Archiwum: Styczeń 2016

 

     Rzym: Aż milion osób protestowało przeciwko ustawie legalizującej homoseksualne małżeństwa
wpis z dnia 31/01/2016

 

Według organizatorów około miliona osób wzięło wczoraj udział w manifestacji pod hasłem "Family Day", czyli wiecu zorganizowanym na terenie antycznego stadionu Circus Maximus w Rzymie w obronie tradycyjnej rodziny i wartości chrześcijańskich. Manifestacja ta była jednocześnie protestem przeciwko projektowi ustawy legalizującej we Włoszech związki małżeńskie osób tej samej płci. Było to największe zgromadzenie publiczne zorganizowane we Włoszech w ciągu ostatnich kilku lat.

Protestujący, oprócz eksponowania haseł promujących tradycyjne wartości, domagali się przede wszystkim odrzucenia projektu ustawy legalizującej małżeństwa homoseksualne oraz umożliwiającej takim małżeństwom formalne adoptowanie dzieci jednego z partnerów. Nad tym projektem - nazwanym ustawą Cirinna - obraduje obecnie włoski parlament. Warto podkreślić, że wprowadzeniu tej ustawy w życie sprzeciwia się zdecydowana większość Włochów.

- "W demonstracji musi wziąć udział jak najwięcej osób, należy pamiętać, że jest to jedyna broń, jaką mamy!" - mówił jego organizator Massimo Gandolfini. Ustawa przyznająca parom tej samej płci oficjalnego statusu prawnego to pomysł premiera Włoch Matteo Renziego, który publicznie zapowiedział, że będzie ona dla jego gabinetu "priorytetem".

 

Źródło: Italy Same-Sex Union Opponents Hold 'Family Day' Protest in Rome (NBCnews.com)

wpis z dnia 31/01/2016

   


 

     Pokrętna logika Platformy: Podatki dla zwykłych ludzi? - Nie ma problemu. Podatki dla banków? - Zamach na wolność gospodarczą!
wpis z dnia 29/01/2016

 

Kiedy ekipa Tuska wprowadzała "konieczne reformy" w postaci podwyżek podatku VAT, akcyzy na paliwo czy składki rentowej dla przedsiębiorców, to nikt nie litował się wówczas nad ofiarami tego fiskalnego amoku, którymi byli zwykli Polacy. Kiedy nowa ekipa chce wprowadzić podatek bankowy, który dotknie największe - głównie zagraniczne - banki działające na terytorium Polski, to nagle rozpętał się lamet i histeria, że to prawdziwy zamach na wolność gospodarczą naszego kraju! Zaiste, pokrętna logika...

Co do zasady każda podwyżka podatków jest zła. Konsekwencją każdej podwyżki jest to, że mniej pieniędzy jest w prywatnej kieszeni, a więcej w państwowej łapie. Jeśli jednak trzeba już to robić, to lepiej, aby podwyżki dotknęły głównie tych, którym pieniądze się ze wspomnianej kieszeni wylewają, a jeszcze lepiej kiedy ta kieszeń należy do kogoś z zagranicy...

Rząd Tuska słynął z ciągłych podwyżek podatków i obciążeń fiskalnych. Nikt jednak nie lamentował, że przewodniczący PO wraz z Janem Vincentem Rostowskim organizują w ten sposób "zamach na wolność gospodarczą". Podwyżki VAT, składki rentowej dla przedsiębiorców, akcyzy na paliwa, zamrożenie kwoty wolnej czy likwidacja różnych ulg podatkowych najmocniej dotykały zwykłych ludzi, ale nikt w mediach nie uruchamiał histerycznego jęku, że oto mamy do czynienia z działaniami rozwalającymi polską gospodarkę. Co innego teraz, kiedy nowy podatek ma dotknąć banki... 

Przypomnijmy, że sektor bankowy w Polsce co roku generuje gigantyczne, wielomiliardowe zyski. Większość z tego zysku wędruje do największych zagranicznych banków, które działają na terytorium naszego kraju. Teraz te banki miałyby płacić dodatkowy podatek, którego finansowe efekty w sali roku byłyby porównywalne z tuskową podwyżką VAT-u o 1 proc. Skala histerii, jaka się z tego powodu wywiązała, jest jednak niesamowita! Przedstawiciele banków, lobbyści, politycy PO i Nowoczesnej przekonują, że PiS podatkiem bankowym organizuje zamach na gospodarkę, że teraz nastąpi załamanie i krach. 

Obłuda i kłamstwo nie znają jednak granic. To, że banki będą musiały się w ciągu roku pożegnać z 1/3 swoich gigantycznych zysków (ok. 4 mld zł) nie oznacza, że polska gospodarka runie w przepaść. Po prostu zagraniczni właściciele banków będą musieli się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Ich zyski nadal będą olbrzymie i nadal będą pozwalały na rentowne prowadzenie biznesu w Polsce. Stąd też uważam, że histeria bankowego lobby jest zupełnie nieadekwatna do skutków i znaczenia nowego podatku.

wpis z dnia 29/01/2016

   


  

     Dlaczego S&P nie obniżyła ratingu, a UE nie biła na alarm, kiedy w 2013 r. rząd Tuska zamrażał progi ostrożnościowe i drastycznie zwiększał deficyt?
wpis z dnia 28/01/2016

 

Gdy ekipa Tuska podwyższała Polakom podatki, masowo zaciągała długi za granicą i zamrażała funkcjonowanie progów ostrożnościowych, to agencja S&P nie obniżała nam ratingu, a eurokraci z Brukseli siedzieli cicho. Jak PiS chce wprowadzić podatek od banków (sektora przynoszącego największe zyski w całej gospodarce), który najmocniej uderzy w zagraniczny kapitał, to nagle ratingi lecą w dół, a UE wyraża głębokie zaniepokojenie sytuacją w Polsce. Przecież to jawny absurd!

Przypomnijmy - w lipcu 2013 roku Sejm, głosami PO i PSL, przyjął uchwałę o zawieszeniu stosowania pierwszego progu ostrożnościowego. Pozwoliło to znowelizować ustawę budżetową i powiększyć dopuszczalny limit deficytu ponad próg ostrożnościowy. Powyższa decyzja była pokłosiem fatalnej sytuacji finansowej kraju, do której doprowadziła poprzednia ekipa zaciągając długi na lewo i prawo, nie patrząc przy tym na koszta ich obsługi. Należy przy tym podkreślić, że ówczesny kryzys finansów publicznych powstał mimo wcześniejszego podwyższenia przez ekipę Tuska stawki podatku VAT (4 mld zł więcej do budżetu w skali roku) oraz podwyższenia składki rentowej dla przedsiębiorców o 2 proc. (6-8 mld zł więcej do budżetu w skali roku).

Co ciekawe - zamrożenie progu ostrożnościowego, wzrost deficytu budżetowego oraz nakładów fiskalnych dla zwykłych Polaków nie spotkał się z reakcją agencji ratingowej Standard & Poor's, która pomimo jednoznacznie negatywnych decyzji w zakresie finansów publicznych, nie zdecydowała się obniżyć ratingu naszego kraju. Na działania PO-PSL nie zareagowała także Unia. Eurokraci nie wyrażali "głębokiego zaniepokojenia" sytuacją w Polsce. Nikt nie lamentował z powodu zwiększenia deficytu budżetowego, który trzeba było pokryć jeszcze większą akcją kredytową u zagranicznych wierzycieli.

Co innego teraz, kiedy rząd PiS zamierza obłożyć największe banki (w zdecydowanej większości zagraniczne) specjalnym podatkiem (planowane przychody do budżetu wyniosą ok. 4 mld zł - czyli tyle, ile fiskus zgarnia w ciągu roku z tytułu tuskowej podwyżki VAT o 1 proc.). Atak na zagraniczny kapitał spotkał się z natychmiastową reakcją. Komisja Europejska nagle stwierdziła, że mamy zbyt wysoki poziomu długu publicznego oraz niewłaściwą jego strukturę, a agencja S&P obniżyła rating naszego kraju.

 

Źródło: Próg ostrożnościowy zawieszony. Minister Rostowski będzie dalej zadłużał Polskę (Niezalezna.pl)

wpis z dnia 28/01/2016

   


  

     Absurd! Po 8 latach rządów PO-PSL Komisja Europejska wyraziła zaniepokojenie poziomem długu publicznego w Polsce. Dlaczego dopiero teraz?!
wpis z dnia 27/01/2016

 

Po 8 latach nieustającego powiększania długu publicznego przez ekipę Platformy Obywatelskiej i PSL, eurokraci z Brukseli wyrazili zaniepokojenie jego aktualnym poziomem. Powstaje pytanie - dlaczego tak późno?! Dlaczego Komisja Europejska nie interweniowała już kilka lat temu, kiedy Tusk z Rostowskim "skokowo" powiększając zadłużenie, zdecydowali się dokonać grabieży środków zgromadzonych w OFE? Dlaczego "niepokój" pojawił się dopiero teraz, kiedy odsunięto od władzy partię skrajnych euroentuzjastów?

