. PKB
2015 r. - 2,9 proc. PKB*
2016 r. - 3,1 proc. PKB*
2017 r. - 3,4 proc. PKB*
*
- dane szacunkowe

 

Z powyższego widać wyraźnie, że to ekipa Donalda Tuska bez opamiętania demolowała finanse państwa poprzez generowanie deficytów budżetowych sięgających 7-8 proc. PKB. Nawet najczarniejszy scenariusz dla rządu PiS nie przewiduje tak wielkich wydatków bez pokrycia, jak w czasach PO-PSL. 

 

Źródło: Mf.gov.pl

wpis z dnia 25/04/2016

    


  

     Zbiorowy gwałt lub wielomilionowe oszustwo? - Wyrok w zawieszeniu. Rzut śmietankowym tortem w sędziego? - 10 miesięcy bezwzględnego więzienia. Oto III RP w pigułce!
wpis z dnia 23/04/2016

 

Skandaliczny werdykt zapadł wczoraj przed bielskim Sądem Okręgowym. Żaden ze sprawców zbiorowego gwałtu na nieletniej, wśród których był także syn lokalnego barona z PSL, nie pójdzie do więzienia. Otrzymali oni bowiem symboliczne wyroki w zawieszeniu. Dla ukazania skali bezmiaru niesprawiedliwości warto przypomnieć, że kilka dni wcześniej facet, który rzucił w sędzię od Kiszczaka śmietankowym tortem dostał 10 miesięcy bezwzględnego więzienia! 

Póki w naszym kraju nie zostanie przywrócone elementarne poczucie sprawiedliwości i nieuchronności kary za popełnione przestępstwa, póty Polacy nie będą szanowali, ani sądów, ani sędziów, o Trybunałach Stanu czy Konstytucyjnym nie wspominając. Póki za gigantyczne malwersacje finansowe i oszustwa na olbrzymią skalę będą zapadały kary w zawieszeniu, póty zwykli, uczciwi obywatele nie będą wierzyć w wymiar sprawiedliwości III RP. Póki za gwałty zbiorowe na nieletniej, sprawcy będą karani symbolicznymi wyrokami, bo jeden z nich jest synem partyjnego notabla, póty w powszechnej świadomości będzie funkcjonowało przekonanie, że na sali sądowej nie znaleźć można wszystko, prócz zwykłej sprawiedliwości.

W kontekście powyższego wcale mnie już nie dziwi, że facet który z bezsilności rzucił w sędzię od Kiszczaka śmietankowym tortem, będzie musiał spędzić w więzieniu aż 10 miesięcy. Tak właśnie wygląda III RP!

 

Czytaj także: Gwałt zbiorowy w Pietrzykowicach: Winni nie idą do więzienia (DziennikZachodni.pl)
Czytaj także: W aferze WGI zdefraudowano łącznie 340 mln zł. Tymczasem najsurowszą karą wymierzoną dla sprawcy był wyrok roku i 2 miesięcy w zawieszeniu (Niewygodne.info.pl)
Czytaj także: Kiszczak nigdy nie poszedł do paki. Facet, który rzucił tortem w sędzię orzekającą w/s Kiszczaka dostał wyrok 10 m-cy bezwzględnego więzienia! (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 23/04/2016

   


  

     Postępowa Norwegia: Daj dziecku klapsa, a zabiorą je do rodziny zastępczej. Zabij 77 osób, a dostaniesz odszkodowanie...
wpis z dnia 22/04/2016

 

To niebywałe jak nisko musi upaść Zachód, aby spełnić oczekiwania garstki postępowców, dla których idee skrajnej poprawności politycznej całkowicie przesłaniają zdrowy rozsądek! Na lidera postępowości wyrasta ostatnio Norwegia, gdzie karcenie dzieci klapsem kończy się ich zabraniem do rodziny zastępczej, a za zabicie 77 osób i manifestowanie swojej bezczelności dostaje się od państwa gigantyczne odszkodowanie. Za taki "postęp" to ja dziękuję...

Przypomnijmy - w Norwegii za publiczne przyznanie się do tego, że wobec własnych pociech jako metodę wychowawczą stosuje się klapsy w pupę, opieka społeczna zabiera dzieci i umieszcza je w rodzinach zastępczych. Głośna była ostatnio sprawa Ruth i Mariusa Bodnariu - rodziców piątki dzieci. Opieka społeczna postanowiła im je odebrać, bo stosowali "przemoc domową". Tą przemocą miały być... klapsy. 

Dowodem na ostateczne przesłonięcie zdrowego rozsądku lewackimi ideami utopii społecznej jest przyznanie przez postępowy norweski sąd odszkodowania o równowartości 150 tys. zł Andersowi Breivikowi - mordercy, który w 2011 roku zabił 8 osób w zamachu bombowym przed budynkiem rządowym w Oslo, a następnie zastrzelił 69 osób uczestników obozu młodzieżówki norweskiej Partii Pracy na wyspie Utoya. Sąd uznał, że wobec Brevika państwo norweskie pogwałciło trzeci artykuł Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, bowiem jego izolacja w więzieniu jest... "działaniem nieludzkim".

Jednego jestem pewien - zachodnie społeczeństwa, których polityczne elity na siłę wdrażają ideologie przeczące zdrowemu rozsądkowi, już za kilka lat będą zazdrościć takim krajom jak Polska...

wpis z dnia 22/04/2016

   


  

     Szok! Miliardowy przekręt na polisolokatach był możliwy, bo politycy chronili banksterów i opóźniali wprowadzenie prawa uchylającego nieuczciwe praktyki!
wpis z dnia 21/04/2016

 

Banki i firmy ubezpieczeniowe udzielały polisolokat jako rzekomo bezpiecznych produktów inwestycyjnych przynoszących duże zyski, choć wiedziały, że większość klientów wyjdzie z inwestycji ze stratą. Szacuje się, że w polisolokatowy przekręt umoczono łącznie 50 mld zł. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że politycy prawdopodobnie celowo chronili oszustów opóźniając o ponad 2 lata wejście w życie prawa uchylającego nieuczciwe praktyki banków i towarzystw ubezpieczeniowych.

Na czym polegała istota "skoku na kasę z polisolokat"? Tzw. polisolokaty to potoczne określenie produktu inwestycyjno-ubezpieczeniowego w skład którego wchodziło ubezpieczenie na życie oraz inwestycje fundusze kapitałowe. Tylko niewielka część składki płaconej przez klienta przeznaczana była na ubezpieczenie. W większości szła bowiem na inwestycje w fundusze. 

Niby wszystko okej. Inwestycje w fundusze kapitałowe niosą jednak ze sobą ryzyko poniesienia straty. Problem w tym, że klienci banków i instytucji ubezpieczeniowych (najczęściej zwykli Kowalscy) nie byli o tym w sposób należyty informowani. Drugim problemem były zapisy umowy o polisolokatę, których konstrukcja powodowała, że przy szybszym wyjściu z inwestycji klienci tracili większość wniesionego kapitału. Instytucje udzielające takich polisolokat doskonale zdawały sobie sprawę, że naciągają niczego nie świadomych klientów na poważne straty. 

