Archiwum: Lipiec 2015

 

     Raport ONZ: Populacja Polski będzie dramatycznie szybko spadać. Z obecnych 36,0 mln do zaledwie 12,8 mln ludzi!
wpis z dnia 31/07/2015

 

Przegrywamy cichą wojnę o trwałą depopulację i wyniszczenie narodu. W Polsce znowu więcej ludzi umiera niż się rodzi, a według ONZ będzie nas niespełna 13 mln. Wszystkiemu winne są niewolniczo niskie płace, wysokie obciążenia podatkowe, permanentna niepewność jutra, wielka emigracja oraz bierna postawa rządu w kwestii polityki prorodzinnej.

Platforma ogłosiła rok 2013 - "rokiem rodziny". Okazało się jednak, że odnotowano wówczas w naszym kraju rekordową przewagę zgonów nad urodzeniami od czasu zakończenia II wojny światowej. W 2014 roku nastąpiło delikatne odbicie. Niestety tylko chwilowe, wszystko bowiem wskazuje na to, że obecnym roku nastąpi powtórka z 2013 i znowu więcej ludzi umrze niż się urodzi. Przegrywamy cichą wojnę, której celem jest trwała depopulacja polskiego narodu, a rządzący mają to głęboko gdzieś. Żyjąc w równoległej rzeczywistości twierdzą, że Polska przeżywa właśnie swój "złoty okres".

Zgodnie z raportem ONZ na temat zmian demograficznych na świecie, w wariancie pesymistycznym Polskę czeka totalna katastrofa. Nie dalej jak za 30 lat liczba ludności naszego kraju zbliży się do około 30 mln, a w 2100 roku na terytorium Polski pozostanie zaledwie 12,8 mln Polaków. Proces wymierania i depopulacji już się rozpoczął. W tym roku prawdopodobnie znowu zaliczymy ujemny przyrost naturalny. Cały czas rośnie również liczba emigrantów i osób, które zamierzają na stałe opuścić nasz kraj. Oficjalne dane GUS również nie pozostawiają złudzeń: W ciągu ostatniego roku liczba osób w wieku przedprodukcyjnym (0-17 lat) zmniejszyła się o 52,3 tys. Znacząco zwiększyła się za to liczba emerytów - aż o 227,3 tys.

 

Czytaj więcej: ONZ: Indie wyprzedzą Chiny, a Polaków ubędzie (Bankier.pl)
Czytaj także: Dramatyczne dane GUS: W ciągu ostatniego roku w Polsce ubyło 57 tys. młodych ludzi. Przybyło za to 227 tys. emerytów (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 31/07/2015

  


  

     Czy Kulczyka uśmierciła idea budowy mostu energetycznego między Unią Europejską a Ukrainą?
wpis z dnia 30/07/2015

 

Jan Kulczyk przymierzał się do realizacji pomysłu wartego grube miliardy - chodzi o budowę i użytkowanie tzw. mostu energetycznego łączącego państwa UE z Ukrainą. Najbogatszy Polak chciał w ten sposób eksportować na Wschód węgiel i gaz (od czasu wojny z Rosją Ukraina ma poważne problemy z surowcami - szczególnie z gazem), a sprowadzać stamtąd tanią energię elektryczną produkowaną w elektrowni atomowej "Chmielnicki". Kijów uzyskałby większą niezależność od Rosji, a Polska (i inne państwa na zachód od Bugu) tanią ukraińską energię. Taki pomysł mógł się nie podobać nie tylko większości koncernów energetycznych w Polsce, ale również twardogłowym towarzyszom z Kremla.

Warto zwrócić uwagę, że jedna ze spółek Kulczyka (Polenergia), w kwestii rozpoczęcia eksportu taniego prądu do Polski, była już po wstępnych ustaleniach z Energoatomem - operatorem ukraińskich elektrowni jądrowych. Ponadto, nieco ponad miesiąc temu (15 czerwca), rząd w Kijowie przyjął specjalne rozporządzenie w sprawie budowy mostu energetycznego, który łączyłby Polskę (Unię Europejską) z Ukrainą. Plan funkcjonowania tego mostu zakładał import do Polski taniej ukraińskiej energii elektrycznej, produkowanej w elektrowni atomowej "Chmielnicki". W zamian Ukraina miałaby otrzymywać deficytowe dla niej - od czasu rozpoczęcia wojny w Donbasie - surowce, w postaci węgla i gazu ziemnego. Bezpośrednim beneficjentem stworzenia mostu miałaby być kontrowana przez Kulczyka spółka Polenergia, która importowany z Ukrainy prąd mogłaby sprzedawać na terytorium Polski. 

Pomysł budowy mostu energetycznego między Polską, a Ukrainą z pewnością nie spodobał się działającym na terytorium Polski koncernom energetycznym (PGE, Tauron, Enea, Energa itp.). Wszystko przez fakt, że Polenergia mogłaby sprzedawać na terytorium naszego kraju prąd z Ukrainy, którego cena byłaby wiele niższa niż cena prądu produkowanego przez polskich producentów. Należy pamiętać, że cena energii wytwarzanej przez polskie elektrownie jest w dużej mierze uzależniona od absurdalnie wysokich kosztów związanych z nałożoną odgórnie unijną polityką klimatyczną. Funkcjonujący na terytorium UE pakiet klimatyczny nie dotyczy zaś Ukrainy, stąd produkcja prądu jest tam o wiele tańsza niż w Polsce i innych państwa Wspólnoty. 

Drugą grupą ludzi, której pomysł mostu energetycznego z pewnością się nie spodobał, są towarzysze z Kremla. W wyniku wojny rosyjsko-ukraińskiej wojska podporządkowane Moskwie zajęły Półwysep Krymski wraz z przylegającymi do niego wodami terytorialnymi ( gdzie występują bogate złoża ropy i gazu) oraz sporą część Donbasu z mnóstwem kopalń węgla i całkiem pokaźnymi złożami gazu łupkowego. Dodatkowo, stosunki biznesowe między ukraińskim Naftogazem i rosyjskim Gazpromem również się ochłodziły, czego efektem były poważne ograniczenia w regularnych dostawach gazu ziemnego z Rosji do Ukrainy. Most energetyczny, w zakresie bezpieczeństwa energetycznego Ukrainy, mógłby w dużej części niwelować efekty rosyjskiej agresji, a to byłoby wbrew oczekiwaniom Władimira Putina i jego ludzi.

Na koniec warto zauważyć, że Jan Kulczyk zmarł we Wiedniu, w nocy, w dosyć nietypowych okolicznościach (oficjalnie mowa jest o "powikłaniach pooperacyjnych" po prostym zabiegu). Austriacka stolica słynie z tego, że jest traktowana jako miejsce działalności całej rzeszy rosyjskich rezydentów dbających o żywotne interesy Kremla, ale także i agentów służb specjalnych, którzy - w razie potrzeby - wykonują tzw. brudną robotę. Szykując się do gigantycznego, wielomilardowego interesu sprzecznego z interesem Putina, Kulczyk najzwyczajniej w świecie powinien to uwzględniać.

wpis z dnia 30/07/2015

   


  

     Choć nominalnie zarabiamy coraz więcej, to realnie płace od 10 lat stoją w miejscu. Wszystkiemu winien gigantyczny drenaż kapitału za granicę
wpis z dnia 29/07/2015

 

W ciągu ostatnich 10 lat przeciętne nominalne wynagrodzenie w Polsce wzrosło niemal o 100 proc. Teoretycznie zatem zarabiamy prawie dwa razy więcej. Niestety tylko teoretycznie. W praktyce bowiem realne płace zwiększyły się w niewielkim stopniu albo wcale. Najlepiej ukazuje to statystyka informująca nas o tym ile metrów kwadratowych nowego mieszkania można było kupić za przeciętną płacę. W 2004 roku za średnie wynagrodzenie można było kupić 0,8 metra kw. nowego mieszkania. W 2014 roku za przeciętną pensję można było kupić... również 0,8 metra kw. nowego mieszkania! Wszystko dlatego, że od czasu wejścia do UE Polska stała się największą neokolonią w Europie, drenowaną bezlitośnie z prawie wszystkich owoców gospodarczego wzrostu.

Oficjalne dane NBP nie nastrajają optymistycznie. W roku wejścia Polski do struktur Unii Europejskiej (2004) statystyczny Kowalski za swoją średnią krajową mógł kupić ok. 0,8 metra kwadratowego nowego mieszkania. Warto zauważyć, że ówczesna przeciętna płaca była niemal dwukrotnie mniejsza niż obecnie i wynosiła zaledwie 2289,57 zł brutto. W 2014 roku ten sam statystyczny Kowalski za swoją statystyczną średnią krajową mógł kupić dokładnie tyle samo metra kwadratowego nowego mieszkania jak w 2004 roku, czyli 0,8 - i to mimo, że średnia krajowa wzrosła do poziomu 3783,46 zł!

Jaki jest powód takiego stanu rzeczy? Dlaczego, mimo że płace nominalnie rosną, to realnie możemy za nie kupić niewiele więcej albo tyle samo co przed 10-laty? Odpowiedź na te pytania można znaleźć sięgając ponownie po statystyki NBP, a dokładnie - statystyki bilansu płatniczego (tj. informacje na temat tego ile pieniędzy do Polski wpłynęło, a ile opuściło nasz kraj w danym okresie). Okazuje się, że w latach 2005-2014 Polska była najobficiej drenowanym z kapitału państwem Europy! W ciągu wspomnianych 10 lat z Polski wyprowadzono równowartość około 540 mld zł! Szerokim strumieniem wypływały z naszego kraju gigantyczne transfery zysków, dywidend i innych owoców gospodarczego wzrostu. Stanowiący podstawę dobrobytu i zamożności kapitał był bezlitośnie drenowany przez zagraniczne rządy, spółki i przedsiębiorstwa. Wynikało to ze struktury naszego przemysłu (w dużej części zlikwidowany lub ograniczony do peryferyjnych montowni) oraz relacji właścicielskich sektora finansowo-usługowego (w większości przejęty przez koncerny mające swoje siedziby za granicą). Swoją cegiełkę dorzucał także rząd, który konsekwentnie powiększając zadłużenie naszego kraju, sprawia, że z roku na roku musimy płacić zagranicznym wierzycielom coraz większe odsetki za pożyczone pieniądze. Właśnie z tego powodu realna wartość polskich płac stała w miejscu. Właśnie dlatego przeciętny Kowalski, zarówno w 2004, jak i w 2014 roku, mógł kupić za swoją pensję niemal tyle samo nowego auta, mieszkania czy domu. Prawda jest taka, że dopóki III RP nie odrzuci neokolonialnej struktury gospodarczej i nie powstrzyma wypływu kapitału za granicę, dopóty realne płace Polaków nigdy nie dogonią tych europejskich.

 

Czytaj także: Zarabiamy dwa razy więcej, ale stać nas na tyle samo co przed dekadą (Money.pl)
Czytaj także: Drenowanie. Czyli wyzyskiwanie? (DoRzeczy.pl)
Źródło danych: Bilans płatniczy NBP (NBP.pl) 

wpis z dnia 29/07/2015

   


  

     Komorowski w ciągu dwóch miesięcy od przegranych wyborów rozdał swoim ludziom 826 tys. zł nagród. Rachunek za hojność uregulują podatnicy
wpis z dnia 28/07/2015

 

Niepokojące informacje dochodzą z kancelarii prezydenta. Okazuje się, że Bronisław Komorowski w ciągu zaledwie dwóch ostatnich miesięcy zdążył rozdać swoim ludziom ponad 826 tys. zł nagród. Widać wyraźnie, że odchodząca platformerska władza czerpie na koniec pełnymi garściami. Biorą ile wlezie i ile się da! Niczym się przy tym nie przejmują, bo za wszystko i tak zapłacą zwykli podatnicy.

"Super Express" dotarł do szokujących informacji na temat "nagrodowego rozpasania" do jakiego doszło w Kancelarii Prezydenta po przegranych przez Bronisława Komorowskiego wyborach. Zgodnie z informacjami potwierdzonymi przez biuro prezydenckiej kancelarii - w okresie od maja do lipca bieżącego roku za "ponadstandardowe zaangażowanie w realizację zadań oraz wykonywanie obowiązków wykraczających poza zakres powierzonych czynności" współpracownicy Komorowskiego oraz pracujący dla niego urzędnicy mogli liczyć na sowite nagrody. Łącznie wypłacono 826.750,00 zł nagród. Średnia wysokość pojedynczej nagrody wniosła blisko 3,4 tys. zł (na marginesie przypomnijmy, że statystyczny pracownik Kancelarii Prezydenta zarabiał w ubiegłym roku średnio 9,2 tys. zł miesięcznie).

