Archiwum: Październik 2014

 

     Polacy będą musieli harować do 76 roku życia. Inaczej państwo zbankrutuje, a system emerytalny się zawali
wpis z dnia 31/10/2014

 

Deficyt ZUS, ujemny przyrost naturalny, wielomilionowa emigracja oraz szybkie starzenie społeczeństwa mogą już wkrótce doprowadzić do rozpoczęcia stałego procesu podwyższenia wieku emerytalnego. Zdaniem wielu ekspertów, aby system emerytalny się nie załamał, a państwo nie zbankrutowało, wiek emerytalny trzeba będzie Polakom stopniowo wydłużać z obecnych 67 do 76 lat. 

Obecnie na jednego emeryta przypada pięć osób w wieku produkcyjnym (w wieku 15-64 lata), a mimo to ZUS już ma poważne problemy ze ściągnięciem odpowiedniej kwoty pieniędzy ze składek na wypłatę bieżących emerytur. W tym roku ZUS-owi zabraknie na ten cel 33,9 mld zł. Kwota ta jest pokrywana z pieniędzy podatników, powodując tym samym paraliż wydatków państwa w innych dziedzinach, takich jak służba zdrowia czy obronność. Niestety z roku na rok deficyt ZUS będzie drastycznie wzrastał. Według szacunków samego ZUS-u w latach 2015-2019 wszystkie składki pobierane od pracowników i przedsiębiorców będą na tyle niskie, że z budżetu państwa trzeba będzie zabrać na poczet wypłaty bieżących emerytur gigantyczną kwotę 356,5 mld zł. W tym kontekście warto zauważyć, że jeśli tendencje się nie odwrócą, to w 2060 r. na jednego emeryta w naszym kraju będą przypadały mniej niż dwie osoby w wieku produkcyjnym! Zdaniem ekspertów z Ośrodka Badań nad Migracjami, aby system emerytalny się nie załamał, a państwo nie zbankrutowało, wiek emerytalny w 2050 r. powinien wynosić minimum 73 lata, a w 2060 już 76 lat.

Niestety podniesienie wieku emerytalnego to tylko jeden z warunków utrzymania całego systemu przy życiu. Kolejnym będzie obniżenie wysokości wypłacanych emerytur do poziomu głodowego (co już się dzieje) oraz zdecydowane poluźnienie polityki imigracyjnej, tak oby obcokrajowcy chętniej osiedlali się w naszym kraju. Zdaniem Pawła Kaczmarczyk z Ośrodka Badań nad Migracjami, aby skutecznie zatrzymać spadającą liczbę ludności Polski, nasz kraj będzie musiał stać się "krajem wielokulturowym, krajem masowej migracji".

 

Czytaj więcej: Będziemy pracować długo i jeszcze dłużej (Bankier.pl)
Czytaj więcej: Sytuacja demograficzna w Polsce jest dramatyczna (Niezalezna.pl)
Czytaj także: Polskie państwo zbankrutuje. Przez ZUS (Niewygodne.info.pl)
wpis z dnia 31/10/2014

    


  

     Kredytobiorców w CHF czeka wstrząs? Frank od stycznia po 4,50 zł? To możliwe
wpis z dnia 30/10/2014

 

Pod polską gospodarką podłożona jest hipoteczna bomba walutowa z opóźnionym zapłonem. Gdy eksploduje może nie być co zbierać. Wiele zależy od Szwajcarów, którzy pod koniec listopada będą decydowali w referendum czy przywrócić powiązanie ich waluty ze złotem. 