Prawdopodobnie setki tysięcy osób udałoby się uchronić przez polisolokatowym oszustwem, gdyby politycy na czas wdrożyli do polskiego porządku prawnego unijną dyrektywę MIFID, która w praktyce istotnie uderzyła w nieuczciwe praktyki banków i towarzystw ubezpieczeniowych (uniemożliwiła ona "wciskanie" niczego nieświadomym klientom produktów o charakterze inwestycyjnym). Dyrektywa ta miała zostać wdrożona do 1 listopada 2007 roku. Prace nad jej przyjęciem przerwały jednak przedterminowe wybory parlamentarne. Nowa władza kontynuowała prace nad wdrożeniem MIFID-u do polskiego porządku prawnego, ale robiła to w sposób opieszały. W połowie 2008 roku do projektu ustawy wprowadzającej regulacje MIFID-u rząd Tuska dorzucił totalnie bezsensowną poprawkę zobowiązującą NBP do zbycia akcji Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Co to oznaczało w praktyce? - Ano, to że uchwalona przez sejm ustawa, zamiast zacząć funkcjonować i chronić Polaków przed zachłanną polityką banków i instytucji ubezpieczeniowych, trafiła we wrześniu 2008 roku do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o zbadanie zgodności z konstytucją dorzuconej przez rząd Platformy poprawki.

Po kolejnych 10 miesiącach Trybunał uznał uchwaloną przez PO-PSL ustawę za niezgodną z ustawą zasadniczą (w zakresie wniesionej poprawki) i nakazał jej modyfikację. To trwało kolejne miesiące. Trzeba było powtórzyć proces legislacyjny, co w efekcie spowodowało, że chroniący klientów przed nieuczciwymi praktykami finansowymi MIFID zaczął obowiązywać dopiero w czerwcu 2010 roku, czyli po ponad 2,5 roku od terminu przewidzianego dyrektywą UE. Przez te 2,5 roku banki i instytucje ubezpieczeniowe naciągnęły kolejnych kilkaset tysięcy Polaków na polisolokaty. Gdyby MIFID zaczął obowiązywać wcześniej, to z pewnością udałoby się istotnie zmniejszyć skalę tego przekrętu.

 

Źródło: Szewczak z PiS: Komisja śledcza ws. polisolokat i kredytów we frankach byłaby wskazana (GazetaPrawna.pl)
Źródło: Poślizg we wprowadzeniu MiFID w Polsce (Wyborcz.pl)
Źródło: Jak odzyskać pieniądze z polisolokaty? (GazetaPrawna.pl)

wpis z dnia 21/04/2016
    


  
     Kopalniany socjalizm: Czy się stoi czy się leży 14-nastka, barbórka i deputat się należy...
wpis z dnia 20/04/2016

 

Rząd stanął przed trudnym wyborem - czy zapewnić sobie spokój, a górnikom z państwowych kopalni 14-nastki, premie i deputaty kosztem podatników? Czy też zabrać wspomniane przywileje i dać szanse polskim kopalniom na wyjście z finansowych tarapatów  kosztem górniczego majdanu na Śląsku i palonych opon w Warszawie. Być może problem by nie istniał, gdyby poprzednia ekipa rządowa - cytując słowa minister Bieńkowskiej - nie miała "w dupie całego górnictwa przez 7 lat".

Serwisy informacyjne doniosły wczoraj późnym popołudniem, że strona związkowa Kompanii Węglowej zawarła ze stroną rządową porozumienie. Na jego mocy zawieszona zostanie wypłata "czternastek". Powołany też zostanie nowy podmiot - Polska Grupa Górnicza (PGG), gdzie górnicy mają zarabiać tak samo jak w Kompanii Węglowej, aż do czasu wprowadzenia nowego układu zbiorowego pracy (co ma nastąpić najpóźniej do 1 stycznia 2018 r.). Związki zawodowe zgodziły się także na stopniową redukcję zatrudnienia (o 4 tys. osób) przy zastosowaniu osłon socjalnych. Ponadto rząd zobowiązał się, że do finansowania górnictwa (tj. PGG) mają się czynnie przyłączyć spółki produkujące energie elektryczną.

 

Przypomnijmy, że jeszcze nie tak dawno, bo w 2011 roku, kontrolowane przez Skarb Państwa spółki górnicze (Kompania Węglowa oraz Jastrzębska Spółka Węglowa) potrafiły notować roczne zyski na poziomie 2,9 mld zł. Dla porównania - w 2015 roku sektor wydobycia węgla kamiennego przyniósł 1,9 mld zł straty. Problem w tym, że w latach prosperity rząd PO-PSL - cytując słowa wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej - miał w dupie całe górnictwo: "Mówię ci, żenada z tym całym górnictwem i z tą gospodarką, po prostu takie zaniedbania... Prawda jest taka, że właściciel, czyli Ministerstwo Gospodarki, generalnie w dupie miało całe górnictwo przez całe siedem lat. Były pieniądze, a oni, wiesz, pili, lulki palili, swoich ludzi poobstawiali, sam wiesz, ile zarabiali i nagle pierdyknęło." - zwierzała się obecna komisarz europejska w 2014 roku w rozmowie z Pawłem Wojtunikiem (były szef CBA). Zamiast reformować sektor, kiedy były na to pieniądze (państwowe spółki górnicze osiągały gigantyczne zyski), poprzednia ekipa rządowa "piła, lulki paliła i swoich ludzi poobstawiała"...

Jedno jest pewne - likwidacja lub ograniczenie słynnych górniczych przywilejów w postaci 13-tych i 14-tych pensji, barbórkowych premii i deputatów nie spowoduje, że nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, państwowy sektor górniczy stanie na nogi i będzie rentowny. Na przykładzie wspominanych Kompanii Węglowej - likwidacja 14-nastki powinna dać oszczędności na poziomie 150 - 200 mln zł, co przy stracie sektorowej za zeszły rok na poziomie 1,9 mld zł jest kroplą w morzu potrzeb. Nie mniej, przy sprzyjających okolicznościach makroekonomicznych i zwiększonemu popytowi na krajowy węgiel, jest to chyba najłatwiejszy sposób, aby dać szansę państwowym kopalniom na ucieczkę przed widmem trwałej niewypłacalności. 

 

Czy rząd Szydło odważy się i odbierze górnikom kosztowne przywileje? Czy też spasuje pod groźbą górniczych protestów, śląskiego majdanu i palonych opon w Warszawie, a koszty utrzymywania nierentownych kopalni przerzuci na podatników? Póki co wybrana została droga pośrednia. Jakie przyniesie ona efekty powinny pokazać już najbliższe miesiące. 

wpis z dnia 20/04/2016

   


 

     Jak zadłużał Polskę rząd Kopacz, a jak robi to rząd Szydło? Porównanie I kwartału 2015 r. z I kwartałem 2016 r.
wpis z dnia 19/04/2016

 

Do zaskakujących wniosków można dojść porównując wyniki aukcji polskiego długu, do jakich doszło w pierwszym kwartale 2015 roku, z wynikami aukcji do jakich doszło w analogicznym okresie rok później. Okazuje się, że w ciągu pierwszych trzech miesięcy ub.r. (rządy Ewy Kopacz) nasz kraj pożyczył 26,822 mld zł. Rząd Beaty Szydło wyraźnie przebił "osiągnięcie" poprzedników, bowiem od stycznia do marca b.r. pożyczył na aukcjach długu aż 37,237 mld zł (wzrost o 39 proc.!). Czy ekipa "dobrej zmiany" ma wyraźny problem z okiełznaniem poziomu zadłużenia?