Zgodnie z treścią najnowszego raportu Komisji Europejskiej na temat wyzwań w polityce fiskalnej państw członkowskich UE - w Polsce nagle pojawiło się ryzyko związane ze stanem finansów publicznych. Zdaniem eurokratów z Brukseli mamy zbyt wysoki poziomu długu publicznego oraz niewłaściwą jego strukturę (ok. 50 proc. polskiego długu jest w rękach zagranicznych wierzycieli). 

Powstaje pytanie - dlaczego Komisja Europejska dopiero teraz zauważyła problem, który istniał już co najmniej 2011 roku? Dlaczego nikt z eurokratów nie interweniował, kiedy Platforma w 2013 roku zawiesiła istnienie progu ostrożnościowego, bo całkowicie rozsypał się budżet kraju? Dlaczego nikt z unijnych polityków nie wyrażał "zaniepokojenia", kiedy Tusk z Rostowskim organizowali "skok" na oszczędności Polaków zgromadzone w OFE?

Czy nagłe przypomnienie sobie o wysokości polskiego długu publicznego i jego strukturze ma związek z tym, że od władzy w naszym kraju odsunięta została partia skrajnych euroentuzjastów, bezrefleksyjnie realizujących dyspozycje płynące z Brukseli i Berlina, a jej miejsce zajęła formacja uchodząca za eurosceptyczną?

 

Źródło: KE: wyzwania dla finansów publicznych w Polsce (Bankier.pl)

wpis z dnia 28/01/2016

   


  

     Aż 120 tys. zł za wydrukowanie artykułu w "Wyborczej"! Takie pieniądze dostawała Agora od rządu Tuska. Po części może to tłumaczyć obecną histerię tego środowiska
wpis z dnia 26/01/2016

 

Dlaczego środowisko "Wyborczej" tak bardzo szanowało poprzednią ekipę rządową, a obecnie wręcz nienawidzi rządu Beaty Szydło? Poza oczywistymi kwestiami polityczno - światopoglądowymi, w grę mogą wchodzić również kwestie finansowe. W czasach rządów PO-PSL podpisywane były bowiem umowy, zgodnie z którymi Agora dostawała niemal 120 tys. zł za opublikowanie na łamach "Wyborczej" tekstu zleconego przez ministerstwo. Po zmianie władzy strumyczek z łatwą kasą może wyschnąć, co - jak podejrzewam - wpływa na obecną skalę histerii środowiska "GW".

Jeśli przyjrzymy się rejestrowi umów zawartych przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji w 2013 roku, to znajdziemy tam pozycję numer 85 - "Usługi publikacji artykułu dotyczącego cyfryzacji telewizji naziemnej w dzienniku ogólnopolskim". Umowa została zawarta ze spółka Agora, która wydaje "Gazetę Wyborczą". Koszt? - 119 223,92 zł!

W kontekście powyższego warto również wspomnieć o treści odpowiedzi na interpelację poselską posła Kukiz'15 Andrzeja Maciejewskiego, który w grudniu ub.r. skierował zapytanie do Ministra Skarbu Państwa, dotyczące wydatków na reklamę Spółek Skarbu Państwa w latach 2007-2015. W odpowiedzi ministerstwo wykazało, iż we wspomnianym okresie wydatki na reklamę poniosło 148 spółek nadzorowanych przez Ministra Skarbu Państwa na łączną kwotę 356,6 mln zł. Spółka Agora należała do jednego z największych reklamobiorców spółek Skarbu Państwa w okresie rządów PO-PSL. W latach 2007-2015 otrzymała łącznie aż 17 mln 128 tys. zł! 

Przejęcie władzy przez PiS może oznaczać dla Agory zakręcenie strumyku kasy związanego z opłatami za reklamy i ogłoszenia zlecane przez rząd, ministerstwa i spółki Skarbu Państwa. Nie powinna nas zatem dziwić anty-pisowska histeria jaka zapanowała na ulicy czerskiej, gdzie mieści się siedziba wydawcy "Gazety Wyborczej".

 

Źródło: Rejestr umów zawartych przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji w 2013 roku (mc.gov.pl)
Źródło: Poseł pyta, minister odpowiada: - ile komu za reklamę (Express.olsztyn.pl)
Czytaj także: Silny cios w Gazetę Wyborczą: Koniec z publikowaniem w prasie ogłoszeń i komunikatów spółek Skarbu Państwa! (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 26/01/2016

   


  

     Zagraniczne sieci handlowe nie płacą w Polsce podatku CIT! Osiągając gigantyczne przychody wykazują zerowe dochody! Zobacz szokujące zestawienie
wpis z dnia 25/01/2016

 

Działające na terytorium naszego kraju wielkie sieci handlowe osiągają gigantyczne przychody (w 2013 roku 18 największych sieci wykazało przychody na poziomie 102,9 mld zł), ale jednocześnie generują olbrzymie koszty podatkowe, które odliczają od dochodu. Dzięki temu mogą całkowicie uniknąć płacenia podatku CIT! Sytuacja zmieni się zasadniczo po wejściu w życie nowego podatku od sieci handlowych. Tzw. "optymalizacja podatkowa" najzwyczajniej w świecie przestanie się opłacać...

Z danych opublikowanych przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) wynika, że w 2013 roku 18 największych sieci handlowych działających na terytorium naszego kraju wykazało przychody w łącznej wysokości 102,9 mld zł. Dzięki jednak zastosowaniu różnych form tzw. "optymalizacji podatkowej", aż 7 z nich nie zapłaciło ani jednej złotówki podatku CIT (podatku od dochodów)! Jak to możliwe? To proste - koszty związane z budową nowych sklepów, remontów starych lub wprowadzaniem nowych usług i innowacji sieci handlowe wliczają do kosztów uzyskania przychodu. Kwoty te, często liczone w dziesiątkach milionów złotych odliczane są od dochodu do opodatkowania, co w końcowym efekcie pozwala obniżyć należność podatkową do zera.

Poniżej zestawienie największych sieci handlowych w Polsce dotyczące podatku CIT za 2013 roku opublikowane przez ZPP:

 

 

Źródło: Jakie podatki płacą sieci handlowe? (twitter.com)

wpis z dnia 25/01/2016

   


  

     Hipokryzja Petru: Atakuje Kukiza za referendum w/s uchodźców, bo kosztuje 100 mln zł. Nie protestował, gdy referendum na nasz koszt organizował Komorowski!
wpis z dnia 23/01/2016

 

Paweł Kukiz chciałby, aby decyzję w/s przyjmowania islamskich uchodźców podjęli obywatele w referendum ogólnokrajowym. - "Gospodarzami w Polsce są obywatele i tylko oni, a nie żadna Unia Europejska czy Parlament Europejski, mogą decydować kogo chcą u siebie gościć" - powiedział polityk. Pomysł ten, z uwagi na koszty (ok. 80-100 mln zł), skrytykował Ryszard Petru. Lider Nowoczesnej chyba jednak zapomniał, jak w ub.r. stał ramię w ramię z B. Komorowskim ogłaszającym organizację kosztującego nas dokładnie tyle samo referendum, które okazało się klapą.

- "Przypominam: według byłego ministra Sienkiewicza Polska istnieje tylko teoretycznie. W jaki sposób kraj istniejący teoretycznie może w praktyce zweryfikować potencjalnych terrorystów?" - pytał retorycznie dwa dni temu na konferencji prasowej Paweł Kukiz. - "Naród jest gospodarzem, żadna partia polityczna, żadna Unia Europejska, żaden Parlament Europejski, nikt nie ma prawa decydować, kogo my chcemy u siebie gościć" - dodał lider Kukiz'15, uzasadniając w ten sposób pomysł przeprowadzenia ogólnopolskiego referendum w sprawie przyjmowania islamskich uchodźców w ramach systemu relokacji w Unii Europejskiej.

Idea referendum została niemal natychmiast skrytykowana przez Ryszarda Petru (Nowoczesna), który przyczepił się do kosztów przeprowadzenia takiego referendum (80-100 mln zł). Sam jednak zapomniał, jak w maju ub. r. stał ramię w ramię z Bronisławem Komorowskim, który tuż po przegranej w I turze wyborów postanowił zorganizować ogólnopolskie referendum w/s JOW, finansowania partii i rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika. Referendum to okazało się być totalną klapą. Frekwencja wyniosła 7,8 proc. i była najniższą z odnotowanych we wszystkich ogólnokrajowych głosowaniach przeprowadzonych w Europie po 1945.