Kredyty hipoteczne w walucie obcej (głównie we frankach szwajcarskich i euro) stanowią dziś równowartość około 170 mld złotych. Kwota ta może jednak znacznie wzrosnąć (a wraz z nią wysokość płaconych rat), jeśli Szwajcarzy 30 listopada zdecydują się w ogólnokrajowym referendum poprzeć inicjatywę przywrócenia powiązania między wartością franka a ilością posiadanego przez nich złota. O co dokładnie chodzi? - Inicjatorzy referendum (Szwajcarska Partia Ludowa) chcą, aby rezerwy złota Szwajcarskiego Banku Narodowego (SBN) wynosiły minimum 20 proc. jego aktywów (obecnie wynoszą one jedynie ok. 7,5 proc.). W praktyce postulat ten oznaczałby masową wyprzedaż przez SBN rezerw walutowych (dolary, euro) i kupowanie za ich równowartość złotego kruszcu, który stałby się jednocześnie oparciem dla kursu franka szwajcarskiego. Szwajcarska waluta stałaby się jeszcze bardziej "bezpieczna" i pożądana przez inwestorów, którzy swoje oszczędności masowo zaczęliby lokować w CHF. Dla Polaków posiadających kredyt hipoteczny we franku szwajcarskim byłoby to równoznaczne z mocnym wzrostem kursu, a przez to ze wzrostem wysokości płaconych przez nich rat kredytu oraz wartości niespłaconego kredytu. Dla domowych budżetów części kredtobiorców, którzy zaciągnęli swoje zobowiązania, gdy frank kosztował 2,20 zł, taki wzrost byłby śmiertelnym ciosem. Problem może dotyczyć nawet kilkuset tysięcy gospodarstw domowych w Polsce, a jego konsekwencje mogą się odbić na całym sektorze bankowym w Polsce, który - jak do tej pory - generował gigantyczne zyski netto. 

Czytaj więcej: Czy Szwajcaria wróci do standardu złota? (Bankier.pl) 
wpis z dnia 30/10/2014

   


  

     Polska ma spore rezerwy złota. Problem w tym, że są zdeponowane w... Banku Anglii
wpis z dnia 29/10/2014

 

Niewielu Polaków zdaje sobie sprawę z tego, że nasz kraj posiada całkiem spore rezerwy złota. Wynoszą one blisko 103 tony. Problem w tym, że obecnie zdecydowana większość z nich znajduje się w depozycie Banku Anglii i prawdopodobnie bardzo ciężko będzie je przenieść do Polski. 

Zgodnie z raportem NIK Narodowy Bank Polski jest właścicielem 102 ton i 918,29 kg złota. Problem w tym, że od kilkudziesięciu lat zdecydowana większość tego złota (ok. 95 proc., tj. 3151,7 tys. uncji) znajduje się na depozycie Bank of England. W skarbcach NBP w Polsce znajduje się jedynie 157,2 tys. uncji. Niestety nic nie wskazuje na to, aby złoto przechowywane w Anglii miało być w najbliższym czasie przeniesione do Polski. Wystarczy posłuchać rzecznika prasowego NBP, który nie tak dawno powiedział: - "Złoto NBP przechowywane jest na rachunku w Bank of England, który jest jedną z wiodących instytucji wykonujących usługi powiernicze i zapewnia najwyższy standard, bezpieczeństwo, efektywność oraz jakość usług w obrocie złotem". 

Ze złotem wiąże się jeszcze jedna kwestia. W ostatnich latach większość państw na świecie zwiększała własne zasoby tego szlachetnego kruszcu. Złoto na potęgę kupowały banki centralne krajów rozwijających się: Chin, Rosji, Turcji czy Indii. Jeśli chodzi o NBP, to po raz ostatni dokupił złota... 16 lat temu. Decyzje zarządzających naszym bankiem centralnym mogą dziwić, jeśli uwzględnimy, iż w niepewnych czasach, to właśnie złoto jest jedyną bezpieczną lokatą rezerw, która pozwala utrzymać ich realną wartość. Co gorsze - NBP miał możliwości, aby zwiększyć swoje rezerwy złota. Od kilku lat osiągał bowiem całkiem przyzwoite zyski sięgające kilku miliardów złotych. Niestety, zamiast z tych środków kupować złoto i zabezpieczać się na wypadek "W", podejmowane były decyzje o przekazaniu ich do budżetu państwa. Czytaj: zyski NBP były przejadane przez rząd, który spłacał nimi swoje długi wobec zagranicznych wierzycieli.