Szczegółowo prześledziliśmy informacje dostępne na stronach Ministerstwa Finansów na temat ilości pożyczanych pieniędzy za pośrednictwem aukcji obligacji Skarbu Państwa. W pierwszym kwartale 2015 roku (rządy Ewy Kopacz) doszło do następujących aukcji:

# 15-19.01.2015 - kwota pożyczona: 4,198 mld zł [1]
# 22-26.01.2015 - kwota pożyczona: 7,005 mld zł [2]
# 5-9.02.2015 - kwota pożyczona: 5,980 mld zł [3]
# 12-16.02.2015 - kwota pożyczona: 5,000 mld zł [4]
# 12-16.03.2015 - kwota pożyczona: 4,639 mld zł [5]

Łącznie ekipa Ewy Kopacz w okresie od 1.01.2015 r. do 31.03.2015 r. pożyczyła na aukcjach polskiego długu kwotę 26,822 mld zł.

Okazuje się jednak, że ekipa Beaty Szydło postanowiła przebić wynik osiągnięty rok wcześniej. W ciągu trzech pierwszych miesięcy b.r. doszło do następujących aukcji długu:

# 7-11.01.2016 - kwota pożyczona: 4,555 mld zł [6]
# 28.01-1.02.2016 - kwota pożyczona: 8,074 mld zł [7]
# 4-9.02.2016 - kwota pożyczona: 9,011 mld zł [8]
# 18-22.02.2016 - kwota pożyczona: 7,210 mld zł [9]
# 3-7.03.2016 - kwota pożyczona: 8,387 mld zł [10]

Łącznie w okresie od 1.01.2016 do 31.03.2016 rząd Szydło pożyczył na aukcjach polskiego długu kwotę 37,237 mld zł, co stanowi wzrost o 39 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku! Powstaje pytanie - czy ekipa "dobrej zmiany" ma wyraźny problem z okiełznaniem poziomu zadłużenia? Co prawda zaciąganie długów poprzez emisję obligacji nie musi oznaczać automatycznego wzrostu poziomu zadłużenia o kwotę pożyczoną (wszak kwota pozyskana ze sprzedaży obligacji może rolować stare długi, zaciągnięte jeszcze w poprzednich latach), ale oczywistym jest, że - per saldo - działania takie nie spowodują obniżenia poziomu zadłużenia naszego kraju. 

Jak będą wyglądały przyszłe kwartały? Obiecuję śledzić kolejne poczynania Ministerstwa Finansów. Efekty będę publikował na bieżąco na tym blogu.

 

Źródło: [1], [2], [3], [4], [5], [6], [7], [8], [9], [10] (Mf.gov.pl)

wpis z dnia 19/04/2016
   


 
     Przemyślana prywatyzacja czy szalona wyprzedaż? Jak zagraniczny kapitał przejmował za półdarmo polską gospodarkę?
wpis z dnia 18/04/2016

 

Należące do Skarbu Państwa Zakłady Celulozowo-Papiernicze w Kwidzynie zostały sprzedane w 1992 roku za 120 mln USD, mimo że szacunki o ich wartości były znacznie wyższe. Ministrem przekształceń własnościowych był wówczas... Janusz Lewandowski - ten sam, który kilka dni temu zagłosował za przyjęciem antypolskiej rezolucji w PE. Czy sposób sprzedaży polskiej gospodarki można uznać za przemyślaną prywatyzację czy też za modelowy przykład patologii, nadużyć i ignorowania woli społeczeństwa?

Wyprzedaż zakładów w Kwidzynie, to tylko jeden z wielu przykładów tego jak wyglądała prywatyzacja w latach 90-tych i na początku lat dwutysięcznych. Aby była jasność - nie mam nic przeciwko inwestorom, którzy wykorzystując okazje postanowili wyłożyć określone środki finansowe, by przejąć dany biznes i zarabiać na nim pieniądze. Pretensje (i to uzasadnione) można mieć za to do neoliberalnych polityków, którzy uznali, że jedną szansą dla polskiej gospodarki jest jej wyprzedaż poniżej rzeczywistej wartości odpowiadającej potencjałowi i mocom wytwórczym. 

Innym przykładem jest wyprzedaż większości sektora bankowego w Polsce. Ćwierć wieku temu był on warty dziesiątki miliardów dolarów. Dzika prywatyzacja doprowadziła do sytuacji, w której polskie banki zostały sprzedane za ledwie ułamek swojej wartości. Racje miał Józef Oleksy, który w 2006 roku w trakcie nagrywanej potajemnie rozmowy z Aleksandrem Gudzowatym, powiedział, iż "Przekręty szły, tak (...) w bankach zrobiono krętactwo, tylko naukowe. (...) W całej Europie nie ma drugiego kraju, który by tak lekkomyślnie sprzedał banki".

Niektórzy twierdzą, że nie było innej drogi transformacji, jak wyprzedaż polskiej gospodarki za półdarmo w ręce zagranicznego kapitału. Osobiście nie podzielam tego poglądu. Owszem - nie wszystkie zakłady przemysłowe miały szanse przetrwać. Nie wszystko można by uratować niezależnie od modelu i scenariusza transformacji. Nie ulega jednak wątpliwości, że gdyby elity polityczne pokroju Janusza Lewandowskiego podjęły ćwierć wieku temu inne decyzje, to dzisiaj drenaż kapitału z naszego kraju byłby o wiele mniejszy, a skumulowane zasoby finansowe, które pozostałyby w Polsce, mogłyby znacznie wydajniej oddziaływać na wzrost gospodarczy i zamożność całego społeczeństwa.

 

Czytaj także: Prywatyzacyjne bezprawie (TygodnikPrzeglad.pl)

Czytaj także: Historia prywatyzacji polskiego przemysłu (Bibula.com)
 
wpis z dnia 18/04/2016

   


  

     Guy Verhofstadt straszy: "Węgry i Polska nie zostałyby dziś przyjęte do UE". Pytanie czy do takiej Unii byłby w ogóle sens wstępować?
wpis z dnia 16/04/2016

 

Brukselscy politycy z Junckerem, Schulzem i Tuskiem na czele zdają się zupełnie nie pojmować powodów, dla których w Europie nasilają się antyunijne nastroje. Nie dostrzegają, że przyczyną coraz większej niechęci Europejczyków do unijnych instytucji są... oni sami! Nie mam wątpliwości, że im bardziej osoby pokroju Guy'a Verhofstadta straszą, że Węgry z Polską nie zostałyby dziś przyjęte do UE, im mocnej przekonują, że nasz kraj jest dla Europy groźniejszy niż ISIS, tym bardziej rozwalają UE od środka i przyspieszają jej upadek.

Guy Verhofstadt stwierdził ostatnio rzecz następującą: "Gdyby dziś Węgry i Polska ubiegały się o członkostwo w UE, nie zostałoby im ono przyznane. Obywatele tych krajów powinni poważnie rozważyć, co to oznacza". W kontekście powyższego sformułowania zasadnym wydaje się pytanie, czy do Unii Europejskiej zarządzanej dziś przez Verhofstadta, Junckera, Schulza i Tuska byłby w ogóle sens wstępować? Czy warto akceptować dyktat brukselskiej mniejszości, która karci demokratycznie wybrane rządy i nie szanuje chrześcijańskiej tradycji i lokalnej specyfiki wchodzącej w skład UE państw? Czy warto akceptować dyktat osób, dla których idee eutanazji, multikulti i skrajnej poprawności politycznej przesłaniają zdrowy rozsądek? 

