Archiwum: Luty 2016

 

     Przeciętna płaca to zaledwie 1640 zł na rękę, a nie żadne 4 tys.! GUS ujawnił dane na temat zarobków w małych firmach (robi to raz na rok)
wpis z dnia 29/02/2016

 

Zgodnie z oficjalnymi komunikatami GUS można odnieść wrażenie, iż w Polsce, co do zasady, całkiem przyzwoicie się zarabia. Przeciętnie to nieco ponad 4000 zł brutto, czyli około 2800 zł na rękę. Problem w tym, że publikowane co miesiąc statystyki GUS nie uwzględniają tzw. małych firm (zatrudniających do 9 osób), a tam przeciętne wynagrodzenie wynosi zaledwie 2257 zł brutto, czyli na rękę nie przekracza 1640 zł!

Według raportu nt. małych firm publikowanego raz na rok przez Główny Urząd Statystyczny (GUS) - w Polsce działa 1 mln 826 tys. mikroprzedsiębiorstw, czyli firm zatrudniających do 9 osób. Jednak większość takich podmiotów to 1-osobowe działalności gospodarcze (aż 1 mln 289 tys. firm). Jedynie 537 tys. mikroprzedsiębiorców kogoś zatrudnia. Niestety, uzyskiwane przez zatrudnionych w takich firmach przeciętne wynagrodzenie stoi na bardzo niskim poziomie. Zdaniem GUS wynosi ono zaledwie 2257 zł brutto, czyli na rękę nie przekracza 1640 zł! Jest zatem niemal dwukrotnie niższe niż wynosi przeciętne wynagrodzenie wyliczane przez GUS i publikowane co miesiąc dla przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 pracowników (w styczniu wynosiło 4101,36 zł brutto).

Z drugiej strony - tak niskie wynagrodzenia wśród zatrudnionych u mikroprzedsiębiorców nie powinny nas jednak dziwić. Właściciel takiej firmy ma do opłacenia "na dzień dobry" spore koszty związane z ubezpieczeniem społeczno-emerytalnym swojego pracownika (razem ponad 1100 zł). Jeśli do tego doliczmy koszty obsługi księgowo-podatkowej, prawnej i administracyjnej związane z dość zagmatwanym prawem oraz zaliczkę na podatek dochodowy PIT, to ciężko jest wysupłać dodatkowe pieniądze na to, aby średnie wynagrodzenie 1640 zł na rękę było jednak nieco większe. Wysokie obciążenia fiskalno-zusowskie dla mikroprzedsiębiorców powodują również ryzyko wypłacania drugiej pensji "pod stołem". Pracodawca często dogaduje się z pracownikiem, że ten ostatni oficjalnie będzie otrzymywał na konto pensję minimalną, ale dodatkowo pod stołem pracodawca wypłaci mu nieopodatkowany i nieoskładkowany kolejny 1000 zł w gotówce. I tak to właśnie wygląda, gdy wysokość podatków i obowiązkowych obciążeń jest nieadekwatna do osiąganych dochodów.

 

Źródło: Działalność przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób w 2014 r. (Stat.gov.pl)

wpis z dnia 29/02/2016

   


  

     Potwierdziło się najgorsze! Polska w 2016 roku będzie płatnikiem netto UE! Więcej do Brukseli wpłacimy, niż od niej otrzymamy
wpis z dnia 27/02/2016

 

W tym roku pierwszy raz w historii nasz kraj stanie się płatnikiem netto Unii Europejskiej. Ta bezprecedensowa sytuacja oznacza, że więcej wpłacimy na konta w Brukseli (poprzez składki członkowskie oraz przepadek niespożytkowanych środków), aniżeli otrzymamy w ramach funduszy europejskich!

Wiceminister rozwoju Jerzy Kwieciński potwierdził, że Polska w 2016 roku będzie płatnikiem netto UE. Warto przypomnieć, że w tym roku do unijnego budżetu odprowadzimy największą w historii składkę członkowską, która wyniesie aż 9,24 mld zł. Ile zyskamy? Dokładnie nie wiadomo, ale na pewno będzie to kwota mniejsza niż kwota składki. 

Powodem takiego stanu rzeczy są opóźnienia w wydawaniu środków. Warto zauważyć, że rządzący naszym krajem mieli do tej pory poważne problemy z wykorzystaniem środków Unii Europejskiej na lata 2007 - 2013. To samo dotyczy teraz kolejnej perspektywy budżetowej (lata 2014 - 2020). Według zapewnień ministra Kwiecińskiego wypłaty unijnych pieniędzy na inwestycje ruszą pełną parą dopiero w trzecim, a może nawet i w czwartym kwartale bieżącego roku. Uwzględniając fakt, iż kwota składki na ten rok jest już ustalona (9,24 mld zł), pewnym jest to, że Polsce nie uda się do końca grudnia pozyskać z brukselskiego budżetu środków wyższych niż wynosi składka. W efekcie pierwszy raz w historii staniemy się płatnikiem netto UE!

 

Źródło: Polska płatnikiem netto. To już pewne. W 2016 wpłacimy więcej do Brukseli niż dostaniemy (Money.pl)

wpis z dnia 27/02/2016

  


  

     Szok! Polska będzie musiała zapłacić aż 83 mln zł odszkodowania dla RMF FM! Wszystko przez błędną decyzję KRRiTV pod przewodnictwem Juliusza Brauna!
wpis z dnia 26/02/2016

 

Juliusz Braun (były funkcjonariusz Unii Wolności) będąc przewodniczącym KRRiTV zatwierdził w 2001 roku decyzję zakazującą emisji lokalnych pasm programowych przez radio RMF FM. Nadawca uznał tę decyzję za sprzeczną z prawem i skierował sprawę do sądu. Po blisko 15 latach Sąd Okręgowy w Warszawie wydał wyrok, w którym nakazał wypłacić rozgłośni gigantyczne odszkodowanie w kwocie 83 mln zł za błędną decyzję KRRiTV sygnowaną podpisem Brauna.


Przypomnijmy - 22 maja 2001 roku przewodniczący KRRiTV Juliusz Braun wydał decyzję zakazującą emisji lokalnych pasm programowych przez Radio RMF FM. Do momentu wydania tej decyzji RMF FM, w oparciu o posiadaną koncesję, umieszczało w ramach ogólnopolskiego programu specjalne lokalne pasma programowe dla poszczególnych regionów Polski. Decyzja przewodniczącego KRRiTV oznaczała jednak zakaz dla takich działań, a w konsekwencji likwidację stworzonej sieci oddziałów lokalnych RMF FM oraz utratę pracy przez ponad 200 osób.

Decyzja została zaskarżona przez nadawcę do sądu administracyjnego jako bezprawna. W następnych latach sądy (zarówno administracyjne, jak i cywilne) aż 8-krotnie przyznawały rację nadawcy Radia RMF FM, potwierdzając w swych orzeczeniach, iż brak było podstaw dla wprowadzenia przez przewodniczącego KRRiTV zakazu emisji lokalnych pasm programowych w ramach koncesji ogólnokrajowej. 

 

Ostatni wyrok w sprawie zapadł 27 stycznia. Sąd Okręgowy w Warszawie zobowiązał w nim przewodniczącego KRRiT do złożenia oświadczenia, w którym wyrazi ubolewanie za naruszenie dóbr osobistych nadawcy RMF FM, a ponadto nakazał wypłacić na rzecz rozgłośni od Skarbu Państwa odszkodowanie w łącznej kwocie 83 mln złotych wraz z ustawowymi odsetkami!

Wygląda więc na to, że błędna decyzja KRRiTV pod przewodnictwem Juliusza Brauna z 2001 roku będzie nas (podatników) dzisiaj bardzo słono kosztowała...

 

Źródło: RMF FM wygrało w sądzie z KRRiT. 83 mln zł odszkodowania (WirtualneMedia.pl)

Zobacz także: Decyzja 001/P/2001-R z 2001-05-22 (KRRiTV.gov.pl)

wpis z dnia 26/02/2016

  


  

     Polska to kraj dla oszustów? W ubiegłym roku ujawniono aż 360 tysięcy lewych faktur o gigantycznej wartości 82 mld zł!
wpis z dnia 25/02/2016

 

Ubiegły rok był rekordowy pod względem skali procederu wyłudzania podatku VAT. Z danych Ministerstwa Finansów, do których dotarł dziennik "Rzeczpospolita" wynika, że urzędnicy kontroli skarbowej w 2015 roku wykryli aż 360 tysięcy fikcyjnych faktur o łącznej wartości 82 mld zł! Zasadnym jest pytanie - ile faktur i na jaką kwotę nie udało się wykryć oraz jak wielkie z tego tytułu straty poniosło nasze państwo? 

Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że nasila się zjawisko wykorzystywania fikcyjnych faktur. O ile w 2014 roku kontrolerom udało się ujawnić 207 tysięcy takich faktur na kwotę 33,7 mld zł, to w 2015 roku liczba wykrytych lewych faktur wyniosła już 360 tysięcy sztuk (wzrost o 75 proc.), a ich wartość osiągnęła 82 mld zł (wzrost o 150 proc.)! Większość z tych faktur wystawiana jest w trakcie procederu tzw. karuzeli. Oszuści podatkowi tworzą zorganizowane, wielopoziomowe struktury organizacyjne, by poprzez wystawianie setek fikcyjnych faktur pozorować przepływ towarów między krajami UE i wyłudzać w ten sposób podatek.

360 tysięcy fikcyjnych faktur o łącznej wartości 82 mld zł udało się wykryć. Zasadnym w tym kontekście jest jednak pytanie - ile faktur i na jaką kwotę nie udało się ujawnić oraz jak wielkie straty z tego tytułu poniosło nasze państwo? Czy racje mają eksperci podatkowi twierdzący, iż co roku budżet kraju z powodu wyłudzeń podatku VAT może tracić nawet 40-50 mld zł?