Dlaczego Ryszard Petru wówczas nie protestował? Dlaczego zgodził się na pomysł przeprowadzenia referendum Komorowskiego, mimo iż jedno z pytań urągało inteligencji przeciętnego człowieka ("Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem zasady ogólnej rozstrzygania wątpliwości co do wykładni przepisów prawa podatkowego na korzyść podatnika")? Skoro wówczas nie protestował, to dlaczego robi to teraz, kiedy z pomysłem przeprowadzenia ogólnopolskiego referendum występuje Paweł Kukiz?

 

Źródło: Kukiz'15 rozpoczyna zbieranie podpisów pod wnioskiem o referendum ws. uchodźców (TelewizjaRepublika.pl)
Źródło: Petru o referendum ws. imigrantów: Jeśli Kukiz'15 zapłaci za nie, Nowoczesna poprze wniosek (GazetaPrawna.pl)

 

wpis z dnia 23/01/2016

    


  

     Kompromitujące ultimatum Platformy: Straszą, że podpiszą antypolską rezolucję, jeśli Duda nie zaprzysięży ich sędziów TK
wpis z dnia 22/01/2016

 

Coraz większa buta i arogancja wypływa ze słów posłów PO walczących o utrzymanie się przy politycznym życiu. Jeden z liderów tej formacji - Sławomir Neumann - przyznał wczoraj publicznie, że jeśli Andrzej Duda w ciągu dwóch tygodni nie zaprzysięży wybranych przez PO-PSL sędziów Trybunału Konstytucyjnego, to ich europosłowie poprą antypolską rezolucję w Parlamencie Europejskim!

Rozwiązaniem sporu politycznego wokół Trybunału Konstytucyjnego miało być proponowane przez PiS wprowadzenie nowego mechanizmu obsadzania stanowisk sędziów. Zgodnie z propozycją zaprezentowaną przez Beatę Szydło - partie opozycyjne miałyby wskazywać większość, bo 8 na 15 sędziów TK. Partia, która wygrała wybory, miała by wskazać 7 sędziów TK. Co istotne - propozycja ta była popierana przez obecnego prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego. 

Niestety opozycja - w postaci PO, Nowoczesnej i PSL - odrzuciła ww. propozycję. Jeden z liderów Platformy - Sławomir Neumann - postawił nawet ultimatum:

 

"Dajemy prezydentowi Dudzie 2 tygodnie na to, by przyjął ślubowanie od 3 legalnie wybranych sędziów. Jeśli tego nie zrobi, poprzemy – jako PO i EPP – rezolucję Parlamentu Europejskiego ws. Polski"

 

Wygląda więc na to, że zbliża się prawdziwy polityczny kres Platformy Obywatelskiej. Straszenie poparciem antypolskiej rezolucji przyniesie im skutki odwrotne od zamierzonych. Odbiór takiej decyzji w społeczeństwie będzie bardzo negatywny. W sprawie TK mogli wyjść na tych co chcą zgody. Akceptując propozycję PiS w Trybunale utrzymaliby (jako opozycja) większość. Niestety, wola politycznej kłótni i eskalowania problemu na forum europejskim jest silniejsza od woli zgody i porozumienia.

 

Źródło: Neumann: Dajemy Dudzie 2 tygodnie, by przyjął ślubowanie od 3 sędziów. Jeśli nie – poprzemy rezolucję ws. Polski (300polityka.pl)

 

wpis z dnia 22/01/2016

   


  

     Skandaliczne efekty prywatyzacji radomskiej Fabryki Łączników dokonanej przez rząd Donalda Tuska!
wpis z dnia 21/01/2016

 

W 2010 roku Ministerstwo Skarbu Państwa w rządzie Tuska postanowiło sprywatyzować radomską Fabrykę Łączników za 1,43 mln zł. Nowy właściciel zaciągnął mnóstwo kredytów i szybko zadłużył Fabrykę, a po roku ogłosił upadłość. Pracę w straciło około 400 osób. Syndyk masy upadłości, który przejął kontrolę nad fabryką po ogłoszeniu upadłości, oszacował jej całkowity majątek na... 40 mln zł! Stąd podejrzenie, że przy prywatyzacji mogło dojść do nieprawidłowości. To, co się działo później, jest już zwykłym skandalem!

Przypomnijmy - Ministerstwo Skarbu Państwa w rządzie Donalda Tuska w sierpniu 2010 roku sprzedało spółce Ferro Masz Invest 85 proc. udziałów w radomskiej Fabryce Łączników za kwotę 1,43 mln zł. Sprzedaż tłumaczono kłopotami finansowymi przedsiębiorstwa (za 2009 rok Fabryka, przy przychodach ze sprzedaży wynoszących łącznie 31,1 mln zł, odnotowała aż 4,8 mln zł straty). Nowy właściciel zaczął zaciągać spore kredyty poręczone majątkiem Fabryki i bardzo szybko doprowadził do jej upadłości. Pracę straciło wówczas około 400 osób. Kontrolę nad aktywami upadłej spółki przejął syndyk, który oszacował jej majątek na... 40 mln zł! Jeśli wierzyć tym szacunkom okazuje się, że przedstawiciele Skarbu Państwa w rządzie Tuska sprzedali Fabrykę po cenie, która nominalnie była aż 28 razy niższa, niż wynosiła wartość majątku trwałego wycenionego przez syndyka masy upadłości!

Jeszcze w 2012 roku wniosek do Centralnego Biura Antykorupcyjnego (CBA) w sprawie prywatyzacji Fabryki Łączników złożył senator Wojciech Skurkiewicz. - "W moim przekonaniu mogło dojść do naruszenia prawa przy procedurze prywatyzacyjnej. Firma została sprzedana za kwotę niespełna półtora milionów złotych podmiotowi, który został zarejestrowany w KRS miesiąc wcześniej" - tak wówczas tłumaczył swój wniosek Skurkiewicz. Zdaniem senatora mogło również dojść do złamania przepisów antykorupcyjnych, m.in. poprzez obniżenie wartości zakładu przez Ministerstwo Skarbu Państwa.

Trwające do listopada 2015 r. śledztwo CBA potwierdziło niestety całą masę nieprawidłowości przy prywatyzacji Fabryki Łączników. W skierowanym do Prokuratora Generalnego zawiadomieniu o popełnieniu przestępstwa, szef CBA stwierdził, że aż 29 osób mogło brać udział w procederze prania pieniędzy, działania na szkodę spółki i wyłudzania kredytów.

 

Źródło: Nikt nie chce kupić majątku Fabryki Łączników (CoZaDzien.pl)
Źródło: CBA: pranie pieniędzy przy prywatyzacji Fabryki Łączników w Radomiu (Onet.pl)
Źródło: Prywatyzacja i upadłość Fabryki Łączników w Radomiu. „To przekręt” (Rdc.pl)
Źródło: Karta prywatyzacyjna - Fabryka Łączników Radom S.A. (MSP.gov.pl)

wpis z dnia 21/01/2016

   


  

     Żadnych przywilejów dla inwestorów z zagranicy! W Polsce powinni działać na takich samych zasadach jak rodzimi przedsiębiorcy
wpis z dnia 20/01/2016

 

Milton Friedman (noblista, guru wolnorynkowej ekonomii) w 1990 roku: "Pamiętajcie jedno: zagraniczni inwestorzy nie będą inwestować w Polsce po to, by pomóc Polsce, lecz po to, by pomóc sobie. Cudzoziemcy powinni mieć pełną swobodę inwestowania w Polsce, ale tylko wtedy, gdy będzie to w interesie Polski. Można to zrobić poprzez stworzenie cudzoziemcom takich samych reguł gry, jakie obowiązują Polaków, nie należy dawać im żadnych specjalnych przywilejów, ulg czy zwolnień podatkowych". Rządzący naszym krajem postępowali dokładnie na odwrót...

Ćwierćwiecze istnienia III RP ukazało cały bezmiar gospodarczych patologii tworzonych w związku z działalnością na naszym terytorium zagranicznych podmiotów. Milton Friedman, u zarania przemian gospodarczo-ustrojowych, ostrzegał abyśmy nie wpuszczali do siebie cudzoziemców chcących robić u nas biznesy, dając im - jakoby na zachętę - przywileje i zwolnienia podatkowe. Noblista ostrzegał, że oni nie przyjadą do Polski nam pomagać. Oni przyjadą tu czerpać zyski, jeśli już więc chcemy, aby w zamian za te zyski dzielili się z nami technologią i tworzyli miejsca pracy, to nie dawajmy im żadnych dodatkowych handicap'ów. Niech działają w naszym kraju na dokładnie takich samych zasadach, na jakich przyszło prowadzić działalność polskim przedsiębiorcom. 