Unia Europejska z roku 2005, kiedy Polska do niej wstępowała, a Unia z roku 2016 to zupełnie dwa różne twory polityczne. A wszystko przez polityków, których umysły ogarnął duch bezmyślnego "poszerzania i pogłębiania" brukselskiej utopii. Zamiast skupić się na gospodarce i wrócić do rzeczywistych korzeni europejskiej współpracy (warto sobie przypomnieć czym była Europejska Wspólnota Węgla i Stali czy późniejsza Europejska Wspólnota Gospodarcza zanim przeobraziły się w Unię Europejską), brukselscy eurokraci postawili na ideologię gender czy multikulti. Efekty widać jak na dłoni... 

Nie mam wątpliwości, że im bardziej osoby pokroju Guy'a Verhofstadta straszą, że Węgry z Polską nie zostałyby dziś przyjęte do UE, im mocnej przekonują, że nasz kraj jest dla Europy groźniejszy niż ISIS, tym bardziej rozwalają Unię od środka i przyspieszają jej upadek...

wpis z dnia 16/04/2016

   


  

     Zobacz jak zaniżone są polskie płace! Nasza produktywność to 74% średniej UE, jednak przeciętne wynagrodzenie to zaledwie 34% średniej UE!
wpis z dnia 15/04/2016

 

Według oficjalnych danych Eurostatu wydajność pracy przeciętnego polskiego pracownika (rozumiana jako wartość wytworzonego PKB w ciągu godziny) to 73,7 proc. unijnej średniej. Tymczasem godzinowy koszt pracy (w skład którego wchodzi przede wszystkim pensja pracownika), to zaledwie ok. 34 proc. unijnej średniej! Aby była jasność - nikt nie domaga się płac w Polsce odpowiadających produktywności Niemiec (106 proc. unijnej średniej). Wystarczy, że będą odzwierciedlały naszą rzeczywistą produktywność. 

Zgodnie z oficjalnymi wskazaniami Eurostatu za 2014 rok wydajność pracy przeciętnego polskiego pracownika wynosiła 73,7 proc. unijnej średniej. W tym miejscu należy podkreślić - niższa od średniej wydajność pracy nie oznacza to wcale, że jesteśmy leniwi lub wkładamy w naszą pracę mniej wysiłku (co czasem sugerują niektórzy publicyści). Słynną ekonomiczną "wydajność" pracy mierzy się bowiem przez pryzmat wartości pieniężnej danej czynności czy usługi, która zasili PKB danego kraju. 

Stosując pewne uproszczenie można pomyśleć, że skoro nasza wydajność stanowi 3/4 unijnej średniej, to nasze zarobki również powinny oscylować wokół podobnych wartości. Nic bardziej mylnego - według danych tego samego Eurostatu godzinowy koszt pracy statystycznego Polaka w 2015 roku (w skład którego wchodzi przede wszystkim pensja pracownika) wynosił 8,6 euro na godzinę, co stanowiło zaledwie ok. 34 proc. unijnej średniej! 

Dlaczego istnieje aż tak wielki rozjazd między wydajnością pracy przeciętnego polskiego pracownika, a osiąganym przez niego wynagrodzeniem? Odpowiedź jest bardzo prosta - ogromna część owoców wzrostu gospodarczego z ostatnich lat w ogóle nie trafia do portfeli Polaków. Jest najzwyczajniej w świecie drenowana poza granice przez firmy, których siedziby znajdują się w Berlinie, Paryżu czy Londynie. Nasz kraj traktowany jest jako kapitałowa pożywka dla bogatszych i bardziej rozwiniętych państw na Zachodzie. Dopóki to się nie zmieni, nie mamy co liczyć na płace odpowiadające naszej rzeczywistej produktywności.

 

Źródło: Nominal labour productivity per person employed (eurostat)
Źródło: Labour costs per hour in EUR, 2004-2015 whole economy excluding agriculture and public administration (eurostat)

Inspiracja: Przeciętna produktywność polskiego pracownika to 74% średniej UE, a godzinowy koszt jego pracy to... 34% średniej UE (twitter.com)

wpis z dnia 15/04/2016

   


  

     Przez lata kręcili lody, kłamali, wykluczali całe grupy społeczne. Teraz, jakby na deser, przeforsowali antypolską rezolucję. Brawo WY!
wpis z dnia 14/04/2016

 

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - przeforsowana przez Platformę Obywatelską w Parlamencie Europejskim antypolska rezolucja odniesie skutek odwrotny do zamierzonego. Działania ferajny Tuska i Schetyny (przy wyraźnym współudziale Nowoczesnej Petru), doprowadzą do wzrostu nastrojów antyunijnych w kraju, dadzą wskazówkę Brytyjczykom jak głosować w/s Brexitu, a samej Platformie odbiorą kolejnych kilka procent w sondażach poparcia. 

Parlament Europejski przyjął wczoraj rezolucję przeciwko Polsce. Oświadczył w niej, że jest poważnie zaniepokojony, że spór wokół Trybunału Konstytucyjnego zagraża polskiej demokracji, prawom człowieka i praworządności. Warto odnotować, że wspomniana rezolucja nie zostałaby przyjęta, gdyby nie inicjatywa członków Platformy Obywatelskiej z Grzegorzem Schetyną na czele. To on jeździł do Brukseli, aby skarżyć się eurokratom na to, iż wybrany w demokratycznych wyborach i posiadający parlamentarną większość rząd wprowadza zmiany, które obiecał swoim wyborcom. Zaiste, byłoby dziwne, gdyby takich zmian nie wprowadzał.

Nie mam wątpliwości, że forsowana przez członków Platformy antypolska rezolucja odbije się dla nich nieprzyjemną czkawką. Skutki jej przyjęcia będą prawdopodobnie odwrotne od zamierzonych. W Polsce doprowadzą do wzrostu nastrojów antyunijnych osłabiając ideę budowy europejskiej wspólnoty, a samej PO odbiorą kilka kolejnych procent w sondażach poparcia. W konsekwencji Grzegorz Schetyna będzie musiał walczyć z coraz silniejszą opozycją wewnątrzpartyjną, która będzie chciała go osunąć od przywództwa w partii i zrobić grunt dla powrotu z Brukseli Donalda Tuska (wszak wątpię, aby został on wybrany na kolejną 2,5-letnią kadencję). Wczorajsza rezolucja powinna także odnieść skutek międzynarodowy. Będzie ona bowiem wyraźną wskazówką dla Brytyjczyków, jak głosować w zbliżającym się referendum w sprawie tzw. "Brexitu". 

Reasumując można powiedzieć rzecz następującą - przez lata kręcili lody, kłamali, oszukiwali, uczestniczyli w aferach, ograniczali swobody obywatelskie i wykluczali z dyskursu całe grupy społeczne. Teraz, jakby na deser, przeforsowali antypolską rezolucję. Brawo WY! Tak trzymać, a społeczne poparcie spadnie Wam poniżej 10 proc...

wpis z dnia 14/04/2016

   


  

     W aferze WGI zdefraudowano łącznie 340 mln zł. Tymczasem najsurowszą karą wymierzoną dla sprawcy był wyrok roku i 2 miesięcy w zawieszeniu. Tak, że tego...
wpis z dnia 13/04/2016

 

Kilka dni temu upłynęło 10 lat od wybuchu, nieco już dziś zapomnianej, afery WGI (Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej). Przypomnijmy, że w wyniku przestępczej działalności kilkunastu pomysłowych "inwestorów", około 1300 osób straciło oszczędności swojego życia w łącznej wysokości 340 milionów złotych. Pieniądze te powędrowały gdzieś na tajemnicze konta do Szwajcarii. Mimo to sądy III RP były niezwykle łaskawe dla samych aferzystów. Najsurowszą karą jaką orzeczono był wyrok 14 m-cy więzienia w zawieszeniu. 