 

Czytaj więcej: Czy polskie złoto powinno wrócić do kraju? (Bankier.pl)
Czytaj także: Alpejska gorączka złota (Rp.pl)
Czytaj także: Historia polskiego złota. Jest warte miliardy, ale nigdy do nas nie wróci. Dlaczego? (Wyborcza.biz)
wpis z dnia 29/10/2014

   


  

     Polacy płacą podatki od podatków. Rząd brnie w fiskalnym amoku
wpis z dnia 28/10/2014

 

Rosnące zobowiązania rządu wobec zagranicznych wierzycieli powodują, że funkcjonariusze urzędów skarbowych muszą zabierać Polakom coraz więcej pieniędzy w podatkach. Konieczność zaspokojenia kupujących obligacje emitowane przez Ministerstwo Finansów staje się przyczyną istnienia takich konstrukcji fiskalnych jak "podatki od podatków". To wcale nie jest żart! To podatkowa rzeczywistość w III RP...

Zakaz podwójnego opodatkowania to w Polsce fikcja. Najlepszym przykładem będzie podatek VAT naliczany przez rząd od towarów akcyzowych (np. benzyna). Podatek VAT jest w przypadku takich towarów obliczany od podstawy uwzględniającej wysokość akcyzy. To oznacza, że płacimy VAT od wcześniej naliczonego przez rząd podatku akcyzowego (sic!). Z racji tej, że w paliwach kupowanych na polskich stacjach akcyza stanowi istotny element ceny, wysokość płaconego przez nas podatku VAT jest równie istotnie większa, niż gdyby rząd nie stosował zasady podwójnego opodatkowania. Ta sama zasada obejmuje również sprowadzane z zagranicy auta. W pierwszej kolejności musimy zapłacić cło, a następnie, od powiększonej o nie wartości – akcyzę. Na samym końcu, od sumy wartości auta, cła i akcyzy, obliczamy należny fiskusowi podatek VAT. 

 

Niestety nic nie wskazuje na to, aby stosowana przez funkcjonariuszy urzędów skarbowych działających na zlecenie rządu zasada podwójnego opodatkowania została zniesiona. Gwarantuje ona bowiem istotne wpływy do budżetu, dzięki którym rząd może regulować raty pożyczonych kredytów. Kto wie - może w niedalekiej przyszłości zostanie wymyślony kolejny podatek? Dlaczego by nie opodatkować salda rachunków bankowych? Choćby 1 procentową daniną? W skali roku gwarantuje to rządowi dodatkowe wpływy rzędu kilku miliardów złotych?

 

Czytaj więcej: Podatek od podatku? Dlaczego nie (GazetaPrawna.pl)
wpis z dnia 28/10/2014

  


  

     Rządowa biurokracja na całego! Gabinet Ewy Kopacz zatrudnia aż siedemnastu opłacanych z budżetu pełnomocników!
wpis z dnia 27/10/2014

 

Ekipa PO przejmując władzę obiecywała zmniejszenie biurokracji. Okazało się jednak, że w ciągu ostatnich lat armia urzędników znacząco się rozrosła (niektóre szacunki mówią o 100 tys. nowych etatów), a zły przykład szedł z samej góry. Obecny gabinet premier Ewy Kopacz zatrudnia aż... 17 specjalnych pełnomocników, których wynagrodzenia i obsługa pochłaniają co roku miliony złotych!