Powyższe słowa Friedman wypowiedział w 1990 roku, podczas pobytu w Polsce. Co się stało w kolejnych latach? Okazało się, że rządzący naszym krajem postępowali dokładnie na odwrót. Zaczęło się od wyprzedaży majątku narodowego za pół ceny lub bezcen. Zagraniczni inwestorzy kupowali od państwa gotowe fabryki, zakłady przemysłowe czy banki za ułamek ich wartości. Dostawali przy tym obietnice ulg podatkowych i przywilejów, które nawet się nie śniły działającym na tym samym rynku polskim przedsiębiorcom. Rządzący, aby jeszcze bardziej wejść w cztery litery zagranicznym inwestorom, wymyślili specjalne strefy ekonomiczne, gdzie podatki dochodowe dla podmiotów z zagranicy są znacznie mniejsze, niż dla Polaków. Jakby tego było mało z biegiem lat "zagraniczni inwestorzy" zaczęli stosować różne sztuczki z zakresu kreatywnej księgowości, które pozwalają na płacenie jeszcze niższych danin publicznych i drenowanie wielu miliardów złotych nieopodatkowanego zysku za granicę. Wszystkiemu bacznie przyglądają się organy urzędów kontroli skarbowych i... nic! Zero reakcji! Poborcy i kontrolerzy skarbowi wolą gnębić drobnych przedsiębiorców z Polski zamiast walczyć z nielegalnym drenowaniem kapitału przez zagraniczne koncerny.

Ciekawe jak dzisiaj wyglądałaby Polska, gdyby 25 lat temu rządzący posłuchali Friedman'a...?


wpis z dnia 20/01/2016

   


  

     Warto pamiętać: Dzisiejsza opozycja powiększyła dług Polski o setki mld zł, a teraz gra na wzrost kosztów jego obsługi. Ciekawe, kto na tym zyska...?
wpis z dnia 19/01/2016

 

Histeria z powodu utraty władzy i wpływów, jaką w ostatnich tygodniach mogliśmy obserwować ze strony środowisk PO-PSL, wspieranych przez "GW" czy Nowoczesną, przyczyniła się do uruchomienia międzynarodowej nagonki wycelowanej bezpośrednio w nasz kraj. To też było powodem, dla którego amerykańska agencja ratingowa S&P obniżyła wiarygodność finansową Polski. Teraz przyjdzie nam płacić znacznie wyższe odsetki za setki miliardów złotych długu, którego powstanie zawdzięczamy poprzedniej ekipie rządowej.

Jeśli nie brać pod uwagę konsekwencji "skoku" na pieniądze Polaków zgromadzone na rachunkach emerytalnych w OFE, to w ubiegłym roku całkowity dług sektora instytucji rządowych i samorządowych przekroczył pułap biliona złotych (tj. tysiąca miliardów). Licząc tą metodologią (tak jakby nie było akcji z OFE) - przez 8 lat rządów PO-PSL dług wzrósł o blisko 500 mld zł. Paradoks rządów Platformy Obywatelskiej polegał na tym, że mimo dobrej sytuacji makroekonomicznej i wysokiego (jak na Europę) wzrostu gospodarczego, ekipa ta nieustannie zaciągała nowe długi, powiększając tym samym całkowite zadłużenie naszego kraju. 

Teraz, kiedy trwa zmasowana międzynarodowa nagonka na Polskę, uruchomiona działaniami partii, które przegrały wybory (PO & PSL) wspartych przez środowiska "GW" oraz Nowoczesnej, koszty obsługi wygenerowanego przez poprzednią ekipę rządową długu prawdopodobnie znacznie wzrosną. Powodowana względami politycznymi decyzja agencji ratingowej Standard&Poor's (która w ostatni piątek obniżyła rating Polskiego długu w walutach obcych z "A-" do "BBB") może się przyczynić do wzrostu oprocentowania udzielanych Polsce pożyczek (niezbędnych na rolowanie długów ekipy PO-PSL). Nie dość tego, wysokie kursy walut obcych (głównie euro) dodatkowo wywindują koszty obsługi długu naszego kraju. 

Kto jest najbardziej zadowolony z takiego obrotu spraw? Kto na tym najwięcej zyska? Kto zgarnie największą kasę? Otóż będą to zagraniczni wierzyciele naszego kraju w postaci zachodnich rządów, banków czy funduszy. Nie dość, że zarobią więcej na odsetkach, to jeszcze zgarną bonusy za słaby kurs złotego. 

wpis z dnia 19/01/2016

   


   

 

     KE złamała prawo?! Decyzja w/s wszczęcia przeciwko Polsce tzw. procedury nadzoru może być niezgodna z traktatami UE!
wpis z dnia 18/01/2016

 

Kiedy w 2014 roku eurokraci wprowadzali regulacje prawne umożliwiające wszczęcie przeciwko któremuś z państw UE tzw. procedury nadzoru, prawnicy z Rady UE wydali w tej sprawie jednoznaczną opinię: Unijne traktaty nie zapewniają żadnej podstawy prawnej do wszczęcia takiej procedury, a co za tym idzie - jej ewentualne uruchomienie mogłoby zostać uznane jako nadużycie. Powstaje pytanie - czy KE wszczynając przeciwko Polsce tzw. procedurę nadzoru, złamała unijne traktaty?!

W 2014 roku zaczęły obowiązywać regulacje prawne umożliwiające wszczęcie przeciwko któremuś z państw wchodzących w skład UE tzw. procedury nadzoru. Opinię w sprawie nowych regulacji wydała wówczas służba Prawna Rady Unii Europejskiej. W punkcie 24. tej opinii, możemy przeczytać:

 

"Traktaty nie zapewniają żadnej podstawy prawnej, która uprawniałaby instytucje do stworzenia nowego mechanizmu nadzoru nad poszanowaniem praworządności przez państwa członkowskie, dodatkowo do zapisów w art. 7 TUE, ani też do zmiany, modyfikacji czy uzupełnienia procedury określonej w tym artykule. Gdyby Rada miała podjąć działanie w ten sposób, istniałoby ryzyko, że uznano by to za nadużycie przez nią uprawnień, gdyż podjęła decyzję, nie mając podstawy prawnej".

 

Na tej podstawie Służba Prawna Rady UE uznała, że nowe ramy UE na rzecz praworządności w kształcie przedstawionym w komunikacie Komisji Europejskiej nie są zgodne z zasadami, na podstawie których działa UE.

Powyższa opinia wskazała również możliwość utworzenia podstawy prawnej takiej procedury. Mogłoby nią być "porozumienie międzyrządowe, które uzupełniałoby prawo Unii Europejskiej i zagwarantowało faktyczne poszanowanie wartości, na których państwa członkowskie zbudowały Unię". 

Powstaje zatem kluczowe pytanie - czy takie "porozumienie międzyrządowe" zostało zawarte? Czy zastosowana przeciwko Polsce procedura jest zgodna z zasadami, na podstawie których działa UE? Czy Polska będzie mogła podnieść wobec Komisji Europejskiej zarzut podjęcia działań bez podstawy prawnej i umocowania w traktatach?

 

Źródło: Opinia służby prawnej Rady Unii Europejskiej dot. nowych ram UE na rzecz umocnienia praworządności (europa.eu)

wpis z dnia 18/01/2016

   


  

     Mało kto wie, że agencja ratingowa Standard & Poor's w 2015 r. wypłaciła władzom USA aż 1,38 mld $ odszkodowania za ratingowe kłamstwa!
wpis z dnia 17/01/2016

 

Agencja ratingowa Standard & Poor's (S&P) obniżyła w piątek wieczorem długoterminowy rating polskiego długu w walucie obcej z poziomu "A-" do "BBB+". Okazuje się, że ta sama agencja w ramach ugody sądowej wypłaciła w 2015 roku władzom USA aż 1,38 mld dolarów za ratingowe kłamstwa jakich dopuszczała się z pełną premedytacją w latach poprzednich. Piątkowa decyzja S&P może kosztować polską gospodarkę miliardy złotych. Czy polski rząd również wystąpi o odszkodowanie?