W kontekście powyższego warto wspomnieć, że Bronisław Komorowski - jako prezydent RP - stosunkowo sporo nas kosztował. Szacuje się, że jego 5-letnia kadencja pochłonęła łącznie około 875 mln zł (koszty utrzymania kancelarii, wyjazdy, pensje, nagrody itp.). Więcej w Europie kosztowało jedynie utrzymanie brytyjskiej monarchii, kancelarii prezydenta Włoch oraz Francji. Te dwie ostatnie są jednak o wiele bardziej liczne od kancelarii, w której przez ostatnie pięć lat pracowali ludzie pokroju Szoguna.

 

Czytaj więcej: Komorowski przegrał wybory, więc rozdał 800 tys. na nagrody (Se.pl)
Czytaj także: Kancelaria prezydenta RP kosztuje więcej niż dwór brytyjskiej królowej (PolskieRadio.pl)

wpis z dnia 28/07/2015

  


  

     Cuda Platformy: Rok temu sprzedali Kulczykowi państwową spółkę "CIECH" za 619 mln zł. Wyzbyte udziały są dziś wyceniane na... 1,4 mld zł!
wpis z dnia 27/07/2015

 

W czerwcu ubiegłego roku rząd Tuska sprzedał za 619 mln zł większościowy pakiet akcji grupy chemicznej "Ciech", spółce kontrolowanej przez Jana Kulczyka. Pewnie dzisiaj nikt by się tym nie interesował, gdyby światła dziennego nie ujrzały tajne meldunki Centralnego Biura Antykorupcyjnego (CBA), z których wynika, iż platformiane władze miały sprzedać Kulczykowi akcje "Ciechu" poniżej ich wartości rynkowej. Na niekorzyść rządowej ekipy przemawia również to, że rynkowa (giełdowa) wartość sprzedanych udziałów podskoczyła w ciągu roku ponad dwukrotnie, do poziomu 1,4 mld zł... Czy tak wyglądają "cuda" czasów Platformy Obywatelskiej?

Przypomnijmy, że w czerwcu ubiegłego roku rząd Tuska sprzedał należący do Skarbu Państwa większościowy pakiet akcji grupy chemicznej "Ciech" S.A. Nabywcą okazała się być spółka "KI Chemistry" z siedzibą w Luksemburgu, która jest kontrolowana przez Jana Kulczyka. Rząd sprzedał łącznie 19.972.900 akcji, tj. 37,9 proc. udziałów w "Ciech-u". Cenę jednostkową za akcje ustalono wówczas na 31 zł, co łącznie dało 619,16 mln zł.

Wątpliwości w sprawie prywatyzacji "Ciech-u" pojawiły się wraz z ujawnieniem przez Telewizję Republikę w lutym b.r. tajnego meldunku CBA, z którego wynikało, że władze naszego kraju sprzedały pakiet kontrolny nad "Ciechem" za mniej niż wynosiła jego wartość rynkowa. Do tego doszły jeszcze wyjawnione przez tygodnik "Do Rzeczy" notatki Centralnego Biura Śledczego (CBŚ) na temat treści nagranych rozmów, które dotyczyły prywatyzacji "Ciech-u". Okazało się, że istnieją nagrania rozmów Jana Kulczyka z: Janem K. Bieleckim, Pawłem Tamborskim (podsekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa) oraz z Pawłem Grasiem. 

W związku z powyższym Prokuratura Apelacyjna w Warszawie wszczęła na początku kwietnia b.r. śledztwo w sprawie możliwych nieprawidłowości przy prywatyzacji "Ciechu", które mogły narazić Skarb Państwa na straty znacznej wielkości. Rzecznik Prokuratury Apelacyjnej - Zbigniew Jaskólski - stwierdził, że śledztwo prowadzone jest w sprawie "niedopełnienia ciążących obowiązków i nadużycia udzielonych uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej przez osoby zobowiązane do zajmowania się sprawami majątkowymi Skarbu Państwa w związku ze zbyciem przez Skarb Państwa - w odpowiedzi na publiczne wezwanie KI Chemistry z grupy Kulczyk Investments - 37,9 proc. akcji Ciech SA za kwotę nie mniejszą niż 619 mln zł, czym wyrządzono państwu szkodę majątkową w wielkich rozmiarach".

W kontekście powyższego warto podkreślić, że obecnie za jedną akcję "Ciechu" na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie trzeba zapłacić 70,00 zł (dane z końca sesji 24/07/2015 r.) - to jest o 39 zł więcej niż wynosiła cena jednostkowa akcji, po której rząd sprzedał "Ciech" spółce należącej do holdingu Kulczyk Investments (31 zł). To też oznacza, że pakiet blisko 20 mln akcji, jakie spółka Kulczyka nabyła od Skarbu Państwa, jest dzisiaj warty około 1,4 mld zł. Gdyby dr Jan podjął teraz decyzję o sprzedaży tego pakietu za cenę rynkową, to zyskałby na takiej operacji blisko 779 mln zł.

 

Czytaj więcej: Ciech: śledztwo prokuratury ws. prywatyzacji. Akcje sprzedane zbyt tanio? (PolskieRadio.pl)
Czytaj więcej: Tykająca bomba podsłuchowa (DoRzeczy.pl)
Czytaj więcej: Korupcyjna afera w rządzie przy próbie prywatyzacji Ciechu?! Odkryte meldunki z bazy CBA rzucają nowe światło na aferę taśmową (wPolityce.pl)

wpis z dnia 27/07/2015

   


  

     Zdesperowany rząd Ewy Kopacz powiększa zadłużenie w szalonym tempie! Właśnie podpisał kolejną gigantyczną umowę kredytową!
wpis z dnia 26/07/2015

 

Tak źle nie było jeszcze nigdy: Według całkowicie oficjalnych danych, do których można się dokopać przeglądając stronę internetową Ministerstwa Finansów, dług naszego kraju w maju powiększał się z prędkością... 273 MLN ZŁ DZIENNIE! Uwzględniając dane z pierwszych pięciu miesięcy tego roku zadłużenie Polski powiększyło się o gigantyczną kwotę 30 mld 302 mln zł. Jeszcze nigdy w historii III RP dług nie przyrastał w tak szalonym tempie jak obecnie! Tymczasem rząd Ewy Kopacz właśnie podpisał z Bankiem Światowym kolejną gigantyczna umowę kredytową...

Rząd Ewy Kopacz właśnie podpisał z Bankiem Światowym kolejną umowę kredytową, zgodnie z którą Polska otrzyma 912,7 mln euro pożyczki (co stanowi równowartość ok. 3,78 mld zł). Pożyczka ta wpisuje się niestety idealnie w dotychczasowe działania ekipy rządowej. Z danych dostępnych na stronie Ministerstwa Finansów wynika, że w okresie od stycznia do maja b.r. zadłużenie Skarbu Państwa powiększyło się o gigantyczną kwotę 30 mld 302 mln zł. W samym tylko maju odnotowano wzrost wysokości długu o 8 mld 197 mln zł, co oznacza, że dzienny (podkreślam - DZIENNY) przyrost kształtował się na poziomie 273,2 mln zł! Niestety rząd Kopacz nie ma koncepcji jak uzdrowić finansową sytuację naszego kraju. Na ten rok przyjął mało ambitny budżet. Zakłada on utrzymanie wysokiego deficytu, wysokich obciążeń podatkowych i rosnącego zadłużenia. Niestety wiele wskazuje na to, że rok 2015 będzie rekordowy pod tym ostatnim względem.

 

Źródło informacji: Polska dostała 912,7 mln euro pożyczki od Banku Światowego (PolskieRadio.pl)
Źródło informacji: Zadłużenie Skarbu Państwa na koniec maja '15 r. (Finanse.mf.gov.pl)
Czytaj także: Eurostat potwierdza: Dług Polski znowu rośnie w zastraszającym tempie! W maju b.r. przybywało go z szybkością... 273 mln zł DZIENNIE! (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 26/07/2015

    


  

     Kiedy największym problemem kraju jest in vitro, rząd sprzedaje strategiczną spółkę i zwiększa zadłużenie w tempie 273 mln zł dziennie!
wpis z dnia 24/07/2015

 

Oglądając przekaz mediów głównego nurtu można dojść do wniosku, że największymi problemami kraju, które dotykają milionów obywateli są kwestia refundowania in vitro, ustawa o związkach partnerskich oraz "wojna" z dopalaczami. Jeśli to rzeczywiście największe bolączki współczesnej Polski to stwierdziłbym, że jest cudownie. Niestety tak nie jest. Śmiem twierdzić, że wspomniane kwestie stanowią jedynie medialną zasłonę dla prawdziwych problemów takich jak bieda, niskie zarobki, fatalna służba zdrowia, gigantyczne zadłużenie oraz afery, przekręty, korupcja czy nepotyzm władzy. 

Ministerstwo Finansów ogłosiło, że zadłużenie Skarbu Państwa rosło w maju b.r. w zatrważającym tempie. Według całkowicie oficjalnych danych, do których można się dokopać przeglądając rządowe strony internetowe, dług naszego kraju powiększał się z prędkością... 273 mln zł dziennie. Podkreślam - DZIENNIE! Teraz pytanie - czy poinformowała o tym jakakolwiek telewizja informacyjna? Czy mowa była o tym w głównych wydaniach Wiadomości, Informacji, Faktów? Czy można było o tym przeczytać na "jedynkach" popularnych gazet czy serwisów internetowych? - Nie. Żadne media głównego nurtu nie raczyły o tym poinformować. Nikt nie bił na alarm. Nikt nie ostrzegał, że taka polityka fiskalna prowadzi do katastrofy na miarę dzisiejszej Grecji. Nikt nie przeprowadził prostej symulacji, która pokazałaby, że jeśli dług miałby dalej rosnąć w takim tempie jak w maju, to w ciągu roku powiększy się o kolosalną kwotę 100 mld zł. 

Zamiast informować i nagłaśniać sprawy ważne dla zdecydowanej większości (jeśli nie wszystkich) Polaków, takie jak sprawa gigantycznego wzrostu zadłużenia naszego kraju, media uwypuklają kwestie pokroju refundacji in vitro czy ustawy o homo-związkach. Czasami też, zamiast serwisu informacyjnego, mamy w rządowej telewizji kronikę wypadków drogowych. W ten oto prosty sposób zmiatane pod dywan (zasłaniane) są tematy naprawdę ważne dla funkcjonowania całego państwa (wspomniany stan finansów państwa, bezpieczeństwo i obronność, służba zdrowia, bezpieczeństwo energetyczne, nasilenie fiskalizmu), za które odpowiedzialność ponosi władza. Taka sytuacja jest z pewnością patologiczna, bowiem o sprawach publicznych, czyli ważnych dla nas wszystkich, powinniśmy być informowani na co dzień w sposób rzetelny i kompleksowy. Im większa świadomość społeczna dotycząca mechanizmów władzy, tego czym się władza zajmuję, tym większa presja może być wywierana na rządzących. Niestety mam nieodparte wrażenie, że niektórym, wpływowym środowiskom w Polsce bardzo zależy, aby zwykli ludzie nie interesowali się polityką i sprawami publicznymi. Stąd też z gorliwością neofity promowane są tematy zastępcze, uprawiany jest na szeroką skalę inwazyjny "przemysł przykrywkowy", promujący tematy trzeciorzędne, nie mające znaczenia dla naszego życia, ale przy tym deformujące prawidłową percepcję tego co się wokół nas dzieje. Przy ciągłym wałkowaniu sprawy mamy Madzi, związków partnerskich czy in vitro bardzo łatwo, czasem zupełnie "po cichu", przeforsować na najwyższych szczeblach władzy pewne decyzje i rozwiązania fiskalne czy legislacyjno-prawne, o których miliony obywateli nie będą miały pojęcia, a które będą niosły katastrofalne skutki dla naszego kraju...

...Rząd Ewy Kopacz sprzedaje właśnie strategiczną dla bezpieczeństwa energetycznego kraju spółkę (PKP Energetykę) i zwiększa zadłużenie w tempie 273 mln zł dziennie. Ale kogo to obchodzi, gdy do większości społeczeństwa dociera jedynie przekaz o in vitro i stanowisku hierarchów Kościoła Katolickiego w Polsce... By żyło się lepiej!

wpis z dnia 24/07/2015

   


  

     "Bratnia pomoc" v. 2.0? Niemiecka policja dostała nowe uprawnienia w Polsce: może legalnie pacyfikować i strzelać
wpis z dnia 23/07/2015

 

Media głównego nurtu, tak jak przemilczały przyjęcie przez PO-PSL ustawy 10-66, tak teraz milczą, gdy tworzone są regulacje wykonawcze wprowadzające w życie możliwości przewidziane wspomnianą ustawą. Kilka dni temu została podpisana umowa o współpracy polskiej i niemieckiej policji. Formalnie porządkuje ona dotychczasowe uregulowania prawne w zakresie działania polskich policjantów w RFN i niemieckich w Polsce. W praktyce jednak daje nowe uprawnienia, które każą nam zadać pytanie - gdzie jest granica w pozbywaniu się atrybutów suwerenności na rzecz zagranicznych funkcjonariuszy?