Na stronie internetowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów możemy się dowiedzieć ciekawych rzeczy na temat tego jak rząd wydaje nasze pieniądze. Okazuje się, że ekipa Ewy Kopacz utrzymuje za publiczną kasę sporą grupę różnego rodzaju pełnomocników, którzy w jej imieniu mają się zajmować określonymi wycinkami publicznej działalności. Nazwy niektórych pełnomocników brzmią co najmniej absurdalnie. Na przykład zarządzeniem z dnia 24 września 2014 r. premier Kopacz powołała "Pełnomocnika do spraw Koordynacji Udziału Prezesa Rady Ministrów w Spotkaniach Rady Europejskiej" (sic!). Donald Tusk nie był gorszy. W trakcie swojego urzędowania powołał między innymi: "Pełnomocnika Prezesa Rady Ministrów do spraw Koordynacji Oceny Skutków Regulacji", "Pełnomocnika Rządu do Spraw Wprowadzenia Euro przez Rzeczpospolitą Polską", czy też "Pełnomocnika do Spraw Dialogu Międzynarodowego" (którym został Władysław Bartoszewski). 

Czy pełnomocnik rządu może liczyć na wysokie wynagrodzenie? Odpowiedz brzmi: może. Dla przykładu warto wspomnieć o Pełnomocniku ds. Równego Traktowania - Agnieszce Kozłowskiej-Rajewicz - która w ciągu 2012 roku otrzymała łącznie 170,1 tys. zł pensji (średnio miesięcznie nieco ponad 14 tys. zł). Pracujący dla niej "doradcy polityczni" (2,5 etatu w 2012 r.) zarobili 191,6 tys. zł, zaś zatrudnieni pracownicy biura pełnomocnika (17 etatów) otrzymali 1,37 mln zł wynagrodzenia. Podkreślmy - wszystko sponsorowane z naszych (podatników) pieniędzy. 

 

Źródło: Pełnomocnicy rządu i Prezesa RM (KPRM.gov.pl)
Źródło: Odpowiedź pełnomocnik ds równego traktowania [PDF] (Wipler.pl)

wpis z dnia 27/10/2014

   


  

     Totalna bezmyślność! Ewa Kopacz postanowiła zniszczyć polską gospodarkę! Straty sięgną minimum 265 mld zł!
wpis z dnia 25/10/2014

 

Ewa Kopacz podjęła na szczycie UE decyzję, aby zniszczyć polską gospodarkę. Wyrażenie przez nią zgody na nowy pakiet klimatyczny jest równoznaczne z popełnieniem gospodarczego samobójstwa przez nasz kraj. Rządowi propagandyści próbują nam wmówić, że dzięki realizacji nowej polityki w sprawie CO2 w Polsce pracę może zyskać nawet 100 tys. osób. - To prawda. Szkoda tylko, że nikt nie wspomina o tym, że jednocześnie pracę straci 400 tys. osób, a ceny prądu poszybują do góry nawet o kilkaset procent!

Brak veta ze strony Ewy Kopacz na propozycję unijnych biurokratów dotyczącą obniżenie emisji dwutlenku węgla o 40 proc. do 2030 roku oznacza katastrofę dla polskiej gospodarki. Produkcja energii elektrycznej przez dominujące w naszym kraju elektrownie węglowe przestanie się opłacać (poprzez narzucony sztucznie system opłat za pozwolenie na emisję CO2). Budowa nowych elektrowni (atomowych, wiatrowych lub na gaz ziemny) pochłonie dziesiątki miliardów złotych, które przełożą się na wzrost cen prądu zarówno dla przemysłu (co będzie skutkowało obniżeniem konkurencyjności gospodarki oraz inflacją), jak i odbiorców indywidualnych (większe rachunki za prąd = mniej pieniędzy w domowym budżecie). Trzeba będzie zamknąć kilkanaście kopalni węgla (brak zapotrzebowania na węgiel z uwagi na likwidację elektrowni). Istotnie wzrośnie również bezrobocie i bieda. Według wstępnych szacunków z powodu wejścia w życie nowego pakietu klimatycznego, pracę w naszym kraju może stracić nawet 400 tys. osób, które są żywicielami dla 1,5 mln osób. Zgodnie z wyliczeniami Instytutu Kościuszki oraz firmy doradczej Ernst & Young - ograniczenie emisji CO2, jakie zaakceptowała Ewa Kopacz, może obniżyć PKB Polski w latach 2014-2030 średnio nawet o 1 proc. w skali roku! W przeliczeniu na złotówki oznacza to stratę w wysokości minimum 265 miliardów złotych! Podziękujmy Ewie Kopacz za jej idiotyczną i bezmyślną decyzję...