 

Źródło: Urząd skarbowy wykrył 360 tys. fikcyjnych faktur VAT (Rp.pl)

wpis z dnia 25/02/2016

   


  

     26 mln na geotermy w Toruniu? No to przypomnijmy 93 mln na platformiane termy w Lidzbarku Warmińskim!
wpis z dnia 24/02/2016

 

Sąd Okręgowy w Warszawie zatwierdził w poniedziałek 26,5 mln zł odszkodowania dla Fundacji Lux Veritatis za bezprawne zerwanie w 2008 roku przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej umowy na dofinansowanie toruńskiej geotermii. Kogoś oburza wysokość tej kwoty? To przypomnijmy sobie 93 mln zł na wybudowanie forsowanych przez członków Platformy Obywatelskiej term w Lidzbarku Warmińskim, gdzie wodę do kąpieli trzeba jednak... podgrzewać elektrycznie.

Sąd Okręgowy w Warszawie potwierdził, że umowa na dofinansowanie toruńskiej geotermii została zerwana przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w sposób bezprawny. Przypomnijmy, że stało się to tuż po przejęciu władzy przez ekipę PO-PSL. Na konto fundacji Lux Veritatis jako odszkodowanie potwierdzone ugodą między stronami sporu ma wpłynąć kwota w łącznej wysokości 26 mln 490 tys. zł, choć jak wynika z sądowego uzasadnienia, w przypadku wydania wyroku (bez ugody) toruńska fundacja mogłaby liczyć na dużo wyższe odszkodowanie (do kwoty głównej roszczenia tj. 22,5 mln zł, doszłyby jeszcze odsetki liczone od maja 2008 roku).

Wysokość kwoty oburza? No to przypomnijmy o 93 mln zł jakie wydano na budowę Term Warmińskich w Lidzbarku Warmińskim. Orędownikami tego przedsięwzięcia byli marszałek województwa warmińskiego Jacek Protas, starosta lidzbarski Jan Harhaj i burmistrz tego miasta Artur Wajs. Cała trójka wywodzi się z Platformy Obywatelskiej. Mocno forsowali projekt, nawet kiedy okazało się, że termy pod Lidzbarkiem wcale nie są takie ciepłe (mają niespełna 21 stopni Celsjusza) i do zapewnienia odpowiedniej temperatury w kąpielisku (ok. 32 stopni Celsjusza) wodę trzeba będzie... podgrzewać elektrycznie! To z kolei będzie generowało kolejne koszta (nawet do 800 tys. zł rocznie)! 

Właśnie z tego powodu niemiecki "Der Spiegel" umieścił lidzbarski projekt na liście największych "euroabsurdów", czyli projektów dotowanych pieniędzmi UE, których realizacja wzbudza potężne kontrowersje...

 

Źródło: Fundacja miała rację (NaszDziennik.pl)
Źródło: Niemcy wyśmiewają Termy Warmińskie. Samorządowcy odpowiadają (Onet.pl)
Źródło: POlityczne gejzery Platformy Obywatelskiej (Obiektywnie.com.pl)

wpis z dnia 24/02/2016

   


  

     Nie ma drugiego takiego państwa w NATO, w którym w ciągu ostatnich kilku lat życie w sposób nienaturalny straciło aż tylu generałów!
wpis z dnia 23/02/2016

 

W ciągu ostatniej dekady życie w sposób nienaturalny (wypadki, katastrofy, samobójstwa) straciło w Polsce aż 8 generałów (w tym wszyscy dowódcy rodzajów wojsk), 1 admirał oraz 3 pułkowników. Pod tym względem nasz kraj jest fenomenem na skalę NATO. Żadne z państw Sojuszu nie straciło bowiem aż tylu najwyższych stopniem oficerów i generałów w tak krótkim czasie nie tocząc przy tym żadnego konfliktu zbrojnego. Na świecie w tej statystyce wyprzedzać nas może jedynie Federacja Rosyjska.

Poniżej lista polskich generałów/admirałów oraz pułkowników, którzy zmarli z przyczyn nienaturalnych w ciągu ostatniej dekady:

 

# gen. bryg. pil. Andrzej Andrzejewski - dowódca 1. Brygady Lotnictwa Taktycznego w Świdwinie. Zmarł 23 stycznia 2008 r. w wyniku katastrofy samolotu wojskowego samolotu CASA C-295 M pod Mirosławcem.
# płk Dariusz Maciąg - dowódca 21. Bazy Lotniczej w Świdwinie. Zmarł 23 stycznia 2008 r. w wyniku katastrofy samolotu wojskowego samolotu CASA C-295 M pod Mirosławcem.
# płk Jerzy Piłat - dowódca 12. Bazy Lotniczej w Mirosławcu. Zmarł 23 stycznia 2008 r. w wyniku katastrofy samolotu wojskowego samolotu CASA C-295 M pod Mirosławcem.
# gen. Franciszek Gągor – szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Zmarł 10 kwietnia 2010 r. w wyniku katastrofy samolotu wojskowego Tu-154M pod Smoleńskiem.
# gen. dyw. Tadeusz Buk – dowódca Wojsk Lądowych RP. Zmarł 10 kwietnia 2010 r. w wyniku katastrofy samolotu wojskowego Tu-154M pod Smoleńskiem.
# admirał Andrzej Karweta – dowódca Marynarki Wojennej RP. Zmarł 10 kwietnia 2010 r. w wyniku katastrofy samolotu wojskowego Tu-154M pod Smoleńskiem.
# gen. dyw. Włodzimierz Potasiński – dowódca Wojsk Specjalnych RP. Zmarł 10 kwietnia 2010 r. w wyniku katastrofy samolotu wojskowego Tu-154M pod Smoleńskiem.
# gen. broni Bronisław Kwiatkowski – Dowódca Operacyjny Sił Zbrojnych RP. Zmarł 10 kwietnia 2010 r. w wyniku katastrofy samolotu wojskowego Tu-154M pod Smoleńskiem.
# gen. broni pil. Andrzej Błasik – dowódca Sił Powietrznych RP. Zmarł 10 kwietnia 2010 r. w wyniku katastrofy samolotu wojskowego Tu-154M pod Smoleńskiem.
# gen. bryg. Kazimierz Gilarski – dowódca Garnizonu Warszawa. Zmarł 10 kwietnia 2010 r. w wyniku katastrofy samolotu wojskowego Tu-154M pod Smoleńskiem.
# gen. bryg. Sławomir Petelicki - organizator i pierwszy dowódca Jednostki Wojskowej GROM. Zmarł 16 czerwca 2012 roku w wyniku rany postrzałowej.
# płk Sławomir Berdychowski - organizator i pierwszy dowódca Jednostki Wojskowej AGAT. Zmarł 9 lutego 2016 roku (samobójstwo).

wpis z dnia 23/02/2016

   


  

     Fiskus to nie urząd, to stan umysłu! Używasz służbowego laptopa do celów prywatnych? Uważaj, podatek VAT się należy!
wpis z dnia 22/02/2016

 

Począwszy od 1 stycznia firmy są zobowiązane do opodatkowania zużycia swojego majątku w przypadku, gdy jest on używany przez pracowników do celów prywatnych. W praktyce, jeśli komuś zdarzy się wejść do internetu w celach osobistych używając do tego służbowego laptopa, to właściciel firmy będzie musiał odprowadzić z tego tytułu podatek VAT. Jak tak dalej pójdzie, to zasadnym stanie się pytanie o wysokość podatku VAT za wykorzystanie firmowego sedesu do zrobienia prywatnej kupy... 

Z początkiem tego roku zaczęły obowiązywać zasady rozliczania VAT według tzw. wstępnej proporcji. W ich efekcie powstała konieczność opodatkowania zużycia majątku firmy na cele prywatne (np. jeśli pracownik używa kserokopiarki, telefonu lub laptopa do celów osobistych, to zatrudniająca go firma powinna każdorazowo zapłacić od tych czynności podatek VAT). 

Problem w tym, że nowe przepisy są zagmatwane, a wystosowane do podatników wyjaśnienia ministra finansów okazały się być pełne nieścisłości. Trudno sobie wyobrazić, jak firmy mają wyliczać wartość czynności, podczas których służbowy sprzęt jest używany do prywatnych celów. Najlepiej byłoby, gdyby pracodawca ewidencjonował każde takie użycie odrębnie (fiskus chce, aby opodatkowane było każdorazowe użycie!). W praktyce jednak działania tego rodzaju wydają się być niemożliwe do realizacji. Podejrzewam, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie się do takich regulacji stosował. Nawet gdyby pracodawcy w jakiś sposób udało się prywatne użycia sprzętu wyodrębnić i zapisać, to niby jak ma obliczyć ile kosztowało wejście na facebooka ze służbowego laptopa? 

Jaki z tego morał? Zamiast upraszczać ustawę o VAT, Ministerstwo Finansów postanowiło jeszcze bardziej ją skomplikować. Przy okazji zmusi ludzi do niepotrzebnego kombinowania.

 

Czytaj więcej: Minister chce VAT od każdego użycia firmowego sprzętu na cele prywatne (Rp.pl)

wpis z dnia 22/02/2016

   


  

     Niewygodne pytanie do ministra: Co z polskimi rezer- wami złota? Czy kiedykolwiek wrócą do kraju? Dlaczego NBP nie inwestuje w nowe rezerwy?
wpis z dnia 21/02/2016

 

Do ministra skarbu państwa trafiła ważna interpelacja poselska dotycząca rezerw polskiego złota. Przypomnijmy, że zdecydowana większość rezerw (około 95 proc.) znajduje się w depozycie Bank of England. Niestety nie wiemy ile nas kosztuje przechowywanie złota na Wyspach i czy kiedykolwiek wróci ono do Polski? Nie wiadomo też dlaczego NBP nie lokuje choćby części swoich potężnych zysków w nowe rezerwy złota?

Poniżej pełna treść interpelacji poselskiej posła Pawła Szramka (Kukiz'15). Jestem bardzo ciekawy odpowiedzi na te pytania i stanowiska jakie rząd zajmie wobec kwestii rezerw polskiego złota, które od kilkudziesięciu lat trzymane są w skarbcu Bank of England.

