Archiwum: Wrzesień 2015

 

     Raport Komisji Europejskiej: Zagraniczne spółki co roku drenują z platformianej Polski grube miliardy nieopodatkowanych zysków!
wpis z dnia 30/09/2015

 

Oszustwa i agresywne optymalizacje podatkowe, do których dopuszczają się zagraniczne koncerny i spółki, powodują, że co roku budżet naszego kraju może tracić nawet 46 mld zł wpływów z tytułu podatku CIT (!) - czytamy w opublikowanym przez Komisję Europejską raporcie na temat unikania opodatkowania. Raport ten potwierdza wcześniejsze ustalenia kontrolerów z NIK, którzy stwierdzili, że rządowy aparat skarbowy przymyka oko na transferowanie gigantycznych dochodów poza polski system podatkowy. 

Komisja Europejska zleciła kilkunastu ekspertom podatkowym stworzenie raportu na temat unikania opodatkowania w poszczególnych państwach UE. Jego wyniki dla naszego kraju są porażające. Zdaniem ekspertów - z tytułu agresywnej optymalizacji podatkowej, stosowanej najczęściej przez zagraniczne spółki i koncerny, Polska może tracić wpływy budżetowe na poziomie nawet 46 miliardów złotych rocznie! To mniej więcej tyle, ile wynosi tegoroczny deficyt finansów publicznych w naszym kraju. 

Na czym polega wspomniana "agresywna optymalizacja"? Najczęściej to sztuczne generowanie kosztów funkcjonowania danego przedsiębiorstwa, które na papierze zmniejsza jego dochody, a przez to wpływa na wysokość płaconego podatku CIT. Szacuje się, że zagraniczne firmy korzystają z kilkuset skomplikowanych konstrukcji prawnych pozwalających na obniżanie podatku, jaki mają zapłacić polskiemu fiskusowi. Niestety wynika to pośrednio z faktu, że rządowy aparat skarbowy jest bezsilny i zupełnie nie radzi sobie z transferowaniem gigantycznych dochodów przez zagraniczne podmioty poza polski system podatkowy. W opublikowanym przez Najwyższą Izbę Kontroli (NIK) raporcie na temat firm z udziałem kapitału zagranicznego stwierdzono, że organy podatkowe nie są należycie przygotowane do weryfikowania prawidłowości rozliczeń pomiędzy zagranicznymi podmiotami, a budżetem państwa, dzięki czemu możliwe jest uchylanie się od opodatkowania przez zagraniczne koncerny i skuteczne transferowanie dochodów poza polski system podatkowy. NIK ustalił ponadto, że urzędy kontroli skarbowej i urzędy skarbowe - zamiast skupić się na podmiotach z udziałem kapitału zagranicznego - koncentrowały się, zgodnie z zaleceniami Ministra Finansów, na zwalczaniu nieprawidłowości w podatku od towarów i usług u rodzimych przedsiębiorców. Innymi słowy - urzędnicy dostali prykaz, aby łupić i gnębić kontrolami tych mniejszych i "swoich", a w spokoju zostawić zagraniczne spółki i koncerny. 

Bezradność platformianych władz, które od 8 lat nadzorują system kontroli podatkowej w Polsce, poraża tym bardziej, że wpływy podatkowe z tytułu "agresywnie zoptymalizowanych" dochodów pozwoliłyby na zredukowanie praktycznie do zera krajowych potrzeb pożyczkowych. Innymi słowy - rząd, gdyby rzeczywiście chciał uszczelnić system podatkowy wobec zagranicznych podmiotów, nie musiałby pożyczać pieniędzy na bieżące wydatki i funkcjonowanie państwa. Niestety, wiele wskazuje na to, że póki u steru władzy jest ekipa Ewy Kopacz, póty drenaż kapitału będzie trwał w najlepsze, a zagraniczne koncerny będą traktowały nasz kraj jak "Tax-Banana Republic".

 

Czytaj więcej: Tax Reforms in EU Member States 2015 (ec.europa.eu)
Czytaj także: NIK o kontroli firm z udziałem kapitału zagranicznego (Nik.gov.pl)

wpis z dnia 30/09/2015

    


 

     Sprzedaż przynoszącego zyski monopolu (PKP Energetyka) to zbrodnia na zdrowym rozsądku i zasadach ekonomii. Niestety, tak działa rząd Ewy Kopacz
wpis z dnia 29/09/2015

 

Na nic zdały się protesty opozycji i apele ekspertów. Rząd Kopacz ostatecznie zgodził się sprzedać PKP Energetykę! Minister infrastruktury i rozwoju Maria Wasiak formalnie zaakceptowała prywatyzację tej strategicznej spółki, co pozwoliło nowemu nabywcy z Luksemburga ogłosić sfinalizowanie transakcji. Uzyskana ze sprzedaży kwota (1,41 mld zł) nie zasili jednak państwowych kolei, lecz pójdzie na... spłatę starych długów.

Wyprzedaj wszystko co cenne i przynosi zyski, a uzyskane w ten sposób środki przelej na spłatę długów. To zdanie doskonale opisuje krótkowzroczną politykę realizowaną przez rząd Platformy Obywatelskiej. W ciągu 8 lat ekipa Donalda Tuska i Ewy Kopacz spieniężyła majątek narodowy o równowartości 60 miliardów złotych! Ciech, Azoty, PKP Cargo, PKO BP, Energa, PGE, PZU, BGŻ czy KGHM - powoli, acz konsekwentnie wyzbywano się w częściach majątku przynoszącego co roku gigantyczne zyski, przez co nasz kraj bezpowrotnie tracił podstawy do stworzenia silnej gospodarki opartej na rodzimym kapitale. 

Do wspomnianej listy spółek o charakterze strategicznym należy jeszcze dopisać PKP Energetykę - spółkę która posiada monopol (infrastrukturę) na dostarczanie energii elektrycznej wszystkim działającym w naszym kraju podmiotom kolejowym (dzięki czemu przynosi poważne zyski). Minister infrastruktury i rozwoju w rządzie Ewy Kopacz - Maria Wasiak - ostatecznie zaakceptowała jej prywatyzację i sprzedaż prywatnemu funduszowi z Luksemburga. Nie pomogły apele ekspertów, którzy twierdzili, że sieci trakcyjne i podstacje elektryczne są integralną częścią infrastruktury kolejowej i jako takie nie powinny podlegać prywatyzacji, natomiast sama PKP Energetyka powinna być częścią PKP Polskich Linii Kolejowych (państwowej spółki odpowiedzialnej za utrzymanie i budowę linii kolejowych w Polsce). 

Aby było śmieszniej uzyskana z prywatyzacji PKP Energetyki kwota 1,41 mld zł nie zasili ani polskiego państwa, ani państwowych spółek kolejowych, nie będzie jej można zainwestować czy też dobrze ulokować. Kwota ta najzwyczajniej w świecie zostanie bowiem przelana na konta wierzycieli Grupy PKP tytułem spłaty "historycznych" długów. Powtórzę zatem zdanie z początku tekstu: Wyprzedaj wszystko co cenne i przynosi zyski, a uzyskane w ten sposób środki przelej na spłatę długów. Tak działają marionetkowe rządy bantustantów, do których nie dociera, że sprzedaż przynoszącego zyski monopolu to zbrodnia na zdrowym rozsądku i zasadach ekonomii. Tak działa rząd Platformy Obywatelskiej.

 

Czytaj także: PKP Energetyka sprzedane za ponad 1,4 miliarda złotych (Money.pl)

wpis z dnia 29/09/2015

   


  

     Wg Eurostatu zarobki w Polsce od kilku lat stoją w miejscu, podczas gdy w "starych" państwach UE pną się mocno do góry
wpis z dnia 28/09/2015

 

Unijny Eurostat od czasu do czasu podaje statystki, z których można odczytać bardzo niewygodne dla obecnego establishmentu informacje. Jedną z nich są dane na temat godzinowych kosztów pracy w gospodarce, na które przede wszystkim składa się wynagrodzenie wypłacane pracownikowi. Okazuje się, że o ile w zachodnich państwach UE od kilku lat godzinowe koszty pracy podawane w euro pną się mocno w górę (co oznacza, że rosną wynagrodzenia), o tyle w Polsce stoją one w miejscu. Złoty okres?

Godzinowe koszty pracy w gospodarce składają się z dwóch elementów - większego i mniejszego. Tym większym jest wynagrodzenie wypłacane za pracę. Drugim - mniejszym - są obowiązkowe składki na ubezpieczenia społeczne. Eurostat wylicza ww. koszty dla każdego państwa w Europie, przeliczając dostępne dane na euro. Okazuje się, że w ubiegłym roku godzina pracy przeciętnego pracownika w Polsce kosztowała średnio 7,6 euro. Kwota ta była tylko o +0,1 proc. wyższa od kwoty kosztów pracy przeciętnego polskiego pracownika w 2008 roku. 

Zupełnie inaczej wygląda to w przypadku pozostałych państwach Unii Europejskiej. W Austrii godzinowe koszty pracy w latach 2008 - 2014 wzrosły o +18,9 proc. (z 26,4 do 31,4 euro). W Belgii o +15,4 proc. (z 32,9 do 38,0 euro). We Francji o +9,9 proc. (z 31,2 do 34,3 euro). W Holandii o +11,7 proc. (z 29,8 do 33,2 euro). W Niemczech o +12,2 proc. (z 27,9 do 31,3 euro). W Szwecji o +26,9 proc. (z 31,6 do 40,1 euro). Średni wzrost dla wszystkich państw UE (28 krajów) wyniósł +10,2 proc. (z 21,5 do 23,7 euro). Przypomnijmy - w Polsce było to jedynie +0,1 proc., mimo że czynniki rządowe oficjalnie podają nam, że średnie zarobki wyrażone w złotówkach urosły w tym czasie znacznie powyżej wartości +0,1 proc. 

Problem w tym przypadku jest siła nabywcza polskiej waluty. Okazuje się bowiem, że w 2008 roku za 1 złotówkę można było nabyć o wiele więcej euro, aniżeli obecnie. Tym samym statystyczny Polak mógł za swoją pensję kupić znacznie więcej dóbr i usług. Był de facto bogatszy, aniżeli Polak z roku 2014, który za 1 złotówkę może kupić mniej euro (mimo, że jego nominalne wynagrodzenie w złotówkach urosło). 

W zakresie siły nabywczej polskich wynagrodzeń warto również przytoczyć raport OECD, który porównywał zmiany jakie zaszły w przypadku przeciętnych pensji w poszczególnych krajach na przestrzeni lat 2004-2013. Zdaniem tej organizacji w 2004 roku statystyczny Polak zarabiał rocznie 11,9 tys. dolarów. Po upływie dekady, w 2013 roku kwota ta podskoczyła jedynie do 13,6 tys. USD (tj. o 1,7 tys. USD). W Europie w ciągu tego okresu słabsze rezultaty osiągnęły jedynie kraje pogrążone w głębokim kryzysie (Grecja czy Hiszpania). Inne państwa poradziły sobie w tej klasyfikacji znacznie lepiej: na Węgrzech odnotowano wzrost o 3,0 tys. USD do poziomu 13,2 tys. USD, w Czechach o 4,3 tys. USD do poziomu 15,2 tys. USD, a w Estonii aż o 5,9 tys. USD. do poziomu 15,0 tys. USD.