Decyzja S&P miała prawdopodobnie charakter czysto polityczny i była związana z faktem przejęcia władzy przez nieprzychylny zagranicznym instytucjom finansowym PiS. Warto podkreślić, że gospodarka naszego kraju ma się, póki co, całkiem dobrze i nic nie zapowiada jakiejkolwiek zmiany w perspektywie kolejnych 12 miesięcy. Jeszcze dwa dni wcześniej Bank Światowy podwyższył prognozę wzrostu gospodarczego dla Polski na 2016 rok z poziomu 3,6 na 3,7 proc. Dla S&P nie miało to jednak większego znaczenia. W piątek wieczorem obniżyła ona rating polskiego długu w walucie obcej z poziomu "A-" do "BBB+", wskazując jednocześnie, iż dalsza perspektywa ratingu jest "negatywna". 

Co ciekawe - po decyzji S&P swoją ocenę wydała inna agencja ratingowa - Fitch. Okazało się, że utrzymała ona rating Polski na dotychczasowym poziomie "A-" oraz "A" (odpowiednio dla zobowiązań w walutach obcych i w walucie krajowej). 

"Decyzja agencji ratingowej Standard & Poor’s o obniżeniu oceny ratingowej Polski jest niezrozumiała z punktu widzenia analizy ekonomicznej i finansowej. Decyzja ta jest sprzeczna z ocenami pozostałych agencji ratingowych, największych międzynarodowych instytucji finansowych oraz uczestników rynków finansowych. Jest tym bardziej niezrozumiała, że nie została poprzedzona zmianą perspektywy oceny ratingowej, która przed decyzją agencji S&P była pozytywna. W opinii MF rozczarowujące jest podejście agencji do kwestii dialogu ze stroną polską w celu wyjaśnienia wątpliwości zgłaszanych przez agencje do tzw. klimatu politycznego" - napisano w komentarzu resortu finansów.

W kontekście powyższego warto zauważyć, że S&P w ramach ugody sądowej wypłaciła w 2015 roku władzom USA aż 1,38 mld dolarów za ratingowe kłamstwa jakich dopuszczała się z pełną premedytacją w latach poprzednich (chodziło o świadome zawyżanie ocen walorów hipotecznych, co przyczyniło się do wybuchu wielkiego kryzysu finansowego z 2008 roku). Jakby tego było mało - na miesiąc przed upadkiem banku Lehman Brothers agencja S&P oceniła jego rating na poziom "A". Tak, że tego...

 

Źródło: Szałamacha: Standard & Poor’s nie bierze pod uwagę zjawisk gospodarczych (Stooq.pl)
Źródło: Standard & Poor's zapłaci 1,38 mld USD za błędne ratingi (Wyborcza.pl)

wpis z dnia 17/01/2016

   


  

     Luksemburg zamierza zlikwidować swój Trybunał Konstytucyjny. Jakoś nie słychać oburzenia i histerii Niemców, eurokratów i PO-Petrusów
wpis z dnia 15/01/2016

 

Wyobraźmy sobie, że rząd PiS zapowiada zmianę Konstytucji i likwidację największej świętości jaką jest Trybunał Konstytucyjny. Histeria niemieckich i brukselskich polityków jak i członków PO oraz Nowoczesnej sięgnęłaby chyba zenitu! Wszak likwidacja TK byłaby istnym zamachem na podstawy demokratycznego państwa prawa... A teraz, uwaga: rząd w Luksemburgu naprawdę zamierza zmienić konstytucję i zlikwidować swój TK. Czy słyszycie jakiekolwiek głosy oburzenia ze strony ww. grona? Ja ich jakoś nie słyszę... 

Aby było śmieszniej, kilka tygodni temu szef Ministerstwa Spraw Zagranicznych Luksemburga - Jean Asselborn - ostro skrytykował Polskę za planowane zmiany w funkcjonowaniu Trybunału Konstytucyjnego. Stwierdził on publicznie, że "sytuacja w Polsce coraz bardziej przypomina działania podejmowane przez reżimy dyktatorskie" (sic!). Teraz okazało się, że rząd w Luksemburgu sam zamierza zmienić własną konstytucję i zlikwidować Trybunał Konstytucyjny. Ku jednak wielkiemu zdziwieniu - nikt w Europie nie protestuje! Nikt nie podnosi larum, że oto rząd w Luksemburgu zamierza dokonać zamachu na podstawy demokratycznego państwa prawa. Nikt nie chce roztoczyć nad tym najbogatszym per capita państwem w Europie jakiegokolwiek "nadzoru". 

Ta sytuacja jeszcze bardziej umacnia mnie w przekonaniu, że całej unijnej elicie, wszystkim eurokratom, Niemcom czy PO-Petrusom wcale nie chodzi o Trybunał czy standardy demokratycznego państwa prawa. Im chodzi jedynie o ochronę dotychczasowych wpływów, kasy i ogólnie - zachowanie status quo - czego gwarancją nie może być rząd PiS w Polsce. Istota problemu leży zaś w kwestiach czysto finansowych i interesach ekonomicznych jakie niemieckie (głównie) firmy mają w Polsce, a które obecnie częściowo są zagrożone (poprzez planowane podatki bankowy i od sklepów wielkopowierzchniowych). Stąd histeryczne ataki, szczucie i grożenie "europejskim nadzorem".

 

Czytaj także: Luksemburska hipokryzja (Rp.pl)
Czytaj także: Szef MSZ Luksemburga: Sytuacja w Polsce coraz bardziej przypomina działania podejmowane przez reżimy dyktatorskie (GazetaPrawna.pl)

 

wpis z dnia 15/01/2016

   


  

     Pamiętajmy! To politycy z Niemiec, PO i Nowoczesnej zachęcali UE do interwencji przeciwko Polsce. Jak widać - dla obrony kasy i wpływów są zdolni do wielu rzeczy...
wpis z dnia 14/01/2016

 

Fobia Niemców oraz paniczny strach okrągłostołowej ekipy o własne, polityczne interesy spowodowały, że Komisja Europejska podjęła decyzję o wszczęciu przeciwko Polsce procedury "ochrony państwa prawnego w UE". Sprzyjający takiemu rozwiązaniu Donald Tusk i Elżbieta Bieńkowska z PO skutecznie zohydzili wczoraj Polakom unijną ideę "jednej Europy". Obstawiam, że nastroje anty-UE po tej hucpie znacząco wzrosną, a wizerunkowe straty dla Brukseli będą w naszym kraju prawdopodobnie nie do odrobienia. 

Donald Tusk, od kiedy trafił do Brukseli, był raczej powściągliwy jeśli chodzi o sprawy krajowe. Unikał wygłaszania opinii czy wypowiadania się na temat polityki rządu Beaty Szydło. Wszystko jednak do czasu. - "Mam nadzieję, że wasze słowa i wasze działania pomogą złagodzić zachowanie partii Kaczyńskiego" - takimi słowami były przewodniczący Platformy Europejskiej zwrócił się do grupy europosłów. Osobiście nie mam wątpliwości co do jego intencji. Tusk, jako przedstawiciel (i do niedawna jeszcze formalny lider) poprzedniej ekipy rządowej oraz pełnomocnik okrągłostołowego establishmentu III RP, zaczął panicznie bać się konsekwencji utraty wpływów swojej formacji na bieżące wydarzenia w Polsce. Po wyborach z 25 października Platforma dostała od społeczeństwa "czerwoną kartkę". Afery, skandale, oligarchizacja życia czy niekorzystne dla zwykłych obywateli decyzje były przyczyną totalnej porażki. W takich okolicznościach członkowie PO zakombinowali, że przy pomocy UE uda im się zohydzić rząd PiS. Właśnie z tego powodu zaczęli jeździć do Brukseli donosić na swój kraj. 

Działania rządu PiS, oprócz interesów okrągłostołowego establishmentu III RP, uderzą także w żywotne interesy zachodnich firm i korporacji, które do tej pory bez skrępowania drenowały kapitał z naszego kraju. Zapowiadane nowe podatki (bankowy oraz od sklepów wielkopowierzchniowych) najmocniej odczują niemieckie banki oraz sieci handlowe. Nie dziwię się zatem, że opanowana przez Niemców Unia Europejska postanowiła interweniować. Rzecz bowiem nie dotyczy sprawy Trybunału Konstytucyjnego czy ustawy medialnej. Rzecz dotyczy kwestii czysto finansowych i interesów jakie niemieckie firmy mają w Polsce, a które obecnie częściowo są zagrożone. I to jest prawdziwy powód interwencji Komisji Europejskiej przeciwko naszemu krajowi.

wpis z dnia 14/01/2016

   


  

     Ryszard Petru o uchodźcach: "Możemy się uczyć od Niemców. Najlepiej przyjmować ich do parafii"
wpis z dnia 13/01/2016

 

Warto przypomnieć słowa Ryszarda Petru z września ubiegłego roku, kiedy pytany o kwestie przyjmowania uchodźców z Bliskiego Wschodu wypalił, że "Możemy się uczyć od Niemców. Najlepiej przyjmować ich do parafii". W 2015 roku w granice Niemiec przybyło ok. 1 mln uchodźców, z czego większość okazała się być mężczyznami, a ok. 80 proc. z nich nie przeszła żadnej weryfikacji przez służby i nikt nie kontroluje tego, co aktualnie robią w RFN. Panie Petru - kolejna świetna rada z pana strony! Tak trzymać!