Przypomnijmy - WGI Dom Maklerski S.A. był licencjonowanym przez nadzór finansowy podmiotem oferującym Polakom inwestowanie posiadanych środków i oszczędności w kontrakty walutowe, papiery dłużne czy akcje. Spółką-córką tego podmiotu był WGI TFI S.A. W skład jej rady nadzorczej weszły znane osoby: Dariusz Rosati, Henryka Bochniarz czy prof. Witold Orłowski. Aferzystom chodziło o to, aby znane nazwiska uwiarygadniały działania spółki i zachęcały do korzystania z jej usług. Dzięki temu przyciągali oni nowych klientów i zatrzymywali dotychczasowych, stale podkreślając fakt współpracy z wyżej wymienionymi osobami (np. poprzez publikowanie ich wizerunków w materiałach o charakterze marketingowym).

Eldorado nie mogło trwać jednak wiecznie. 4 kwietnia 2006 r. spółka utraciła licencję KNF, m.in. za wprowadzanie w błąd klientów co do stanu ich rachunków i nieprzestrzeganie reguł przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy. Okazało się, że pieniądze (w łącznej wysokości 340 mln zł) były transferowane na konta do Szwajcarii, a tam rozpływały się i ślad po nich ginął. Poszkodowanych tym procederem zostało 1300 osób. Do dzisiaj prokuraturze nie udało się ustalić, kto był rzeczywistym beneficjentem transferów finansowych do Szwajcarii i gdzie ostatecznie powędrowały zagrabione fundusze.

Szokujące w tej sprawie są również wyroki sądów III RP. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Woli wyrokiem z dnia 23 marca 2015 r. uznał wiceprezesa WGI Łukasza K. za winnego popełnienia zarzucanych mu czynów i wymierzył mu karę... 8 miesięcy pozbawienia wolności, której wykonanie zawiesił na 2 lata. Miesiąc później zapadł drugi wyrok w tej sprawie. Tym razem dwóch członków zarządu WGI - Maciej S. i Łukasz K. - zostało skazanych na 14 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 4 lata. Jak do tej pory był to najsurowszy wymiar kary orzeczonej przez sąd w tej aferze. Jakby tego było mało Sąd Okręgowy w Warszawie w dniu 19 maja 2015 r. uchylił zakaz opuszczania kraju i zatrzymanie paszportów wobec szefów WGI... 

Jednym słowem - aż chce się oszukiwać, kraść i defraudować gigantyczne pieniądze na masową skale!

 

Źródło: Warszawska Grupa Inwestycyjna (Wikipedia)

wpis z dnia 13/04/2016

   


  

     Niemieckie elektrownie trują najmocniej w Europie. Szokujące wyniki niezależnego audytu
wpis z dnia 12/04/2016

 

Okazuje się, że to nie polskie lecz niemieckie elektrownie węglowe są najmocniej trującymi środowisko siłowniami w całej Europie! Zgodnie z opublikowanym przez "Suddeutsche Zeitung" raportem, aż 4 na 5 elektrowni o najwyższym poziomie emisji CO2 w UE znajduje się na terytorium Niemiec! Tymczasem nasi zachodni sąsiedzi wytykają, że to my spalamy za dużo węgla i emitujemy przy tym do atmosfery zbyt wiele gazów cieplarnianych. Czyżby drzazgę dostrzegli w oku innego, a w swoim belki nie widzieli?

Niemiecki dziennik "Suddeutsche Zeitung" opublikował raport brytyjskiej organizacji na rzecz ochrony klimatu "Sandbag" na temat najbardziej trujących elektrowni węglowych w Europie. Okazuje się, że aż 4 na 5 elektrowni o najwyższym poziomie emisji CO2 w UE znajduje się na terytorium Niemiec! Wszystkie cztery elektrownie emitują łącznie w ciągu roku 100,8 mln ton CO2. Raport ten został stworzony na podstawie danych dostarczonych przez Komisję Europejską, więc trudno uznać, że jest on nieobiektywny.

W kontekście powyższego warto przypomnieć, że zdaniem naszych zachodnich sąsiadów spalamy za dużo węgla i emitujemy przy tym zbyt wiele gazów cieplarnianych. Uprawiana w tej sprawie propaganda jest na tyle silna, że to Polskę (a nie Niemcy) w powszechnym odczuciu uważa się za największego truciciela w Europie. Tymczasem jest zupełnie inaczej. Okazuje się, że to niemiecka gospodarka spala o wiele więcej węgla niż polska (Niemcy: 240 mln ton; Polska: 152 mln ton), a poziom emisji CO2 na osobę jest tam znacznie wyższy niż w naszym kraju (Niemcy: 10,4 tony/1 os.; Polska: 8,6 tony/1 os.).

Kiedy zatem słyszymy z ust niemieckich polityków lub dziennikarzy, że to Polska jest "największym trucicielem w Europie", to wiedzmy jedno - jest to najzwyklejsze w świecie kłamstwo, którego celem jest zdjęcie z naszego zachodniego sąsiada odium najmocniej zatruwającej środowisko gospodarki na starym kontynencie.

 

Źródło: Niemieckie elektrownie węglowe są najbrudniejsze w Europie (BiznesAlert.pl)
 

wpis z dnia 12/04/2016

   


  

     Premier Islandii podał się do dymisji po ujawnieniu Panama Papers. Po ujawnieniu afery taśmowej cały rząd Platformy stwierdził, że nagrania są "nielegalne" i trwał jeszcze przez 2 lata. Subtelna różnica...
wpis z dnia 11/04/2016

 

Po ujawnieniu afery "Panama Papers" premier Islandii Sigmundur David Gunnlaugsson postanowił podać się do dymisji. Z opublikowanych dokumentów wynika, że posiadał udziały w spółce zarejestrowanej na - uchodzących za raj podatkowy - Brytyjskich Wyspach Dziewiczych. Premier Islandii był głupi. Za przykładem platformerskich bonzów mógł bowiem powiedzieć, że ujawnione dokumenty to "nielegalne panamskie papiery" i trzeba się zastanowić kto stoi za ich upublicznieniem...

Jednym z powodów, dla którego nie chciałbym, aby ekipa Platformy Obywatelskiej kiedykolwiek powróciła do władzy, jest sposób ich reakcji na ujawnienie afery taśmowej. Przypomnijmy - najważniejszą wątkiem afery taśmowej był spisek mający na celu realne uchylenie kluczowych zapisów Konstytucji. Marek Belka podczas słynnej rozmowy z szefem MSW Bartłomiejem Sienkiewiczem dał sygnał gotowości do złamania obowiązującego w Polsce prawa, byleby tylko sfinansować nadmierne wydatki rządu Tuska i w ten sposób umożliwić zwycięstwo wyborcze PO nad PiS-em. Innymi słowy - Belka z Sienkiewiczem (na zlecenie Tuska) knuli spisek przeciwko obywatelom, w którym chodziło o interes ówczesnego rządu i Platformy Obywatelskiej.