Co ciekawe - we wspomnianym okresie nie wiele zmniejszyła się również różnica pomiędzy przeciętnymi zarobkami statystycznego Niemca i Polaka po ich przeliczeniu na dolary. Statystyczny Muller zarabiał w 2004 roku 44,0 tys. USD, natomiast w 2013 było to niemal 47,0 tys. USD. Współczynnik wysokości polskiej płacy do niemieckiej (przeliczonych na dolary) wynosił zatem w 2004 roku 3,7-krotności (44,0 / 11,9 = 3,7 - to oznacza, że statystyczny Niemiec zarabiał równowartość 3,7-krotności płacy przeciętnego Polaka), natomiast w 2013 roku wynosił 3,46-krotności (47,0 / 13,6 = 3,46). Okazuje się, że w takim tempie płace naszych zachodnich sąsiadów dogonimy gdzieś za mniej więcej 130 lat...

Źródło: Zarobki w Unii coraz wyższe - w Polsce stoją w miejscu (Bankier.pl)
Źródło: Average annual wages (OECD.org)

wpis z dnia 28/09/2015

   


  

     Kopacz twierdziła, że Polacy nie poniosą kosztów przyjęcia imigrantów. Kilka dni później PO zabiera repatriantom ze wschodu ponad 1,2 mln zł
wpis z dnia 26/09/2015

 

Ewa Kopacz po raz kolejny została złapana na kłamstwie. Tym razem w sprawie kosztów przyjęcia imigrantów i uchodźców do Polski. Jeszcze kilka dni temu premier twierdziła, że Polacy nie będą ponosić kosztów ich pobytu, bowiem środki w odpowiedniej wysokości zagwarantuje Unia. Tymczasem w ostatni czwartek posłowie Platformy Obywatelskiej zasiadający w sejmowej komisji finansów zdecydowali o zabraniu repatriantom z państw b. ZSRR kwoty 1,26 mln zł. Powód? - Wydatki jakie Polska będzie musiała ponieść w związku z utrzymaniem cudzoziemców ubiegających się o status uchodźców...

Jednego jestem pewien - Platforma Obywatelska w ciągu ostatnich kilku dni zdążyła się samozaorać na metr w głąb, przerzucić przez sito i ponownie przeorać. Decyzje w sprawie islamskich imigrantów, jakie przedstawiciele tej partii zaczęli podejmować, dowodzą na totalne odizolowanie od społeczeństwa. Ewa Kopacz oraz jej współtowarzysze robią wszystko, aby przypodobać się Angeli Merkel i brukselskim eurokratom, zupełnie zapominając o opiniach przeważającej części Narodu. Sporo wskazuje na to, że obecna premier, poprzez podejmowanie nieakceptowanych przez Polaków decyzji, zamierza sobie załatwić jakąś fuchę w Brukseli lub Berlinie. Niewykluczone, że pogodziła się już z wynikiem wyborów z 25 października i obecnie próbuje ugrać dla siebie jakieś korzyści poprzez realizację wspólnotowych wizji. Tym bardziej, że podobny szlak (ustępstwa wobec kanclerz Niemiec i eurokratów z Brukseli w zamian za dobrze płatną unijną synekurę) przeszedł już jej poprzednik na stanowisku premiera i przewodniczącego PO, czyli Donald Tusk.

Elementem tej małowyrafinowanej gry "na Brukselę" może być decyzja o odebraniu Polakom mieszkającym na Kresach, Syberii i w Kazachstanie środków z rezerwy celowej w wysokości 1,26 mln zł i przeznaczenie ich na wydatki, jakie niebawem poniesiemy w związku z przerzuceniem do Polski uchodźców i imigrantów z Syrii, Afganistanu i Erytrei. Nie twierdzę, że tak jest na pewno, że Ewa Kopacz robi obecnie wszystko, aby zyskać przychylność zachodnioeuropejskich polityków wobec własnej osoby, co w ostatecznym rozrachunku miałoby skutkować zdobyciem dla siebie unijnej synekury. Z drugiej strony jednak - tak właśnie wygląda współczesna polityka, którą silniejsi, sprytniejsi i sprawniejsi przywódcy prowadzą wobec słabszych, rozhisteryzowanych i umysłowo-prowincjonalnych osób, które jakiś zbiegiem okoliczności pełnią ważne funkcje publiczne...

wpis z dnia 26/09/2015

  


   

     Dlaczego politycy PO są tak bardzo ulegli wobec Berlina?
wpis z dnia 25/09/2015

 

Decyzje o fundamentalnym dla Polski i Polaków znaczeniu w ostatnich latach bardzo często zapadały nie w Warszawie, lecz w Berlinie. To w stolicy Niemiec wytyczano kierunki polityki zagraniczną naszego kraju. To w Berlinie podejmowane były decyzje w sprawie baz NATO czy obozów dla islamskich imigrantów na terytorium Polski. Dlaczego politycy Platformy zrezygnowali z prowadzenia suwerennej polityki? Czy zrobili to za obietnice otrzymania unijnych synekur?

Przykro mi o tym pisać, ale odnoszę wrażenie, że politycy rządowi z Platformy Obywatelskiej postępują tak, jakby Polska nie była własnością Polaków, których (przynajmniej w teorii) mają na arenie międzynarodowej reprezentować. Ich zachowanie może sugerować, że reprezentują interesy kogoś zupełnie innego. Kogoś, kto traktuje Polskę w kategoriach gospodarczo-politycznej kolonii, kto czerpie z naszego kraju gigantyczne zyski, drenując bezpowrotnie kapitał i sporą część owoców wzrostu gospodarczego...

Niemiecka elita polityczna, w ramach dbania o interesy własnego kraju, wynajduje w krajach ościennych polityków słabszych, uległych i zakompleksionych, których może "urobić" według własnego wzorca. Tak było z Donaldem Tuskiem. Niemcy przez kilka lat hodowali go poprzez wręczane mu medale, honory, wyróżnienia i poklepywanie po plecach. Kiedy już go odpowiednio urobili (uprzednio wykorzystawszy do działań na rzecz niemieckiej racji stanu na linii bilateralnej Polska - Niemcy), to wstawili na eksponowane europejskie stanowisko, mimo braku znajomości angielskiego czy francuskiego. Ważne jednak, że znał niemiecki, dzięki czemu mógł przyjmować bezpośrednie instrukcje płynące z Berlina. Cała akcja z "europejską prezydencją" Tuska polegała na spacyfikowaniu (przejęciu w kontrolę) przez Niemcy (za pośrednictwem polityka z kraju "nowej Unii") europejskiego stanowiska, które mogłoby coś znaczyć, gdyby piastował je przebojowy polityk o wyraźnych poglądach. W przypadku jednak obsadzenia go przez totalną miernotę, w dodatku całkowicie uległą i podporządkowaną płynącym instrukcjom, nie znaczy nic. W ten sposób Berlin kontroluje potencjalne narracje, jakie mógłby tworzyć szef Rady Europejskiej.

Następczyni Tuska na stanowisku szefa rady ministrów w Warszawie ma niestety zbyt ograniczone możliwości osobowościowo-intelektualne, abyśmy mogli choćby przez chwile pomarzyć o próbie prowadzenia niezależnej od Niemiec polityki zagranicznej, która uwzględniałaby przede wszystkim interesy naszego państwa. Słynne "setki" telewizyjne z wizyty Ewy Kopacz w Berlinie, kiedy zagubiona i nieogarnięta premier naszego państwa prowadzona była pod ramię przez Angelę Merkel, doskonale zobrazowały istotę obecnych stosunków Polsko - Niemieckich. Pod tym względem nadzieje na zmianę mogą nieść zbliżające się wybory parlamentarne. Póki jednak krajem rządzi ekipa Platformy (jeszcze miesiąc), póty rzeczywistym premierem Polski będzie Angela Merkel.

wpis z dnia 25/09/2015

   


  

     Kopacz zdradziła Wyszehrad? Kopacz przede wszystkim zdradziła zwykłych Polaków!
wpis z dnia 24/09/2015

 

Po co Ewa Kopacz jeździła na spotkania Grupy Wyszehradzkiej, po co stawała obok Orbana, skoro potem i zrobiła tak, jak jej Angela Merkel nakazała? Po co platformiany rząd obiecywał Polakom, że w Brukseli będzie walczył o zniesienie nakazu przyjęcia odgórnych "kwot" islamskich imigrantów, skoro potem i tak się na to zgodził? Ekipa Ewy Kopacz wystawiła do wiatru zarówno państwa Grupy Wyszehradzkiej, jak i zwykłych Polaków. Kara, jaka ich spotka 25 października, będzie bardzo sroga.

Racje ma publicysta Tomasz Rożek, który na twitterze napisał, że dla Zachodu i tak będziemy ksenofobami i rasistami, a decyzja Ewy Kopacz niczego w tej mierze nie zmieni. Za to dla najbliższych sąsiadów od wczoraj będziemy przede wszystkim zdrajcami. No bo jak inaczej traktować kogoś, kto najpierw ustala jedno, twarde i wspólne z innymi partnerami stanowisko, które miało być silnym, środkowoeuropejskim głosem w UE, a potem, gdy przychodzi to stanowisko wygłosić na arenie międzynarodowej, chowa się za plecami Angeli Merkel i robi coś zupełnie odmiennego? Czy tak ma wyglądać profesjonalna i przemyślana polityka zagraniczna?! Przecież to jest absurd! Jak w takich okolicznościach Czechy, Węgry, Słowacja i Rumunia mają w nas widzieć naturalnego lidera regionu??!

Ale to tylko jedna strona medalu. Ekipa Ewy Kopacz zdradziła również Polaków. Publicznie obiecywała, że na szczycie w Brukseli będzie się sprzeciwiać przyjęciu do Polski odgórnie narzuconych "kwot" islamskich imigrantów. Gdy jednak przyszło co do czego, to niemal natychmiast zgodziła się na forsowaną przez eurokratów i Angelę Merkel propozycję. W praktyce oznacza to, że nowy rząd, jaki uformuje się po wyborach, otrzyma na "dzień dobry" do rozwiązania problem rozlokowania, utrzymania i weryfikacji (pod kątem zagrożenia terrorystycznego) kilkutysięcznej grupy imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Polacy nie chcieli takich problemów, a Ewa Kopacz doskonale o tym wiedziała. Mimo to podjęła decyzję zupełnie odmienną ich woli, byleby tylko zadowolić Angelę Merkel. 