Wraz z momentem wejścia Polski do strefy Schengen niemieccy policjanci nabyli uprawnienia do walki z przestępczością transgraniczną. W praktyce polegało to na tym, że jeśli prowadzili na terytorium RFN pościg za przestępcą, który przekroczył granicę z Polską, to mogli go ścigać dalej już na terytorium naszego kraju. Mieli również uprawnienia do użycia broni palnej, ale tylko i wyłącznie w obronie swojego życia. Sytuacja ta zmieniła się diametralnie po 9.07.2015 r., kiedy to - na bazie możliwości przewidzianych "ustawą 10-66" - weszło w życie porozumienie o współpracy polskiej i niemieckiej policji, które znacząco wykracza poza europejskie standardy. Funkcjonariusze z Niemiec nabyli m. in. uprawnienia do użycia broni na terytorium Polski nie tylko w sytuacji, w której miałoby to uratować ich życie. Ponadto przyjęta umowa daje niemieckim policjantom możliwość prowadzenia na terytorium naszego kraju działań o charakterze niejawnym ("undercover"). Odpowiednia interpretacja zapisów umowy pozwoli również na podporządkowanie polskich jednostek policji zwierzchnictwu niemieckiemu.

W kontekście powyższego przypomnijmy, że na początku stycznia 2014 roku, Sejm - głosami PO, PSL, SLD i Ruchu Palikota - przyjął ustawę o udziale zagranicznych funkcjonariuszy w operacjach na terytorium Polski (tzw. ustawa 10-66). Ustawa ta dała podstawy prawne do przyjęcia regulacji umożliwiających funkcjonariuszom obcych państw na interwencje na terytorium Polski w wypadku "zagrożenia bezpieczeństwa publicznego" oraz "porządku publicznego". Umowa z 9.07.2015 r., która umożliwia niemieckim funkcjonariuszom działania na terytorium naszego kraju, jest pokłosiem przyjęcia wspomnianej ustawy.

 

Czytaj więcej: "Mamy umowę o współpracy policji wykraczającą poza standardy UE" (DW.com)
Czytaj także: Polska oddaje kolejne elementy suwerenności. Niemcy mogą nas aresztować i pacyfikować (pl.Blastingnews.com)

wpis z dnia 23/07/2015

   


 

     Efekty działalności partaczy i nieudaczników: 1,5-roczne opóźnienie gazoportu. 9-letnie opóźnienie atomu...
wpis z dnia 22/07/2015

 

Zgodnie z pierwotnymi obietnicami rządowej ekipy - najpóźniej do końca ubiegłego roku gazoport w Świnoujściu miał przyjąć pierwszy statek z LNG i być realną alternatywą dla dostaw drogiego gazu z Rosji. Rzeczywistość okazała się być jednak zupełnie inna. Co chwila dochodzą do nas informacje, że główny wykonawca wykorzystuje spartaczoną umowę ws. budowy gazoportu i żąda od platformianych władz nowych aneksów (czytaj: jeszcze większej kasy). Strona rządowa robi dobrą minę do złej gry i nieustannie przesuwa termin oddania do użytku tej inwestycji. To samo dotyczy elektrowni atomowej, gdzie po 6 latach funkcjonowania specjalnych spółek i rządowych pełnomocników nie wybrano nawet lokalizacji, w której miałaby powstać. Oto efekt działalności skończonych partaczy i nieudaczników.

Gazoport w Świnoujściu to flagowa porażka Platformy. Jak w soczewce widać tam wszystkie patologie ekipy rządowej. Warta blisko 2,5 miliarda złotych inwestycja miała być ukończona półtora roku temu, tak aby od czerwca 2014 roku przyjmować skroplony gaz z Kataru i być argumentem w negocjacjach z Gazpromem na temat obniżenia ceny sprowadzanego z Rosji gazu (płacimy najwięcej w Europie). Niestety budowa gazoportu się przedłuża i generuje coraz większe koszty, główny wykonawca co chwila szantażuje rząd zablokowaniem realizacji, a władze nie potrafią określić, kiedy w Świnoujściu będziemy mogli odbierać gaz LNG. 

To samo dotyczy innej strategicznej dla bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju inwestycji, tj. budowy elektrowni atomowej. Jeszcze w 2008 roku rząd Tuska ogłosił, że do 2020 roku zbuduje pierwszą polską siłownie jądrową. W tym celu powołał nawet specjalnego Pełnomocnika Rządu ds. Polskiej Energetyki Jądrowej (uchwała Rady Ministrów z dn. 13 stycznia 2009 r.). Niedługo później wyznaczony do realizacji tej inwestycji państwowy koncern PGE powołał dwie spółki-córki, które miały być odpowiedzialne za sukces tego przedsięwzięcia: PGE EJ oraz PGE EJ1. W skład zarządów tychże weszli oczywiście przedstawiciele platformianej ekipy (m.in. Aleksander Grad) i zaczęli przyznawać sobie "atomowe" wynagrodzenia. Niestety gigantyczne pensje dla "znajomych królika" nie przełożyły się zupełnie na proces postępu przy budowie pierwszej polskiej elektrowni atomowej. Bardzo szybko przesunięto datę ukończenia tej inwestycji na 2025 rok, a wczoraj PGE - w przesłanej do Polskich Sieci Elektroenergetycznych korespondencji technicznej - poinformował, że elektrownia zostanie ukończona w... 2029 roku, co daje nam 9-letnie opóźnienie w relacji do pierwotnej daty podawanej przez rząd Tuska (2020 rok). Fakty są takie, że po upływie blisko 6 lat od chwili ogłoszenia zamysłu wybudowania siłowni jądrowej i wydaniu w tym celu (m. in. na pensje i ciepłe posadki) kwoty 182,5 mln zł (to oficjalne dane spółki PGE EJ1 za lata 2009-2014), nie wybrano nawet lokalizacji, na której elektrownia ta miałaby powstać. Nie widać żadnych efektów dotychczasowych prac i nic nie wskazuje na to, aby budowa miała w ogóle ruszyć. Z perspektywy czasu można nawet zaryzykować stwierdzenie, że temat "atomu" okazał się być jedynie kolorowym wabikiem dla mediów i platformianego elektoratu, pustą narracją, która - odpowiednio uwypuklana przez prorządowe ośrodki medialne - miała odwrócić uwagę od nieudolności rządu Platformy i PSL-u w sferze bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju. 

wpis z dnia 22/07/2015

 


 

     Wyprzedaj wszystko co cenne i przynosi zyski, a otrzymaną kasę utop w kredytach - oto prawdziwa dewiza rządu PO-PSL
wpis z dnia 21/07/2015

 

Ciech, Azoty, PKP Cargo, PKO BP, Energa, PGE, PZU, BGŻ, KGHM, a teraz PKP-Energetyka - platformiana ekipa powoli lecz konsekwentnie wyprzedaje w częściach majątek narodowy przynoszący co roku gigantyczne zyski. Bezpowrotnie tracimy podstawy do stworzenia silnej gospodarki opartej na polskim kapitale. Co gorsze - blisko 60 miliardów zł, jakie rząd Tuska i Kopacz pozyskał ze sprzedaży spółek Skarbu Państwa, w większości poszło na spłatę wymagalnych pożyczek i kredytów pozaciąganych w imieniu Polski przez brytyjczyka Jana Vincenta-Rostowskiego, który przez 6 lat dowodził w resorcie finansów. A zatem - Majątek sprzedany, a kasa przepadła! By żyło się lepiej!

Zadłużaj kraj i wyprzedawaj to, co wartościowe. Z pozyskanej w ten sposób kasy spłacaj bieżące długi, tak aby w ostatecznym rozrachunku zostać gołym i niekoniecznie wesołym bankrutem - obserwując poczynania platformianej władzy z ostatnich 8 lat niestety taką mam właśnie refleksję. Oficjalne statystyki dostępne na stronach Ministerstwa Skarbu są zatrważające: w latach 2008-2014 władze naszego kraju dokonały wyprzedaży majątku narodowego (m.in. banki, kopalnie czy zakłady produkcyjne) za łączną kwotę 58,615 mld zł. Niestety spora część pozyskanych w ten sposób pieniędzy poszła na spłatę bieżącego zadłużenia, które w okresie rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz zwiększyło się o 100 procent, osiągając przy tym pułap biliona złotych (tj. tysiąca miliardów!). Innymi słowy - straciliśmy trwały i przynoszący gigantyczne zyski majątek, a kasę jaką dostaliśmy w zamian utopiliśmy w spłacie odsetek od pozaciąganych wcześniej pożyczek. 

Wydawało się, że rok 2015 będzie pierwszym, w którym proces masowej wyprzedaży majątku narodowego zostanie w końcu wstrzymany (wszak od stycznia rządowej ekipie nie udało się spieniężyć niczego poważnego i cennego, czego właścicielem byłby nasz kraj). Niestety powołany w czerwcu nowy minister Skarbu Państwa - Andrzej Czerwiński - rozwiał te nadzieje definitywnie. W komunikacie prasowym sprzed trzech tygodni podał on do publicznej wiadomości informację o tym, że platformiany rząd zamierza sprzedać pakiety akcji PZU, PGE oraz PKO BP - czyli spółek przynoszącym co roku państwu (czytaj: nam) gigantyczne zyski w postaci dywidend. Ale to nie koniec! Rząd Ewy Kopacz sprzeda również PKP Energetykę - strategiczną dla polskiego rynku kolejowego spółka, która posiada monopol (infrastrukturę) na dostarczanie energii elektrycznej wszystkim działającym w naszym kraju podmiotom kolejowym (dzięki czemu przynosiła poważne zyski)! Nabywcą ma być prywatny fundusz z Luksemburga. Ot kolejne potwierdzenie dewizy, zgodnie z którą stara się działać rząd PO-PSL: Wyprzedaj wszystko co cenne i przynosi dochody, a pozyskaną kasę utop w kredytach. By żyło się lepiej... Pytanie tylko - komu?

wpis z dnia 21/07/2015

   


  

     Wielki pośpiech rządu ws. prywatyzacji PKP Energetyki! Jeszcze przed wyborami chcą sprzedać strategiczną spółkę zagranicznemu funduszowi!
wpis z dnia 20/07/2015

 

PKP Energetyka to strategiczna dla polskiego rynku kolejowego spółka wyceniana na 1,5 mld zł. Ma ona monopol (infrastrukturę) na dostarczanie energii elektrycznej wszystkim działającym w Polsce podmiotom kolejowym, dzięki czemu przynosi co roku spore zyski. Ponadto jest uznawana za spółkę mającą wpływ na bezpieczeństwo energetyczne całego kraju. Do tej pory należała do Skarbu Państwa. Już wkrótce ma to się jednak zmienić. Rząd Platformy chce ją pilnie sprywatyzować. Proces sprzedaży PKP Energetyki ma się zakończyć jeszcze przed jesiennymi wyborami. Nabywcą ma być fundusz private equity z Luksemburga, choć formalnie będzie działał poprzez spółkę z kapitałem zakładowym w wysokości... 5 tys. zł.

Przypomnijmy, że pod koniec grudnia ubiegłego roku rząd Ewy Kopacz podjął decyzję, aby wystawić na sprzedaż 100 proc. akcji PKP Energetyki - strategicznej spółki dla polskiego rynku kolejowego, która dostarcza energię elektryczną wszystkim działającym podmiotom kolejowym w Polsce. Dzięki praktycznemu monopolowi w tej dziedzinie (nikt inny w Polsce nie ma takiej infrastruktury co PKP Energetyka), co roku generowała całkiem pokaźne zyski (raport za 2013 rok mówił o przychodach ze sprzedaży w wysokości 3,69 mld zł oraz zysku netto na poziomie 89,9 mln zł). 

Potencjalnie zainteresowani zakupem akcji mieli zgłaszać się do banku inwestycyjnego Rotschild Polska. Eksperci rynku kolejowego przewidywali, że wartą od 1,3 do 1,5 mld zł PKP Energetykę kupi któryś z kontrolowanych przez Skarb Państwa koncernów energetycznych (PGE, Enea lub Energa), tak aby państwo nadal miało kontrolę nad tą strategiczną dla bezpieczeństwa energetycznego kraju spółką. Ku wielkiemu zaskoczeniu ogłoszono, że wyłączność na zakup akcji PKP Energetyki otrzymał fundusz private equity - CVC Capital Partners z siedzibą w Luksemburgu. Co ciekawe - z doniesień medialnych wynika, że faktycznym podmiotem który ma przejąć PKP Enegetykę jest spółka Caryville Investments Sp. z o.o., której kapitał zakładowy wynosi jedynie... 5 tys. zł. 