I co? - I nic! Bezpośrednio po wybuchu afery nikt nie podał się do dymisji, prokuratura nie doszukała się przekroczenia uprawnień przez Marka Belkę i Bartłomieja Sienkiewicza, a Sam Tusk zaś zwiał przy pierwszej, lepszej okazji do Brukseli. Co więcej - skompromitowanym politykom udało się ukuć narrację, zgodnie z którą ujawnione nagrania są "nielegalne" i trzeba ścigać tych, co je ujawnili! 

A teraz popatrzmy na reakcję islandzkich władz po ujawnieniu dokumentów dotyczących tzw. Panama Papers. Premier Islandii Sigmundur David Gunnlaugsson postanowił podać się do dymisji tylko dlatego, że posiadał udziały w spółce zarejestrowanej na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych, które uchodzą za raj podatkowy. Nie wziął przykładu z platformerskich bonzów i nie stwierdził, że ujawnione dokumenty to "nielegalne panamskie papiery" i trzeba się zastanowić kto stoi za ich upublicznieniem. Ot, taka subtelna różnica.

Inspiracja dla tytułu: twitter.com/makowski_m

wpis z dnia 11/04/2016

  


 

     Władze Austrii wieszały na Orbanie psy za to, że w ubiegłym roku oddzielił się płotem od Serbii. Dziś same chcą postawić płot wzdłuż granicy z Węgrami...
wpis z dnia 9/04/2016

 

Przypomnijmy, że władze Austrii nazwały Orbana "nazistą", gdy ten we wrześniu ubiegłego roku podjął decyzję o budowie płotu wzdłuż granicy z Serbią, aby ograniczyć napływ islamskich migrantów do Węgier. Teraz te same władze oświadczyły, że planują ogrodzić granice swojego kraju... zasiekami i drutem kolczastym! Austriackie MSW właśnie potwierdziło, że postawi płot na granicy z Węgrami. Wcześniej zbudowali zasieki na granicy ze Słowenią. Czy Austriacy powiedzą teraz o sobie, że również są "nazistami"?

Hipokryzja niektórych europejskich przywódców w sprawie islamskich migrantów jest w istocie niezmierzona. We wrześniu 2015 roku, aby powstrzymać napływ migrantów z Bliskiego Wschodu do własnego kraju, Victor Orban podjął decyzję o budowie płotu z drutu kolczastego wzdłuż granicy z węgiersko-serbskiej. Efekt był niemal natychmiastowy: liczba nielegalnych imigrantów przekraczających nielegalnie wspomnianą granicę spadła praktycznie do zera. Za tę decyzję austriackie władze nazwały Orbana "nazistą". 

Co ciekawe - nie minęło jednak kilka kolejnych tygodni, a rząd we Wiedniu podjął decyzję o budowie płotu składającego się z zasieków i drutu kolczastego na granicy ze Słowenią. Obecnie zaś przymierza się do postawienia płotu wzdłuż granicy z Węgrami. Wszystko po to, aby ryzyko wtargnięcia w granice Austrii nowych fal migrantów i uchodźców było jak najmniejsze.

Powstaje pytanie - czy władze we Wiedniu powiedzą teraz o sobie, że również są "nazistami"? Czy też może uderzą się w pierś i przeproszą premiera Węgier za użyte wobec niego porównanie?

 

Źródło: Austria chce postawić płoty na granicy z Węgrami (rmf24.pl)

wpis z dnia 9/04/2016

   


   

     Fundacja Balcerowicza przyjmowała kasę od spółek zarejestrowanych na Karaibach
wpis z dnia 8/04/2016

 

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że fundacja Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR), założona przez Leszka Balcerowicza (obecnie jednego z głównych krytyków polskiego rządu), przyjmowała kasę w darowiznach od spółek zarejestrowanych na Antylach Holenderskich (raj podatkowy) powiązanych z Janem Wejchertem i Bruno Valsangiacomo (założyciele ITI). Czy powyższa konfiguracja darczyńców może powodować skojarzenia z głośną ostatnio sprawą #PanamaPapers?

Na stronie internetowej założonej przez Leszka Balcerowicza fundacji można znaleźć informację o darczyńcach. Jeśli uważnie prześledzimy listę, to znajdziemy tam m.in.: Fairfield Corporation N.V. czy Mesamedia Holding N.V. Obie spółki dokonały darowizny na rzecz działalności statutowej Forum Obywatelskiego Rozwoju oraz na fundusz rezerwowy tej fundacji. 

Co ciekawe - obie te spółki są zarejestrowane na Karaibach (na terytoriach zależnych od Holandii uchodzących za raje podatkowe). Obie są łączone z twórcami ITI, czyli Brunem Valsangiacomo oraz Janem Wejchertem. Obie zostały założone po to, aby ich właściciele mogli płacić minimalne podatki. Powyższe nie przeszkadzało jednak fundacji Balcerowicza w przyjęciu pieniędzy na działalność, której celem jest "jest zmiana świadomości Polaków oraz obowiązującego i planowanego prawa w kierunku wolnościowym". 

Ostatnimi czasy można odnieść wrażenie, iż u założyciela FOR wspomniany cel przejawia się przede wszystkim w nieustającej i totalnej krytyce polskiego rządu wyrażanej za pośrednictwem mowy, czynu, gestu i twittera.

A na marginesie... Antyle Holenderskie, raje podatkowe, unikanie opodatkowania - czy to wszystko może się kojarzyć z istotą sprawy #PanamaPapers...?

 

Źródło: Panama podtapia Leszka (Monsieurb.neon24.pl)
Źródło: http://www.for.org.pl/pl/wspieraja-nas (wejście 7/04/2016)
Źródło: Kraje raje (Polityka.pl)

wpis z dnia 8/04/2016

   


   

     Przypomnijmy jak Trybunał Konstytucyjny robił dobrze Platformie i zalegalizował wątpliwą podwyżkę składek ZUS
wpis z dnia 7/04/2016

 

Pod koniec 2011 r. ekipa Tuska, uciekając przed katastrofą budżetu, w trybie "pilnym" (w ciągu 8 dni) przyjęła ustawę o podniesieniu składki rentowej. Problem w tym, że prawo zakazuje zwiększać ludziom obciążeń fiskalnych w takim trybie. Ustawa została zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego. Po 18 miesiącach (!) od momentu wniesienia skargi TK łaskawie stwierdził, że ekspresowe podniesienie Polakom składki rentowej było jednak zgodne z prawem. Oto jak wyglądała współpraca władzy z TK w szczytowym okresie demokracji...

Przypomnijmy, że w grudniu 2011 roku w życie weszła ustawa podwyższająca składkę rentową dla przedsiębiorców aż o 1/3, z poziomu 6 proc. do 8 proc. podstawy wymiaru. Szacunki projektodawców tego rozwiązania mówiły, iż z kieszeni podatników zniknie w ten sposób około 7 miliardów zł w skali roku. Z ustawą był jednak pewien problem - została bowiem ona przyjęta w tzw. trybie pilnym (8 dni trwało jej procesowanie przez rząd, Sejm, Senat i Prezydenta), a zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem ustaw o charakterze podatkowym nie wolno wprowadzać przy użyciu takiego trybu. 