 

Czytaj więcej: Przez nowy pakiet będziemy musieli zamknąć większość elektrowni węglowych (BiznesAlert.pl)
Czytaj także: Przedsiębiorcy do KE: zniszczycie polski przemysł (Bankier.pl)
Czytaj także: Ziobro: Kopacz powinna stanąć przed Trybunałem Stanu (Rp.pl)

wpis z dnia 25/10/2014

   


  

     Pętla długu coraz ciaśniejsza: Rząd Kopacz zadłuża Polskę już na poczet przyszłego roku
wpis z dnia 24/10/2014

 

Rząd Ewy Kopacz kontynuuje politykę rządu Tuska polegającą na ciągłym zadłużaniu Polski. Wczoraj Ministerstwo Finansów powiększyło zadłużenie naszego kraju o kolejne 6,06 mld zł. Według oficjalnego komunikatu kwota ta ma sfinansować przyszłoroczne potrzeby pożyczkowe rządu, bo... limity na ten rok zostały już osiągnięte. 

Grabież oszczędności Polaków zgromadzonych w otwartych funduszach emerytalnych rozzuchwaliła naszych rządzących do tego stopnia, że obecnie nie czują oni żadnych oporów przed coraz szybszym pogrążaniem się w zadłużeniowej spirali pod zastaw polskiego podatnika. Limit wzrostu zadłużenia zaplanowany na cały 2014 rok miał wynieść 47,3 mld zł. Z racji tej, że został on osiągnięty już w październiku, a rząd nadal chce nas zadłużać za granicą, ekipa ministra Szczurka wpadła na pomysł, aby kolejne długi zaliczać na poczet limitu przyszłorocznego zadłużenia. w ten sposób - w majestacie prawa - można obejść wszelkie limity długu. Wszak 6,06 mld zł, mimo że pożyczone w 2014 rok, na papierze będzie widniało jako dług wchodzący w skład limitu przyszłorocznego. 

W kontekście nowych długów warto wspomnieć, że prawdziwy festiwal zaciągania pożyczek dopiero przed nami. W przyszłym roku zapadalność osiągnie rekordowe 102,4 mld zł starych długów zaciągniętych w latach ubiegłych (w większości przez ekipę Tuska i Rostowskiego). W praktyce oznacza to, że trzeba będzie je najzwyczajniej w świecie oddać. Rząd Kopacz nie będzie miał na to pieniędzy, tak więc w celu pozyskania odpowiedniej ilości środków będzie musiał zaciągnąć nowe długi. Takie postępowanie (rolowanie długu) nie może pomóc, a wręcz zaszkodzi i to nie tylko finansom publicznym, ale również całej gospodarce. To przypomina zaciskanie wokół szyi grubej pętli, która zaczyna coraz mocniej uwierać. Ostatecznie ograniczy całkowicie dopływ tlenu, a wówczas wszystko bezpowrotnie runie jak domek z kart. 