Kto wie, może zdrada Wyszehradu i Polaków ma swoją cenę? Może już szykowana jest dla Ewy Kopacz jakaś synekura w Brukseli? Może niebawem obecna premier polskiego rządu otrzyma propozycję objęcia funkcji zastępcy jakiegoś unijnego komisarza, albo przynajmniej generalnego sekretarza jakiegoś politycznego gabinetu? Wszak tak właśnie wygląda realna polityka wobec ludzi słabych. A za taką osobę uważam Ewę Kopacz...

wpis z dnia 24/09/2015

   


  

     Jak teoretyczne państwo, które przegrywa z kelnerami, ma rozróżnić uchodźców od imigrantów, a dodatkowo odseparować spośród nich potencjalnych terrorystów?
wpis z dnia 23/09/2015

 

Według zatwierdzonych wczoraj planów, do Polski ma trafić ponad 7 tys. uchodźców/imigrantów z Syrii, Afganistanu i Erytrei. W dużej części będą to młodzi mężczyźni wyznający islam. W nawiązaniu do słów byłego szefa MSW w rządzie Donalda Tuska, który stwierdził, że "państwo istnieje tylko teoretycznie", warto zadać sobie pytanie w jaki sposób to samo "teoretyczne państwo", które nie radzi sobie z kelnerami, będzie weryfikowało powiązania i przeszłość osiedlających się w Polsce osób z Bliskiego Wschodu? Czy znowu "zda egzamin" wg platformerskich standardów?

Jak do tej pory Polska nie miała problemu z islamskimi radykałami dokonującymi aktów terroru. Wynika to z prostego faktu posiadania jednolitego etnicznie społeczeństwa, które - w odróżnieniu od społeczeństw Francji, Wlk. Brytanii, Szwecji czy Niemiec - w ciągu ostatnich lat nie przyjmowało na masową skalę imigrantów z Północnej Afryki czy Bliskiego Wschodu. Obecnie jednak sytuacja może się zmienić. Do Europy dociera nowa, potężna fala islamskich imigrantów. Czarne scenariusze mówią nawet o wielu milionach osób, które w najbliższych miesiącach dotrą do granic Unii Europejskiej. W tym kontekście plan Brukseli wydaje się być co najmniej nieprzemyślany. Zgodnie bowiem z nakazami eurokratów, będącymi pochodną wskazówek Angeli Merkel, każde państwo wchodzące w skład Unii Europejskiej będzie musiało przyjąć do siebie określoną, wynikającą z potencjału gospodarczego, liczbę imigrantów. W ten oto sposób do Polski ma trafić na początek ponad 7 tys. islamskich uchodźców/imigrantów. 

W kontekście powyższego pojawiają się zasadnicze pytania - w jaki sposób "teoretyczne" (wg słów ministra MSZ) państwo, które nie poradziło sobie z kelnerami, będzie skutecznie badało powiązania i przeszłość osiedlających się w Polsce osób z Syrii czy Afganistanu? W jaki sposób służby specjalne będą weryfikowały podejrzane osoby? Czy przeprowadzenie takiej operacji w rozsądnie krótkim czasie w przypadku ponad 7 tysięcy osób jest w ogóle możliwe? To są pytania, które automatycznie przychodzą mi na myśl, kiedy uświadamiam sobie poziom amatorki i niekompetencji osób nami rządzących od niemal 8 lat. I pomijam tutaj kwestie zupełnie oczywiste, że tym prawdziwym uchodźcom, oprócz zapewnienia jedzenia i dachu nad głową, trzeba również dać szanse na adaptację w społeczeństwie i nadzieję na lepsze życie, czego w ostatnich latach nie doświadczyła ogromna rzesza własnych obywateli. Ich nadzieje przekierowały się gdzieś poza granice naszego kraju. Jeżeli zatem "teoretyczne państwo" nie potrafiło zadbać o własnych obywateli, to jak zadba o uchodźców? 

wpis z dnia 23/09/2015

   


  

     Kopacz zachęca do łamania prawa: "Poseł na drodze ma prawo mieć cięższą nogę". Ręce opadają... 
wpis z dnia 22/09/2015

 

Premier polskiego rządu po raz kolejny zaskoczyła. Tym razem, na konferencji prasowej poświęconej wprowadzeniu w życie przepisów ograniczających immunitety poselskie, palnęła: - "Ja rozumiem, że poseł ma prawo mieć od czasu do czasu cięższą nogę, ale skoro ma cięższą nogę, to musi za to zapłacić" (sic!). Czytam i nie wierzę własnym oczom! Poseł "ma prawo mieć cięższa nogę"??! Równie dobrze mogłaby powiedzieć, że "poseł ma prawo kraść, byleby tylko wiedział, że jak go złapią to musi się liczyć z konsekwencjami"...

Słowa Ewy Kopacz rozumiem w ten sposób: w Polsce są równi i równiejsi. Do tych pierwszych należy zaliczyć zwykłych ludzi, harujących jak woły, aby związać koniec z końcem, a do tego przestrzegających sumiennie obowiązującego w naszym kraju prawa. Do drugiej grupy można z pewnością zaliczyć posłów i senatorów, którzy nie dość, że w swojej "pracy" specjalnie nie muszą się przemęczać, to jeszcze - w odróżnieniu od zwykłych ludzi - na drodze "mają prawo mieć cięższą nogę".

Ludzie, którzy tworzą w Polsce prawo, którzy decydują o kształcie porządku prawnego, powinni dawać przykład bezwzględnej praworządności. Powinni szanować obowiązujące prawo i zachęcać innych do jego przestrzegania. W przypadku Ewy Kopacz mamy sytuację wręcz odwrotną. Literalnie wskazuje bowiem, że posłowie mogą więcej, że mogą łamać prawo. Swoim zachowaniem i postawą obecna premier dała do zrozumienia, że poselska "kasta" jest w pewnym zakresie wyłączona spod prawa, że w zasadzie może to prawo łamać, byleby tylko ponieść później tego finansowe konsekwencje. 

Pozostaje mieć nadzieję, że jeszcze tylko kilka tygodni i wygłupy, takie jak ten ostatni Ewy Kopacz, ostatecznie się zakończą. W kontekście powyższe racje mają publicysta Łukasz Warzecha oraz bloger Maciej Jabub Keller, że to jednak przerażające, iż w wyjątkowo trudnym dla nas momencie, kiedy dług przebija kolejne rekordy, koło naszych granic mamy wojnę Rosyjsko-Ukraińską, a do Europy dociera potężna fala islamskich imigrantów, na czele polskiego rządu stoi zahukana, przerażona kobiecina, która jedynie co potrafi robić, to straszyć PiS-em.

 

Czytaj więcej: Kopacz: Poseł ma prawo na drodze mieć cięższa nogę, ale musi za to zapłacić (Bankier.pl)

wpis z dnia 22/09/2015

   


  

     Dlaczego w akcji "Uchodźcy w Polsce - więcej wiedzy, mniej strachu" udział wzięły głównie media należące do niemieckiego kapitału?
wpis z dnia 21/09/2015

 

W weekend w prasie i mediach elektronicznych rozpowszechniany był na szeroką skalę informator pt. "Uchodźcy w Polsce - więcej wiedzy, mniej strachu" (wydany przez "Gazetę Wyborczą" pod patronatem Urzędu ds. Cudzoziemców). Masowy kolportaż tej publikacji byłby niemożliwy, gdyby nie należące do Niemców polskojęzyczne gazety i portale. W tym kontekście warto postawić pytanie - jakiemu państwu najmocniej zależy, aby islamscy uchodźcy i imigranci byli lokowani proporcjonalnie do wszystkich krajów UE? - Tak, drodzy czytelnicy. Najmocniej zależy na tym właśnie Niemcom.

Opublikowany 18 września (piątek) informator pt. "Uchodźcy w Polsce - więcej wiedzy, mniej strachu" był inicjatywą "Gazety Wyborczej" pod patronatem Urzędu ds. Cudzoziemców. Oprócz mediów należących do spółki Agora (Gazeta Wyborcza, portal Gazeta.pl, Radio TOK FM) oraz mediów kontrolowanych przez rząd (TVP Info, Polskie Radio) w akcji kolportażu tego biuletynu, jak i informacji w nim zawartych, udział wzięły przede wszystkim portale internetowe i gazety należące do trzech niemieckich grup medialnych: 

1) Ringier Axel Springer (właściciel bądź współwłaściciel portalu Onet.pl, dziennika "Fakt" oraz "Dziennik Gazeta Prawna", jak i tygodnika "Newsweek Polska"),
2) Grupa Polska Press, należąca do spółki Verlagsgruppe Passau (kontroluje prasę lokalną w 15 województwach w Polsce),
3) Wydawnictwo Bauer (właściciel portalu Interia.pl).

W kontekście powyższych informacji warto sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to przypadkiem nie Niemcom najmocniej zależy na tym, aby islamscy uchodźcy i imigranci nie osiedlali się jedynie w tych państwach, do których chcą dotrzeć, lecz byli proporcjonalnie lokowani we wszystkich krajach Unii Europejskiej? Jeśli tak, to należałoby rozważyć, czy zmasowany udział polskojęzycznej prasy i portali internetowych, które należą do niemieckiego kapitału, w akcji "Uchodźcy w Polsce - więcej wiedzy, mniej strachu" nie jest realizowaniem niemieckiej racji stanu?

Dodajmy, że zgodnie z wyliczeniami Klubu Jagiellońskiego - zagraniczny (głównie niemiecki) kapitał jest obecnie właścicielem 138 czasopism, które w 2014 roku sprzedały ogółem ponad 567 milionów egzemplarzy, natomiast wydawnictwa, które stanowią własność polskiego kapitału, kontrolują zaledwie 47 tytułów, co przełożyło się na 178 milionów sprzedanych egzemplarzy w 2014 roku. Podmioty o kapitale zagranicznym kontrolują więc aż 76% rynku prasy.

 

Polecam także: Czy musimy repolonizować media? Analiza zagranicznego kapitału w Polsce (Jagiellonski24.pl)
Zobacz również: Uchodźcy w Polsce - infografika (Wykop.pl)

wpis z dnia 21/09/2015

    


  

     Dramatyczny apel Polaków z Mariupola zapomnianych przez rząd: "Za bezpieczny dach nad głową jesteśmy gotowi sprzątać ulice w naszej Ojczyźnie!"
wpis z dnia 19/09/2015

 

Polacy, którzy od kilku miesięcy czekają na ewakuację z objętego działaniami wojennymi Mariupola na wschodzie Ukrainy, wystosowali do Polskich władz dramatyczny w treści list. Ubolewają w nim, że dla nich - potomków represjonowanych Polaków, dzieci i wnuków przymusem wywiezionych przez NKWD z Podola i terenów byłej II RP na Donbas polskich żołnierzy, nauczycieli, urzędników - w wolnej III RP miejsca nie ma. Miejsce jest za to dla tysięcy uchodźców-Muzułmanów z Bliskiego Wschodu i Afryki, którzy niebawem zostaną przerzuceni do naszego kraju.