Eksperci nie mają wątpliwości - sprzedaż PKP Energetyki prywatnemu funduszowi "jest pozbawiona sensu gospodarczego, biznesowego i funkcjonalnego". Przekładając tę sytuację na transport drogowy, to tak jakby rząd za pośrednictwem GDDKiA sprzedał na wyłączność jakiejś prywatnej firmie z zagranicy prawa do wszystkich dróg krajowych w Polsce. Janusz Zubrzycki, dyrektor zarządzający w Zespole Doradców Gospodarczych TOR, w wypowiedzi dla portalu Rynek-Kolejowy.pl stwierdził, że taki właściciel będzie mógł "zrobić ze spółką to co zechce i niekoniecznie będzie się kierował interesem polskiej kolei, w rozumieniu sprawnego funkcjonowania PKP PLK. Nie trudno jest sobie wyobrazić sytuację dwukrotnego wzrostu cen. W końcu będzie to monopolista prywatny". 

Nie podlega dyskusji fakt, że spółki kluczowe dla bezpieczeństwa kraju, które zarządzają strategiczną infrastrukturą czy siecią przesyłową, nie powinny być prywatyzowane, a przynajmniej nie powinny być sprzedawane zagranicznym podmiotom. Niestety rząd Ewy Kopacz uważa inaczej. Nie wykluczone, że prawdziwym powodem wyprzedaży PKP Energetyki jest finansowy deficyt w budżecie kraju. Przypomnijmy, że w tym roku ZUS-owi na wypłatę emerytur zabraknie rekordowej kwoty 52,4 mld zł (rząd pieniądze te będzie musiał przelać do ZUS w postaci dotacji i pożyczek), a wpływy z tytułu podatku VAT po pierwszych sześciu miesiącach tego roku było o 5 mld zł niższe niż założono w planie budżetowym na 2015 rok. Być może ekipa Ewy Kopacz pokumała się, że w kasie państwa brakuje środków na bieżące funkcjonowanie, stąd decyzja o przyspieszeniu prywatyzacji PKP Energetyki i sprzedaży jej w ręce zagranicznego funduszu (który pewnie zaoferował wyższą kwotę), zamiast pozostawienia w ramach Grupy PKP czy przekazania do któregoś z koncernów energetycznych kontrolowanych przez Skarb Państwa. 

 

Czytaj więcej: Prywatyzacja PKP Energetyki przyspiesza (Rynek-Kolejowy.pl)
Czytaj także: Zubrzycki: Prywatyzacja PKP Energetyka? Bez sensu (Rynek-Kolejowy.pl)
Czytaj także: Sprzedaż PKP Energetyki do funduszu CVC obniża bezpieczeństwo kraju? (Rynek-Kolejowy.pl)

wpis z dnia 20/07/2015

   


  

     Dobrobyt platformianych czasów: Aż 6,5 mln Polaków żyje za mniej niż 700 zł miesięcznie!
wpis z dnia 19/07/2015

 

Oficjalne dane są porażające: 2,8 mln Polaków nie ma pieniędzy na jedzenie, 6,5 mln Polaków żyje za mniej niż 700 zł miesięcznie, a 12 mln nie posiada jakichkolwiek oszczędności. Oto niedostrzegana przez mainstreamowe media wersja "dobrobytu" plaformianych czasów.

Z publikowanych przez Główny Urząd Statystyczny (GUS) danych wyłania się dramatyczny obraz rzeczywistości w jakiej przyszło nam żyć. Według oficjalnych informacji w naszym kraju aż 2,8 mln osób żyje w skrajnej biedzie, czyli nie posiada odpowiednich środków na zagwarantowanie sobie i swoim najbliższym biologicznej egzystencji. Około 6,5 mln ludzi jest zmuszonych do przeżycia za kwotę niższą niż 700 zł miesięcznie, a ok. 12 mln nie posiada jakichkolwiek oszczędności bowiem wszystko to, co uda im się zarobić przeznaczają na bieżące wydatki egzystencjalne.

Niestety do wzrostu ilości osób cierpiących z powodu biedy i niedostatku istotnie przyczyniła się ekipa Platformy Obywatelskiej. Przypomnijmy, że w Polsce obowiązuje najniższa w Europie kwota wolna od podatku (3091 zł), która na domiar złego nie była aktualizowana od 8 lat, czyli czasu kiedy do władzy dostała się wspomniana ekipa Tuska, Kopacz i Komorowskiego. Taka polityka przyczyniła się do kuriozalnej i niespotykanej nigdzie indziej sytuacji, kiedy podatek dochodowy (PIT) należy płacić nawet od dochodów, które mają nam zapewnić biologiczną egzystencję. Warto zauważyć, że równowartość rocznego minimum egzystencji na jedną osobę wynosi obecnie ok. 6500 zł (tj. ok. 542 zł na miesiąc). Kwota ta ma zagwarantować egzystencję na minimalnym, dopuszczalnym poziomie (jedzenie + woda + ubrania z secondhandu). Tymczasem Platforma każe nam płacić 18 proc. podatek od dochodów, które w skali roku przekroczą pułap 3091 zł! To oznacza, że ktoś kto w ciągu całego roku zarobi wspomniane 6500 zł, musi oddać fiskusowi ponad 610 zł podatku. Na życie nie zostanie mu 6500 zł, lecz już tylko 5890 zł (tj. ok. 491 zł na miesiąc).

Czy Platformiana władza czuje te klimaty? Czy wiedzą jak przeżyć w ciągu miesiąca za kwotę 491 zł?? Obawiam się, że jest to im zupełnie obce. Co więcej - na ludzi, którzy muszą egzystować za tak skromne pieniądze, mają wylane... Oni chodzą na kolacje, na których jedzą ośmiorniczki i popijają drogie wina. Wystarczy tylko przypomnieć ile wydali podczas podsłuchiwanych rozmów Sikorski z Rostowskim (1352 zł) czy Belka z Sienkiewiczem (1435 zł). I to tylko na jeden posiłek! A ty - zwykły Polaku - płać wysokie podatki i żyj za grosze! 

wpis z dnia 19/07/2015

   


  

     Czy rząd Kopacz uległ neokolonialnemu szantażowi? Dał zwolnienie podatkowe, bo zagraniczny właściciel zagroził likwidacją tysięcy miejsc pracy?
wpis z dnia 17/07/2015

 

Rząd SLD sprzedał w 2003 roku koncernowi LNM Holdings N.V. (dzisiaj ArcelorMittal) Polskie Huty Stali (PHS) za symboliczną kwotę 6 mln zł (zdaniem NIK wycenę spółki zaniżono ponad 300-krotnie - aż o 1,87 mld zł). W ciągu kilku kolejnych lat PHS wypracowały dla nowego właściciela ponad 5,86 miliardów zł zysku na czysto! W tym roku w należącej do ArcelorMittal Hucie Sendzimira w Krakowie powinien się rozpocząć remont wielkiego pieca. Bez tego remontu spora część krakowskiego zakładu będzie musiała być zamknięta, co oznacza rozwiązanie umów z ok. 7 tys. pracowników. Co zrobił zagraniczny właściciel huty? - Uzależnił rozpoczęcie remontu od tego, czy rząd Kopacz zwolni go z obowiązku płacenia podatku akcyzowego za energię elektryczną... 

Przypomnijmy - umowa prywatyzacyjna Polskich Hut Stali (PHS) została podpisana w 2003 roku pomiędzy reprezentującym Skarb Państwa rządem SLD, a brytyjsko-hinduskim konglomeratem LNM Holdings N.V. (dzisiaj ArcelorMittal). Nowy inwestor przejął pakiet kontrolny nad PHS, w skład których wchodziły: Huta Sendzimira w Krakowie, Huta Katowice w Dąbrowie Górniczej, Huta Cedler w Sosnowcu oraz Huta Florian w Świętochłowicach. W zamian na konta Skarbu Państwa wpłynęła kwota... 6 mln zł. Cenę sprzedaży ustalono na tak niskim poziomie, bowiem nowy inwestor zobowiązał się dodatkowo wykupić ponad 1,6 mld zł długów spółki oraz zagwarantował inwestycje modernizujące PHS na ponad 2 mld zł. Mimo to, przeprowadzona kontrola NIK wykazała, że warunki finansowe prywatyzacji PHS były niekorzystne dla Skarbu Państwa, a wycenę spółki zaniżono aż o 1,87 mld zł! Na marginesie powyższego warto odnotować, że w kolejnych latach należące już do nowego właściciela PHS osiągały gigantyczne zyski. W 2004 roku zysk netto wyniósł 1,7 mld zł, w 2005 roku było to 1,8 mld zł, a w latach 2007 i 2008 kolejne 2,36 mld zł.

6 kwietnia b.r. Arcelor Mittal Poland podjął decyzję o zawieszeniu przygotowań do remontu wielkiego pieca w krakowskiej hucie, jedynego czynnego jeszcze, który wytwarza tzw. surówkę. Bez remontu piec będzie mógł działać najwyżej jeszcze przez rok. Później będzie musiał zostać wyłączony z eksploatacji, co w konsekwencji może się przełożyć na zwolnienie grupowe do 7 tys. pracowników zatrudnionych w krakowskim zakładzie. Jakie były motywy podjęcia przez Arcelor Mittal takiej decyzji? - Szybko okazało się, że był to swego rodzaju szantaż skierowany do władz centralnych. Właściciel PHS oświadczył bowiem, że polski rząd powinien ich zwolnić z obowiązku płacenia podatku akcyzowego za energię elektryczną. Od takiego zwolnienia miałoby zależeć to, czy Arcelor Mittal zdecyduje się wyremontować piec w krakowskiej hucie. Co w takich okolicznościach zrobił rząd Ewy Kopacz? Proszę bardzo:

 

 

Janusz Cichoń, sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów potwierdził, że rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy, która zwalnia poszczególne firmy z obowiązku płacenia podatku akcyzowego za energię elektryczną. Zdaniem Cichonia "polski przemysł zaoszczędzi ok. 520 mln zł" (jak rozumiem - o tyle mniejsze będą wpływy do budżetu z tytułu akcyzy). Pytanie tylko, czy aby na pewno beneficjentem zmiany będzie "polski przemysł", czy też może zagraniczni właściciele zakładów przemysłowych działających na terytorium Polski? Obawiam się, że właściwa jest ta druga odpowiedź...

 

Źródło: Protest hutników w Krakowie. "7 tys. osób do zwolnienia" (Rmf24.pl)
Źródło: Zmniejszenie podatku akcyzowego dla przedsiębiorstw „energochłonnych” (BiznesAlert.pl)

    


  

     Kopacz podróżuje, pozuje do zdjęć i podpowiada by latem nie żreć dopalaczy, tymczasem gazoport w Świnoujściu od 1,5 roku stoi nieukończony
wpis z dnia 16/07/2015

 

Kiedy Ewa Kopacz pochłonięta jest problemem dopalaczy, który sama sobie wygenerowała (4 lata temu jej partia uchwaliła prawo umożliwiające dzisiejszy rozkwit branży "dopalaczowej"), strategiczne kwestie dotyczące bezpieczeństwa naszego kraju nadal pozostają nierozwiązane. Gazoport w Świnoujściu miał być ukończony na początku 2014 roku. Mimo, że od tego czasu minęło już 1,5 roku rząd nadal nie potrafi określić kiedy ta kosztująca nas 2,5 mld zł inwestycja zostanie oddana do użytku. To tylko jeden z realnych problemów, z którymi ekipa rządowa nie potrafi sobie poradzić, dlatego przesłania je "walką" z dopalaczami, podróżami po Polsce i innymi sprawami zastępczymi.

Osiem ostatnich lat pokazało, że władza lubi walczyć z problemami, które sama sobie uprzednio wygenerowała. W ten sposób uwaga opinii społecznej może być odwracana od rzeczywistych i realnych problemów, które dotyczą całego kraju. Tak też jest w przypadku dopalaczy. Sprawy by nie było, gdyby w 2011 roku ekipa PO uchwaliła prawo, zgodnie z którym każdy "dopalacz", aby nie był z góry traktowany jako nielegalny, musiałby zostać uprzednio wpisany na listę specyfików dopuszczonych do obrotu (tak np. jest w przypadku leków). Tymczasem rządowa ekipa zaproponowała całkowicie odmienne rozwiązanie. Aby dany dopalacz mógł być uznany za nielegalny, musi być wpisany na odpowiednią listę specyfików zabronionych. W ten sposób służby nigdy nie nadążały za pomysłowymi chemikami, którzy co chwila tworzyli nowe substancje, jeszcze nie wpisane na listę specyfików zabronionych. Dzięki temu obrót "dopalaczmi" mógł być formalnie legalny.