 

* * *

Interpelacja nr 913
do ministra skarbu państwa
w sprawie rezerw polskiego złota
Zgłaszający: Paweł Szramka

 

Data wpływu: 05-02-2016

 

Zgodnie z raportem NIK z 2014 roku Narodowy Bank Polski jest właścicielem 102 ton i 918,29 kg złota. Problem w tym, że od kilkudziesięciu lat zdecydowana większość tego złota (ok. 95 proc., tj. 3151,7 tys. uncji) znajduje się w depozycie Bank of England. Pozostała część, czyli 157,2 tys. uncji znajduje się w skarbcach NBP w Polsce.

Dalej w raporcie NIK czytamy, że polski bank centralny w ostatnich latach dokonał dwóch lokat łącznie 340,1 tys. uncji (ok. 10 ton) złota. Obie zostały ustanowione w 2009 r. na okres 12 miesięcy, a dochody NBP z tego tytułu sięgnęły 2,9576 mln zł.

W kolejnych latach odstąpiono od takiej praktyki, ze względu na „panującą niepewność co do wiarygodności banków komercyjnych będących potencjalnymi kontrahentami w operacjach lokowania złota”. Dodatkowo NBP podwyższył wymogi dla takich operacji, dopuszczając jedynie transakcje z instytucjami o najwyższych ratingach (np. MFW czy Bank Światowy) oraz wprowadzając limity kwotowe.

Koszty przechowywania polskiego złota w BoE nie zostały przez NIK podane. W raporcie wspomniano jedynie o utraconych korzyściach wynikających z zaniechania lokowania złota od 2010 r. Zdaniem izby dzięki takim inwestycjom możliwe byłoby uzyskanie przychodów szacowanych na ok. 4,1 mln euro.

W ostatnich latach większość państw na świecie zwiększała własne zasoby tego kruszcu. Kupowały je banki centralne krajów rozwijających się: Indii, Rosji, Chin, czy Turcji. NBP natomiast po raz ostatni dokupił złota 18 lat temu!

NBP miał możliwości, aby zwiększyć swoje rezerwy złota. Od kilku lat osiągał zyski sięgające kilku miliardów złotych w skali roku. Niestety, zamiast z tych środków kupować złoto przekazywano je do budżetu państwa.

W związku z powyższym pragnę zadać następujące pytania:

1. Czy planowany jest stopniowy, lecz sukcesywny powrót złota do Polski?
2. Czy planowany jest powrót do lokowania naszego złota?


Uprzejmie proszę o wyczerpujące odpowiedzi na powyższe pytania.

 

* * *

 

Źródło: Interpelacja nr 913 do ministra skarbu państwa w sprawie rezerw polskiego złota (Sejm.gov.pl)

Czytaj także: Niemcy konsekwentnie sprowadzają swoje złoto do kraju. Tymczasem 95 proc. rezerw polskiego złota przechowywanych jest za granicą! (Niewygodne.info.pl)

 

wpis z dnia 21/02/2016

   


  

     TTIP niezwykle groźna dla Polski? Utrudni walkę z unikaniem opodatkowania, a korporacjom z USA da możliwość pozwania rządu w zakresie polityki podatkowej!
wpis z dnia 19/02/2016

 

Wiele wskazuje na to, że TTIP - czyli kontrowersyjna umowa handlowa między USA a UE - może utrudnić walkę poszczególnych państw z procederem unikania opodatkowania przez zagraniczne korporacje, a tym ostatnim dać możliwość pozywania lokalnych rządów w zakresie stosowanej polityki podatkowej! W takim kształcie umowa ta wydaje się być absolutnie nie do przyjęcia przez stronę polską.

Pisałem o tym wczoraj - Polska ma poważne problemy z procederem unikania opodatkowania przez zagraniczne firmy i koncerny. Agresywna optymalizacja podatkowa na olbrzymią skalę powoduje, że co roku budżet naszego kraju traci od 30 do nawet 46 mld zł! W tym kontekście ratyfikacja umowy TTIP przez nasz kraj wydaje się być błędem.

Czym jest TTIP? Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji (z ang. Transatlantic Trade and Investment Partnership - TTIP) to porozumienie handlowe między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. W założeniu ma ono ułatwić prowadzenie biznesu między firmami z USA i UE. Krytycy tego porozumienia twierdzą jednak, że będzie ono działało przede wszystkim na korzyść wielkich, głównie amerykańskich korporacji, które na terytorium poszczególnych państw UE będą mogły stosować np. amerykańskie prawo arbitrażowe (umożliwiające kwestionowanie np. lokalnego prawa pracy, gospodarczego czy ochrony środowiska). Nie wykluczone, że właśnie dzięki takiemu rozwiązaniu możliwa będzie sytuacja, w której jakaś zachodnia korporacja pozwie polski rząd, bo nie będzie on respektował korzystnych dla niej (a sprzecznych z polskim prawem) regulacji. Wszystko to oczywiście w celu maksymalizacji zysków tej korporacji, koszem niższych podatków płaconych w polskim urzędzie skarbowym.

Właśnie z tego powodu ludzie na zachodzie Europy organizują wielotysięczne protesty i manifestacje. Warto przypomnieć, że w październiku ub.r. na ulice Berlina wyszło aż 250 tys. przeciwników TTIP...

 

Źródło: TTIP could block Governments from cracking down on tax avoidance, study warns (Independent.co.uk)

Czytaj także: TTIP: 10 rzeczy, których nie wiecie o umowie UE-USA, a powinniście (GazetaPrawna.pl)

wpis z dnia 19/02/2016

  


  

     W całej UE to Polska traci najwięcej w wyniku stosowania przez zagraniczne koncerny agresywnych optymalizacji podatkowych. Straty mogą sięgać nawet 46 mld zł rocznie!
wpis z dnia 18/02/2016

 

Zagraniczne koncerny stosują w Polsce agresywną optymalizację podatkową na olbrzymią, niespotykaną nigdzie indziej, skalę. Zdaniem Komisji Europejskiej oraz ekspertów podatkowych skutki tego procederu są dla naszego kraju zabójczo kosztowne. Szacuje się, że w ciągu roku tracimy w ten sposób od 30 do nawet 46 miliardów złotych! Jak długo jeszcze będziemy dla zagranicznych firm "Tax-Free Banana Republic"?

Komisja Europejska zleciła kilkunastu ekspertom podatkowym stworzenie raportu na temat unikania opodatkowania w poszczególnych państwach UE. Jego wyniki dla naszego kraju są porażające. Zdaniem ekspertów - z tytułu agresywnej optymalizacji podatkowej, stosowanej najczęściej przez zagraniczne spółki i koncerny, Polska może tracić wpływy budżetowe na poziomie od 30 nawet 46 miliardów złotych rocznie! 

Na czym polega wspomniana "agresywna optymalizacja"? Najczęściej to sztuczne generowanie kosztów funkcjonowania danego przedsiębiorstwa, które na papierze zmniejsza jego dochody, a przez to wpływa na wysokość płaconego podatku CIT (więcej na ten temat: Opłaty licencyjne, bezsensowne pożyczki, gigantyczne koszty podatkowe - zobacz jak zagraniczne firmy drenują pieniądze z Polski!). Szacuje się, że zagraniczne podmioty korzystają nawet z kilkuset skomplikowanych konstrukcji prawnych pozwalających na obniżanie podatku, jaki mają zapłacić polskiemu fiskusowi. Niestety wynika to pośrednio z faktu, że rządowy aparat skarbowy jest bezsilny i - póki co - zupełnie nie radzi sobie z transferowaniem gigantycznych dochodów przez zagraniczne podmioty poza polski system podatkowy. W opublikowanym w ubiegłym roku przez Najwyższą Izbę Kontroli (NIK) raporcie na temat firm z udziałem kapitału zagranicznego stwierdzono, że organy podatkowe nie są należycie przygotowane do weryfikowania prawidłowości rozliczeń pomiędzy zagranicznymi podmiotami, a budżetem państwa, dzięki czemu możliwe jest uchylanie się od opodatkowania przez zagraniczne koncerny i skuteczne transferowanie dochodów poza polski system podatkowy. NIK ustalił ponadto, że urzędy kontroli skarbowej i urzędy skarbowe - zamiast skupić się na podmiotach z udziałem kapitału zagranicznego - koncentrowały się, zgodnie z zaleceniami Ministra Finansów, na zwalczaniu nieprawidłowości w podatku od towarów i usług u rodzimych przedsiębiorców. Innymi słowy - urzędnicy dostali prykaz, aby łupić i gnębić kontrolami tych mniejszych i "swoich", a w spokoju zostawić zagraniczne spółki i koncerny.

W kontekście powyższego powstaje pytanie: Jak długo jeszcze będziemy dla zagranicznych firm "Tax-Free Banana Republic"? Czy rząd PiS zmieni coś w tej materii? Czy ministrowie Szałamacha z Morawieckim mają pomysł, jak skutecznie zatrzymać transfer kapitału poza granicę naszego kraju?

 

Czytaj także: Tax Reforms in EU Member States 2015 (ec.europa.eu)
Czytaj także: NIK o kontroli firm z udziałem kapitału zagranicznego (Nik.gov.pl)
Czytaj także: Wielkie holdingi realizują w Polsce agresywną optymalizację podatkową, nawet 46 mld zł strat (Wyborcza.biz)

wpis z dnia 18/02/2016

   


  

     Polak jako jedyny stanął w obronie zaatakowanej Szwedki. Tymczasem publicystka od T. Lisa stanowczo krytykuje taką postawę!
wpis z dnia 17/02/2016

 

Szwedzi przeprowadzili eksperyment. Na stacji metra w Sztokholmie zainscenizowano sytuację, w której młoda dziewczyna niechcący potrąca na schodach mijanego chłopaka. Ten w rewanżu zaczyna ją fizycznie atakować i wyzywać. Żadna z osób, która była świadkiem tego zdarzenia, aktywnie nie stanęła w obronie dziewczyny. Żadna z wyjątkiem... Polaka. Powód do dumy? Raczej kłopot dla publicystki portalu Tomasza Lisa, która kategorycznie potępiła postawę naszego rodaka.