Zarząd Polsko-Ukraińskiego Stowarzyszenia Kulturalnego w Mariupolu przygotował dramatyczny w swej treści apel, który trafić ma do Kancelarii premiera, senackich oraz sejmowych komisji ds. łączności z Polakami za granicą, jak i Prezydenta RP. Czytamy w nim m.in.:

 

Słuchając zapewnień, że Polska jest gotowa przyjąć setki uchodźców-Muzułmanów, ubolewamy, że dla nas – katolików, potomków represjonowanych Polaków, dzieci i wnuków przymusem wywiezionych przez NKWD z Podola i terenów byłej II RP na Donbas polskich żołnierzy, nauczycieli, urzędników, nie ma miejsca w naszej historycznej Ojczyźnie. (...) My, Polacy z Mariupola, nie mamy wygórowanych wymagań, jesteśmy gotowi pracować społecznie za bezpieczny dach nad głową i sprzątać ulice w razie potrzeby na terenie naszej historycznej Ojczyzny.

 

Przypomnijmy - Wiktoria Charczenko, wiceprezes Towarzystwa Kultury Polskiej Donbasu, kilkanaście dni temu stwierdziła, że w ukraińskim Mariupolu na ewakuację czeka jeszcze czterdzieści osób polskiego pochodzenia, którym polskie MSZ od kilku miesięcy odmawiały jakiegokolwiek wsparcia. Okazuje się, że jest to jeden z największych paradoksów platformianej ekipy pod kierownictwem Ewy Kopacz. Nie potrafią (bądź nie chcą) ściągnąć do kraju stosunkowo niewielkich liczebnie grup Polaków, którzy żyją w objętym działaniami wojennymi Donbasie na wschodzie Ukrainy i którzy - co istotne - chcą zaleźć schronienie w Polsce. W zamian za to przyjmą do naszego kraju ok. 12 tysięcy imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki, którzy wcale do Polski nie chcą. Widzicie tutaj logikę działań, bo ja nie!

 

Czytaj więcej: Polacy z Mariupola: "Jesteśmy gotowi sprzątać ulice na terenie naszej historycznej Ojczyzny" (Kresy24.pl)

wpis z dnia 19/09/2015

   


  

     Odnotujmy: Posłowie PO zagłosowali za wprowadzeniem dyktatu imigracyjnego Brukseli! Jest zgoda na islamskich imigrantów w Polsce!
wpis z dnia 18/09/2015

 

Europarlament zatwierdził wczoraj plan rozlokowania we wszystkich państwach Unii Europejskiej ok. 140 tys. imigrantów - głównie młodych mężczyzn wyznających islam. Warto odnotować, że europosłowie Platformy Obywatelskiej nie protestowali. Trójka z nich zagłosowała "za", a większość wsadziła głowy w piasek i wstrzymała się od głosu. Dzięki takim jak oni do Polski zaczną trafiać transporty islamskich imigrantów, którzy wcale do naszego kraju nie chcą.

Warto odnotować, że w czasie "debaty", która toczyła się tuż przed głosowaniem w sprawie dyktatu imigracyjnego wobec państw Europy Środkowej, przewodniczący europarlamentu Martin Schulz (ten sam, który nie tak dawno groził użyciem siły przeciwko Polsce) nie dał głosu żadnemu z posłów wywodzących się z tych państw. Innymi słowy, nikt z reprezentantów Polski, Węgier, Czech i Słowacji, gdzie występuje silny opór społeczny wobec pomysłów eurokratów z Brukseli, nie mógł przedstawić argumentów przeciwko narzucanym z góry limitom islamskich imigrantów, jacy mają do nas trafić. 

Ostatecznie Parlament Europejski zatwierdził poparcie dla pomysłu Komisji Europejskiej. W głosowaniu za pomysłem rozlokowania we wszystkich państwach Unii Europejskiej ok. 140 tys. islamskich imigrantów było 372 europosłów, przeciwko głosowało 124, a 54 wstrzymało się od głosu. Europosłowie Platformy Obywatelskiej, którzy zamiast wyrazić głos swojego społeczeństwa woleli schować głowy w piasek. Trzech z nich (Róża von Thun und Hohenstein, Danuta Huebner i Michał Boni) zagłosowało za rozlokowaniem w Polsce imigrantów. Reszta wstrzymała się od głosu. Dzięki takim jak oni do Polski ma zostać siłą przetrasportowanych około 9,3 tys. imigrantów i uchodźców. Piszę "siłą", bowiem ludzie ci wcale do naszego kraju nie chcą. Ich celem są Niemcy, Dania lub Szwecja.

Na marginesie tej sprawy warto dodać, że 140 tys. islamskich imigrantów, nad którymi głosowali europosłowie, to dopiero początek. Według Międzynarodowej Organizacji do Spraw Migracji, z samej tylko Syrii do Europy zmierza już około półtora miliona ludzi. Wszyscy oni trafią na Stary Kontynent w ciągu kilku najbliższych miesięcy...

wpis z dnia 18/09/2015

 


 

     W 2016 roku Polska będzie musiała wpłacić do budżetu UE aż 9,24 mld zł. Nie mamy na to pieniędzy, więc trzeba będzie zwiększyć zadłużenie
wpis z dnia 17/09/2015

 

Dramat jaki w przyszłym roku dotknie polskie finanse publiczne (według planu rządu Ewy Kopacz deficyt budżetowy osiągnie rekordowy, nienotowany nigdy wcześniej poziom 54,6 mld zł) w dużej mierze będzie wynikał z obowiązku wpłaty przez nasz kraj największej w historii składki do budżetu UE (która wyniesie aż 9,24 mld zł) oraz kosztów obsługi długu (32 mld zł). Drenaż kapitału z Polski będzie zatem trwał w najlepsze, a rządzący - aby zapewnić niezbędne do tego środki finansowe - będą najpierw musieli zaciągnąć odpowiednio wysokie pożyczki.

Tak źle pod względem finansowym nie było jeszcze nigdy! Rząd Ewy Kopacz zaplanował, że w przyszłym roku deficyt budżetowy (czyli różnica między dochodami państwa, a jego wydatkami) wyniesie 54,6 mld zł. Rekordowy, najwyższy w historii deficyt przełoży się także na rekordowo wysokie potrzeby pożyczkowe brutto. Okazuje się, że aby związać koniec z końcem trzeba będzie pożyczyć gigantyczną kwotę 180 mld zł. Większość z tych pieniędzy pójdzie na rolowanie starych długów. Całkowite zadłużenie kraju (potrzeby pożyczkowe netto) ma się powiększyć o 73 mld zł. Spłata odsetek od długów zaciągniętych przez ekipę Tuska & Kopacz pochłonie kolejne 32 mld zł.

Okazuje się, że tak wielki deficyt, a w konsekwencji - potrzeby pożyczkowe, w istotnej części wynikają z konieczności zapłaty do unijnego budżetu największej w historii składki członkowskiej, która w przyszłym roku wyniesie aż 9,24 mld zł. Polska nie ma na to pieniędzy, tak więc rządzący będą musieli, na ten usankcjonowany instytucjonalnie drenaż kapitału, pożyczyć środki. Prawdopodobnie zrobią to u zagranicznych wierzycieli. W praktyce będzie to oznaczało, że środki, które zostaną wydrenowane, będą najpierw pożyczone z zagranicy. Za tą operację zapłacimy podwójnie - najpierw wspomnianym drenażem, a potem koniecznością zwrotu pożyczonych pieniędzy wraz z należnymi odsetkami...

wpis z dnia 17/09/2015

  


  

     W styczniu Ewa Kopacz obiecała, że gazoport ruszy w lipcu. Mamy wrzesień, a gazoport cały czas "w budowie"
wpis z dnia 16/09/2015

 

Przykład z budową terminala LNG w Świnoujściu jak w soczewce pokazuje totalną nieudolność i niekompetencję ekipy rządowej. Najpierw spartaczyli pierwotną umowę z głównym wykonawcą gazoportu, który na jej podstawie mógł - praktycznie bez konsekwencji - dopuścić się opóźnienia budowy. Teraz podpisują z nim następny aneks, który po raz kolejny przesuwa termin oddania do użytku tej kluczowej dla bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju inwestycji. Oto jak wygląda istota teoretycznego państwa...

Warta blisko trzy miliardy złotych inwestycja miała być koronnym argumentem w negocjacjach z Gazpromem na temat obniżenia ceny sprowadzanego z Rosji gazu (płacimy najwięcej w Europie). Niestety budowa gazoportu się przedłuża i generuje coraz większe koszty, a strona rządowa - jak do tej pory - nie potrafiła w sposób wiążący określić, kiedy w Świnoujściu będziemy mogli odbierać gaz LNG. 

Farsa z gazoportem trwa już co najmniej od końca 2013 roku. Wówczas to po raz pierwszy pojawiły sie informację, iż tej strategicznej dla polskiego bezpieczeństwa energetycznego inwestycji nie uda się ukończyć w planowanym terminie, tj. do 30.06.2014 r. Mając to na względzie z głównym wykonawcą inwestycji, tj. włoską spółką Saipem, zawarty został aneks, zgodnie z którym budowa miała się zakończyć w grudniu 2014 r. Gdy i ten termin nie został dochowany, Ewa Kopacz - na specjalnie zwołanej konferencji prasowej publicznie obiecała, że gazoport zostanie oddany do użytku w lipcu 2015 roku. Obecnie mamy wrzesień i budowa terminala nadal nie została ukończona. W zamian za to, ze spółką Saipem podpisany został kolejny aneks do umowy, zgodnie z którym gazoport ma rozpocząć komercyjną działalność w drugim kwartale 2016 roku pod warunkiem "podpisania protokołu odbioru do użytkowania". Czy wspomniany protokół zostanie rzeczywiście podpisany w przewidzianym terminie? Nikt na to nie da gwarancji. Zważywszy na dotychczasowe opóźnienia równie dobrze może to być IV kwartał 2016 roku, albo i nawet 2017 rok.

W tym kontekście warto przypomnieć, że na ujawnionych w czerwcu ub. r. przez tygodnik "Wprost" nagraniach, były wiceminister finansów w rządzie Tuska, a od 2013 roku wiceprezes zarządu ds. korporacyjnych PGNiG - Andrzej Parafianowicz - w rozmowie ze Sławomirem Nowakiem stwierdził, że podpisane przez rząd Tuska umowy na realizację terminalu LNG w Świnoujściu są bardzo niekorzystne, bowiem pozwalają głównemu wykonawcy bezkarnie opóźniać budowę wspomnianej infrastruktury. Podczas nagranej rozmowy pada nawet stwierdzenie, że nasz kraj będzie mógł odbierać gaz z Kataru dopiero w... 2017 roku, czyli z około 3 letnim poślizgiem. 

Należy podkreślić, że opóźnienia w realizacji tej strategicznej dla bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju inwestycji mogą mieć gigantyczne znaczenie. Wystarczy tylko uświadomić sobie, jak ważne w negocjacjach z rosyjskim Gazpromem na temat ceny sprowadzanego gazu jest posiadanie "karty przetargowej" w postaci gazoportu. Oferowany przez Rosjan gaz natychmiast staje się tańszy, kiedy pojawia się argument sprowadzania większej ilości błękitnego paliwa z innego niż wschodni kierunku (idealnie pokazuje to przykład Litwy, która niemal natychmiast otrzymała od Rosjan zniżki, gdy uruchomiła swój gazport w Kłajpedzie). Niestety niekompetencja i nieudolność ekipy rządowej doprowadziła do tego, że opóźnienie w zakresie komercyjnego uruchomienia terminala w Świnoujściu już teraz przekracza 14 miesięcy i cały czas rośnie...