Obecny rozkwit branży "dopalaczowej", to najzwyczajniej w świecie pokłosie decyzji władz naszego kraju z 2011 roku. Dzięki temu rząd może rozpocząć nową "wojnę" z dopalaczami, której rzeczywistą rolą jest odciągnięcie uwagi opinii społecznej od kwestii rzeczywiście ważnych i istotnych dla całego kraju. A taką jest na przykład sprawa gazoportu. Przypomnijmy - terminal LNG w Świnoujściu to flagowa porażka Platformy. Jak w soczewce widać tam wszystkie patologie ekipy rządowej. Warta blisko 2,5 miliarda złotych inwestycja miała być ukończona rok temu, tak aby od czerwca 2014 roku przyjmować skroplony gaz z Kataru i być argumentem w negocjacjach z Gazpromem na temat obniżenia ceny sprowadzanego z Rosji gazu (płacimy najwięcej w Europie). Niestety budowa gazoportu się przedłuża i generuje coraz większe koszty, a strona rządowa nie potrafi określić, kiedy w Świnoujściu będziemy mogli odbierać gaz LNG. Kilka miesięcy temu Ewa Kopacz zapowiadała, że gazoport zostanie uruchomiony "latem 2015 roku". Lato mamy w pełni, ale w kwestii oddania terminala do użytku nic się nie zmieniło. Nadal nie wiadomo kiedy zostanie on ukończony. Eksperci wskazują, że prawdopodobny jest rok 2016, a może nawet i 2017. 

W tym kontekście warto przypomnieć, że na ujawnionych w czerwcu ub. r. przez tygodnik "Wprost" nagraniach, były wiceminister finansów w rządzie Tuska, a od 2013 roku wiceprezes zarządu ds. korporacyjnych PGNiG - Andrzej Parafianowicz - w rozmowie ze Sławomirem Nowakiem stwierdził, że podpisane przez rząd Tuska umowy na realizację terminalu LNG w Świnoujściu są bardzo niekorzystne, bowiem pozwalają głównemu wykonawcy - powiązanej biznesowo z Rosjanami spółce Saipem - bezkarnie opóźniać budowę wspomnianej infrastruktury. Podczas nagranej rozmowy pada nawet stwierdzenie, że nasz kraj będzie mógł odbierać gaz z Kataru dopiero w... 2017 roku, czyli z około 3 letnim poślizgiem.

Opóźnienia w realizacji tej strategicznej dla bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju inwestycji mają gigantyczne znaczenie. Wystarczy tylko sobie uświadomić, jak ważne w negocjacjach z rosyjskim gazpromem na temat ceny sprowadzanego gazu jest posiadanie "karty przetargowej" w postaci gazoportu. Oferowany przez Rosjan gaz natychmiast staje się tańszy, kiedy pojawia się argument sprowadzania większej ilości błękitnego paliwa z innego niż wschodni kierunku. Niestety niekompetencja i nieudolność ekipy rządowej doprowadziła do tego, że pomimo 1,5-rocznego opóźnienia nadal nie wiemy kiedy terminal w Świnoujściu zostanie oddany do użytku. Zamiast tego w telewizji widzimy jak pani premier podróżuje po Polsce, pozuje do zdjęć i podpowiada by latem nie żreć dopalaczy

wpis z dnia 16/07/2015

   


  

     Dramat polskich emerytów - coraz częściej popełniają samobójstwa z powodu biedy! Tymczasem plaformiany rząd chce im dać 3 zł 62 gr podwyżki
wpis z dnia 15/07/2015

 

Ubiegły rok był rekordowy pod względem ilości samobójstw - w Polsce popełniono ich łącznie 6165. Odbieranie sobie życia stało się 7. najczęstszą przyczyną zgonów w naszym kraju. Coraz większą grupą wśród samobójców stają się emeryci. O ile w 2005 roku było ich jedynie 616, to w ubiegłym roku aż 1146 osób, które odebrały sobie życie miało więcej niż 65 lat. Powód? - Rozszerzająca się bieda i ubóstwo wśród tej grupy społecznej. Niestety wiele wskazuje na to, że z roku na rok takich osób będzie w naszym kraju przybywać...

Bieda wśród osób powyżej 65 roku życia będzie niebawem jednym z największych problemów społecznych naszego kraju. Wszystkiemu winna jest przeprowadzona kilka lat temu reforma systemu wypłacania emerytur (tzw. kapitalny przewał emerytalny). Przypomnijmy, że 21 listopada 2008 r. ekipa Tuska uchwaliła w Sejmie nowelizację ustawy o emeryturach i rentach, która wprowadziła w życie tzw. kapitałową formułę obliczania świadczeń emerytalnych z ZUS (zamiast solidarnościowej). W praktyce oznaczało to, że wysokość wypłacanej emerytury miała zależeć od ilości zgromadzonego - za pośrednictwem składek emerytalnych - kapitału, według następującego algorytmu: 

 

Całkowita kwota zebranego kapitału : 216 miesięcy = miesięczna kwota brutto emerytury

 

Nie było by w tym nic szokującego, gdyby nie fakt, że ekipa Platformy uznała, iż przeciętny polski emeryt po ukończeniu 67. roku życia na emeryturze przeżyje jeszcze 216 miesięcy, tj. 18 lat. W ten sposób całkowita kwota zebranego w ciągu zawodowego życia kapitału dzielona jest na wspomniane 216 części. Wynik tego ilorazu jest równy kwocie miesięcznego świadczenia emerytalnego, na jakie dana osoba będzie mogła liczyć przechodząc na emeryturę. 

Przed nowelizacją ustawy o emeryturach i rentach obowiązywała tzw. solidarnościowa formuła obliczania świadczeń emerytalnych. Dzięki niej osoba, która osiągała wiek emerytalny mogła liczyć na emeryturę w wysokości około 60 proc. ostatniej pensji. Niestety od 1 stycznia 2009 roku zaczęła obowiązywać formuła kapitałowa i dla większości Polaków osiągnięcie wysokości emerytury na poziomie 60 proc. ostatniego wynagrodzenia stało się zupełnie nierealne. Okazało się bowiem, że emerytury kapitałowe oznaczały drastyczny spadek wypłacanych świadczeń. Eksperci mnożyli przykłady: jeśli ktoś przez 35 lat zarabiał równowartość dzisiejszych 2,5 tys. zł miesięcznie, to na koncie w ZUS uzbierał prawie 205 tys. zł. Łatwo można wyliczyć, że otrzyma za to 766 zł netto emerytury, czyli jedynie 1/3 wysokości ostatniego wynagrodzenia. 

Aby ograniczyć negatywny wydźwięk zmian i uśpić nastroje społeczne ekipa Tuska podjęła ponadto decyzje, aby przez 4 kolejne lata podnosić stopniowo (o 20 proc. rocznie) udział formuły kapitałowej kosztem formuły solidarnościowej przy wyliczaniu wysokości świadczenia dla osób urodzonych po 1953 roku, które postanowiły przejść na emeryturę. Efekty powyższych zmian są katastrofalne - według danych ZUS w 2013 roku przeciętna emerytura przyznawana według formuły solidarnościowej (osoby urodzone w 1953 roku i wcześniej) wynosiła 3036 zł brutto. Z kolei przeciętna emerytura przyznawana według formuły kapitałowej (osoby urodzone powyżej 1953 roku) wyniosła jedynie 1856 zł brutto. Różnica między przeciętną emeryturą wyliczaną według starych zasad, a przeciętną emeryturą wyliczaną według nowych zasad wynosiła zatem aż 1180 zł. Szacuje się, że w ciągu kilku najbliższych lat różnica ta jeszcze bardziej się powiększy. Przeciętna emerytura wyliczana według formuły kapitałowej będzie bowiem zmierzać do poziomu ok. 1,2 - 1,3 tys. zł. W praktyce oznacza to większą grupę emerytów w trudniejszej sytuacji bytowo-materialnej. To niestety przełoży się na wyższy współczynnik samobójstw osób powyżej 65. roku życia. Co gorsze - planowana na przyszły rok waloryzacja emerytur będzie na kuriozalnie niskim poziomie. Większość emerytów będzie mogła liczyć na podwyżkę swojego świadczenia między 5 a 10 zł, a najbiedniejsi z nich, którzy dziś otrzymują ok. 880 zł miesięcznie (minimalna wysokość emerytury) będą mogli liczyć jedynie na 3 zł 62 gr podwyżki. By żyło się lepiej...

wpis z dnia 15/07/2015 

   


   

     Zagraniczne koncerny płacą w Polsce 2-krotnie niższe podatki. Rabunek kapitałowy trwa w najlepsze, a władze nie robią nic, aby temu zapobiec! 
wpis z dnia 14/07/2015

 

Okazuje się, że 500 największych firm z kapitałem zagranicznym, które w latach 2011-2013 działały na terytorium Polski, odprowadziło ponad dwa razy mniej podatku CIT niż 500 największych firm z polskim kapitałem. Z raportu organizacji Global Financial Integrity (GFI) wynika, że Polska jest liderem w UE jeśli chodzi o drenaż kapitału przez zagraniczne podmioty. Oficjalne statystyki NBP na temat bilansu płatniczego Polski również nie napawają optymizmem. W ciągu ostatnich 10 lat zagraniczne koncerny, rządy czy instytucje unijne wytransferowały poza granice naszego kraju równowartość ok. 540 mld zł!

Skala problemu transferu kapitału z Polski została nie dawno dostrzeżona przez Najwyższą Izbę Kontroli. Przypomnijmy, że NIK opublikowała raport, z którego wynika, że nadzorowane przez Ministerstwo Finansów urzędy skarbowe zupełnie nie radzą sobie z transferowaniem gigantycznych dochodów przez zagraniczne podmioty poza polski system podatkowy. Osiągane w Polsce dochody są najczęściej transferowane do tzw. rajów podatkowych (Luksemburg, Cypr, Bahamy). Powyższe nie powinno nas jednak dziwić. NIK ustaliła, że urzędy kontroli skarbowej i urzędy skarbowe - zamiast skupić się na podmiotach z udziałem kapitału zagranicznego - koncentrowały się, zgodnie z zaleceniami Ministra Finansów, na łupieniu i gnębieniu kontrolami małych przedsiębiorców z polskim kapitałem. Duże zagraniczne spółki i koncerny mogły w tym czasie spokojnie transferować dochody poza granice Polski.

Efekty takiego stanu rzeczy są zatrważające. Zgodnie z oficjalnymi statystykami NBP w latach 2005 - 2014 z naszego kraju wypłynęła bezpowrotnie równowartość 540 mld zł! Owoce polskiego wzrostu gospodarczego były bezlitośnie drenowane przez zagraniczne spółki i przedsiębiorstwa. Z raportu organizacji Global Financial Integrity (GFI) wynika, że Polska jest niechlubnym liderem w Unii Europejskiej jeśli chodzi o transfer kapitału przez zagraniczne podmioty. Zdaniem ekspertów z GFI z naszego kraju co roku wypływają gigantyczne kwoty dywidend i nieopodatkowanych zysków zagranicznych koncernów, które traktują Polskę przede wszystkim jako rynek zbytu dla swoich dóbr i usług. Przy okazji tworzą u nas montownie, magazyny czy centra usług wykorzystujące Polaków jako tanią siłę roboczą. Płacą nam 3, 4-krotnie niższe pensje niż pracownikom zatrudnionym w swoich krajach. Gdy do tego doliczymy kosztujące naprawdę ciężkie pieniądze różnego rodzaju opłaty licencyjne za możliwość używania przez lokalne oddziały zagranicznych przedsiębiorstw znaków firmowych i towarowych swoich właścicieli, to mamy jasną odpowiedź dlaczego w Polsce nadal na wszystko brakuje pieniędzy. Swoją cegiełkę dorzuca także rząd, który konsekwentnie powiększając zadłużenie naszego kraju sprawia, że z roku na roku musimy płacić zagranicznym wierzycielom coraz większe odsetki za pożyczone pieniądze. Co gorsze - ekipa rządowa coraz więcej pożycza za granicą. O ile w 2007 roku udział zagranicznych wierzycieli w całkowitym długu Skarbu Państwa wynosił zaledwie 37,8 proc., to w ciągu kilku kolejnych lat wzrósł do poziomu 59,1 proc. (stan na styczeń 2015 r.).