Ryszard Petru, przepytywany we wrześniu ubiegłym roku przez Monikę Olejnik na antenie Radia Zet w sprawie kryzysu migracyjnego, powiedział, iż "Polska ma moralny obowiązek przyjąć uchodźców, którzy nie mogą funkcjonować w swoich krajach. Polska, jako kraj europejski, ma obowiązek to zrobić". Pytany o to, jak mamy to zrobić, odpowiedział: "Możemy się uczyć od Niemców. Najlepiej - zgodnie z apelem Franciszka - przyjmować ich do parafii". 

W tym kontekście warto przypomnieć liderowi Nowoczesnej, że nasi zachodni sąsiedzi w ubiegłym roku przyjęli około 1 miliona islamskich uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Problem w tym, że większość z nich to młodzi mężczyźni, a około 80 proc. z nich nie przeszła żadnej weryfikacji przez niemieckie służby. Jakby tego było mało nikt nie kontroluje tego, co aktualnie robią na terytorium Niemiec. Ostatnio zaś okazało się, że to głównie "uchodźcy" stoją za ponad 600 atakami na tle seksualnym i rabunkowym na niemieckie kobiety w noc sylwestrową. Tak więc panie Petru - pomysł, aby w sprawie uchodźców powielać zachowanie rządu w Berlinie nie wydaje się być trafiony.

 

Źródło: Petru: Uchodźcy ekonomiczni nie będą do nas uciekać. Jesteśmy biednym krajem (RadioZet.pl)

wpis z dnia 13/01/2016

   


  

     Kwitnąca niemiecka demokracja objawia się w cenzurze, siłowym rozpędzaniu demonstracji i usuwaniu niewygodnych transparentów
wpis z dnia 12/01/2016

 

Niemiecki establishment, a w ślad za nim - niemieckie gazety i media wydawane w Polsce - sugerują, że nasz kraj ma problem z demokracją. Widzą drzazgę w oku sąsiada, a belki u siebie nie mogą dostrzec, czy jak? Wszak w tym samym czasie za naszą zachodnią granicą główne media na polecenia rządu cenzurują informacje o masowych gwałtach i atakach na kobiety, legalne demonstracje są siłowo rozpędzane przez policję, a transparenty z niewygodnymi hasłami konfiskowane. Rzeczywiście - demokracja w stanie pełnego rozkwitu!

Nie, proszę Państwa. Demokracja w Polsce nie jest zagrożona. Demokracja w Polsce goreje, a najlepszym tego dowodem są ostatnie tygodnie, kiedy mogliśmy obserwować niczym nie skrępowane manifestacje zarówno z jednej, jak i z drugiej strony politycznej barykady. Nie dajmy się zwariować - obrona interesów okrągłostołowego układu, zagranicznych banków, wpływów byłych członków PZPR oraz Platformy Obywatelskiej nie jest żadną obroną demokracji! To, że poprzednia ekipa, która rządziła III RP przez blisko 24 lata gra teraz nutą "zagrożenia demokracji" świadczy tylko o tym, że są autentycznie zdesperowani. Przeraża ich to, że tracą władzę, wpływy i pieniądze, że kończy się dla nich życie na koszt naszego państwa, że nie będą już mogli skutecznie działać na rzecz zagranicznych instytucji drenujących kieszenie zwykłych Polaków. Taka perspektywa ich po prostu przeraża. Stąd lament, krzyk i histeria jaką możemy obserwować w polskojęzycznych telewizjach i mediach elektronicznych. 

Sugestie niemieckiego establishmentu politycznego o tym, że w Polsce dzieje się coś złego z demokracją, są tym bardziej śmieszne, jeśli spojrzymy przez pryzmat stanu ich demokracji. Czy to w naszym kraju władze wydały polecenie cenzurowania przekazu na temat masowych ataków islamskich "uchodźców" na kobiety? Czy polska policja pacyfikowała w ostatnim czasie legalne demonstracje antyrządowe? Czy polskie służby porządkowe konfiskowały transparenty o niewygodnych dla rządu treściach? - Nie. To wszystko działo się w tym roku w Niemczech. To tam na policje zgłosiło się już ponad 500 kobiet, zaatakowanych w sylwestrową noc przez "uchodźców". To w Niemczech przez 3 dni funkcjonowała w tym temacie totalna cenzura. To za naszą zachodnią granicą policja pacyfikowała anty-rządowe demonstracje w Kolonii, które wybuchły po tym jak cała afera wyszła na jaw. To wreszcie tam doszło do sytuacji, w której przygotowany przez polskich kibiców transparent z napisem "Protect your women, not our democracy" został skonfiskowany przez policję. Tak więc jeśli ktoś ma poważny problem z demokracją, to będą to wspomniani Niemcy. 

wpis z dnia 12/01/2016

   


  

     Niemcy wpadli w szał, gdy jedna z ich gazet miała trafić w ręce zagranicznego właściciela. Za to w Polsce kontrolują aż 75% rynku prasy!
wpis z dnia 11/01/2016

 

Kiedy w 2005 roku zagraniczny kapitał przejmował dziennik "Berliner Zeitung", w Niemczech wybuchła histeria. Protestowali dosłownie wszyscy - dziennikarze, politycy, elity intelektualne, ludzie kultury i sztuki. Wszyscy twierdzili, że nie jest dopuszczalne, aby ktoś zza granicy wpływał na poglądy niemieckiej opinii publicznej. Zagraniczny inwestor w końcu odpuścił i odsprzedał swoje udziały spółce z Kolonii. Tymczasem w Polsce Niemcy kontrolują już łącznie 133 tytuły prasowe mając 75 proc. udziału w rynku. Tak, że tego... 

"Berliner Zeitung" to centrolewicowy dziennik założony w Berlinie w 1945 roku. Jest jedyną wschodnioniemiecką gazetą wydawaną w całych Niemczech. Jej średni nakład sięga około 190 tys. egzemplarzy. W 2005 roku, kiedy amerykańsko-brytyjski inwestor próbował przejąć tę gazetę, w Niemczech wybuchła prawdziwa histeria. Przeciwko sprzedaży "Berliner Zeitung" protestowali dziennikarze, politycy, elity intelektualne, ludzie kultury i sztuki. Wszyscy twierdzili, że nie jest dopuszczalne, aby ktoś zza granicy wpływał na poglądy niemieckiej opinii publicznej. Pojawiły się nawet argumenty, że pierwsze w historii przejęcie niemieckiej gazety przez zagraniczny kapitał może zagrozić wolności słowa i suwerenności dziennikarskiej. Ostatecznie amerykańsko-brytyjski inwestor wycofał się odsprzedając swoje udziały niemieckiemu wydawnictwu DuMont Schauberg z siedzibą w Kolonii. 

Tymczasem w Polsce, zgodnie z informacjami opublikowanymi przez Instytut Jagielloński, niemiecki kapitał był w 2014 roku właścicielem aż 133 tytułów prasowych, które miały aż 75 proc. udziału w rynku. W tym kontekście warto odnotować, że żaden z niemieckich wydawców nie pozwoli na to, aby w kontrolowanej przez siebie prasie wydawanej w Polsce pojawiały się teksty niezgodne z polityką Niemiec, czy też istotnie krytykujące aktualne decyzje Berlina. Niemiecka prasa w Polsce prezentuje głównie niemiecki punkt widzenia. Dba przede wszystkim o niemieckie interesy. Próżno w niej szukać tekstów krytycznych wobec Angeli Merkel. Mnóstwo jest za to tekstów nieprzychylnych tym, którzy są nieprzychylni niemieckiej władzy. Stąd w ostatnich tygodniach histeryczny wręcz atak na PiS i rząd Beaty Szydło, który zapowiedział istotne zmiany w relacjach między Warszawą i Berlinem. Wydawcy zza Odry najzwyczajniej w świecie boją się utraty kasy i wpływów na bieżącą politykę w Polsce.