 

Czytaj także: Kopacz zapewnia: terminal LNG ruszy w lipcu (PolskieRadio.pl)


wpis z dnia 16/09/2015

   


  

     Dni poradnictwa ZUS w Pompano Beach? Urzędnicy ZUS polecieli doradzać jak otrzymać polską emeryturę na słoneczne plaże Florydy??!
wpis z dnia 15/09/2015

 

MSZ i ZUS wymyśliły swego inicjatywę "Dni Poradnictwa". Polega ona na tym, że urzędnicy ZUS organizują spotkania informacyjne dla Polaków mieszkających za granicą, które dotyczą możliwości ubiegania się o renty i emerytury w Polsce. Idea słuszna i chwalebna pod jednym warunkiem - spotkania organizowane są w największych skupiskach Polonii za granicą. Niestety, okazało się, że "Dni poradnictwa" zorganizowano także w turystycznych kurortach Clearwater i Pompano Beach na Florydzie w USA. 

"Dni poradnictwa" ZUS co do zasady organizowane były w miejscach, gdzie liczba Polaków i Polonii jest całkiem spora. Urzędnicy jeździli doradzać w sprawie możliwości ubiegania się o renty i emerytury do takich miast jak: Lwów, Sztokholm, Oslo, Dublin, Ottawa, Montreal czy Nowy Jork. Niestety wśród miejscowości, w których zorganizowano "Dni poradnictwa" znalazły się także i takie, gdzie skupiska Polonii są raczej śladowe. Były to Clearwater i Pompano Beach na Florydzie w USA. To zaś co łączy oba ww. miasta, to atrakcyjność pod względem turystycznym i piękne plaże...

W kontekście powyższych wycieczek na Florydę i związanych z nimi wydatków warto przypomnieć, że w tym roku na wypłatę świadczeń emerytalno-rentowych ZUS-owi zabraknie aż 52,4 mld zł. Niestety ZUS będzie potrzebował coraz większych ilości pieniędzy na wypłatę świadczeń, bowiem coraz więcej ludzi będzie przechodziło na emerytury, a to - bez poważnych zmian systemowych - najprostsza droga do bankructwa całego kraju. W obliczu tak dramatycznych informacji organizowanie wycieczek na plaże Florydy wydaje się być jeszcze bardziej pozbawione sensu.

 

Źródło informacji: ZUS – Zagraniczne Urlopy i Szkolenia na Florydzie (TwojZUS.pl)
Czytaj także: Dramatyczna sytuacja ZUS: Na wypłatę świadczeń zabraknie w tym roku aż 52,4 mld zł! To równowartość tysiąca finałów WOŚP... (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 15/09/2015

   


  

     PO przez 8 lat regularnie podnosiła podatki. Tylko idiota uwierzy, że w 9. roku rządów nagle zaczną je obniżać
wpis z dnia 14/09/2015

 

W 2007 roku Tusk obiecał stworzenie z Polski "zielonej wyspy", bezkompromisową walkę z biurokracją i obniżenie podatków (3 x 15 proc.). Kolejne lata pokazały, że zielona wyspa była raczej szaro-zgnita, a w dodatku co chwila targana aferami i przekrętami, biurokracja rozrosła się o kolejne 43 tys. etatów, a zamiast 3 x 15 proc. ekipa Tuska zafundowała nam kilkanaście podwyżek podatków i innych danin publicznych. W takich okolicznościach trzeba być idiotą, aby uwierzyć w najnowsze (totalnie odjechane) obietnice dotyczące obniżenia podatków, serwowane przez Ewę Kopacz. 

W ciągu 8 ostatnich lat przekonałem się, że ekipa Platformy Obywatelskiej raczej na miękko podchodziła do swoich przedwyborczych obietnic, a najczęściej po prostu je olewała (tym samym olewała swoich wyborców). - "Przysięgam Polakom, że każdy, kto w moim rządzie zaproponuje podwyżkę podatków, zostanie osobiście przeze mnie wyrzucony" - w ten sposób Donald Tusk zachęcał Polaków w 2007 roku do głosowania na swoich ludzi, którzy po przejęciu władzy mieli stopniowo obniżać podatki zwykłym ludziom i tym samym sprawiać, by "żyło się lepiej". To było 8 lat temu, czyli dość dawno temu. Co się wydarzyło w tym czasie? Czy Platforma rzeczywiście obniżyła podatki, zrealizowała postulat 3 x 15% czy też odchudziła biurokrację?

Przypomnijmy zatem, że póki co żadna z przedwyborczych obietnic PO, które dotyczyły podatków czy biurokracji, nie została zrealizowana. Ekipa Tuska, Komorowskiego i Kopacz podniosła nam stawkę VAT, akcyzę na paliwa, składkę rentową, podatki lokalne, zlikwidowała ulgi, zamroziła progi oraz kwotę wolną. Szacuje się, że dorzucanie nowych obciążeń publiczno-prawnych w latach 2008 - 2015 kosztowało nas wszystkich dodatkowe 60-70 miliardów złotych! To oznacza, że każdy dorosły Polak musiał wyłożyć z własnej kieszeni średnio o 2,0 - 2,5 tys. zł więcej, aniżeli w sytuacji, gdy do wspomnianych podwyżek by nie doszło. Jakby tego było mało - według oficjalnych statystyk od końca 2008 roku do końca 2014 roku liczba urzędniczych etatów wzrosła w naszym kraju o 43 tys. Średnie zarobki urzędników również wzrosły z poziomu 3527 zł (w 2008 roku) do 4798 zł (2014 rok). Tak więc walka z biurokracją szła jak widać na całego.

Pół biedy, gdyby rosnące koszty utrzymania armii urzędników miały przełożenie na przyjazne prawo, jasne i czytelne procedury oraz transparentność działań władzy. Niestety tutaj również rządy Platformy przyczyniły się jedynie do pogłębienia kryzysu. Odwołajmy się do Globalnego Rankingu Konkurencyjności za 2014 rok tworzonego przez World Economic Forum. W kategorii "Czas potrzebny do założenia własnej działalności gospodarczej" zajęliśmy odległe 111. miejsce na świecie, natomiast w rankingu mierzącym przejrzystość i transparentność działań rządu zajęliśmy 110. miejsce na świecie. Bardziej transparentne i przejrzyste władze funkcjonują w takich krajach jak Gabon, Uganda, Mongolia, Albania, Ukraina czy Rosja. 

Na przestrzeni kilku ostatnich lat politycy pokroju Ewy Kopacz wielokrotnie pokazywali w jakim miejscu i jak głęboko mają interes zwykłych ludzi, którzy ich utrzymują. Mam poważne wątpliwości, aby cokolwiek w tej kwestii miało się zmienić, gdyby Platforma Obywatelska miała rządzić przez kolejne 4 lata. Widmo utraty władzy skłania tych polityków do serwowania fantastycznymi obietnicami. Na szczęście mamy jednak poważny, bo aż 8-letni, bagaż negatywnych doświadczeń, który skutecznie neutralizuje każde wypowiedziane przez funkcjonariuszy PO słowo.

 

wpis z dnia 14/09/2015

   


  

     Posłom większe pensje do wypłaty, a Polakom wyższy ZUS do zapłaty. Zobacz jak w 2016 r. urosną składki ZUS (dla nas) i pensje (dla posłów)
wpis z dnia 13/09/2015

 

Marszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska potwierdziła, że od przyszłego roku zarobki posłów wzrosną o około 500 zł. W tym samym czasie zwykli ludzie i przedsiębiorcy będą musieli się zadowolić podwyżkami... obowiązkowych składek na ZUS. Wszak w naturze musi występować równowaga i jeśli ktoś zarabia więcej, to ktoś inny musi zarabiać mniej.

Pismo w sprawie podwyżek dla posłów i senatorów jeszcze pod koniec lipca miał wysłać do Kancelarii Sejmu minister finansów Mateusz Szczurek. Miało z niego wynika, że pensje parlamentarzystów wzrosną od przyszłego roku o około 5 proc. (czyli ok. 500 zł). Dlaczego taka podwyżka? - To efekt zatwierdzonego przez rząd Ewy Kopacz ogólnego odmrożenia płac w 2016 r. dla pracowników budżetówki. Należy zauważyć, że zgodnie z ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora, uposażenie posła jest równe wynagrodzeniu, jakie na podstawie innych przepisów otrzymuje podsekretarz stanu w Kancelarii Premiera. Jeżeli zatem przewidziane są podwyżki dla podsekretarzy stanu, to automatycznie ma po przełożenie na pensje posłów i senatorów.

Zwykli ludzie i przedsiębiorcy w tym samym czasie też będą mogli liczyć na podwyżki. Problem w tym, że będą to podwyżki obowiązkowych składek do ZUS. Już teraz wiadomo, że comiesięczna danina na rzecz ZUS przekroczy w przyszłym roku barierę 1100 zł. Oficjalnie, nowe wartości składek ZUS zostaną opublikowane dopiero w grudniu, wystarczy jednak zajrzeć do nowej ustawy budżetowej, gdzie określono prognozowane przeciętne wynagrodzenie miesięczne na 2016 rok, które stanowi podstawę wymiaru dla składek ZUS. Zgodnie z wyliczeniami portalu zus.pox.pl począwszy od przyszłego roku składki emerytalna, rentowa, chorobowa, wypadkowa oraz składka na Fundusz Pracy wzrosną łącznie o 19,70 zł miesięcznie (2,4 proc.), co w skali roku będzie się równało dodatkowym kosztom w wysokości 236,40 zł. Jeśli do tego doliczymy szacunkowy wzrost odrębnie wyliczanej składki zdrowotnej (jej nową wysokość poznamy dopiero w styczniu przyszłego roku), to wyjdzie nam, że łączna wartość składek ZUS w 2016 roku wyniesie ok. 1120 zł miesięcznie. By żyło się lepiej!

 

Źródło: Nowe składki ZUS na 2016 rok (zus.pox.pl)
Źródło: Pensje posłów w górę nawet o 500 złotych (Tvn24.pl)

wpis z dnia 13/09/2015

  


   

     Szok! Rząd Kopacz od ponad pół roku nie potrafi ewakuować z Donbasu 40 Polaków. Za to 12.000 islamskich imigrantów przyjmie na każdych warunkach
wpis z dnia 12/09/2015

 

Wiktoria Charczenko, wiceprezes Towarzystwa Kultury Polskiej Donbasu, twierdzi, że w tej chwili w ukraińskim Mariupolu na ewakuację czeka jeszcze czterdzieści osób polskiego pochodzenia, którym polskie MSZ od kilku miesięcy odmawiało jakiegokolwiek wsparcia. Za to już za chwilę rząd Kopacz zacznie ściągać na polecenie Angeli Merkel niechcianych w Niemczech 12 tys. imigrantów, którzy wcale do Polski nie mają ochoty przyjeżdżać. Gdzie jest logika takiego działania?!