Poniżej prezentuje materiał video z eksperymentu dostępny na portalu Youtube.com:

 

 

Tymczasem Agata Komosa, publicystka i autorka portalu NaTemat.pl, w tekście komentującym szwedzki eksperyment pt. "Co jest k..wa?" i dawaj go po ryju. Nie rozumiem zachwytu polskim obrońcą kobiet, pisze m.in. rzecz następującą:

 

"Drogi Polaku ze Szwecji. Dziękuję, że stanąłeś w obronie tej pani. Ale to właśnie agresja, którą zaprezentowałeś, jest siłą napędowa przemocy. Takiej jak ta wobec kobiet w przestrzeniach publicznych, takiej jak ta wobec dzieci, wobec innych mężczyzn. Ta siła złości, atawistyczna potrzeba wyżycia się, jest zawsze bronią obosieczną, bo jeśli to agresja jest pierwszą reakcją na zagrożenie, to będzie ona też pierwszym wyborem przy złości, rozczarowaniu czy lęku. A wtedy ofiarami mogą być ci, w których obronie nasz agresor stawał w przeszłości."

 

Po tym tekście nie mam wątpliwości - NaTemat.pl nie jest portalem informacyjno-publicystycznym. To stan umysłu... :-)

 

Źródło: Violence Against Women (Social Experiment) (youtu.be)

wpis z dnia 17/02/2016

  


  

     Seria posmoleńskich zgonów. Zagadkowa śmierć kluczowego świadka w/s SKOK Wołomin... Im większa wiedza, tym wyższe ryzyko śmierci w dziwnych okolicznościach?
wpis z dnia 16/02/2016

 

Nie żyje płk Sławomir Berdychowski - były GROM-owiec, twórca jednostki specjalnej "Agat", przyjaciel gen. Petelickiego. Zastrzelił się z własnej broni. Nagła i niespodziewana śmierć osoby, co do której nikt nie podejrzewał, że może targnąć się na własne życie, automatycznie przywołuje sprawę całej serii tajemniczych zgonów osób wiązanych ze Smoleńskiem czy historię niewyjaśnionej śmierci kluczowego świadka w/s SKOK Wołomin. Czy za zbyt rozległą wiedzę czasem płaci się najwyższą cenę?

Eugeniusz Wróbel, gen. Konstantin Moriew, Dariusz Szpineta, gen. Sławomir Petelicki oraz chor. Remigiusz Muś. Wszyscy oni byli powiązani z katastrofą z 10/04/2010 lub wypowiadali się publicznie na jej temat. Wszyscy oni wkrótce popełnili samobójstwa lub zostali zamordowani:

1) dr Eugeniusz Wróbel - jako pierwszy wydał opinię, że zniszczenia Tu-154M nie mogły powstać w wyniku zderzenia z ziemią. Został zamordowany 15 października 2010 roku. Jego ciało zostało poćwiartowane i wrzucone do jeziora. Według oficjalnej wersji miał tego dokonać jego syn, który podczas pierwszego przesłuchania przyznał się do zarzucanych mu czynów, ale później swoje zeznania odwołał. Prokuratura umorzyła postępowanie, bowiem stwierdzono że syn Wróbla jest niepoczytalny i umieszczono go na czas nieokreślony w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

2) gen. Konstantin Moriew - naczelnik FSB w obwodzie twerskim. Pod koniec sierpnia 2011 roku zginął śmiercią samobójczą (strzał w głowę ze służbowego pistoletu). Gen. Moriew jako pierwszy przesłuchiwał kontrolerów lotu znajdujących się na wieży smoleńskiego lotniska 10 kwietnia 2010 r. (strona rosyjska w lipcu 2010 r., za zezwoleniem strony polskiej, anulowała treść tego przesłuchania, przesyłając zmienione stenogramy).

3) Dariusz Szpineta - niezależny ekspert lotniczy, instruktor, pilot oraz prezes spółki lotniczej Ad Astra S.A. Z pozycji eksperta lotniczego kwestionował on rządowe ustalenia na temat katastrofy smoleńskiej (wskazywał jednoznacznie, że lot Tu-154M z 10/04/2010 był lotem wojskowym, a nie cywilnym). Na początku grudnia 2011 roku powiesił się w hotelowej łazience w egzotycznej miejscowości turystycznej na wschodnim krańcu Indii, pomiędzy Himalajami a Birmą. 

4) gen. Sławomir Petelicki - bezkompromisowego krytyk działań rządu Tuska w sprawie katastrofy smoleńskiej. Petelicki ujawnił treść sms wysłanego do członków PO tuż po katastrofie, którego autorami mieli być najważniejsze osoby w tej partii: "Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 m. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił". Według generała SMS musiał wyjść z kręgu: Donald Tusk, Tomasz Arabski, Paweł Graś. 16 czerwca 2012, tuż przed meczem EURO2012 Polska-Czechy, którym żyła wówczas cała Polska, gen. Petelicki we własnym garażu popełnia samóbojstwo strzelając sobie w głowę.

5) chor. Remigiusz Muś - technik pokładowy z Jaka-40 (wylądował w Smoleńsku na godzinę przed planowanym lądowaniem rządowego Tu-154M). Chor. Muś zeznał, że słyszał trzy wybuchy tuż przed rozbiciem polskiego tupolewa. Ponadto słyszał jak wieża kontroli lotów nakazuje zejść pilotom Tu-154M do wysokości 50 metrów (a nie 100, jak jest w oficjalnych stenogramach MAK-u). Pod koniec października 2012 roku powiesił się w piwnicy swojego bloku.

W zakresie tajemniczych zgonów warto jeszcze wspomnieć o aferze SKOK-u Wołomin. Piotr P., były oficer Wojskowych Służb Informacyjnych (wcześniej prezes fundacji Pro Civili), jako członek rady nadzorczej SKOK-u Wołomin wymyślił proceder wyłudzania kredytów w nadzorowanej przez siebie instytucji. Do wołomińskiego SKOK-u zgłaszali się umyci, odpowiednio przygotowani i ubrani w garnitury bezdomni i menele, którzy otrzymywali podrobione dokumenty świadczące o ich zdolności kredytowej. Po przejściu procedury weryfikacyjnej przyznawano na ich rzecz (lub na ich fikcyjne firmy) kredyty w wysokości od kilkudziesięciu tysięcy do kilku milionów złotych. Bezdomni oczywiście tych pieniędzy nigdy na oczy nie widzieli. Ich rolą było jedynie "użyczenie tożsamości". W zamian mogli liczyć na alkohol czy drobne wynagrodzenie w gotówce. Całą kasę z wyłudzonych kredytów zgarniała zorganizowana grupa przestępcza pod kierownictwem byłego oficera WSI - Piotra P. Zdaniem śledczych w latach 2009 - 2014 przywłaszczyli sobie oni w ten sposób nie mniej niż 100 mln zł (tyle oficjalnie się doliczono). W praktyce jednak łączna kwota wyłudzonych kredytów mogła być dużo większa. 

Rekrutującym dla szajki Piotra P. wspomnianych bezdomnych i meneli (tzw. "słupów") był mieszkaniec Szczecina. Doskonale wiedział on jak wygląda proces wyłudzania kredytów, a ponadto znał bezpośrednio osoby, które były "mózgiem" tej operacji. Prawdopodobnie ta wiedza okazała się być dla niego śmiertelna. Wkrótce po tym jak sprawa wyłudzanych kredytów wyszła na jaw, a do aresztu trafili szefowie wołomińskiego SKOK-u (październik 2014) - człowiek, który rekrutował "słupów" został znaleziony martwy w swoim mieszkaniu w Szczecinie. Zamordowana została także jego partnerka. Morderstwo kluczowego świadka w tej aferze może bardzo skomplikować śledczym dojście do prawdy i ustalenie kto jeszcze - oprócz Piotra P. - stał za tym procederem i do jakich środowisk trafiały pieniądze z wyłudzone ze SKOK-u Wołomin...

 

Czytaj więcej: Najpiękniej milczy trup (UwazamRze.pl)
Czytaj więcej: Tajemnicza śmierć w sprawie SKOK Wołomin. Miał być szefem "słupów", znaleźli go martwego (Tvn24.pl) 
Czytaj więcej: Tajemnicza śmierć twórcy jednostki Agat. Sławomir Berdychowski nie żyje, popełnił samobójstwo (polskatimes.pl)

 

wpis z dnia 16/02/2016

    


  

     W 2016 r. na wypłatę emerytur zabraknie 52 mld zł! Aż tyle wyniesie deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych
wpis z dnia 15/02/2016

 

Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, czyli finansowe zaplecze ZUS, jest w fatalnym stanie. Pobierane od pracujących Polaków obowiązkowe składki na ubezpieczenia społeczne nie wystarczają na wypłatę bieżących rent i emerytur. Szacuje się, że w tym roku zabraknie na ten cel aż 52 mld zł. Niestety, bez poważnych reform w systemie przyznawania i wypłacania emerytur służbom mundurowym, górnikom, nauczycielom, kolejarzom, sędziom, prokuratorom oraz rolnikom - z roku na rok będzie coraz gorzej!

Utrzymywanie przez państwo licznych grup uprzywilejowanych w postaci służb mundurowych, górników, nauczycieli, kolejarzy, sędziów, prokuratorów czy rolników powoduje, że nie sposób zebrać za pośrednictwem składek na ubezpieczenia społeczne środków finansowych, które by pokryły koszty wypłaty bieżących rent czy emerytur. Co roku Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS), czyli finansowe zaplecze ZUS, odnotowuje gigantyczne deficyty, które - aby każdy emeryt lub rencista mógł dostać swoje świadczenie na czas - muszą być pokrywane różnego rodzaju dotacjami lub bezzwrotnymi pożyczkami z budżetu państwa. W ten sposób środki zabrane podatnikom, które w normalnym trybie powinny być przeznaczone na armię, ochronę zdrowia czy budowę nowych dróg, muszą być przekazywane do FUS, tak by ZUS mógł wszystkim wypłacić emerytury na czas.