PiS postanowił zaskarżyć przedmiotową ustawę do Trybunału Konstytucyjnego wskazując, iż przeprocesowanie jej przez ekipę PO-PSL w trybie pilnym było sprzeczne z obowiązującym w naszym kraju prawem (posłami sprawozdawcami byli wówczas Przemysław Wipler oraz Andrzej Duda). Co zrobił zarządzany przez sędziego Rzeplińskiego TK? - Po 18 miesiącach od momentu wniesienia skargi stwierdził łaskawie, że składka rentowa - mimo tego, że jest obowiązkową daniną publiczną - to jednocześnie nie jest podatkiem w klasycznym tego słowa rozumieniu, a tym samym jej podwyższenie mogło zostać przeprowadzone przez rząd PO-PSL w trybie pilnym. 

Orzeczenie TK było dla rządu Tuska wybawieniem od bardzo poważnych problemów. Jeśli bowiem sędziowie uznaliby, że składki ZUS mają charakter podatkowy, a tym samym ich podniesienie w trybie "pilnym" byłoby nielegalne, to ekipa PO-PSL musiałaby się liczyć z falą pozwów. Szacowane roszczenia za okres od początku 2012 roku do lipca 2013 roku (kiedy TK wydał orzeczenie) mogłyby wynieść nawet 12 miliardów złotych (licząc z odsetkami). Upolityczniony, wybrany przez posłów PO-PSL skład Trybunału postanowił jednak uratować ekipę swoich mocodawców i wydał kuriozalny wyrok o tym, że obowiązkowa danina publiczna podatkiem nie jest. 

Nie mam wątpliwości, że ten sam upolityczniony, wybrany przez posłów PO-PSL skład Trybunału będzie robił wszystko, aby zaszkodzić rządowi Beaty Szydło. Jeśli obecnej ekipie rządowej nie uda się szybko zaorać tej instytucji (np. poprzez zmianę Konstytucji), to musi się liczyć z tym że TK uzna za "niekonstytucyjne" wszystkie sztandarowe ustawy PiS (np. wprowadzające podatek bankowy czy ograniczające emerytury byłym SB-kom).

 

Czytaj także: Trybunał Złamany (Interia.pl)
Czytaj także: Składkami można zaskakiwać (NaszDziennik.pl)

wpis z dnia 7/04/2016

   


  

     Hipokryzja Kijowskiego: Ciągle straszy, że PiS ograniczy swobody, a gdzie był kiedy PO uderzyła w wolność zgromadzeń czy dostęp do informacji publ.?
wpis z dnia 6/04/2016

 

Lider KOD Mateusz Kijowski stwierdził kilka dni temu: "Jeśli PiS zmieni prawo dotyczące demonstracji, będziemy wychodzić na ulice nielegalnie, mamy dużo doświadczeń z lat 80". Po pierwsze - nie wiem skąd mu się wzięło, że PiS chce zmienić prawo dotyczące demonstracji. Po drugie - gdzie był, kiedy w 2012 roku Platforma Obywatelska przyjęła ustawę autorstwa B. Komorowskiego ograniczającą wolność zgromadzeń publicznych? Dlaczego wówczas nie straszył nielegalnymi demonstracjami i swoim "doświadczeniem z lat 80-tych"?!

Przypomnijmy, bo może już nie wszyscy pamiętają - w dniu 16/09/2011, na ostatnim posiedzeniu Sejmu VI kadencji, posłowie PO i PSL przyjęli poprawkę do nowelizacji ustawy o dostępie do informacji publicznej, której efektem miało być istotne ograniczenie zwykłym Polakom dostępu do informacji publicznej. Prezydent Bronisław Komorowski - mimo wielu głosów płynących z różnych środowisk o zawetowanie zmian w ustawie - nowelizację podpisał. Warto zauważyć, że przeciwko tej poprawce protestowały organizacje pozarządowe, w tym m. in.: Helsińska Fundacja Praw Człowieka. 

Dwa miesiące później, tuż po największych (jak do tamtej pory) manifestacjach niepodległościowych 11 listopada, na których doszło do policyjnych prowokacji i wywołania zamieszek, prezydent Bronisław Komorowski wniósł do Sejmu projekt ustawy zaostrzającej Prawo o zgromadzeniach publicznych. Zaproponowane przez prezydenta zmiany zostały miażdżąco skrytykowane przez wiele organizacji pozarządowych, w tym między innymi wspomnianą już Helsińską Fundację Praw Człowieka, a także Forum Obywatelskiego Rozwoju, Fundację "Panoptykon" czy stowarzyszenie "Marsz Niepodległości". Pomimo tego posłowie PO-PSL prezydencki projekt przyjęli. 

W tym miejscu powstaje pytanie - jaką formę protestu proponował Mateusz Kijowski na wieść ograniczeniu wolności zgromadzeń czy dostęp do informacji publicznej przez posłów PO? Gdzie byli wówczas główni aktywiści dzisiejszego KOD? Dlaczego nie bronili demokracji?

 

Źródło: Mateusz Kijowski w USA: Jeśli PiS zmieni prawo o demonstracjach, wyjdziemy na ulice nielegalnie. Mamy doświadczenia z lat 80. (Wyborcza.pl)

wpis z dnia 6/04/2016

   


  

     Tusk żartuje, że PiS niebawem będzie strzelał do bocianów. Przypomnijmy zatem, że to za jego rządów na poważnie strzelano do ludzi
wpis z dnia 5/04/2016

 

Donald Tusk, z perspektywy brukselskiego eurokraty, postanowił odnieść się do sytuacji w Polsce. W trakcie jednej z wypowiedzi dla mediów stwierdził, że jak tak dalej pójdzie to PiS zacznie strzelać do... bocianów. Panie Tusk, w tym miejscu warto chyba przypomnieć, że to za rządów Pana oraz partii, do której Pan należał, strzelano nie tyle do bocianów, lecz do protestujących na ulicach ludzi. Może tutaj sypnie Pan jakimś żarcikiem na brukselskim poziomie?

Odnosząc się do bieżącej sytuacji w Polsce przewodniczący Rady Europejskiej postanowił zażartować, że jak tak dalej pójdzie to PiS zacznie strzelać do... bocianów. Tusk wypowiedział te słowa w kontekście informacji o sytuacji wokół stadniny koni w Janowie Podlaskim oraz planów wycinki starych i chorych drzew w Puszczy Białowieskiej (jak bardzo myli się przewodniczący RE w zakresie tego ostatniego tematu niech świadczy choćby to: 10 faktów o Puszczy Białowieskiej). 

W kontekście strzelania warto chyba przypomnieć byłemu premierowi, że to za jego rządów oraz rządów lekarki jego rodziny, władzy często się zdarzało strzelać nie do bocianów, lecz do ludzi, którzy mieli inne niż rządzący poglądy i postanowili je wyrażać na ulicznych demonstracjach. Przypomnijmy, bo może Pan Tusk faktycznie już zapomniał, jak siły policyjne spacyfikowały górników protestujących w Jastrzębiu-Zdroju. Przypomnijmy jak służby organizowały prowokacje na 11 listopada, jak biły przypadkowych przechodniów. Przypomnijmy, jak polityka braku dialogu społecznego między władzą, a zwykłymi obywatelami poskutkowała przyjęciem przez PO-PSL ustawy autorstwa prezydenta Komorowskiego o ograniczeniu wolności zgromadzeń oraz ograniczeniu dostępu do informacji publicznej. 