W ten sposób spełniła się wizja nakreślona na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia przez "liberałów", powiązanych dziś ze środowiskiem Platformy Obywatelskiej. Polska stała się największą neokolonią w Europie, swoistym "Batustanem" uzależnionym od zagranicznych wierzycieli, którego bogactwa i zyski są szerokim strumieniem transferowane za granicę. By wiodło się lepiej... Innym gospodarkom Europy i świata.

 

Czytaj także: NIK o kontroli firm z udziałem kapitału zagranicznego (NIK.gov.pl)

  
wpis z dnia 14/07/2015

  


 

     Podwyżkami podatków z lat 2008-15 platformiana władza wydrenowała z naszych kieszeni dodatkowe 60 MLD ZŁ!
wpis z dnia 13/07/2015

 

By żyło się lepiej ekipa Platformy Obywatelskiej podniosła stawkę VAT, akcyzę, składkę rentową, podatki lokalne, zlikwidowała ulgi, zamroziła progi oraz kwotę wolną. Na przestrzeni kilku ostatnich lat politycy pokroju Ewy Kopacz wielokrotnie pokazywali w jakim miejscu i jak głęboko mają interes zwykłych ludzi, którzy ich utrzymują. Okazuje się, że koszty fiskalnej paranoi PO są gigantyczne. Nieustanne podwyżki podatków oraz dorzucanie nowych obciążeń publiczno-prawnych w latach 2008 - 2015 kosztowało nas wszystkich dodatkowe 60 miliardów złotych! Powtarzam: 60 MILIARDÓW!

- "Przysięgam Polakom, że każdy, kto w moim rządzie zaproponuje podwyżkę podatków, zostanie osobiście przeze mnie wyrzucony" - w ten sposób Donald Tusk zachęcał Polaków w 2007 roku do głosowania na Platformę Obywatelską, partię która miała stopniowo obniżać podatki zwykłym ludziom i tym samym sprawiać, by "żyło się lepiej". Wszyscy wiemy co było później. Platformiana ekipa zamiast obniżać podatki rozpoczęła prawdziwy festiwal ich podwyższania i dorzucania nowych obciążeń publiczno-prawnych. Rząd Tuska, później przekształcony w rząd Kopacz, nieustannie dociskał podatkową śrubę, a przez to wydrenował z portfeli obywateli dziesiątki miliardów złotych. Ale po kolei: 

 

1) Pod koniec 2010 roku platformiana ekipa zatwierdziła ustawę podnoszącą wysokość płaconego przez Polaków podatku VAT z poziomu 7 do 8 proc. oraz z 22 do 23 proc. Wyższe stawki tego podatku miały obowiązywać od 2011 do 2013 roku. Okazało się jednak, że pod koniec 2013 roku Platforma podjęła decyzję o utrzymaniu wyższych stawek VAT na lata 2014 - 2016. Szacuje się, że skumulowany obywatelski koszt podwyższenia stawek podatku VAT wyniósł za lata 2011-2015 co najmniej 18 mld zł (roczny koszt to około 4 mld zł). 

 

2) Począwszy od 2008 roku ekipa Tuska i Kopacz utrzymywała kwotę wolną od PIT, kwoty kosztów uzyskania przychodu oraz progi podatkowe na tym samym, dziś już kuriozalnie niskim, poziomie. Szacuje się, że skumulowany koszt  tej operacji dla podatników za lata 2008-2015 to około 15 mld zł

 

3) Pod koniec 2011 roku Platforma przyjęła ustawę podwyższającą składkę rentową dla przedsiębiorców o 2 proc. Na skutek podwyżki składka ta wzrosła z 6 proc. do 8 proc., co przełożyło się na zwiększenie wpływów do budżetu ZUS o około 6-7 miliardów zł w skali roku. Łatwo można więc wyliczyć, że podwyżka o 1/3 wysokości płaconej przez przedsiębiorców składki rentowej to koszty szacowane na około 22 mld zł (za lata 2012 - 2015). 

 

4) Podwyżki akcyzy, wzrost wysokości podatków lokalnych czy likwidacja ulgi budowlanej i internetowej to kolejne 5 mld zł

 

Szybki rachunek pokazuje, że niekorzystne decyzje władzy podjęte w ostatnich kilku latach przyczyniły się do opróżnienia portfeli Polaków na gigantyczną kwotę minimum 60 mld zł. Rzeczywiste koszty mogą być jednak dużo większe, bowiem nie uwzględniam innych, mniej spektakularnych, podwyżek obciążeń publiczno-prawnych, z którymi mieliśmy do czynienia w latach 2008 - 2015.

Platforma na tym jednak nie poprzestaje i idzie za ciosem. W ostatni piątek posłowie tej partii zagłosowali przeciwko wprowadzeniu zasady rozstrzygania wątpliwości podatkowych na korzyść podatnika w jej pierwotnym kształcie (na szczęście zabrakło im 40 głosów, by projekt mówiący o tym, że "niedające się usunąć wątpliwości co do treści przepisów prawa podatkowego rozstrzyga się na korzyść podatnika" całkowicie odrzucić). Wygląda więc na to, że fiskalna paranoja władzy trwa w najlepsze. Jedynym sposobem na jej zatrzymanie będzie definitywne odsunięcie PO od władzy podczas październikowych wyborów parlamentarnych. Pozostaje mieć nadzieję, że do tego czasu Ewie Kopacz nie uda się już w sposób istotny utrudnić życia zwykłym Polakom... 

wpis z dnia 13/07/2015

   


  

     Komorowski zaczynał prezydenturę od czczenia Armii Czerwonej, a kończy na hołdach dla polakofoba-nazisty
wpis z dnia 12/07/2015

 

Przypomnijmy - Bronisław Komorowski, tuż po objęciu funkcji prezydenta RP, postanowił uczcić pamięć bolszewików, którzy w 1920 roku próbowali zdobyć Warszawę i zniszczyć odradzającą się polską niepodległość. Na zakończenie swojego urzędowania postanowił uczcić pamięć polakofoba-nazisty, dla którego nasz kraj miał składać się jedynie z niewolników i podludzi służących III Rzeszy... Jak ja się cieszę, że Komorowski nie będzie już naszym prezydentem!

W 2010 roku Bronisław Komorowski postanowił oddać hołd bolszewikom, którzy 90 lat wcześniej próbowali podbić Warszawę. Jeszcze jako marszałek Sejmu wsparł on ideę budowy pomnika żołnierzy bolszewickich w Ossowie, którzy zginęli podczas Bitwy Warszawskiej w 1920 roku. Obejmując urząd prezydenta RP nadal popierał tę inicjatywę. Zapowiedział nawet swoje uczestnictwo w odsłonięciu tego monumentu 15 sierpnia 2010 roku. Z uwagi jednak na liczne protesty historyków i lokalnych społeczności datę odsłonięcia pomnika bolszewików przesunięto na 2 listopada 2010 roku, a w oficjalnej uroczystości wziął udział prezydenci minister, były członek PZPR - Tomasz Nałęcz.

5 lat później, na zakończenie swojego urzędowania na stanowisku prezydenta RP, Bronisław Komorowski wziął udział w uroczystościach ku czci nazisty i polakofoba - Clausa von Stauffenberga. Przypomnijmy - Stauffenberg uczestniczył w spisku na życie Hitlera w 1944 roku, który miał doprowadzić do przejęcia władzy przez nazistów skłonnych do zawarcia rozejmu z Aliantami (zawieszenie walk na froncie zachodnim) i przerzuceniu wszystkich sił na fron wschodni, gdzie Niemcy toczyły wojnę z ZSRR. Zamach się nie powiódł, a Stauffenberg został stracony jako zdrajca. Obecny rząd w Berlinie ukuł narrację zgodnie z którą Stauffenberg - będący w rzeczywistości jawnie nienawidzącym Polaków nazistą - jest bohaterem "niemieckiego ruchu oporu". Komorowski podchwycił tę fałszywą wizję i podczas oficjalnych uroczystości upamiętniających Stauffenberga zrównał jego "bohaterstwo" z bohaterstwem z powstańców warszawskich z 1944 roku... 

Jak ja się cieszę, że jeszcze nieco ponad 3 tygodnie i Komorowski przestanie być naszym prezydentem!

wpis z dnia 12/07/2015

  


  

     Kiedy Ewa Kopacz jeździ po Polsce pozować do memów, eurokraci przyjmują nową wersję zabójczego dla nas pakietu klimatycznego
wpis z dnia 10/07/2015

 

Kiedy premier polskiego rządu pozowała w Legionowie do memów, w Brukseli doszło do arcyważnego dla polskiej racji stanu wydarzenia. Otóż Parlament Europejski przyjął nową, zaostrzoną wersje tzw. "pakietu klimatycznego", która de facto jest gwoździem do trumny dla naszej gospodarki. Co na to Ewa Kopacz? - Woli wystawiać się na publiczne pośmiewisko i dostarczać niesamowite ilości lol-contentu, zamiast walczyć o nasz wspólny interes... 
  

Parlament Europejski przyjął dwa dni temu projekt wycofujący z rynku handlu emisjami CO2 sporą część uprawnień. Forsująca ten pomysł Komisja Europejska chce w ten sposób doprowadzić do kilkukrotnego podniesienia rynkowej ceny zezwoleń na emisję. Jakie praktyczne skutki przyniesie ten "ekologiczny" amok? - Przede wszystkim wzrost cen pozwoleń na emisję 1 tony CO2 do postulowanej przez Komisję wysokości 15-20 euro (obecnie wynosi ona ok. 7 euro za tonę) będzie równoznaczny z automatycznym (i drastycznym) wzrostem cen energii elektrycznej w Polsce. Eksperci szacują, że pracę z tego powodu może stracić w naszym kraju nawet 400 tys. osób, które są żywicielami dla 1,5 mln osób, a konkurencyjność polskiej gospodarki istotnie się obniży (w porównaniu z gospodarkami państw Europy Zachodniej). Z opracowań wykonanych przez firmę Energsys wynika, że "koszty społeczne i gospodarcze wdrożenia pakietu klimatycznego w Polsce przekroczą znacznie granicę społecznej akceptowalności oraz spowodują utratę konkurencyjności przez polską gospodarkę". 

Co na to premier polskiego rządu Ewa Kopacz? Niestety po raz kolejny udowodniła, że nie nadaje się kompletnie na to stanowisko. Kiedy w Parlament Europejski przyjmował niekorzystne dla naszego kraju rozwiązania, ona wystawiała się na publiczne pośmiewisko pozując w szkole policyjnej do internetowych memów. Podejrzewam, że robiąc to nie miała nawet bladego pojęcia co się dzieje w Brukseli i jakie to będzie miało konsekwencje dla Polaków. W tym kontekście powtórzę to, co napisałem wczoraj - Ewa Kopacz nie ma absolutnie żadnej politycznej wizji jak rządzić krajem. Nie potrafi myśleć w kategoriach racji stanu, a na dodatek nikt na świecie się z nią nie liczy. Obecny rząd realizuje żadnego strategicznego planu, bowiem osoba, która stoi na jego czele jest zbyt ograniczona intelektualnie, aby taki plan powziąć, ogarnąć, zrozumieć i realizować. Dlatego też czym szybciej powinna być odsunięta od rządzenia krajem.

wpis z dnia 10/07/2015

    


  

     Czy odchodząca władza przygotowuje nam na pożegnanie giga-przekręt z ustawionym wielomilionowym przetargiem?
wpis z dnia 9/07/2015

 

Dwa dni temu rząd przyjął projekt ustawy o systemie informacji w ochronie zdrowia. Projekt ten przewiduje wprowadzenie od 2016 roku elektronicznej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego. To oznacza, że każdy Polak otrzyma nową kartę, na której będą jego dane osobowe oraz informację na temat ubezpieczenia zdrowotnego. Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie podejrzenia że warunki przetargu na dostarczenie 38 mln kart mają być przez władze "szyte" pod konkretnego wykonawcę z zagranicy. Ktoś może zatem przygarnąć poważne pieniądze (kilkaset milionów złotych) oraz dane osobowe wszystkich Polaków.

Wyraźny pośpiech rządu w sprawie wprowadzenia Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego budzi wątpliwości, czy w tle nie jest przypadkiem realizowany pomysł jakiegoś przekrętu na dużą skalę. Tym bardziej, że w ostatnim czasie coraz częściej pojawiały się duże znaki zapytania w zakresie prowadzonego przez rząd procesu legislacyjnego dotyczącego projektu nowelizacji ustawy o systemie informacji w ochronie zdrowia (która wspomniane karty wprowadza). Pod koniec czerwca interpelację poselską w tej sprawie do premier Ewy Kopacz wysłał poseł Jerzy Polaczek. Szefowej rządu zadał on m.in. następujące pytania:

 

Czy prawdą jest, że wymagania przetargowe na dostawę Kart Ubezpieczenia Zdrowotnego mogą być spełnione jedynie przez podmioty (lub konsorcja) zagraniczne?