W ubiegłym roku deficyt FUS (czyli brakująca kwota na wypłatę rent i emerytur, którą nie były w stanie pokryć składki na ZUS) wyniósł 52,4 mld zł. Niestety w tym roku będzie podobnie. Sam ZUS szacuje, że składki na ubezpieczenia społeczne pokryją w 2016 roku jedynie 74 proc. wydatków związanych z wypłatą rent i emerytur. Resztę, tj. około 52 mld zł, trzeba będzie wyłożyć z budżetu państwa. Ta niewątpliwie patologiczna sytuacja będzie niestety trwała dopóki poszczególne - i dość liczne - grupy zawodowe będą raczone nadmiernymi przywilejami emerytalnymi. 

 

Źródło: Deficyt FUS przekroczy w tym roku 50 mld zł (GazetaPodatnika.pl)
Źródło: ZUS: wydolność FUS wzrośnie w '16 r. do 74 proc. (Onet.pl)

wpis z dnia 15/02/2016

   


 

     Pytanie do premier Szydło: Kiedy ujawni raport nt. informatyzacji ZUS za lata 2008-2013, który przed opinią publiczną utajniła jej poprzedniczka?
wpis z dnia 13/02/2016

 

Przypomnijmy - raport pokontrolny KPRM nt. informatyzacji ZUS w latach 2008-2013 powstał we wrześniu ubiegłego roku. Jedną z pierwszych decyzji Ewy Kopacz, po objęciu przez nią funkcji premiera, było jego utajnienie przed opinią publiczną. Do treści raportu miała dostęp jedynie wąska grupa osób, w tym szef CBA - Paweł Wojtunik, który po analizie wyników kontroli podjął decyzję o przesłaniu do Prokuratora Generalnego zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Władza się zmieniła, ale raport jest nadal tajny? Dlaczego?

Na początku 2014 roku Kancelaria Prezesa Rady Ministrów (KPRM) zleciła kontrole w ZUS-ie dotyczącą "wybranych aspektów zarządzania systemami i zasobami IT w latach 2008-2013". Raport z tej kontroli powstał we wrześniu 2014 r., ale jedną z pierwszych decyzji Ewy Kopacz, jako nowego premiera, było utajnienie jego wyników. Jaki był tego powód? - Możemy jedynie spekulować. Nieoficjalnie mówi się, że kontrola wykazała poważne nieprawidłowości w funkcjonowaniu i kosztach obsługi systemu informatycznego w okresie, kiedy u władzy była ekipa PO-PSL. Nie wykluczone zatem, że ówczesny rząd panicznie bał się reakcji opinii publicznej na temat przekrętów i nieprawidłowości przy informatyzacji ZUS, na którą do dziś wydano już wiele miliardów złotych. To mogłoby tłumaczyć decyzję tamtej władzy o utajnieniu wyników kontroli w ZUS. 

Celnie sprawę skomentował swego czasu Krzysztof Kolany z portalu Bankier.pl:

 

"Jeśli władza coś utajnia, to można być pewnym, że mamy do czynienia z oszustwem, korupcją lub zwykłą nieudolnością. Skandal jest tym większy, że przecież ZUS operuje pieniędzmi podatników, którzy mają prawo wiedzieć, co dzieje się z ich „składkami”. To fundament demokratycznego państwa prawa".

 

Co ciekawe - do treści raportu miał dostęp szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego - Paweł Wojtunik. Po analizie wyników kontroli podjął on decyzję o przesłaniu zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa do prokuratora generalnego. O szczegółach i powodach nie chciał jednak poinformować opinii publicznej. Postępowanie w tej sprawie wszczął Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie. Niemal w tym samym czasie Zbigniew Derdziuk - ówczesny prezes ZUS - złożył dymisję. Jako powód swojej decyzji podał "wypełnienie misji".

Ekipę Platformy Obywatelskiej przed ujawnieniem wyników kontroli mógł powstrzymywać paniczny strach. Strach przed reakcją opinii publicznej na temat przekrętów i nieprawidłowości przy informatyzacji ZUS, jakie miały miejsce pod ich nosem, kiedy rządzili. Władza się jednak zmieniła i premierem została Beata Szydło. Co zatem obecnie stoi na przeszkodzie, aby wspomniany raport ujawnić? Czy rzeczywiście jest w nim coś, czego opinia publiczna może się nie spodziewać?

 

Czytaj także: Kancelaria premiera utajnia raport o ZUS (Bankier.pl)
Czytaj także: Utajniona kontrola w ZUS. Czy kancelaria premiera obchodzi prawo ukrywając raport? (Money.pl)

wpis z dnia 13/02/2016

   


  

     Niemcy się zbroją? W samym tylko styczniu wydano 21 tys. nowych pozwoleń na broń

 

U naszych zachodnich sąsiadów odnotowano skokowy wzrost wydanych pozwoleń na broń. W styczniu wydano 21 tys. takich pozwoleń, a ich łączna liczba przekroczyła już 301 tys. Ciekawe kogo Niemcy tak zaczęli się obawiać i czy ma to związek z dotychczasowymi decyzjami Angeli Merkel? 

W kontekście powyższej informacji warto również przypomnieć, że nasi zachodni sąsiedzi coraz częściej organizują coś na wzór osiedlowych patroli bezpieczeństwa, które mają pilnować porządku publicznego - szczególnie po zapadnięciu zmroku. 

Pojawiają się oczywiście głosy krytyczne. Cytowana przez "Frankfurter Allgemeine Zeitung" była policjantka, a obecnie członek partii Zielonych - Irene Mihalic - twierdzi, że wzrost wydanych pozwoleń na broń może to doprowadzić do tragedii:

 

"Wyobraźmy sobie, że podczas dużych imprez masowych, takich jak zabawy karnawałowe, ludzie zaczną pochopnie używać tej broni. To może doprowadzić tylko chaosu i eskalacji przemocy".

 

Z innej strony patrząc wzrost wydanych pozwoleń na broń w Niemczech nie powinien nas jednak dziwić, jeśli wsłuchamy się w słowa mieszkanki francuskiego Calais, która opowiada o aktualnej sytuacji w jej mieście:

 

 

Źródło: Angst vor Gewalt Immer mehr Deutsche besorgen sich kleinen Waffenschein (FAZ.net)
Źródło: Resident of Calais speaks. This is the death of civilization (Youtube.com)

wpis z dnia 12/02/2016

  


  

     Paranoja! Właściciele zagranicznych hipermarketów nie protestują przeciwko nowemu podatkowi, bo... ma on szansę uderzyć w polskie sklepy!
wpis z dnia 11/02/2016

 

Wygląda na to, że PiS przekombinował. Podatek, który w założeniu miał głównie uderzyć w zagraniczne sieci handlowe prawdopodobnie przyczyni się do pogorszenia sytuacji finansowej sklepów i sieci kontrolowanych przez polski kapitał. Jako kuriozalną można zaś określić sytuację, w której po ogłoszeniu założeń do podatku obrotowego kurs akcji Jeronimo Martins (właściciela Biedronki) wystrzelił do góry aż o 7 proc.! Widać, że ktoś bardzo się ucieszył z kształtu nowego fiskalnego obciążenia...

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - ogólny zamysł wprowadzenia podatku obrotowego od największych sieci handlowych należy oceniać pozytywnie. Wielkie - głównie zagraniczne - sieci handlowe obracają w naszym kraju potężnymi pieniędzmi. Dzięki różnego rodzaju optymalizacjom podatkowym nie dzielą się jednak wypracowanym dochodem z polskim fiskusem. Mimo gigantycznych obrotów ostateczna kwota podatku CIT potrafi być ustalona na żenującą niskim poziomie lub nawet sięgnąć wartość 0,00 zł. Niejako przy okazji zagraniczne podmioty koszą rodzimą konkurencję w postaci sklepów kontrolowanych przez polski kapitał. 

Podatek obrotowy od hipermarketów i dużych sieci handlowych miał załatwić sprawę ostatecznie. Zagraniczne podmioty miały przestać dzięki niemu unikać opodatkowania. Stosowana do tej pory optymalizacja podatkowa miała się już najzwyczajniej w świecie nie opłacać. Okazało się jednak, że nowy fiskalny obowiązek istotnie dotknie również niewielkie sklepy kontrolowane przez polski kapitał, które - aby skutecznie walczyć z konkurencją w postaci zagranicznych hipermarketów - postanowiły skupić się w lokalne sieci handlowe czy franczyzowe. Według forsowanych przez Ministerstwo Finansów propozycji one również miałyby płacić nowy podatek niemal na równi z zagranicznymi hipermarketami.

Paweł Biedrzycki ze StrefyInwestorow.pl pisze wprost: 

 

"Nowy podatek przeciwdziała naturalnym procesom konsolidacji w polskim handlu, a tylko tak nasi rodzimi handlowcy mogą przeciwstawić się naporowi zagranicznych sieciówek".

 

Powyższe zdanie można interpretować w sposób następujący - nowy podatek zamiast uderzyć we właścicieli zagranicznych sklepów wielkopowierzchniowych, najmocniej dotknie właścicieli polskich sklepów. 

Pisałem już o tym, ale nie zaszkodzi powtórzyć - PiS stąpa po cienkim podatkowym lodzie. Jeśli się zarwie, to ciężko będzie wrócić na powierzchnie. W sprawie nowego podatku cała nadzieja w... Ministerstwie Finansów. Zgodnie z opublikowanym wczoraj komunikatem szef resortu Paweł Szałamacha zapowiedział wprowadzenie istotnych zmian do projektu, które miałyby odciążyć drobnych właścicieli polskich sklepów skupionych w sieciach franczyzowych.

 

Źródło: Lidl i Biedronka już się cieszą z nowego podatku, bo zatrzyma rozwój polskiego handlu (StrefaInwestorow.pl)
Zobacz także: MF przepracuje projekt podatku od sprzedaży (Bankier.pl)

wpis z dnia 11/02/2016

   


  

     Opłaty licencyjne, bezsensowne pożyczki, gigantyczne koszty podatkowe - zobacz jak zagraniczne firmy drenują pieniądze z Polski!
wpis z dnia 10/02/2016

 

W ciągu blisko 27 lat istnienia III RP benefity i kupony od gospodarczego wzrostu odcinały głównie dwie grupy - ustawiona okrągłostołowym "dealem" nomenklatura PRL oraz firmy kontrolowane przez zagraniczny kapitał. Te drugie, nie dość, że mocno uprzywilejowane (mnóstwem specjalnych stref ekonomicznych), to jeszcze zaczęły się specjalizować w procesach gigantycznego drenażu pieniędzy poza granice naszego kraju. Dzięki temu owoce wspomnianego wzrostu płyną dziś szerokim strumieniem do Berlina, Londynu czy Paryża. 