Oto jeden z największych paradoksów platformianej ekipy pod kierownictwem Ewy Kopacz. Nie potrafią (bądź nie chcą) ściągnąć do kraju stosunkowo niewielkich liczebnie grup Polaków, którzy żyją w objętym działaniami wojennymi Donbasie na wschodzie Ukrainy i którzy - co istotne - chcą zaleźć schronienie w Polsce. W zamian za to platformiana władza przyjmie do naszego kraju ok. 12 tysięcy imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki, którzy wcale do Polski nie chcą. Widzicie tutaj logikę działań, bo ja nie!

Prawda jest niestety taka, że Ewa Kopacz to zwykła pacynka w rękach Angeli Merkel. Premier polskiego rządu w swoich działaniach nie jest suwerenna. Podlega bowiem decyzjom kanclerz Niemiec i eurokratom z Brukseli. Śmiem nawet twierdzić, że ona wcale nie reprezentuje interesów Polski i Polaków. Ona reprezentują interesy Berlina, wie bowiem, że za wierną służbę może liczyć w niedalekiej przyszłości na ciepłą synekurę w Brukseli (przykład Donalda Tuska pokazuje jak wiele można osiągnąć, jeśli ma się odpowiednio giętki kręgosłup). To właśnie z tego powodu Ewa Kopacz szykuje w naszym kraju miejsce do życia i pieniądze dla 12.000 islamskich imigrantów, którzy w rzeczywistości chcą do Niemiec, ale wszechwładna Merkel jest temu przeciwna. Polaków ze wschodniej Ukrainy, którzy codziennie zmagać się muszą z wojenną rzeczywistością, olewa zaś wartkim strumieniem politycznej uryny. Czy tak winna postępować premier polskiego rządu?

wpis z dnia 12/09/2015

 


 

     Eksperci przyznają: Prywatyzacja PKP Energetyki jest fatalnym błędem. Dlaczego zatem rząd Ewy Kopacz nadal usilnie dąży do jej sprzedaży?
wpis z dnia 11/09/2015

 

Eksperci rynku kolejowego nie mają wątpliwości - prywatyzacja PKP Energetyki przez rząd Ewy Kopacz "jest pozbawiona sensu gospodarczego, biznesowego i funkcjonalnego". Firma ta jest monopolistą w zakresie dostarczania energii elektrycznej krajowym przewoźnikom kolejowym. Posiada strategiczną pod tym względem infrastrukturę. Dzięki temu zawsze będzie przynosiła spore zyski. Tymczasem rząd chce się jej pozbyć sprzedając w 100 proc. prywatnej firmie z zagranicy. To tak jakby sprzedać kurę znoszącą złote jaja.

Przypomnijmy - PKP Energetyka to czwarty największy sprzedawca energii w Polsce. Spółka ta odpowiada za 5,3 proc. krajowej sprzedaży energii i zatrudnia ok. 7 tys. pracowników. Co jednak najważniejsze - ma ona monopol (infrastrukturę) na dostarczanie energii elektrycznej wszystkim działającym w Polsce podmiotom kolejowym, dzięki czemu przynosi co roku spore zyski. Tymczasem pod koniec ubiegłego roku rząd Ewy Kopacz podjął decyzję, aby ją sprzedać. Po kilku miesiącach negocjacji umowę przedwstępną w zakresie sprzedaży PKP Energetyki podpisano z funduszem private equity CVC Capital Partners. Ustalona cena sprzedaży to 1,965 mld zł, która po korekcie o przejmowane przez CVC długi spółki, została pomniejszona do 1,41 mld zł.

Eksperci nie mają wątpliwości - sprzedaż PKP Energetyki prywatnemu funduszowi "jest pozbawiona sensu gospodarczego, biznesowego i funkcjonalnego". Przekładając tę sytuację na transport drogowy, to tak jakby rząd za pośrednictwem GDDKiA sprzedał na wyłączność jakiejś prywatnej firmie z zagranicy prawa do wszystkich dróg krajowych w Polsce. Janusz Zubrzycki, dyrektor zarządzający w Zespole Doradców Gospodarczych TOR, w wypowiedzi dla portalu Rynek-Kolejowy.pl stwierdził, że taki właściciel będzie mógł "zrobić ze spółką to co zechce i niekoniecznie będzie się kierował interesem polskiej kolei, w rozumieniu sprawnego funkcjonowania PKP PLK (zarządca torów kolejowych w Polsce). Nie trudno jest sobie wyobrazić sytuację dwukrotnego wzrostu cen. W końcu będzie to monopolista prywatny". 

Mimo ostrej krytyki rząd Ewy Kopacz nie zmienia swojego stanowiska i nadal dąży do podpisania ostatecznej umowy sprzedaży z CVC Capital Partners. Od wczoraj jest już o krok bliżej do sfinalizowania tej transakcji. Komisja Europejska wydała bowiem formalną zgodę na przejęcie PKP Energetyki przez CVC Capital Partners. 

 

Czy rządowi uda się sprywatyzować tę strategiczną dla bezpieczeństwa energetycznego spółkę jeszcze przed wyborami i zmianą władzy? Najbliższe tygodnie będą w tej mierze kluczowe.

 

Zobacz także: Dlaczego nie warto sprzedawać PKP Energetyka (Infografika)

wpis z dnia 11/09/2015

   


  

     Niewidzialna ręka lobbystów? W tajemniczych okolicznościach dokonano zmiany prawa, dzięki czemu hipermarkety będą mogły powstawać w dowolnym miejscu
wpis z dnia 10/09/2015

 

Przedstawiciele organizacji skupiających właścicieli małych polskich sklepów biją na alarm! Odkryli, że z projektu ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym w tajemniczych okolicznościach zniknęły ograniczenia dla sklepów wielkopowierzchnio- wych. Zmiana jest o tyle szokująca, że jeśli ustawa w tej formie wejdzie w życie, to markety o powierzchni większej niż 400 m2 będą mogły powstawać bez jakichkolwiek ograniczeń wynikających z planów zagospodarowania przestrzennego. Beneficjentami takich rozwiązań będą - w przeważające mierze - zagraniczni właściciele dużych sieci handlowych.

Bulwersujące zmiany do projektu ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, w postaci usunięcia przepisu blokującego możliwość budowania dużych sklepów w dowolnym miejscu, zostały potajemnie wprowadzone w czasie posiedzenia komisji sejmowej, a następnie zostały przedłożone Sejmu i przegłosowane przez parlamentarzystów. Niektórzy z nich już przyznali, że głosowali za ustawą przez nieuwagę. Przyznał się do tego m.in. Jarosław Gowin z Polski Radem. Przedstawiciele organizacji skupiających właścicieli małych polskich sklepów biją na alarm. Twierdzą, że potajemnie wprowadzone zmiany będą działały na korzyść właścicieli zagranicznych sieci sklepów wielkopowierzchniowych. Ci ostatni nie ukrywają, że są zadowoleni z przyjętej przez Sejm nowelizacji. 

W kontekście powyższego warto przypomnieć, że 13 lat temu w podobnej sprawie (prace nad projektem nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji; propozycja korupcyjna złożona przez Lwa Rywina Adamowi Michnikowi dotycząca wprowadzenia korzystnych dla Agory zmian w procedowanej ustawie > tzw. afera Rywina) powołano specjalą komisję śledczą, która przyczyniła się do upadku rządu SLD-UP. 

 

Czy w sprawie "lub hipermarkety" również zostanie powołana komisja śledcza?

 

Czytaj więcej: Hipermarkety będą powstawały bez zgodny gmin? Zniknął zapis z ustawy (Wp.pl)

wpis z dnia 10/09/2015

   


  

     Niemiecka "solidarność": właśnie się dogadali z Rosją ws. budowy kolejnej rury omijającej Polskę, a nam każą przyjmować tysiące swoich imigrantów
wpis z dnia 9/09/2015

 

Rację ma publicysta Rafał Ziemkiewicz, który stwierdził, że gdyby imigranci islamscy mogli przynieść jakąkolwiek korzyść, to Niemcy na pewno by się nimi nie dzieliły z innymi krajami. Z racji tej, że korzyści jednak nie ma, do Polski niebawem trafi ok. 12 tys. osób - głównie młodych muzułmańskich mężczyzn. W geście wzajemnej "solidarności" niemieckie koncerny energetyczne dogadały się z rosyjskimi w sprawie budowy kolejnej rury gazowej omijającej nasz kraj.

Polska nie zbudowała dobrobytu na wyzysku sąsiednich państw, drenowaniu kolonii afrykańskich czy rabunku podbitych krajów podczas II wojny światowej, tak więc niech udzielający nam pouczeń w sprawie przyjęcia islamskich imigrantów zachodnioeuropejscy politycy spadają na przysłowiowe drzewo. Szczególnie przedstawiciele Niemiec, Holandii, Wlk. Brytanii, Austrii i Francji winni ważyć słowa. Warto bowiem podkreślić, że kilka dni temu, w ramach solidarności z Polską, koncerny energetyczne z ww. państw podpisały z Rosją porozumienie w sprawie budowy gazociągu Nord Stream II. Planowane rury znowu będą nas omijać, uderzając tym samym w podstawy bezpieczeństwa energetycznego naszego państwa.

Prawnie porozumienie w sprawie budowy Nord Stream II podpisali w ostatni piątek we Władywostoku przedstawiciele rosyjskiego Gazpromu, niemieckich E.On i BASF-Wintershall, brytyjsko-holenderskiego Royal Dutch Shell, austriackiego OMV i francuskiego Engie (d. GdF Suez). Plan przewiduję budowę kolejnej, dwunitkowej magistrali gazowej o przepustowości 55 mld metrów sześciennych surowca rocznie z Rosji do Niemiec przez Morze Bałtyckie z ominięciem Polski. W praktyce będzie to oznaczać, że całość gazu z Rosji będzie docierać do Europy Zachodniej przez Niemcy (a nie, jak do tej pory przez Białoruś, Polskę i Niemecy), co zapewni niemieckim firmom przesyłowym stabilne wpływy pieniężne na dziesięciolecia, a Rosji umożliwi stosowanie szantażu energetycznego wobec Polski. Obecnie było to niemożliwe, bowiem wstrzymanie dostaw gazu do Polski (jako kraju tranzytowego) było równoznaczne ze wstrzymaniem dostaw do państw Europy Zachodniej. Po wybudowaniu Nord Stream II Rosja będzie mogła dostarczać całość gazu potrzebnego Europie z pominięciem Polski. 