 

Źródło: Chcieli być jak Bauer w Polsce i założyli gazetę w Niemczech. Szybko zrobiono z nimi porządek (NaTemat.pl)
Źródło: Czy musimy repolonizować media? Analiza zagranicznego kapitału w Polsce (Jagiellonski24.pl)

wpis z dnia 11/01/2016

  


  

     Na wiecu KOD dot. wolności mediów przemawiała Renata Kim - ta sama, która chwaliła niemieckie media za cenzurę w/s gwałtów w Kolonii
wpis z dnia 9/01/2016

 

Himalaje hipokryzji osiągnięte! Dziennikarka Newsweek'a Renata Kim kilka dni temu chwaliła niemieckie media za utrzymywanie cenzury w/s masowego molestowania i ataków na kobiety przez islamskich uchodźców w Niemczech. Dziś przemawiała na demonstracji KOD w/s wolności mediów. Jakby tego było mało - obecny na wiecu Jacek Żakowski stwierdził, że "gdyby media publiczne dobrze spełniły swoją rolę, to PiS nie doszedłby do władzy...". Jednym słowem: Odlot!

Establishmentowi dziennikarze i obrońcy okrągłostołowego ładu doznają zbiorowej histerii, która powoduje poważne zaburzenia w racjonalnym postrzeganiu rzeczywistości. Renata Kim, pisząca artykuły w lisowym Newsweek'u, kilka dni temu chwaliła niemieckie media za utrzymywanie cenzury w/s masowego molestowania i ataków na kobiety przez islamskich uchodźców w Niemczech. Dzisiaj przemawiała "w imieniu dziennikarzy" na wiecu KOD w/s wolności mediów. Potężnie odleciał również Jacek Żakowski - ten publicysta Gazety Wyborczej stwierdził, że "gdyby media publiczne dobrze spełniły swoją rolę, to PiS nie doszedłby do władzy...". Jednym słowem - wielkie LOL!

Pisałem już to, ale nie zaszkodzi powtórzyć: W Polsce, wbrew temu co głoszą niemieckie media do spółki z Gazetą Wyborczą, wcale nie jest zagrożona demokracja. W Polsce zagrożone są za to wpływy ludzi, grup czy całych korporacji, które do tej pory żyły kosztem naszego państwa lub reprezentowały interesy zagranicznych instytucji drenujących kieszenie zwykłych Polaków. Stąd przerażający lament, krzyk i histeria jaką możemy obserwować w polskojęzycznych telewizjach.

wpis z dnia 9/01/2016

   


   

     Polska powinna wnieść o pilne spotkanie ministrów spraw wewnętrznych UE, w celu omówienia aktualnej sytuacji w Niemczech!
wpis z dnia 8/01/2016

 

Sytuacja za naszą zachodnią granicą staje się coraz bardziej poważna. Z jednej strony dochodzi tam do setek ataków na ośrodki dla uchodźców. Częste są podpalenia i przemoc na tle rasowym. Z drugiej - mamy do czynienia z całkowitym brakiem kontroli i weryfikacji przybywających do RFN "uchodźców", których jest już tam ponad milion. O napaściach na tle seksualnym i cenzurze, jaka w niemieckich mediach została w związku z tym wprowadzona, nie będę nawet wspominał.

Władze w Berlinie przyznają, że w ciągu ostatniego roku do Niemiec przybyło około 1 miliona uchodźców/migrantów z Bliskiego Wschodu i krajów Afryki Północnej. Z czego około 80 proc. z nich nie przeszła żadnej weryfikacji przez niemieckie służby i nikt nie kontroluje tego, co aktualnie robią w RFN. Teoretycznie zatem może się powtórzyć sytuacja z Paryża z listopada ubiegłego roku, gdzie wśród zamachowców wysadzających się w powietrze i strzelających do Francuzów co najmniej trójka trafiła do Europy jako "uchodźcy". Z drugiej strony - rośnie agresja Niemców wobec samych uchodźców. Oficjalne statystyki niemieckiej policji mówią o ponad 800 atakach na ośrodki dla uchodźców w ciągu 2015 roku. Regularnie dochodzi tam do łamania podstawowych praw i wolności, a dyskryminacja na tle rasowym jest na porządku dziennym.

Jakby tego było mało - zagrożona również została wolność niemieckich mediów! Okazało się bowiem, że w związku z atakami na tle rabunkowym i seksualnym dokonywanymi w różnych miastach Niemiec w noc sylwestrową przez "uchodźców", niemieckie media publiczne podjęły decyzję, aby w ogóle o tym nie mówić. Cenzura miała zapobiec przedostaniu się informacji o skandalicznym zachowaniu arabskich mężczyzn do mainstreamu. Publicysta i bloger Stanislas Balcerac słusznie zauważył, że niemiecki rząd - trzymając tamtejsze media publiczne na smyczy - złamał niemiecką konstytucję, a dokładnie jej art. Art 5.1 gwarantujący wolność słowa ("Die Pressefreiheit und die Freiheit der Berichterstattung durch Rundfunk und Film werden gewährleistet. Eine Zensur findet nicht statt").

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - polski rząd powinien jak najszybciej zawnioskować o pilne spotkanie ministrów spraw wewnętrznych UE w Brukseli, w celu omówienia aktualnej sytuacji w Niemczech i podjęcia ewentualnych działań zaradczych. Wszystko bowiem wskazuje na to, że lada dzień opisany powyżej kryzys wymknie się naszemu zachodniemu sąsiadowi spod kontroli, a jego skutki mogą przelać się na terytorium naszego kraju. Lepiej działać zawczasu!

 

Czytaj także: Niemcy to dziki kraj (Monsieurb.neon24.pl)
Czytaj także: Jak oni łamią konstytucję (Monsieurb.neon24.pl)

wpis z dnia 8/01/2016

   


  

     Ponad 7 tys. zł zarabia jedynie 2,5 proc. Polaków. W niemieckim Lidlu szeregowy pracownik może zarobić równowartość 7,9 tys. zł
wpis z dnia 7/01/2016

Z danych opublikowanych przez Ministerstwo Finansów wynika, że w 2014 roku tylko 581 tys. Polaków udało się osiągnąć średniomiesięczne dochody wyższe niż 7.084 zł. Wspomniane 581 tys. osób, to jedynie 2,5 proc. populacji uzyskującej w naszym kraju legalne dochody. Co ciekawe - w sąsiednich Niemczech stawka minimalna dla pracowników Lidla wynosi 11,5 euro za godzinę. To oznacza, że pracownik pełnoetatowy (160 godz. w miesiącu) jest w stanie osiągnąć pensję 1840 euro brutto, co stanowi równowartość ok. 7,9 tys. zł.

Z danych Ministerstwa Finansów opublikowanych przez dziennik "Rzeczpospolita" wynika, że w 2014 roku z tytułu uzyskanych dochodów rozliczyć z fiskusem musiało się 24,6 mln osób. Ponad połowa z nich, tj. 12,84 mln osób, uzyskała w ciągu roku dochody nieprzekraczające kwoty 20 tys. zł. To oznacza, że ich średnio-miesięczne dochody - po odliczeniu składek na ubezpieczenia społeczne, kosztów uzyskania przychodu i innych odliczeń przewidzianych prawem - wynosiły mniej niż 1.667 zł. 

Co ciekawe - tylko 581 tys. Polaków udało się osiągnąć w 2014 roku średniomiesięczne dochody wyższe niż 7.084 zł (próg 85 tys. zł w skali roku). To oznacza, że niespełna 2,5 proc. populacji uzyskującej w naszym kraju legalne dochody miało szansę płacić podatek PIT według skali dla "bogaczy", tj. 32 proc. W tym miejscu warto zauważyć, że w niemieckim Lidlu godzinowa stawka minimalna dla szeregowego pracownika wynosi 11,5 euro brutto (równowartość ok. 49 zł). Tym samym pracujący na pełen etat jest tam w stanie wyciągnąć w skali miesiąca 1840 euro, co stanowi równowartość... ok. 7,9 tys. zł. 

Wygląda więc na to, że szeregowy, pełnoetatowy pracownik niemieckiego Lidla mógłby w Polsce być zaliczany do wąskiego grona najbogatszych. To pokazuje jak wielka przepaść dzieli jeszcze polskie zarobki do zarobków europejskich.

 

Źródło: Najubożsi pod ochroną (Rp.pl)
Źródło: Lidl podnosi płacę minimalną do 47 zł za godzinę (Se.pl)

Zobacz także: GUS ujawnia dramatyczne dane na temat wynagrodzeń: Najczęściej spotykana wypłata w Polsce to 1786 zł netto! (Niewygodne.info.pl)

Inspiracja: twitter.com/michalgornicki (twitter.com)

wpis z dnia 7/01/2016

   


  

     Statystyczny Niemiec w ciągu roku spędza w pracy 1388 godz. Jego kolega z Polski - aż 1918! A do tego zarabia 4 x mniej!
wpis z dnia 5/01/2016

 

Zgodnie z najnowszym rankingiem OECD - statystyczny Polak w ciągu roku poświęca na pracę aż 1918 godzin, co daje nam 5. miejsce na świecie wśród państw zrzeszonych w OECD i 2. miejsce w UE. Dla porównania - przeciętny Niemiec spędza w pracy w ciągu roku jedynie 1388 godzin, a mimo to otrzymuje 4-krotnie wyższe wynagrodzenie od przeciętnego Polaka (mimo, iż często pracują w oddziałach tego samego przedsiębiorcy). Oto jak wygląda nowoczesny postkolonializm stosowany w praktyce.