Okazuje się, że 500 największych firm z kapitałem zagranicznym, które w latach 2011-2013 działały na terytorium Polski, odprowadziło ponad dwa razy mniej podatku CIT niż 500 największych firm z polskim kapitałem. Z raportu organizacji Global Financial Integrity (GFI) wynika, że Polska jest liderem w UE jeśli chodzi o drenaż środków finansowych przez zagraniczne podmioty. Oficjalne statystyki NBP na temat bilansu płatniczego Polski również nie napawają optymizmem. W ciągu ostatnich 10 lat zagraniczne koncerny, rządy czy instytucje unijne wytransferowały poza granice naszego kraju równowartość ok. 540 mld zł!

Jak to jest możliwe? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Firmy kontrolowane przez zagraniczny kapitał robią dosłownie wszystko, aby zostawić w Polsce jak najmniej zarobionych pieniędzy. Są trzy główne sposoby drenowania środków finansowych poza granice: 

1) Sposób pierwszy to generowanie sztucznych kosztów podatkowych, tak aby na papierze ograniczyć dochód do opodatkowania przez państwo (dzięki takim "optymalizacjom" podatkowym właściciele np. zagranicznych hipermarketów istotnie ograniczają sobie wysokość podatku CIT do zapłaty polskiemu fiskusowi). 

2) Sposób drugi, to stosowanie wszelkiego rodzaju opłat licencyjnych wobec spółek-córek w Polsce za możliwość wykorzystania loga, marki czy tzw. know-how zagranicznej spółki-matki. Dzięki temu działająca na terytorium Polski spółka kontrolowana przez zagraniczny kapitał wcale nie musi osiągać zysków, aby dywidendą zasilać konta swoich właścicieli. Wystarczy, że za możliwość wykorzystywania kwadraciku z takim, czy innym kolorem firma-córka w Polsce zapłaci z góry firmie-matce w Paryżu, Londynie czy Berlinie np. 200 mln zł. 

3) Sposób numer trzy to udzielanie spółce-córce w Polsce zupełnie bezsensownych pożyczek przez spółkę-matkę z siedzibą zagranicą, nawet w sytuacji kiedy kondycja finansowa spółki działającej w naszym kraju jest doskonała. W ten sposób spółka-córka będzie musiała zwrócić kwotę pożyczki powiększoną o nieraz potężne odsetki. A wszystko w majestacie prawa. 

Milton Friedman (noblista, guru wolnorynkowej ekonomii) już w 1990 roku ostrzegał Polaków: "Pamiętajcie jedno: zagraniczni inwestorzy nie będą inwestować w Polsce po to, by pomóc Polsce, lecz po to, by pomóc sobie. Cudzoziemcy powinni mieć pełną swobodę inwestowania w Polsce, ale tylko wtedy, gdy będzie to w interesie Polski. Można to zrobić poprzez stworzenie cudzoziemcom takich samych reguł gry, jakie obowiązują Polaków, nie należy dawać im żadnych specjalnych przywilejów, ulg czy zwolnień podatkowych".

Wielka szkoda, że rządzący wówczas naszym krajem go nie posłuchali.

 

Czytaj także: NIK o kontroli firm z udziałem kapitału zagranicznego (NIK.gov.pl)

 

wpis z dnia 10/02/2016

    


  

     Płace w Polsce są drastycznie zaniżone! Nasza wydajność liczona wg PKB to 60 proc. unijnej średniej, lecz godzinowe wynagrodzenie to zaledwie 33 proc. średniej UE!
wpis z dnia 9/02/2016

 

Według oficjalnych statystyk wydajność pracy przeciętnego polskiego pracownika (rozumiana jako wartość wytworzonego PKB w ciągu godziny) oscyluje w granicach 60 proc. unijnej średniej. Tymczasem godzinowy koszt pracy (w skład którego wchodzi przede wszystkim pensja pracownika), to zaledwie ok. 33 proc. unijnej średniej! Stąd wynika tak wielka różnica? - To proste. Większość owoców wzrostu gospodarczego naszego kraju wciąż drenowana jest szerokim strumieniem poza granice.

W kontekście wydajności liczonej do PKB oraz godzinowych kosztów pracy warto jeszcze zwrócić uwagę na statystykę opisującą udział płac otrzymywanych przez Polaków w relacji do PKB wytwarzanego przez nasz kraj. Wskaźnik ten pokazuje, jaka część wytworzonego PKB została przeznaczona na potrzeby ludzi w formie wynagrodzeń za pracę, składek emerytalno-rentowych i zdrowotnych oraz podatków na sfinansowanie tzw. konsumpcji zbiorowej, np. szkolnictwa i transportu publicznego, przychodni i szpitali itp. Generalnie zasada jest prosta: im wyższy udział kosztów związanych z zatrudnieniem w relacji do PKB danego kraju, tym większy panuje dobrobyt.

Okazuje się, że wskaźnik "płace do PKB" w naszym kraju jest na dramatycznie niskim poziomie. W Wlk. Brytanii do pracowniczych kieszeni i fiskusa trafia prawie 60 proc. PKB. W Niemczech - 57 proc. PKB. Średnia dla całej UE to 56 proc. PKB. W Polsce w 2014 r. wskaźnik ten wynosił zaledwie 46 proc. PKB, co dało nam zaszczytne miejsce w ogonie państw należących do Unii Europejskiej (wyprzedzamy Litwę i Rumunię). 

Tak niski poziom wskaźnika oznacza, że ogromna część owoców wzrostu gospodarczego z ostatnich lat w ogóle nie trafia do portfeli Polaków. Jest najzwyczajniej w świecie drenowana poza granice, przez firmy, których siedziby znajdują się w Berlinie, Paryżu czy Londynie. To też tłumaczy dlaczego godzinowy koszt pracy w naszym kraju (w skład którego wchodzi przede wszystkim wynagrodzenie pracownika), to zaledwie ok. 33 proc. unijnej średniej...

 

Czytaj także: Witajcie w kraju złej pracy (Jagiellonski24.pl)

wpis z dnia 9/02/2016

   


  

     Unia znowu martwi się o Polskę, bo deficyt ma urosnąć do 3,4% PKB. Za rządów PO-PSL deficyt wzrósł do 7,1% PKB, ale wówczas się tak nie zamartwiali
wpis z dnia 8/02/2016

 

Unijni biurokracji znowu są zaniepokojeni sytuacją w naszym kraju. Tym razem wyszło im, że w 2017 roku deficyt budżetowy Polski wzrośnie z 2,8 do 3,4% PKB i będzie wyższy niż przewiduje unijna norma (3,0%). Powstaje jednak pytanie - dlaczego Bruksela nie zamartwiała się tak sytuacją w Polsce, kiedy za rządów PO-PSL (2009 r.) deficyt budżetowy naszego kraju wzrósł do poziomu 7,1% PKB? Dlaczego establishmentowe media wówczas nie alarmowały i natarczywie nie pytały o przyczyny takiego stanu rzeczy?

Paweł Szałamacha - minister finansów w rządzie Beaty Szydło - stara się przekonać, że realizacja przedwyborczych obietnic PiS nie przyczyni się do wzrostu deficytu budżetowego powyżej 3,0% PKB. Wiary w jego zapewnienia nie daje póki co Komisja Europejska. Według wyliczeń unijnych eurokratów, o ile w 2016 roku nie powinno być problemu, bo deficyt wyniesie 2,8% PKB, to w 2017 roku problem ma być już widoczny, gdyż deficyt osiągnie pułap 3,4% PKB.

Co ciekawe - Komisja Europejska nie zamartwiała się tak intensywnie nad Polską, kiedy w 2009 roku deficyt budżetowy wystrzelił do 7,1% PKB. Wówczas eurokraci oraz przedstawiciele establishmentowych mediów nie wyrażali co chwila głębokiego zaniepokojenia, nie alarmowali i nie pytali natarczywie o przyczyny. Owszem - została wszczęta unijna procedura nadmiernego deficytu, ale nikt nie przeżywał tego tak, jakby właśnie miał się zawalić świat. 

Co innego teraz, kiedy w 2016 roku deficyt naszego kraju ma się zbliżyć do 3,0% PKB, a w przyszłym ma przekroczyć pułap 3,4% PKB. Niektórych eurokratów, zagranicznych dziennikarzy oraz lokalnych okrągłostołowych publicystów ogrania z tego tytułu jakaś paranoja. W tym kontekście zasadnym wydaje się być pytanie - czy to, że teraz dominuje histeryczna narracja, a wcześniej był spokój, ma związek tylko i wyłącznie z faktem, że uprzednio rządziła Platforma Obywatelska, a obecnie Prawo i Sprawiedliwość?

 

Źródło: Bruksela martwi się o nasze finanse (Bankier.pl)
Źródło: Eurostat: Polski deficyt budżetowy powyżej średniej unijnej (Bankier.pl)

wpis z dnia 8/02/2016

   


  

     Dlaczego platformiane władze zniszczyły ponad 400 stron tajnych dokumentów dotyczących Smoleńska?
wpis z dnia 7/02/2016

 

Taka ciekawostka: prowadzący działalność gospodarczą mają w naszym kraju obowiązek przechowywania dokumentacji firmowej - w zależności od tego czym się zajmują - od minimum 5 do nawet 50 lat. Tymczasem MON, pod zarządem platformianej ekipy, postanowiło zniszczyć ponad 400 stron tajnych dokumentów dotyczących tragedii z 10.04.2010 r. już po upływie 1,5 roku od chwili katastrofy!