Czy w przypadku powierzenia produkcji kart spersonalizowanych w związku z zamiarem wprowadzenia Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego firmie zagranicznej może dojść do udostępnienia przez Państwo Polskie wrażliwych danych polskich obywateli firmie kontrolowanej przez podmioty zagraniczne? Jeśli tak, to jakie gwarancje bezpieczeństwa i zabezpieczenia będą wymagane na etapie wyboru firmy produkującej karty spersonalizowane?

Czy Ministerstwo Zdrowia zwróciło się do CBA o objęcie przetargu na wybór dostawcy Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego tarczą antykorupcyjną?

 

Premier Ewa Kopacz ma 21 dni na ustosunkowanie się do powyższych pytań. Póki co odpowiedź nie została jeszcze sporządzona. 

W kilka dni po złożeniu przez posła Polaczka interpelacji, o wątpliwościach w zakresie przetargu na dostarczenie Kart Ubezpieczenia Zdrowotnego napisał także na Twitterze dziennikarz śledczy tygodnika "Do Rzeczy" - Cezary Gmyz:

 

Ciekawa ta końcówka rządów. Na najbliższym rządzie ma stanąć ustawa o kartach ubezpieczenia zdrowotnego. Ktoś chce przytulić giga-kasę

Ustawy nie ma a w Min. Zdrowia prace idą pełną pracą, jak donoszą wiewóry SIWZ jest szyty pod jednego wykonawcę

 

Czy platformiana władza rzeczywiście szykuje nam nowy giga-przekręt na koniec swojej kadencji? Czy warty kilkaset milionów złotych przetarg jest faktycznie "szyty" pod jednego, konkretnego wykonawcę? Jedno jest pewne - warto śledzić temat i nieustannie patrzeć rządzącym na ręce. Mimo, że ich czas już dobiega końca, to jeszcze mogą oni sporo namieszać. Niewykluczone, że samo nagłośnienie sprawy wystarczy do tego, aby osoby rządzące naszym krajem zrezygnowały ze swoich patologicznych planów.

 

Czytaj także: Projekt ustawy o zmianie ustawy o systemie informacji w ochronie zdrowia oraz niektórych innych ustaw (Legislacja.rcl.gov.pl)
Czytaj także: Jaki jest stan procesu legislacyjnego projektu ustawy o zmianie ustawy o systemie informacji w ochronie zdrowia? (JerzyPolaczek.pl)

wpis z dnia 9/07/2015

    


  

     Dlaczego władza nadal ukrywa raport na temat informatyzacji ZUS? Co kryje najpilniej strzeżona tajemnica rządu Ewy Kopacz?
wpis z dnia 8/07/2015

 

Raport pokontrolny KPRM na temat informatyzacji ZUS w latach 2008-2013 powstał we wrześniu ubiegłego roku. Jedną z pierwszych decyzji Ewy Kopacz, po objęciu przez nią funkcji premiera, było jego utajnienie przed opinią publiczną. Do treści raportu miała dostęp jedynie wąska grupa osób, w tym szef CBA - Paweł Wojtunik. Po analizie wyników kontroli podjął on decyzję o przesłaniu do prokuratora generalnego zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Do dymisji podał się także prezes ZUS-u - Zbigniew Derdziuk. Co takiego kryje najpilniej strzeżona tajemnica rządu Ewy Kopacz?

Przypomnijmy, że raport na temat "wybranych aspektów zarządzania systemami i zasobami IT w latach 2008-2013" powstał na zlecenie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Do dzisiaj pozostaje on jednak tajny dla opinii publicznej. Decyzję w tym zakresie podjęła Ewa Kopacz. Nieoficjalnie mówi się, że kontrola wykazała gigantyczne nieprawidłowości w funkcjonowaniu i kosztach obsługi systemu informatycznego w okresie, kiedy u władzy była ekipa PO-PSL (na ten cel wydano łącznie 3 miliardy złotych). Pośrednio potwierdza to zachowanie szefa CBA - Pawła Wojtunika. Po analizie wyników kontroli podjął on decyzję o przesłaniu do prokuratora generalnego zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Postępowanie w tej sprawie prowadzi obecnie Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie. Ponadto, niemal w tym samym czasie, gdy Wojtunik zawiadamiał prokuratora generalnego, do dymisji podał się prezes ZUS - Zbigniew Derdziuk. Jako powód swojej decyzji podał "wypełnienie misji". W kontekście złożonego zawiadomienia oraz wyników raportu wydaje się, że rzeczywiste powody dymisji mogły być jednak zupełnie inne. 

Nie wykluczone, że paniczny strach ekipy Platformy przed reakcją opinii publicznej na temat przekrętów i nieprawidłowości przy informatyzacji ZUS, które prawdopodobnie zostały opisane w utajnionym raporcie, jest zatem uzasadniony. Czy Ewa Kopacz zdecyduje się odtajnić ww. raport? - Mam co do tego poważne wątpliwości. Prawdopodobnie zrobi to dopiero ktoś, kto przejmie władzę po październikowych wyborach. Dopiero wówczas będziemy mogli poznać skalę nieprawidłowości do jakich doszło w toku informatyzacji ZUS-u w latach 2008 - 2013.

 

Czytaj także: Utajniona kontrola w ZUS. Czy kancelaria premiera obchodzi prawo ukrywając raport? (Money.pl)

wpis z dnia 8/07/2015

   


  

     Amerykańscy Żydzi chcą od Polaków olbrzymiego odszkodowania za mienie zagrabione przez niemieckich i rosyjskich okupantów?
wpis z dnia 7/07/2015

 

Grupa amerykańskich kongresmenów wystosowała list do Johna Kerry'ego - sekretarza stanu odpowiadającego w gabinecie Baracka Obamy za stosunki międzynarodowe - z wnioskiem o restytucje mienia żydowskiego zagrabionego na terytorium Polski przez niemieckich i rosyjskich okupantów w czasie II wojny światowej oraz w kolejnych latach po jej zakończeniu. Problem polega na tym, że odszkodowania (szacowane przez niektórych na ok. 200 mld zł) miałaby zapłacić Polska.

46 kongresmentów, którzy podpisali list kierowany do Johna Kerry'ego, chce aby nasz kraj jak najszybciej uregulował kwestie majątkowe związane z zagrabionym przez okupantów niemieckich i rosyjskich mieniem należącym przez wojną do Żydów, gmin żydowski i organizacji zrzeszających społeczności żydowskie. Szacowane rekompensaty mogą w tym przypadku sięgnąć równowartości nawet 200 mld zł!

W tym miejscu warto przypomnieć treść ujawnionej przez WikiLeaks tajnej notatki autorstwa ambasadora USA w Warszawie Viktora H. Ashe'a, który w styczniu 2009 roku wysłał ją do Departamentu Stanu USA. Relacjonował w niej konkluzje ze spotkań, jakie odbył z ówczesnym marszałkiem Sejmu RP Bronisławem Komorowskim. Panowie omawiali wówczas między innymi kwestię restytucji i odszkodowań za mienie odebrane Żydom przez Niemców w podczas II wojny światowej oraz przez sowietów - dekretami Bieruta - już po wojnie. Z notatek jednoznacznie wynika, że polskie władze planowały sprzedać wartościowe nieruchomości należące do Skarbu Państwa oraz Lasy Państwowe, aby uzyskać środki na wypłatę ewentualnych odszkodowań. W notatce czytamy m.in.:

"Jeśli chodzi o regulację kwestii restytucji mienia odebranego w czasie II wojny światowej i epoce komunizmu, Komorowski wyraził zaniepokojenie związane z kryzysem finansowym, który według niego zmienił nieco okoliczności. Niemniej jednak powiedział, że premier Tusk zmusi niepokornych ministrów, m.in. rolnictwa i ochrony środowiska, do tego by „dołożyli się do rekompensat” sprzedając państwowe lasy i nieruchomości."


W kontekście powyższych informacji warto również nadmienić, że pod koniec grudnia ubiegłego roku platformiana władza próbowała nocą (!) zmienić Konstytucję RP. Zmiana ta według sporej grupy komentatorów miała w praktyce umożliwić sprzedaż Lasów Państwowych. Na szczęście ekipie rządowej zabrakło pięciu głosów do przeforsowania tej niekorzystnej decyzji. Pozostaje jednak pytanie - czy plan wypłaty przez Polskę odszkodowań (z pieniędzy pozyskanych ze sprzedaży polskich Lasów Państwowych) dla Żydów, za utracone w wyniku okupacji niemiecko-sowieckiej mienie, był rzeczywistym powodem próby modyfikacji Konstytucji RP? Niestety w przypadku ekipy Tuska i Kopacz każdy scenariusz jest możliwy...

 

Źródło: Bipartisan Congressional Letter Advocates For Holocaust-era Property Restitution in Europe (Wjro.org.il)

Czytaj także: Powraca temat roszczeń żydowskich wobec Polski (NaszDziennik.pl)

Czytaj także: Standardy PO, czyli nocna próba zmiany Konstytucji (Niewygodne.info.pl)

 
wpis z dnia 7/07/2015

  


   

     Ewa Kopacz straszy nas Grecją. To tak jakby złodziej ostrzegał nas przed włamaniem
wpis z dnia 6/07/2015

 

Kilka dni temu Ewa Kopacz stwierdziła, że Grecja stała się bankrutem bowiem jej rząd wydawał więcej, aniżeli był w stanie zarobić, przez co tworzył deficyt budżetowy wymuszający zaciąganie nowych kredytów. Co ciekawe - rząd Platformy Obywatelskiej przez ostatnich kilka lat postępował jota w jotę tak samo: również wydawał znacznie więcej, niż wynosiły wpływy do budżetu, przez co generował poważny deficyt budżetowy, który następnie zasypywał nowymi pożyczkami. Ewa Kopacz i jej ekipa z premedytacją powielali zatem "scenariusz grecki", a teraz udają "Greka". Dobrze, że wybory coraz bliżej...

Warto przypomnieć naszej kochanej premier Kopacz, że Polska w latach 2008 - 2014 co roku wydawała znacznie więcej pieniędzy niż wynosiły wpływy do budżetu z tytułu podatków i innych oficjalnych dochodów. Różnica, czyli tzw. deficyt budżetowy, była najczęściej pokrywana zaciąganymi przez rząd Platformy i PSL'u pożyczkami i kredytami. Zatem wypisz, wymaluj "scenariusz grecki", przed którym Kopacz ostatnio tak usilnie nas przestrzega. Skala i rozmach może nieco mniejsze, ale jednak. Proste wyliczenie pokazuje, że skumulowany deficyt budżetowy 7-lecia rządów PO-PSL (lata 2008 - 2014) to 220,7 mld zł! O tyle rząd wydał więcej niż miał, posiłkując się głównie kredytami, które zwiększyły całkowite zadłużenie naszego kraju. Najgorszy pod tym względem był rok 2010, kiedy w kasie państwa na wydatki zabrakło 44,6 mld zł oraz rok 2013 - wówczas deficyt budżetowy wyniósł 42,5 mld zł. Ubiegły rok byłby rekordowy, gdyby nie skok rządu na oszczędności Polaków zgromadzone w OFE. To pozwoliło zmniejszyć deficyt do poziomu 30 mld zł.

Ekipa Platformy straszy nas Grecją. Patrząc jednak na ich dokonania z ostatnich 8 lat jestem przekonany, że ostrzeżenia Ewy Kopacz można porównać do słów złodzieja, który ostrzega nas przed włamaniem, którego sam za chwilę dokona...

wpis z dnia 6/07/2015

   


  

     Bank Światowy i EBOiR pożyczyły niemieckiemu Lidlowi 1 mld dolarów, aby ten wykosił konkurencję małych sklepów w Polsce?
wpis z dnia 5/07/2015

 

Brytyjski dziennik "The Guardian" opublikował materiały, z których wynika, że Bank Światowy oraz Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju pożyczyły blisko 1 mld dolarów właścicielowi niemieckich sieci handlowych Lidl i Kaufland, w celu agresywnej ekspansji w krajach Europy środkowo-wschodniej, a w konsekwencji wykoszenia lokalnej konkurencji ze strony małych sklepów m. in. w Polsce. Efekt? - Handel detaliczny w naszym kraju został skutecznie przejęty przez zagraniczny kapitał.