W najnowszym rankingu OECD mierzącym liczbę godzin spędzonych w pracy w ciągu roku zajęliśmy 5. miejsce na świecie (wśród państw należących do OECD) oraz 2. miejsce wśród państw zrzeszonych w strukturach UE. Statystyczny Polak spędza w pracy 1918 godzin w ciągu roku. Średnia ta jest o 148 godzin wyższa od średniej wyliczonej dla wszystkich państw należących do OECD (1770 godzin na rok) i aż o 244 godziny wyższa od od średniej wyliczonej dla państw należących do UE (1674 godzin na rok).

Najmniej godzin na pracę w ciągu roku muszą poświęcać Holendrzy (1380 godzin), Niemcy (1388 godzin), Norwegowie (1408 godzin) i Duńczycy (1411 godzin). Co ciekawe - przeciętne płace w tych państwach są 3, 4-krotnie wyższe od przeciętnej płacy w Polsce. Statystyczny Polak, aby związać koniec z końcem, musi zatem pracować w skali roku o pół tysiąca godzin dłużej niż statystyczny mieszkaniec wspomnianych powyżej państw (to tak, jakby tydzień pracy w skali roku był dla Polaków o jeden dzień dłuższy). Mimo jednak, iż pracujemy znacznie dłużej, to otrzymujemy grosze w porównaniu do tego co zarobi przeciętny Niemiec, Holender, Norweg czy Duńczyk... 

Pisałem już o tym, ale nie zaszkodzi powtórzyć: 27 lat "transformacji" wykształciło w Polsce pokolenie ciężko pracujących niewolników, którzy za to, że przeciętnie spędzają w pracy o 1/4 więcej czasu niż ludzie na Zachodzie, dostają na konto - jako wynagrodzenie - 4-krotnie mniej pieniędzy.

wpis z dnia 5/01/2016

   


  

     Niemiecki sektor górniczy jest 7-krotnie mniejszy niż polski, ale otrzymał 13-krotnie większą pomoc publiczną!
wpis z dnia 4/01/2016

 

Słuchając telewizyjnych ekonomistów można odnieść wrażenie, iż polski sektor górniczy jest najmocniej dotowanym przez pieniądze podatników sektorem ze wszystkich, jakie istnieją na terenie UE. Nic bardziej mylnego! Okazuje się, że w latach 2010-2013 niemieckie górnictwo, które wydobywa 7-krotnie mniej węgla niż polskie, otrzymało od swojego rządu aż 13-krotnie większą pomoc publiczną niż polski sektor górniczy!

Żeby była jasność - co do zasady nie jestem zwolennikiem dotowania z pieniędzy publicznych jakichkolwiek branż czy sektorów gospodarki tylko po to, by mogły latami funkcjonować nie przynosząc w zamian żadnej wartości dodanej. Wyjątki widzę jedynie w sytuacjach kryzysowych, kiedy rentowna i przynosząca zyski branża o charakterze strategicznym nagle musi walczyć o przetrwanie, co jest wyłącznie efektem zmieniającej się koniunktury.

Górnictwo w Polsce aż do 2013 roku było bardzo zyskowną gałęzią gospodarki. Zgodnie ze statystykami Polishcoaldaily.com w latach 2008-2012 wydobycie węgla kamiennego w naszym kraju przyniosło dla właścicieli kopalni prawie 6,8 mld złotych czystego zysku, a w latach 2007-2015 branża górnicza przekazała do budżetu centralnego aż 61 mld złotych tytułem różnego rodzaju podatków i danin publicznych. W zamian w tym czasie sektor mógł liczyć na około 5 mld zł rządowej pomocy (największe państwowe dotacje zaczęły się po 2013 roku, czyli po tym jak branża górnicza znalazła się w kryzysie).

W kontekście powyższego można odnieść wrażenie, iż polskie kopalnie są najmocniej dotowanymi pieniędzmi podatników kopalniami ze wszystkich, jakie istnieją na terenie UE. Wrażenie takie jest potęgowane wypowiedziami różnego rodzaju telewizyjnych ekonomistów. Nic bardziej mylnego! Okazuje się, że w latach 2010-2013 niemieckie górnictwo, które wydobywa 7-krotnie mniej węgla niż polskie, otrzymało od swojego rządu aż 13-krotnie większą pomoc publiczną niż polski sektor górniczy! Zgodnie z danymi Polishcoaldaily.com - niemieckie kopalnie mogły liczyć we wspomnianym okresie na 6,32 mld euro pomocy publicznej. Polskie kopalnie otrzymały w tym czasie jedynie 0,48 mld euro pomocy. 

Warto o tym pamiętać, szczególnie wówczas gdy ktoś mędrkuje o tym, że polskie kopalnie są najdroższe w utrzymaniu i pochłaniają najwięcej pomocy publicznej ze wszystkich kopalni w całej UE.

 

Czytaj więcej: Rząd PO nie zadbał o polski węgiel. Kraje UE o wiele bardziej wspierały swoje sektory górnicze (TelewizjaRepublika.pl)

wpis z dnia 4/01/2016

   


  

     Właśnie mija 5 rocznica podniesienia stawek podatku VAT, które miały funkcjonować tylko przez 3 lata. Tak nam obiecywał Donald Tusk...
wpis z dnia 2/01/2016

 

Pod koniec 2010 roku platformiana ekipa zatwierdziła ustawę podnoszącą wysokość płaconego przez Polaków podatku VAT z poziomu 7 do 8 proc. oraz z 22 do 23 proc. Wyższe stawki tego podatku miały obowiązywać od 2011 do 2013 roku. Okazało się jednak, że pod koniec 2013 roku Platforma podjęła decyzję o utrzymaniu wyższych stawek VAT na lata 2014 - 2016. Szacuje się, że skumulowany obywatelski koszt podwyższenia stawek podatku VAT wyniósł już co najmniej 20 mld zł!

Przypomnijmy - w drugiej połowie 2010 roku rząd Donalda Tuska stanął pod ścianą. Zagraniczni wierzyciele zaczęli się domagać spłaty coraz większych odsetek od długów, a pieniędzy na to w kasie państwa nie było. Ekipa Platformy wpadła jednak na pomysł, aby dodatkowe kilka miliardów zabrać Polakom podwyższając im stawkę podatku VAT. W ten sposób z początkiem 2011 roku podwyższone zostały podstawowe stawki VAT z 7 na 8 proc i z 22 na 23 proc. Rozwiązanie to miało być czasowe i obowiązywać tylko do końca 2013 roku. Tusk obiecał Polakom, że z początkiem 2014 roku przywróci normalne stawki (7 i 22 proc.). Obietnicy tej oczywiście nie dotrzymał i zgodnie z przyjętym pod koniec 2013 roku rozporządzeniem podwyższone stawki podatku VAT będą obowiązywały aż do 2016 roku włącznie.

Jeszcze w ubiegłym roku pojawiły się w mediach informacje, jakoby stawki podatku VAT miały wrócić do poziomu 7 i 22 proc. już od 1 stycznia 2016 roku. Niestety wszelkie spekulacje uciął wiceminister finansów w rządzie Ewy Kopacz Janusz Cichoń, który w odpowiedzi na interpelację poselską poinformował oficjalnie: "Rząd nie planuje wcześniejszej obniżki stawek VAT i odbędzie się ona planowo od 2017 roku (...) Dotychczasowa sytuacja finansowa państwa nie pozwoliła na wcześniejsze obniżenie stawki VAT". Niedługo po tym ekipa PO-PSL zapisała wyższe stawki podatku VAT do budżetu kraju na 2016 rok. 

Szacuje się, że skumulowany obywatelski koszt podwyższenia stawek podatku VAT wyniósł za lata 2011-2015 co najmniej 20 mld zł (roczny koszt to około 4 mld zł). Dla uświadomienia sobie z jak gigantyczną kwotą mamy do czynienia, warto zauważyć, że organizowana z rozmachem przy udziale tysięcy wolontariuszy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy (WOŚP), aby mogła zebrać taką kwotę (20 mld zł), to musiałaby zorganizować 376 finałów takich jak w 2015 roku!

wpis z dnia 2/01/2016