Chcę to jednoznacznie podkreślić - nie twierdzę, że 10.04.2010 r. w Smoleńsku doszło do zamachu. Uważam, że póki co nie ma na to przekonywującego dowodu. Ważne jest jednak, aby przyczyny tej katastrofy określić w sposób pewny i jednoznaczny niezależnie od tego, kto sprawuje aktualnie władze. 

Niestety to, co działo się przez blisko sześć ostatnich lat w sprawie wyjaśniania przyczyn tej tragedii jest zaprzeczeniem prawidłowo przeprowadzonego śledztwa - szczególnie w kwestii przekazywania do publicznej wiadomości oficjalnych informacji przez służby, których zadaniem było ustalenie tego, co się w Smoleńsku stało. Wrak samolotu, jak i czarne skrzynki znajdują się nadal na terenie Federacji Rosyjskiej i nikt nie wie kiedy miałyby do Polski wrócić. Kontrolerzy lotu, którzy tuż przed zderzeniem rządowego Tu-154M z ziemią, mówili pilotom, że znajdują się "na kursie i scieżce", mimo iż od kursu i ścieżki byli daleko, nie ponieśli żadnych konsekwencji. O konsekwencjach politycznych nie będę wspominał, wszak wg byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego "państwo zdało egzamin".

Teraz okazało się, że MON pod zarządem platformianej ekipy już po upływie 1,5 roku od chwili katastrofy postanowiło zniszczyć ponad 400 stron tajnych dokumentów dotyczących tragedii z 10.04.2010 r.! Bezpowrotnie utracono m.in. wszystkie meldunki dotyczących sprawy smoleńskiej, które napływały do Sztabu Generalnego w dniu katastrofy. W tym kontekście warto sobie uświadomić, że właściciel kiosku z warzywami musi przechowywać swoje paragony i faktury przez okres minimum 5 lat. Tymczasem platformiane władze w bezprecedensowej sprawie postanowiły zniszczyć ważne dokumenty już po kilkunastu miesiącach. Tak, państwo zdało wówczas egzamin.

 

Czytaj więcej: Jest protokół zniszczenia dokumentów z 10 kwietnia 2010 roku. MON potwierdza jego autentyczność (Tvp.info)
 
wpis z dnia 7/02/2016

   


 

     Dlaczego Rosja ciągle ćwiczy wojskowe ataki na kraje bałtyckie, Szwecję i Polskę? Czy ktoś może odpowiedzieć na to pytanie?
wpis z dnia 5/02/2016

 

Kilka dni temu na jaw wyszła informacja, że Rosja ćwiczyła symulowany atak atomowy na Szwecję. Wcześniej, podczas wspólnych manewrów białorusko-rosyjskich "ZAPAD", około 100 tys. żołnierzy ćwiczyło uderzenie konwencjonalne na Warszawę i państwa bałtyckie. Co się dzieje? Dlaczego armia Federacji Rosyjskie w ciągu 3 ostatnich lat przeprowadziła co najmniej 18 dużych symulacji ofensywnych, z których spora część dotyczyła naszego regionu? Czy Moskwie, zamiast manewrów wymierzonych w Warszawę, nie bardziej opłacałoby się wejść z nami w interesy?

Nie ma roku, w którym wojska naszego wschodniego sąsiada nie ćwiczyłyby ofensywy militarnej na kraje bałtyckie, Szwecję i Polskę. Nie ma roku, w którym nie organizowano by manewrów symulujących atak na tzw. bliską zagranicę (tak w doktrynie wojennej Rosji nazywa się region Morza Bałtyckiego). Praktycznie nie ma miesiąca, w którym rosyjskie bombowce nie naruszałyby przestrzeni powietrznej czy to Polski, czy Szwecji, czy też państw bałtyckich. Dlaczego w ciągu 3 ostatnich lat wojska Federacji Rosyjskiej przeprowadziły co najmniej 18 dużych symulacji ofensywnych, z których większość dotyczyła regionu Morza Bałtyckiego? Czy dlatego, że Rosja chce w najbliższym czasie zająć Estonię, Łotwę i Litwę? 

W zakresie tej ostatniej kwestii warto przytoczyć wypowiedź sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaja Patruszewa, który w wywiadzie dla "Rossijskaja Gaziety" stwierdził wprost:

 

"Jeśli NATO poprze Ankarę (w toku ewentualnej wojny z Rosją), z naszej strony odpowiedź będzie jak najbardziej logiczna - inwazja państw bałtyckich. I wszystkie państwa bałtyckie - nasze. Całkowicie bez żadnych strat. Wystarczająco szybko."

 

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - każdy konflikt zbrojny między "Wschodem" a "Zachodem" toczony w naszym regionie Europy, będzie dla Polski fatalny w skutkach. Nie jesteśmy Luksemburgiem, czy choćby nawet Czechami, przez co tzw. teatr działań wojennych może spustoszyć nasz kraj doszczętnie i spowodować śmierć setek tysięcy - a może nawet i milionów - osób. Dlatego z Rosją należy koniecznie utrzymywać poprawne relacje. Należy dążyć do porozumienia i dialogu. Wbrew pozorom jest sporo przestrzeni do prowadzenia wspólnych interesów. Trudno jednak taki stan rzeczy osiągnąć widząc organizowane cyklicznie ofensywne manewry wojskowe, takie jak "ZAPAD", w trakcie których 100 tys. żołnierzy ćwiczy atak na Warszawę...

 

Źródło: Zapad 2013: "Ćwiczono uderzenie na Polskę i państwa bałtyckie"
Źródło: Rosyjskie wojska ćwiczą atak na Polskę? (Interia360.pl)
Źródło: Rosja ćwiczyła symulowany atak atomowy na Szwecję (Bankier.pl)
Źródło: Sekretarz Rady Bezpieczeństwa grozi zajęciem państw bałtyckich! (wPolityce.pl)

wpis z dnia 5/02/2016

  


  

     Szokujące dane GUS: Po 12 latach spędzonych w UE ok. 6,2 mln Polaków nadal żyje w ubóstwie lub skrajnej biedzie!
wpis z dnia 4/02/2016

 

Zdaniem Głównego Urzędu Statystycznego co najmniej 6,2 mln Polaków żyje w relatywnym ubóstwie (czyli w gospodarstwach domowych gdzie wydatki wynosiły mniej niż 1/2 średnich wydatków ogółu gospodarstw domowych), z czego aż 2,8 mln w skrajnej biedzie, czyli poniżej progu dochodów zapewniających biologiczną egzystencję. Jakby tego było mało 12 mln Polaków nie posiada żadnych oszczędności, a najczęściej spotykana wypłata w Polsce to zaledwie 1786 zł netto! A to wszystko w 12 lat po wstąpieniu do "raju" jakim jest UE.

Ponad dekada w Unii Europejskiej nie wpłynęła znacząco na strukturę zamożności polskiego społeczeństwa. Z opublikowanego właśnie przez GUS raportu na temat ubóstwa w Polsce wynika, że aż 6,2 mln osób żyje w tzw. relatywnym ubóstwie. To oznacza, że gospodarstwa domowe, w których te osoby żyją wydają mniej niż wynosi 1/2 przeciętnych wydatków ogółu wszystkich gospodarstw domowych w Polsce (w praktyce oznacza, to miesięczny dochód rozporządzalny jest niższy niż 1 tys. zł na osobę). Aż 2,8 mln Polaków zdaniem GUS żyje w tzw. skrajnej biedzie, czyli nie osiąga progu miesięcznych dochodów, które w teorii mają zapewnić biologiczną egzystencję.

Z innych badań wynika, że ok. 12 mln dorosłych Polaków nie posiada żadnych oszczędności, bowiem wszystko to, co uda im się zarobić przeznaczają na bieżące wydatki egzystencjalne. Dane te nie powinny nas jednak dziwić, jeśli przytoczymy inne statystki GUS, z których wynika, że najczęściej wypłacanym wynagrodzeniem w naszym kraju jest kwota... 1786 zł netto.

Wiele lat spędzonych w Unii Europejskiej przyniosło pozytywne rezultaty, szczególnie w kwestii szeroko rozumianej infrastruktury, która w porównaniu z 2004 rokiem stoi na zupełnie innym poziomie. Nie da się tego pominąć rozważając bilans naszego dotychczasowego członkostwa w tej organizacji. W warstwie zasadniczej nie wiele się jednak zmieniło. Nadal znacznie więcej czasu poświęcamy na pracę niż przeciętny obywatel UE (pracujemy mniej więcej o 1/4 dłużej). Jednocześnie otrzymujemy kilkukrotnie niższe wynagrodzenia (nasze wypłaty są nawet 4-krotnie mniejsze niż na Zachodzie). To sprawia, że - wg oficjalnych statystyk - co najmniej 6,2 mln Polaków ledwo wiąże koniec z końcem doświadczając na co dzień ubóstwa lub skrajnej biedy.

 

Źródło: Raport o polskiej biedzie. W skrajnym ubóstwie żyje co dziesiąte dziecko (kurier.pap.pl)
Źródło: Struktura wynagrodzeń według zawodów (stat.gov.pl)
Źródło: Tylko połowa Polaków posiada oszczędności (Pb.pl)

wpis z dnia 4/02/2016

   


  

     Przetarg na informatyzację ZUS mógł być ustawiony - twierdzi Urząd Zamówień Publicznych. I co? - I nic! Prezes urzędu rezygnuje z wytoczenia powództwa!
wpis z dnia 3/02/2016

 

Na pierwszy rzut oka wydaje się to być niewiarygodne! Raport Urzędu Zamówień Publicznych (UZP) potwierdził, że przetarg na informatyzację ZUS był w praktyce przez państwowego ubezpieczyciela ustawiony. Beneficjentem miała być firma Asseco. Wątpliwości potwierdziła Krajowa Izba Odwoławcza. I co? - I nic! Prezes UZP miał dwie możliwości: Albo wytoczyć powództwo sądowe o unieważnienie przetargu, albo zamknąć postępowanie. Wybrał tę drugą...