No tak, prawie bym sam zapomniał... Wówczas w Polsce panowała demokracja. Nie to, co teraz... 

wpis z dnia 5/04/2016

   


  

     Niemcy spalają blisko połowę węgla, jaki zużywa cała UE. Ale dzięki propagandzie to Polskę uważa się za największego truciciela w Europie!
wpis z dnia 3/04/2016

 

Niemiecka hipokryzja w sprawie CO2 nie zna granic. Zdaniem naszych zachodnich sąsiadów Polska spala za dużo węgla i emituje przy tym do atmosfery zbyt wiele gazów cieplarnianych. Problem w tym, że to niemiecka gospodarka spala o wiele więcej węgla niż polska (Niemcy: 240 mln ton; Polska: 152 mln ton), a poziom emisji CO2 na osobę jest tam znacznie wyższy niż w naszym kraju (Niemcy: 10,4 tony/1 os.; Polska: 8,6 tony/1 os.).

Niemcy lubią nam wytykać, że emitujemy do atmosfery za dużo gazów cieplarnianych. Sami jednak z miesiąca na miesiąc spalają coraz więcej węgla i planują budowę nowych elektrowni węglowych. Warto zauważyć, że od 2008 r. nasz zachodni sąsiad zbudował pięć nowych elektrowni opalanych węglem o łącznej mocy ok. 4,3 tys. MW. W tym samym czasie nieudolny rząd Tuska dopuścił do likwidacji zaawansowanego projektu budowy elektrowni węglowej w Ostrołęce oraz dał się ograć ekologom w sprawie nowych bloków elektrowni w Opolu. Niemcy jednak nie próżnują, bo do 2018 r. zamierzają wybudować kolejne elektrownie węglowe o łącznej mocy 6,6 tys. MW. 

Zdaniem Niemców spalamy za dużo węgla i emitujemy przy tym zbyt wiele gazów cieplarnianych. Problem w tym, że niemiecka gospodarka spala o wiele więcej węgla niż polska, a poziom emisji CO2 na osobę jest znacznie wyższy niż w naszym kraju. Świadczą o tym statystyki Międzynarodowej Agencji Energii (IEA) oraz Europejskiego Stowarzyszenia Węgla Kamiennego i Brunatnego. W roku 2011 Niemcy emitowały do atmosfery 802,3 mln ton CO2. W roku 2013 emisja CO2 naszego zachodniego sąsiada wyniosła 842,8 mln ton. W ciągu dwóch lat nastąpił zatem wzrost emisji o 5 proc. Jeśli chodzi o Polskę to w 2011 roku emitowaliśmy do atmosfery 337,0 mln ton CO2. Dwa lata później emisje spadły do poziomu 331,1 mln ton CO2. To oznacza procentowy spadek w wysokości -1,8 proc. 

Bardziej miarodajną statystyką jest poziom emisji CO2 na głowę jednego mieszkańca. W przypadku Niemiec wynosił on w 2013 roku 10,4 tony. W tym samym czasie statystyczny Polak emitował do atmosfery jedynie 8,6 tony CO2. Jeśli chodzi o węgiel brunatny to z danych Europejskiego Stowarzyszenia Węgla Kamiennego i Brunatnego wynika, że w 2012 roku Niemcy wyprodukowały 185,4 mln ton. W tym czasie Polska wydobyła 64,2 mln ton. Jeśli chodzi o węgiel kamienny to tutaj proporcje są odmienne: to Polska w 2012 roku wydobyła go więcej - 78,1 mln ton, podczas, gdy Niemcy jedynie 11,6 mln ton. Problem jednak w tym, że nasi zachodni sąsiedzi masowo importują ten węgiel z zagranicy. W 2012 roku zaimportowano do Niemiec 43 mln ton węgla kamiennego, podczas gdy w Polsce import węgla kamiennego wynosił jedynie 10,1 mln ton. Ogólny bilans kształtuje się następująco: 240 mln ton węgla w Niemczech - 152,4 mln ton w Polsce. 

Widząc powyższe statystyki jasnym się staje, że to niemiecka gospodarka spala o wiele więcej węgla niż polska, a statystyczny poziom emisji CO2 na osobę jest znacznie wyższy niż w Polsce. Dlaczego zatem nasi zachodni sąsiedzi uprawiają hipokryzję, twierdząc że jesteśmy "największym trucicielem" w Europie? Czy chodzi im o jeszcze wyraźniejsze osłabienie polskiej gospodarki i ostateczną likwidacje naszego przemysłu, który jest nadal groźny dla przemysłu niemieckiego?

 

Czytaj także: Niemcy stawiają na węgiel (Bankier.pl)
Czytaj także: Prof. Jędrysek: Niemcy spalają blisko połowę węgla, jaki spala się w całej UE. Ale dzięki propagandzie to nas uważa się za ekologicznego "brudasa" (wPolityce.pl)
Czytaj także: Niemcy spalają coraz więcej węgla, głównie z USA (Wnp.pl)

tekst pierwotnie ukazał się na blogu w dniu 29/12/2015

  


  

     Przeciętny Polak spędza w pracy 1923 godz. w ciągu roku. Przeciętny Czech - 1776 godz. Przeciętny Niemiec - 1371 godz.
wpis z dnia 1/04/2016

 

Po 12 latach spędzonych w UE i 27 latach od magicznej transformacji nadal jesteśmy Bangladeszem Europy. W pracy spędzamy znacznie więcej czasu niż przedstawiciele innych europejskich nacji. Jakby tego było mało otrzymujemy o wiele niższe wynagrodzenia. W efekcie miliony osób ciężko pracując w firmach należących do Niemców, Francuzów czy Holendrów otrzymuje jako pensję kwotę, która na Zachodzie stanowi równowartość dodatku socjalnego wypłacanego najbiedniejszym.

W najnowszym rankingu OECD mierzącym liczbę godzin spędzonych w ciągu roku w pracy przez obywateli poszczególnych państw świata, Polska zajmuje wysokie 8. miejsce. Przeciętny Polak poświęca pracy 1923 godzin rocznie. Okazuje się, że to o 147 godzin więcej (18 dni roboczych) niż wynik statystycznego Czecha i aż o 552 godziny więcej (69 dni roboczych!) niż wynik przeciętnego Niemca.

Jeszcze gorzej sprawy się mają jeśli chodzi o zarobki. Zdaniem OECD przeciętny Polak zarabia w ciągu roku 14.162 USD brutto, co obecnie stanowi równowartość 52,8 tys. zł. Jedna roboczo-godzina Polaka jest zatem warta 27,45 zł brutto (52,8 tys. zł / 1923 godz.). Pracujący w ciągu roku o 18 dni roboczych krócej Czech zarobi 14.935 USD brutto, co stanowi równowartość 55,7 tys. zł (+2,9 tys. więcej niż Polak). Jedna roboczo-godzina Czecha jest zatem warta 31,36 zł brutto. Pracujący w ciągu roku o 69 dni roboczych Niemiec zarobi zdaniem OECD zarobi 48.479 USD brutto, co obecnie stanowi równowartość 180,8 tys. zł (+128,0 tys. zł więcej niż Polak). Jedna roboczo-godzina pracy Niemca jest zatem warta aż 131,87 zł brutto. 

Niestety, po 12 latach spędzonych w UE i 27 latach od magicznej transformacji proporcje zarobków nie uległy większej zmianie. Nadal jesteśmy Bangladeszem Europy i tak naprawdę nikt nie wie kiedy to się zmieni...

 

Źródło: Average annual hours actually worked per worker (Stats.oecd.org)
Źródło: Average annual wages (Stats.oecd.org)

wpis z dnia 1/04/2016