Kuriozalnie brzmi tłumaczenie przedstawicieli Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w sprawie udzielonych Lidlowi pożyczek (EBOiR pożyczył łącznie 700 mln dolarów). - "Daliśmy im kredyt. Oni, owszem, byli raczej agresywną nastawioną na zysk firmą, ale z drugiej strony dawali ludziom dostęp do produktów, których nie mieliby oni szansy inaczej zdobyć" (sic!). Czy Lidl albo Kaufland dawał Polakom dostęp do produktów, których nie mielibyśmy szansy nabyć gdzie indziej, szczególnie w latach 2003 - 2014, kiedy pożyczki były udzielane? Czy ja dobrze słyszę??! Lidl przede wszystkim wykosił lokalną konkurencję w postaci małych, rodzinnych sklepów spożywczych. Otrzymując "handicap" w postaci niemal 1 mld dolarów, miał zdecydowanie ułatwione zadanie. Dzięki tej pożyczce dziś zgarnia na Polakach gigantyczne zyski.

Warto również podkreślić, że zarówno Bank Światowy jak i Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju to instytucje publiczne dysponujące środkami pozyskanymi od podatników (są one przekazywane poprzez rządy państw-członków wchodzących w skład tych instytucji). Stąd wniosek, że pieniądze polskich podatników również znajdowały się w kwotach, które otrzymał właściciel Lidla i Kauflanda.

 

Źródło informacji: Lidl has received almost $1bn in public development funding (TheGuardian.com)

  
wpis z dnia 5/07/2015

   


 

     Kuriozalny nakaz z Brukseli: Banki będą mogły legalnie okradać swoich klientów z posiadanych oszczędności!
wpis z dnia 3/07/2015

 

Deponujesz swoje oszczędności w banku? Uważaj, bo niebawem w majestacie prawa będziesz mógł być okradziony! Komisja Europejska przyjęła dyrektywę, zgodnie z którą Bank zagrożony bankructwem będzie mógł wykorzystać pieniądze swoich klientów! 
  

Komisja Europejska przygotowała dyrektywę pt. "Bank Recovery and Resolution Directive" (BRRD) zawierającą wspólne dla państw UE mechanizmy restrukturyzacji lub uporządkowanej likwidacji komercyjnych banków, które w wyniku kryzysu staną się niewypłacalne. Zgodnie z treścią tej dyrektywy bank zagrożony bankructwem będzie mógł - w majestacie prawa - zabrać swoim klientom środki zgromadzone na rachunkach oszczędnościowych. Co prawda dyrektywa przewiduje pewne ograniczenia tego procederu - podstawione pod ścianą banki będą bowiem mogły sięgać po pieniądze tylko najbogatszych klientów, którzy posiadają depozyty na co najmniej 100 tys. euro. Przykład Cypru sprzed 2 lat pokazuje jednak, że w praktyce wszystko będzie możliwe. Przypomnijmy, że w 2013 roku cały cypryjski sektor bankowy staną na granicy bankructwa. Rząd Cypru, aby ratować działające na terytorium tego państwa banki, ustanowił specjalny "podatek ratunkowy". Każdy obywatel, który posiadał jakąkolwiek lokatę lub rachunek bankowy stracił wówczas 6,75 proc. posiadanych oszczędności, a ci, którzy zgromadzili powyżej 100 tys. euro stracili jeszcze więcej, bo aż 9,9 proc. 

 

Warto odnotować, że Komisja Europejska wystosowała do Polski ponaglenie w sprawie wdrożenia na gruncie polskiego prawa ww. dyrektywy. Mamy na to 2 miesiące czasu. Jeśli tego nie zrobimy grozi nam postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości i wielomilionowe kary naliczane dziennie. 

 

Polecam także: The EU's Bank Recovery & Resolution Directive (pwc.com)

  
wpis z dnia 3/07/2015

   


  

     Nawet w komunistycznych Chinach kwota wolna od podatku jest obecnie 8-krotnie wyższa niż w platformerskiej Polsce
wpis z dnia 2/07/2015

 

Obywatele Chin nie muszą płacić podatku dochodowego, jeżeli zarabiają w swoim kraju mniej niż 3 500 juanów miesięcznie, co stanowi równowartość ok. 2 100 zł. Obywatele Polski nie muszą płacić podatku dochodowego, jeżeli zarabiają w swoim kraju mniej niż 258 zł, co stanowi równowartość 430 juanów. Dzięki temu w kieszeni obywateli komunistycznych Chin zostaje znacznie więcej pieniędzy niż w kieszeni statystycznych przedstawicieli platformerskiej Polski. 

Kwota wolna od podatku PIT w Chinach wynosi obecnie 3 500 juanów miesięcznie per capita, czyli równowartość ok. 2 100 zł. W skali roku daje nam to całkiem pokaźną kwotę przychodu wolną od podatku w wysokości 42 tys. juanów, czyli ok. 25,2 tys. zł. W Polsce porównywalna do chińskiej kwota wolna od PIT obowiązuje jedynie posłów do parlamentu w zakresie uzyskiwanych przez nich diet. Przypomnijmy bowiem, że zgodnie z ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora, tzw. dieta parlamentarna (która wraz z parlamentarnym uposażeniem jest wypłacana posłom i senatorom co miesiąc i aktualnie wynosi 2 473,08 zł brutto) jest zwolniona z podatku PIT do wysokości 2 280 zł miesięcznie, co w skali roku daje nam kwotę w wysokości 27 360 zł.

Co ciekawe - komunistyczne władze w Pekinie od kilku lat wychodzą z założenia, że im niższe będą podatki bezpośrednie (takie jak PIT) tym społeczeństwo będzie zamożniejsze, co oddziałuje na wzrost wpływów do budżetu z tytułu podatków pośrednich od konsumpcji (np. podatek VAT). Stąd w 2011 roku rząd w Pekinie podniósł swoim obywatelom kwotę wolną z poziomu 2 tys. juanów miesięcznie do wspominanego powyżej limitu 3,5 tys. juanów. Obecnie zaś toczą się negocjacje w sprawie dalszego podniesienia kwoty wolnej do poziomu 5 tys. juanów miesięcznie (60 tys. juanów rocznie), co w przeliczeniu na polską walutę daje nam odpowiednio: 3 tys. zł miesięcznie / 36 tys. zł rocznie.

Jak tymczasem mają się sprawy w platformianej Polsce? Nie dość, że kwota wolna od podatku nie była aktualizowana od 8 lat i wciąż jest na kuriozalnie niskim poziomie 3 091 zł, to z przyjętego niedawno przez rząd Kopacz "Wieloletniego Planu Finansowego Państwa" wynika, że aż do 2018 roku Polacy mogą zapomnieć o jej waloryzacji. Do tego czasu bowiem rząd PO-PSL nie planuje zmieniać kwotowych progów podatkowych, kosztów uzyskania przychodu, ani kwoty wolnej od podatku. To oznacza, że jeszcze przez kolejne 3 lata, w zakresie wysokości kwoty wolnej od PIT, nasz kraj będzie mógł się porównywać jedynie z biednymi i zacofanymi państwami Afryki, takimi jak Mauretania czy Tanzania. W tym pierwszym państwie kwota wolna od PIT to równowartość ok. 3,2 tys. zł, natomiast w blisko 30 razy biedniejszej od Polski Tanzanii, kwota wolna od podatku to równowartość ok. 4,2 tys. zł.

 

Czytaj także: Przypominamy: Kwota wolna od podatku dla posłów to 27 360 zł! Kwota wolna dla reszty społeczeństwa to jedynie 3 091 zł... (Niewygodne.info.pl)
Czytaj także: Rząd Kopacz przyjął dokument, z którego wynika, że aż do 2018 roku Polacy mogą zapomnieć o obniżeniu podatków! (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 2/07/2015

    


  

     UWAGA! Platformiany rząd znowu wyprzedaje majątek narodowy! Pod młotek mają iść akcje PZU, PKO BP i PGE!
wpis z dnia 1/07/2015

 

W latach 2008-2014 rząd PO-PSL wyprzedał majątek narodowy (m.in. banki, kopalnie czy przedsiębiorstwa produkcyjne) za łączną kwotę 58,615 mld zł. Niestety wiele wskazuje na to, że tuż przed odsunięciem tej ekipy od władzy, sprzedane zostaną kolejne partie "rodowych sreber". Ministerstwo Skarbu Państwa właśnie ogłosiło informację o możliwej sprzedaży kontrolowanych przez państwo pakietów akcji PZU, PGE oraz PKO BP. Wygląda więc na to, że do samego końca platformiany rząd będzie nieustannie powiększał dług naszego kraju i wyprzedawał to, co wartościowe, byśmy ostatecznie zostali zadłużonymi po uszy gołodupcami.

Wydawało się, że po siedmiu latach nieustającej wyprzedaży majątku narodowego (w tym czasie rząd PO-PSL upłynnił majątek w postaci należących do państwa banków, przedsiębiorstw i kopalń za kwotę 58,615 mld zł), rok 2015 będzie pierwszym, w którym proces ten zostanie w końcu wstrzymany (do 31 maja rząd Kopacz zdołał sprzedać majątek narodowy o wartości raptem 10,6 mln zł). Niestety nowy minister Skarbu Państwa Andrzej Czerwiński rozwiał te nadzieje definitywnie. W komunikacie prasowym podał on do publicznej wiadomości informację o tym, że platformiany rząd zamierza sprzedać pakiety akcji PZU, PGE oraz PKO BP - czyli spółek przynoszącym co roku państwu (czytaj: nam) gigantyczne zyski w postaci dywidend. Uzyskane ze sprzedaży pieniądze (kilka miliardów złotych) miałyby dokapitalizować Bank Gospodarstwa Krajowego. Ten ostatni zaś miałby je wykorzystać w ramach programu "Inwestycje Polskie" (czyli na "kamieni kupę" - jak program ten nazywali nagrani potajemnie w knajpach przedstawiciele ekipy rządowej). 

Przypomnijmy, że "Inwestycje Polskie", a dokładnie "Polskie Inwestycje Rozwojowe" (PIR) miały być flagową instytucją firmującą skok cywilizacyjny epoki Tuska. Niestety szybko okazało się, że to "koło zamachowe" tuskowego planu rozwoju polskiej gospodarki nie spełniło pokładanych w nim nadziei (w ciągu 2 pierwszych lat funkcjonowania PIR podpisały zaledwie dwie umowy inwestycyjne - pierwsza dotyczyła finansowania inwestycji gdańskiego LOTOS-u; druga dotyczyła... remontu kompleksu akademików w Krakowie). Jakby tego było mało coraz częściej pojawiały się opinie, zgodnie z którymi przy tworzeniu PIR-u platformianej władzy wcale nie chodziło o rozwój Polski, lecz tylko o wykreowanie kolejnych stołków dla "znajomych królika", którzy mieli doglądać podziału państwowej kasy pomiędzy różnymi resortowymi watahami.

Widząc, że tuskowe "koło zamachowe" w ogóle nie chce ruszyć, rządowi urzędnicy postanowili zmienić strategię działania PIR-u. Pod koniec kwietnia wiceminister skarbu w rządzie Ewy Kopacz - Wojciech Kowalczyk - poinformował, że PIR - w ramach wielkiego planu rozwoju Polski - będzie się sam rozwijał poprzez "ufunduszowienie". Rząd planował powołać cztery nowe fundusze, które wejdą w skład PIR i będą przez nie zarządzane. Co to oznacza w praktyce? - Że ktoś będzie musiał stać na czele tych funduszy. Ktoś w imieniu PIR-u będzie musiał nimi zarządzać i podejmować decyzje, gdzie ulokować kasę. A to prawdopodobnie oznacza... nowe, dobrze płatne stołki do obsadzenia! Problem pozostał z sama kasą i skąd ją wziąć (kwestia dotyczy kilku miliardów złotych). Ale do czasu - Ministerstwo Skarbu Państwa wpadło bowiem na genialny pomysł wyprzedaży resztek majątku narodowego w postaci kontrolowanych przez państwo pakietów akcji PZU, PGE oraz PKO BP. W ten sposób znajdzie się kasa na fundusze i obsadzenie nowych stołków zarządczych przez "znajomych królika". A wszystko to rzutem na taśmę jeszcze przed jesiennymi wyborami. 

Zadłużaj kraj i wyprzedawaj to, co wartościowe. Dbaj przy tym tylko o swój interes i interes swoich znajomych - oto dewiza platformerskiej ekipy, jaka wyłania się z powyższej historii. Szkoda, że wybory dopiero za 3,5 miesiąca...

 

Źródło: Poland to trim stakes in PKO, PZU and PGE by end-October (Reuters.com)
Czytaj także: Czy tuskowe 'Polskie Inwestycje Rozwojowe' to rzeczywiście 'kupa kamieni'? (Niewygodne.info.pl)
Czytaj także: Rząd PO i PSL w latach 2008-14 wyprzedał majątek narodowy o łącznej wartości 58,615 mld zł (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 1/07/2015