Urząd Zamówień Publicznych (UZP) zbadał warty 731 mln zł przetarg z 2013 roku dotyczący utrzymania systemu informatycznego ZUS na lata 2013-2016. Ustalenia były szokujące - zdaniem kontrolerów z UZP konkurs skonstruowano tak, że wygrać go mogła tylko i wyłącznie jedna firma (Asseco). Krajowa Izba Odwoławcza, badająca odwołanie od ustaleń UZP, potwierdziła większość stawianych ZUS-owi zarzutów. W takich okolicznościach Dariusz Piasta - pełniący obowiązki prezesa UZP (jeszcze z nadania Ewy Kopacz) - miał dwie możliwości: Albo wytoczyć powództwo sądowe o unieważnienie przetargu, albo zamknąć postępowanie. Wybrał tę drugą...

W praktyce nie mógł jednak postąpić inaczej i to jest największy tragizm w tej sytuacji. Gdyby nawet wystąpił do sądu o unieważnienie przetargu, a sąd przyznałby mu rację, to prawdopodobnie oznaczałoby to poważne kłopoty dla... ZUS. Nie wiadomo bowiem, jak miałaby w takich okolicznościach wyglądać bieżąca obsługa systemu. Ryzyko wystąpienia braku ciągłości działania baz danych i programów, w których przetwarzane są informacje o niemal wszystkich dorosłych Polakach, byłoby niezwykle istotne. Nie można wykluczyć, że unieważnienie przetargu przyczyniłoby się do zaburzenia wypłat bieżących świadczeń przez ZUS czy kłopotów z naliczaniem kapitału dla przyszłych emerytów.

Nie ma co ukrywać, że dotychczasowa informatyzacja ZUS budziła gigantyczne wręcz emocje (głównie z powodu kosztów i efektów). Przez wiele lat zwracano uwagę na błędy funkcjonowania systemu, brak egzekwowania ich naprawy ze strony zamawiającego (ZUS) oraz zawyżone koszty budowy całego Kompleksowego Systemu Informatycznego. Za budowę i funkcjonowanie systemu odpowiadała spółka Prokom Software (kontrolowana przez Ryszarda Krauze), a następnie Asseco Poland S.A. (która wchłonęła Prokom w 2008 roku). 

Warto zwrócić uwagę, że obecnie trwa kolejna procedura przetargowa dotycząca utrzymania systemu informatycznego ZUS na lata 2017 - 2020 (szacowana wartość kontraktu to 700 mln zł). Członek zarządu ZUS potwierdził dwa dni temu, że komisja przetargowa państwowego ubezpieczyciela przyjęła do rozpatrzenia cztery oferty (złożone przez Atos Polska, HP z Capgemini Comarch oraz Asseco). W kryteriach oceny 60 proc. będzie stanowić cena, 30 proc. jakość, a 10 proc. koncepcja przejęcia zadań. Czy tym razem organizacja przetargu przez ZUS nie będzie budziła zastrzeżeń Urzędu Zamówień Publicznych?

 

Źródło: UZP: ZUS chciał, by przetarg na informatyzację wygrało Asseco (wyborcza.biz)
Źródło: Przetarg ZUS mógł być ustawiony? Ale nie będzie procesu (Se.pl)
Źródło: Przetarg na system informatyczny ZUS wart 700 mln zł: wpłynęły cztery oferty (PolskieRadio.pl)

wpis z dnia 3/02/2016

    


  

     Niemcy konsekwentnie sprowadzają swoje złoto do kraju. Tymczasem 95 proc. rezerw polskiego złota prze- chowywanych jest za granicą!
wpis z dnia 2/02/2016

 

Niemiecki Bundesbank ogłosił, że rok 2015 był kolejnym, w trakcie którego sprowadził do kraju następną część rezerw złota przechowywanych do tej pory zagranicą (głównie w Paryżu, Londynie i Nowym Jorku). To samo zaczęły robić inne centralne banki (np. Austrii i Holandii). Polskie rezerwy złota wynoszą blisko 103 tony i obecnie w zdecydowanej większości znajdują się w depozycie Banku Anglii. Niestety, nic nie wskazuje na to, aby miały one być w najbliższym czasie sprowadzone do Polski.

Zgodnie z raportem NIK z 2014 roku Narodowy Bank Polski jest właścicielem 102 ton i 918,29 kg złota. Problem w tym, że od kilkudziesięciu lat zdecydowana większość tego złota (ok. 95 proc., tj. 3151,7 tys. uncji) znajduje się na depozycie Bank of England. W skarbcach NBP w Polsce znajduje się jedynie 157,2 tys. uncji. Niestety nic nie wskazuje na to, aby złoto przechowywane w Anglii miało być w najbliższym czasie przeniesione do Polski. Wystarczy posłuchać rzecznika prasowego NBP, który odpowiadając na pytanie o możliwość powrotu złota do Polski, powiedział: - "Złoto NBP przechowywane jest na rachunku w Bank of England, który jest jedną z wiodących instytucji wykonujących usługi powiernicze i zapewnia najwyższy standard, bezpieczeństwo, efektywność oraz jakość usług w obrocie złotem".

Zupełnie odmiennego zdania są szefowie niemieckiego Bundesbanku. Od 2013 roku konsekwentnie realizują oni politykę sprowadzania niemieckiego złota do kraju. W ciągu 3 lat udało się im repatriować 366,3 ton złota. Głównie ze skarbców ulokowanych w Paryżu i Nowym Jorku. Do sprowadzenia wg planu pozostało im jeszcze 307,4 ton. 

Ze złotem wiąże się jeszcze jedna kwestia. W ostatnich latach większość państw na świecie zwiększała własne zasoby tego szlachetnego kruszcu. Złoto na potęgę kupowały banki centralne krajów rozwijających się: Chin, Rosji, Turcji czy Indii. Jeśli chodzi o NBP, to po raz ostatni dokupił złota... 18 lat temu. Decyzje zarządzających naszym bankiem centralnym mogą dziwić, jeśli uwzględnimy, iż w niepewnych czasach, to właśnie złoto jest jedyną bezpieczną lokatą rezerw, która pozwala utrzymać ich realną wartość. Co gorsze - NBP miał możliwości, aby zwiększyć swoje rezerwy złota. Od kilku lat osiągał bowiem całkiem przyzwoite zyski sięgające kilku miliardów złotych w skali roku. Niestety, zamiast z tych środków kupować złoto i zabezpieczać się na wypadek "W", podejmowane były decyzje o przekazaniu ich do budżetu państwa. Czytaj: zyski NBP były przejadane przez rząd, który spłacał nimi swoje długi wobec zagranicznych wierzycieli. Nie inaczej ma być także i w tym roku.

 

Źródło: Niemcy sprowadzili jeszcze więcej złota z zagranicy (Bankier.pl)
Czytaj także: Czy polskie złoto powinno wrócić do kraju? (Bankier.pl)
Czytaj także: Alpejska gorączka złota (Rp.pl)
Czytaj także: Historia polskiego złota. Jest warte miliardy, ale nigdy do nas nie wróci. Dlaczego? (Wyborcza.biz)

wpis z dnia 2/02/2016

  


  

     Ryszard Petru w 2008 roku: "Branie kredytów we frankach jest dobrym pomysłem". Dzisiaj ten pan chciałby zostać premierem...
wpis z dnia 1/02/2016

 

Ryszard Petru - lider Nowoczesnej, a wcześniej doradca i główny ekonomista wielu banków (PKOBP, BRE/mBank, BPH) - jeszcze w 2008 roku zachęcał Polaków do zaciągania kredytów we frankach szwajcarskich. Gdy kurs helweckiej waluty oscylował wokół 2 zł twierdził, że kredyt w CHF to "dobry pomysł". Nawet po tym, jak sam przewalutował swój frankowy kredyt na złotówki (przy kursie 2,80 zł), to nadal wodził Polaków zaklęciami, że frank powinien się osłabić. Dzisiaj za 1 franka trzeba zapłacić 4,10 zł, a Petru chciałby zostać premierem Polski...

- "Złoty będzie się wzmacniał. Kredyty we frankach jeszcze długo pozostaną bezpieczne i opłacalne" - mówił Ryszard Petru w czerwcu 2008 roku (kurs 1 CHF = 2,00 zł). We wrześniu 2008 roku, czyli tuż przed drastycznym wzrostem kursu szwajcarskiej waluty w stosunku do złotego, obecny lider Nowoczesnej (wówczas główny ekonomista Banku BPH) wypowiedział znamienne zdanie: - "Branie kredytów we frankach jest dobrym pomysłem". 

Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że już pod koniec października 2008 roku, kiedy frank zaczął mocno piąć się w górę, Ryszard Petru postanowił przewalutować swój kredyt z CHF na PLN. Nawet jednak po tym, kiedy sam przewalutował swój frankowy kredyt na złotówki, to nadal wodził Polaków zaklęciami, że frank powinien się osłabić, a złoty umocnić. Pod koniec stycznia 2009 roku udzielając wywiadu "Gazecie Wyborczej" powiedział: - "Podejrzewam, że w ciągu dwóch, trzech miesięcy frank będzie się wahał od 2,5 do nawet 3 zł, ale w dalszej perspektywie złoty powinien się umocnić". W 2014 roku dalej brnął: - "Prognozy, że frank będzie niedługo kosztował 4 zł, są oderwane od rzeczywistości"...

Dzisiaj za 1 franka trzeba zapłacić 4,10 zł, a Petru chciałby zostać premierem Polski. 

W kontekście powyższego warto zadać jeszcze jedno pytanie - dlaczego Petru na przełomie lat 2008 i 2009 nie wspominał, że przewalutował własny kredyt w CHF, aby ograniczyć dalsze straty (przypomnijmy, że uczynił to, kiedy za 1 franka trzeba było płacić 2,80 zł)? Dlaczego, występując często w ogólnopolskich telewizjach jako "ekspert" od ekonomii i gospodarki, nie informował o tym jak postąpił w przypadku własnych finansów? Dlaczego prognozował scenariusz, zgodnie z którym złoty miał się umacniać, a sam postępował tak, jakby miał się spełnić scenariusz dokładnie odwrotny?

 

Źródło cytatów: Petru i kredyty we frankach. Co innego mówił, a co innego robił? (Wyborcza.biz)
Źródło cytatów: Ryszard Petru (wikiquote.org)

wpis z dnia 1/02/2016