Oto jak wygląda realna "solidarność" Niemiec. Kiedy oni przymuszają nas do przyjęcia niechcianych przez siebie islamskich imigrantów, sami knują w sprawie stanowiącej śmiertelne zagrożenie dla bezpieczeństwa naszego kraju.

wpis z dnia 9/09/2015

    


 

     Komorowski wraz z całą Platformą powinni odpracować koszty referendum! Skoro mieli kaprys wyrzucenia w błoto 84 mln zł, to niech teraz płacą z własnej kieszeni!

wpis z dnia 8/09/2015

 

Frekwencja na referendum zarządzonym przez Bronisława Komorowskiego i zatwierdzonym przez senatorów Platformy Obywatelskiej stała na żenująco niskim poziomie i wyniosła 7,8 proc. Prawda jest taka, że nawet elektorat PO-PSL nie chciał iść odpowiedzieć na kwestie wymyślone przez Komorowskiego w nocy po przegranej w I turze wyborów prezydenckich. Powstaje pytanie: W jaki sposób były prezydent i jego partia polityczna zwrócą pieniądze podatników, które poszły na organizację tego - jak się okazało - zupełnie bezsensownego referendum?

Szacunki Krajowego Biura Wyborczego (KBW) mówią, że na organizację referendum z 6 września 2015 r. polscy podatnicy musieli wydać 84 miliony złotych. Kaprys Bronisława Komorowskiego - bo chyba tak już można mówić o zarządzonym przez byłego prezydenta referendum - okazał się być jednak totalną klapą. Sprawa kluczowa dla ważności takiego plebiscytu, czyli frekwencja, stała na żenująco niskim poziomie i wyniosła zaledwie 7,8 proc. 

Wszyscy wiemy, że decyzja o zarządzeniu tego bezsensownego referendum była czysto polityczna. Komorowski liczył, że zdobędzie w ten sposób głosy zwolenników Pawła Kukiza (który w pierwszej turze uzyskał 20 proc. poparcie). Nie przewidział jednak, że ludzie nie głosowali na Kukiza z powodu JOW-ów, lecz przede wszystkim z powodu niechęci do obecnego establishmentu politycznego, którego Komorowski był ucieleśnieniem. Finansowe konsekwencje ogłoszonego w panice referendum są jednak bardzo dotkliwe. Zmarnowane w ten sposób 84 mln złotych wystarczyłoby bowiem np. na blisko 500 przeszczepów serca, ponad 2,4 tys. operacji wymiany stawu biodrowego czy 3,5 tys. operacji założenia by-passów. 84 miliony złotych to również 2/3 rocznego budżetu Agencji Wywiadu lub 3/4 rocznego budżetu CBA. Ewentualnie - 84 mln zł można by rozdzielić jako dodatkowe "becikowe" dla rodziców wszystkich urodzonych w ubiegłym roku dzieci. Wyszło by po ok. 220 zł na jedno dziecko.

W kontekście powyższego zasadnym wydaje się być pytanie: w jakim trybie Bronisław Komorowski, wraz z senatorami Platformy Obywatelskiej, zwrócą nam wspomniane 84 miliony złotych? Bo to, że powinni te pieniądze zwrócić/odpracować jest dla mnie zupełnie oczywiste.

 

wpis z dnia 8/09/2015

   


  

     Póki krajem rządzi Platforma, rzeczywistym premierem Polski będzie Angela Merkel
wpis z dnia 7/09/2015

 

Marek Magierowski słusznie zauważył, że kanclerz Angela Merkel rozstrzygnęła w ostatnim czasie dwie kluczowe kwestie dotyczące naszego kraju. Po pierwsze - zadecydowała, że w Polsce nie będzie stałych baz NATO. Po drugie - zadecydowała, że w Polsce będą stałe obozy dla islamskich imigrantów, którzy chcą do Niemiec. To kolejny dowód na to, że decyzje o fundamentalnym dla nas znaczeniu zapadają nie w Warszawie, lecz w Berlinie. 

Słabość polskiego rządu, sterowanego przez Ewę Kopacz (a wcześniej Donalda Tuska), polega między innymi na tym, że kwestie dotyczące bezpieczeństwa i polityki międzynarodowej muszą być zawsze uzgadniane z rządem w Berlinie - nawet gdy sprawa odnosi się tylko i wyłącznie interesu Polski i Polaków. To rząd Republiki Federalnej Niemiec de facto decyduje o kierunku polityki zagranicznej naszego kraju. To kanclerz Angela Merkel wydaje zarządzenia i wytyczne, które następnie bez słowa sprzeciwu są wdrażane w życie przez ekipę Ewy Kopacz. Tak było w przypadku stałych baz NATO w granicach naszego kraju, tak jest teraz w przypadku stałych obozów dla tysięcy islamskich imigrantów, którzy chcą do Niemiec, a na siłę będą rozlokowani w Polsce. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku rząd Ewy Kopacz nie odważył się postawić rządowi w Berlinie. W jednym, jak i w drugim przypadku ostateczną decyzję podjęła Angela Merkel, bowiem to kanclerz Niemiec jest rzeczywistym premierem Polski. Ewa Kopacz jest jedynie pacynką do bezmyślnego wykonywania rozkazów.

Jednego można być pewnym - Polska pod rządami ekipy z PO stała się popychadłem możnych z Brukseli i Berlina. Nikt już się z nami nie liczy, nie prowadzimy żadnej suwerennej polityki zagranicznej. To samo dotyczy innych strategicznych dla funkcjonowania państwa obszarów takich jak polityka energetyczna, surowcowa czy obronna. Wszystko przez uległość rządzącej nami grupy polityków, którzy siedzą w kieszeniach Angeli Merkel lub ewentualnie Władimira Putina.

Donald Tusk, za prawdopodobną obietnicę otrzymania dobrze płatnej synekury w Brukseli, wykonał - jako premier polskiego rządu - bardzo wielu ustępstw wobec rządu Angeli Merkel. Praktycznie nie było bardziej uległego wobec kanclerz Niemiec szefa państwa członkowskiego UE niż Tusk właśnie. Prawdopodobne w tym przypadku jest przehandlowanie możliwości prowadzenia przez Polskę suwerennej polityki zagranicznej za obietnicę otrzymania dobrze płatnej synekury w Brukseli. Jego następczyni na stanowisku szefa rady ministrów ma zbyt mocno ograniczone możliwości intelektualne, aby chociaż spróbować uprawiać politykę zagraniczną uwzględniającą interesy naszego państwa. Stąd stwierdzenie, że póki krajem rządzi ekipa Platformy, rzeczywistym premierem Polski będzie Angela Merkel. 

wpis z dnia 7/09/2015

   


  

     Żyjemy w coraz większym matrixie! Rządowe media kreują przekaz totalnie różny od rzeczywistości
wpis z dnia 6/09/2015

 

Największe polskojęzyczne telewizje w tworzeniu narracji korzystnej dla platformianej ekipy osiągnęły poziom iście PRL-owski. Prorządowi funkcjonariusze medialni podejmą każdy temat pod warunkiem, że będzie on bezpieczny dla władzy. Każdy, który nie będzie rozliczał rządzących za błędne decyzje, nie przypomni o aferach i przekrętach, nepotyźmie, korupcji czy tragicznej sytuacji finansowej kraju. 

Czas antenowy w tzw. "prime time" największych polskojęzycznych stacjach telewizyjnych jest niezwykle cenny z jednego, acz bardzo prostego powodu: jest go stosunkowo niewiele, a jednocześnie dociera do wielu milionów odbiorców. Jeśli będzie on zapychany przez "pierdoły" i tematy zastępcze, to nie będzie opcji, aby powiedzieć coś więcej o sprawach istotnych dla całego kraju, czyli takich, za które odpowiada platformiana władza. A to, po 8-leciu nieudolności i niekompetencji, jest tej władzy bardzo na rękę. 

Nawet jeśli medialni funkcjonariusze z czołowych stacji telewizyjnych (powstałych m.in. za pieniądze z afery FOZZ) są zmuszeni (z uwagi na skalę ujawnionych patologii) informować o przekrętach platformianej władzy, to robią to niezwykle subtelni i delikatnie. Efekt jest taki, że niemal każda afera jest "szlifowana" i przekaz na jej temat, jaki dociera do milionów odbiorców, jest często maksymalnie wygładzony.

Słynny pisarz i podróżnik - Ryszard Kapuściński - stwierdził kiedyś, że gdy przyjeżdżał do obcego kraju, to pierwsze co robił to włączał radio. Jeśli słyszał, że dana radiostacja nadawała tylko muzykę przeplataną serwisami informacyjnymi w stylu "w Urugwaju urodziło się dwugłowe cielę", to wiedział od razu, iż była to radiostacja prorządowa. Wiedział to, mimo że w programie rozgłośni nie było żadnej agitacji na rzecz władzy, i w ogóle ani słowa o polityce... W Polsce dwugłowe cielę zastąpiła mama Madzi, Trynkiewicz, waleń w Bałtyku, łoś w Wiśle czy mityczny złoty pociąg. 

wpis z dnia 6/09/2015

   


   

     Kpili z tych, którzy im ufali. Olewali społeczeństwo. Oszukiwali w dzień i w nocy. Czy platformiana ekipa poniesie za to odpowiedzialność?
wpis z dnia 4/09/2015

 

Przękręty, afery, nepotyzm, kumoterstwo, olewanie obywateli ciepłym, żółtym moczem i wmawianie im - za pośrednictwem prorządowych mediów - że to tylko deszcz pada. Platformiana sitwa zrobiła sobie z polskiego państwa prywatny forlwark. Czas najwyższy, aby poniosła z tego tytułu najpoważniejsze konsekwencje. 

Ujawnione przedwczoraj taśmy z rozmowy Elżbiety Bieńkowskiej z Krzysztofem Kwiatkowskim po raz kolejny pokazały, jaka sitwa rządzi nami od niemal 8 lat. Fragment, w którym wysocy przedstawiciele Platformy kpią z zaufania, jakim Polacy obdarzyli Najwyższą Izbę Kontroli jest porażający. Słowa te mają dla mnie taki sam potencjał, jak słynne węgierskie "kłamaliśmy w dzień, kłamaliśmy w nocy", które przyczyniły się do całkowitego oczyszczenia tamtejszej sceny politycznej. 

Czy nowa afera z udziałem platformianej ekipy przypieczętuje jej ostateczny upadek? W normalnym kraju, z normalnie funkcjonującymi mediami, stałoby się to już dawno. Wszak "po drodze" przeżyliśmy kilkanaście potężnych afer, gigantyczny wzrost długu, skok na OFE, rozrost biurokracji, nepotyzmu i kumoterstwa. Przy prawidłowo działających mediach (patrzenie władzy na ręce, kontrolowanie ich decyzji i poczynań) partia taka jak Platforma powinna przestać istnieć już po pierwszej kadencji. Niestety w III RP zdecydowana większość ogólnopolskich mediów jest kontrolowana przez ludzi powiązanych z platformianym układem. Im zależy przede wszystkim na zachowaniu status quo, na tym aby patologiczna sitwa mogła utrzymać się przy władzy jak najdłużej. Stąd najnowsza afera z obsadzaniem stanowisk w NIK jest prawie całkowicie wyciszona w mediach głównego nurtu. Serwisy informacyjne ogólnopolskich telewizji wolą się zajmować tematami zastępczymi, zupełnie nieistotnymi dla losów kraju, niż rzetelnie informować o przekrętach platformianej władzy. Wszystko po to, aby ekipa Ewy Kopacz mogła uzyskać przyzwoity wynik w zbliżających się wyborach parlamentarnych. 

Na szczęście mamy niekontrolowany przez "wajchowych" internet. Tutaj nikt nie owija w bawełne. Jeśli PO dopuszcza się przewału i wychodzi on na jaw, to pierwsi dowiadują się o tym internauci. Między innymi dlatego wśród osób młodych (do 30. roku życia), które mają najlepszy dostęp do sieci, poparcie dla Platformy Obywatelskiej jest na najniższym poziomie. 

 

Czy młodzi, tak jak w przypadku wyborów prezydenckich, zdecydują o wyniku wyborów parlamentarnych 25 października i wyrzucą platformianą ekipę na śmietnik historii? Pozostaje mieć nadzieję, że tak właśnie będzie.

wpis z dnia 4/09/2015

  


  

     Niby panuje "złoty okres", ale co czwarty rodzic musiał pożyczyć pieniądze na zakup szkolnej wyprawki dla dziecka
wpis z dnia 3/09/2015

 

Z badań przeprowadzonych na zlecenie Krajowego Rejestru Długów (KRD) wynika, że aż 25 proc. rodziców w Polsce było zmuszonych zaciągnąć pożyczkę na zakup szkolnych wyprawek dla swoich dzieci. Oto prawdziwe oblicze platformianego "złotego okresu" i "zielonej wyspy". Czy posłowie PO, tak jak w przypadku głodnych dzieciach, chcieliby tę informację wybuczeć?

Badanie dla KRD przeprowadziła w sierpniu br. sondażownia Millward Brown na podstawie 561 wywiadów z rodzicami dzieci w wieku szkolnym. Okazało się, że 1/4 z nich zadeklarowała pożyczkę lub kredyt jako źródło pozyskania środków na zakup szkolnych wyprawek dla swoich dzieci. Koszt jednej wyprawki to 565 zł. 

Niestety informacje wynikające z badania przeprowadzone na zlecenie KRD wpisują się w niekorzystne wyniki innych badań weryfikujących zasobność portfela statystycznego Kowalskiego. Wynika z nich, że ok. 40 proc. dorosłych Polaków żyje "od pierwszego do pierwszego", praktycznie nie posiadając żadnych oszczędności. W ich przypadku konieczność nagłego wydatku rzędu 1 tys. zł byłaby potężnym wyzwaniem, które najczęściej kończy się zapożyczeniem u rodziny, przyjaciół lub w firmach oferujących wysokooprocentowane tzw. kredyty-chwilówki. 

Oto jak wygląda prawdziwe oblicze platformianego "złotego okresu" i "zielonej wyspy". Ciekawi mnie to, czy posłowie Platformy Obywatelskiej, tak jak wybuczeli niewygodne fakty na temat liczby głodnych dzieci w Polsce, wybuczeliby również informacje o problemach rodziców z zakupem szkolnych wyprawek? Wydaje mi się, że jest to całkiem prawdopodobne i nawiązywałoby do dotychczasowej linii zachowań tej partii, która uwielbia wmawiać społeczeństwu, że to tylko deszcz pada (mimo, iż w tym samym czasie olewa ludzi gorącym, żółtym moczem).

 

Źródło: KRD: co czwarty rodzic pożycza pieniądze na szkolną wyprawkę (Bankier.pl)

wpis z dnia 3/09/2015

  


   

     Rząd Kopacz znowu partaczy! Rezygnuje ze stworzenia listy strategicznych spółek Skarbu Państwa chronionych przed wrogim przejęciem!
wpis z dnia 2/09/2015

 

Warto odnotować kolejne działanie ekipy PO-PSL uderzające w polską rację stanu. W lipcu br. Sejm przegłosował ustawę o strategicznych spółkach Skarbu Państwa, która miała je zabezpieczyć przed wrogim przejęciem z zagranicy. Powstać miała specjalna lista takich spółek chronionych rygorem prawnym tej ustawy. Problem w tym, że rząd Ewy Kopacz odmawia stworzenia listy, twierdząc, że rozporządzenia wykonawcze o objęciu ochroną będą wydawane tylko i wyłącznie co do pojedynczych spółek w sytuacji realnego zagrożenia wrogim przejęciem. Czemu zatem nie ma jeszcze rozporządzenia w sprawie KGHM??!

Ustawa przeciw wrogim przejęciom w spółkach Skarbu Państwa zgodnie z założeniami miała chronić uznane za strategiczne dla polskiej gospodarki spółki przed niepożądanym przejęciem z zagranicy. Jako przykład próby takiego przejęcia podaje się historię Azotów Tarnów, gdzie nieudolność rządu Tuska doprowadziła nieomal do przejęcia tej spółki przez rosyjskiego oligarchę (rząd wyprzedawał kolejne pakiety akcji, a skupował je - poprzez podstawione podmioty - kapitał rosyjski). Z uwagi na powyższe miała powstać specjalna lista takich spółek, których obejmowałby rygor prawny przyjętej w lipcu ustawy. Niestety - okazało się, że ekipa Ewy Kopacz miała inne, niekoniecznie zbieżne z polską racją stanu, zdanie. Emil Górecki, rzecznik Ministerstwa Skarbu Państwa, stwierdził wprost: - "Nie będzie stałej listy podmiotów chronionych. Rozporządzenie będzie wydawane wyłącznie w sytuacji realnego zagrożenia, tylko na czas określony, uzasadniający zastosowanie środków ochronnych". 

Skoro tak, to dlaczego specjalnego rozporządzenia nie wydano jeszcze w stosunku do KGHM-u? Przypomnijmy - Prezes KGHM stwierdził niedawno, że tani kurs akcji miedziowego potentata z Lubina może doprowadzić do sytuacji, w której konkurencja dokona - za pośrednictwem skupu akcji na giełdzie - wrogiego przejęcia kontrolowanej, póki co, przez Skarb Państwa spółki Polska jest obecnie właścicielem jedynie 31,79 proc. akcji KGHM. Reszta, tj. 68,21 proc. akcji jest w rękach polskich i zagranicznych akcjonariuszy, tworząc tzw. "free float", który może być skupywany i koncentrowany w ramach obrotów na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Najniższy od wielu lat kurs akcji KGHM-u może się przyczynić do tego, że ktoś skupi większościowy pakiet akcji za mniej niż 10 mld zł. Tyle wystarczy, by przejąć nie tylko warte setki miliardów złotych polskie kopalnie i huty, ale również zagraniczne projekty koncernu. Tymczasem rząd Kopacz z niewiadomych przyczyn zwleka z wydaniem odpowiedniego rozporządzenia, bez którego nie da się obronić KGHM przed wrogim przejęciem poprzez giełdę. 

Powstaje pytanie: Czy oni robią to celowo? Niestety w przypadku platformianej ekipy niczego nie można wykluczyć...

 

Czytaj więcej: Rząd rezygnuje z prewencyjnej ochrony przed wrogim przejęciem (WJakobik.com)
Czytaj także: Wrogie przejęcie KGHM wisi na włosku! Opieszałość i nieudolność rządowej ekipy może się przyczynić do najgorszego scenariusza... (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 2/09/2015

   


   

     Finanse kraju w opłakanym stanie, a dla rządowych dziennikarzy najważniejszymi info są waleń w Bałtyku, łoś w Wiśle i legenda o złotym pociągu
wpis z dnia 1/09/2015

 

Tematy zastępcze w mediach głównego nurtu mają się świetnie. Idealnym dowodem na to są ostatnie dni, kiedy nastąpił ich prawdziwy wysyp. Rządowi funkcjonariusze medialni najpierw podniecali się wyłowionym z Bałtyku martwym waleniem, potem łosiem brodzącym w Wiśle, a teraz "złotym pociągiem", który (jako świetna legenda) potrafi zająć uwagę milionów odbiorców telewizyjnego przekazu. Tymczasem nikt nie mówi o fatalnej kondycji w jakiej znalazły się finanse naszego kraju. Nikt z dziennikarzy głównego nurtu nie wspomina o gigantycznym deficycie budżetowym lub dramatycznym wzroście zadłużenia. Dlaczego? - Bo mogłoby to zaszkodzić notowaniom ekipy, która do tego doprowadziła...

W Polsce, mimo coraz większych zmian w świadomości społeczeństwa, nadal główną rolę w kształtowaniu opinii publicznej mają tzw. media głównego nurtu (przez niektórych nazywane mediami mętnego nurtu). Mam tutaj na myśli przede wszystkim ogólnopolskie stacje telewizyjne oraz ich serwisy informacyjne. To one docierają do największej liczby odbiorców medialnego przekazu. To one mają największy wpływ na to, o czym Polacy rozmawiają. Dzięki niewątpliwej "sile rażenia" w postaci możliwości dotarcia jednorazowo do kilku milionów ludzi, media mainstreamowe mogą realnie kształtować to, czy jakaś sprawa o znaczenia dla całego państwa będzie problemem ogólnopolskim, czy też pozostanie znana zdecydowanie węższej grupie społecznej (np. użytkownikom internetu, gdzie dostęp do informacji nie jest reglamentowany). 

Trzy największe stacje telewizyjne (TVP, TVN i Polsat), które swoim zasięgiem obejmują 99 proc. gospodarstw domowych w Polsce, na pewne tematy mogą kłaść zdecydowanie mocniejsze akcenty, a inne wyciszać lub całkowicie pomijać. Tak też było w ostatnich dniach, kiedy wysypało się mnóstwo tematów zastępczych z waleniem, łosiem i złotym pociągiem na czele. Całkowicie pomijany i lekceważony był jednak temat, który moim zdaniem powinien być permanentną "jedynką" w serwisach informacyjnych, czyli fatalny stan finansów naszego państwa.

Należy podkreślić, że pieniądze w kasie państwa, a właściwie ich brak, rzutują na każdą dziedzinę życia społecznego. Służba zdrowia, oświata, szkolnictwo, obronność, infrastruktura czy wspieranie innowacji - wszędzie tam potrzebne są środki finansowe w odpowiedniej wysokości. Problem w tym, że rząd Ewy Kopacz tych pieniędzy najzwyczajniej w świecie nie posiada. Tylko od początku tego roku w kasie państwa zabrakło już 26,6 mld zł. Konsekwencją gigantycznego deficytu jest silny wzrost długu - w czerwcu zadłużenie Polski przyrastało w tempie ćwierć miliarda złotych dziennie (252,3 mln zł), a w ciągu pierwszych sześciu miesięcy wzrosło aż o 37,871 mld zł.

Niestety dla mainstreamowych telewizji to nie jest temat, który nadaje się na nagłośnienie w serwisach informacyjnych. Oni wolą tematy znacznie mniej inwazyjne dla obecnej ekipy rządowej. Wolą zajmować się waleniami w Bałtyku, jeleniami w Wiśle i legendami o złotym pociągu, aniżeli sprawami, które mogą mieć realne przełożenie na życie każdego z nas. Taki oto wątpliwy urok mediów III RP...

wpis z dnia 1/09/2015