 

Czytaj więcej: Polska sprzedała obligacje za 6 mld zł (Rp.pl)
wpis z dnia 24/10/2014

   


 

     Jak powstrzymać demograficzną katastrofę w Polsce?
wpis z dnia 23/10/2014

 

Z roku na rok liczba urodzeń w Polsce maleje. Rośnie za to liczba emerytów i osób w podeszłym wieku. Już za kilka lat państwo może zbankrutować nie mogąc udźwignąć obowiązków związanych z systemem emerytalnym. Powstrzymanie demograficznego tsunami jest jednak bardzo proste. Wystarczy ograniczyć obciążenia podatkowe dla rodzin z dziećmi, dzięki którym posiadanie potomstwa zacznie się w naszym kraju opłacać finansowo. 

Proste rozwiązania danego problemu przynoszą najczęściej najlepsze rezultaty. W przypadku demografii problem jest w zasadzie jeden - Polacy chcą mieć dzieci, ale nie mają pieniędzy na ich utrzymanie. Pieniędzy nie mają, bowiem państwo zabieram im pokaźne sumy m. in. w podatku dochodowym. W jaki sposób rząd mógłby w tym przypadku pomóc? Rozwiązanie jest bardzo proste - wystarczy, że stojący na czele naszego kraju wdrożą pro-rodzinny system fiskalny, który w kwestii wysokości płaconych podatków, będzie promował osoby posiadające dzieci. 

Jak miałoby to wyglądać w praktyce? Obecnie kwota wolna od podatku dla każdego obywatela III RP bez wyjątku wynosi 3091 zł w skali roku. Limit ten miałby nadal obowiązywać wobec osób nie posiadających dzieci. W przypadku jednak posiadania już jednego dziecka kwota wolna od podatku automatycznie rosłaby (zarówno dla matki jak i ojca dziecka) o 100 proc. - do poziomu 6182 zł. Limit ten miałby wzrastać dwukrotnie za każdym kolejnym dzieckiem. W ten sposób w przypadku posiadania dwójki dzieci, kwota wolna od podatku wynosiłaby 12364 zł (dla każdego z rodziców). W przypadku trójki dzieci - 24728 zł. Czwórki - 49456 zł. Szczęśliwi rodzice piątki, lub większej ilości dzieci, byliby całkowicie zwolnieni z płacenia podatku dochodowego. Ile pieniędzy zostawałoby w ten sposób w portfelach przeciętnie zarabiających rodziców? Posiadanie jednego dziecka przyczyniłoby się do oszczędności podatkowych w wysokości 2225 zł w skali roku. Dwójka dzieci byłaby równoznaczna z oszczędnością 4450 zł. Trójka dzieci gwarantowałaby rodzicom zwrot podatku w wysokości 8900 zł, zaś czwórka - aż 17800 zł. 

To tylko propozycja. Podejrzewam jednak, że w sposób istotny przyczyniłaby się do odwrócenia demograficznych tendencji jakie od kilku lat dominują w naszym kraju. Powstaje pytanie - dlaczego rządzący nie chcą jej wprowadzić w życie? Czy zależy im, aby Polska nadal się kurczyła, a widmo bankructwa spowodowanego niewydolnością systemu emerytalnego było coraz bardziej realne?

 

Czytaj więcej: Skazani na wymarcie (Rp.pl)
wpis z dnia 23/10/2014

 


 

     Marszałek Sejmu wspiera Agorę. Klika medialno-rządowa ma się świetnie!
wpis z dnia 22/10/2014

 

Warto odnotować kolejną kompromitację ekipy rządzącej. Marszałek Sejmu Radosław Sikorski odmówił wczoraj odpowiedzi na pytania akredytowanych dziennikarzy w sprawie jego wcześniejszych wypowiedzi odnoszących się do propozycji rozbioru Ukrainy. Były minister spraw zagranicznych odpowiedział "na wyłączność" jedynie na pytania dziennikarzy "Gazety Wyborczej", którzy następnie wywiad z nim zamieścili w płatnym serwisie strony Gazeta.pl. W ten sposób Agora S.A. (właściciel strony Gazeta.pl) odniosła wymierne korzyści finansowe ze zwiększonego ruchu na stronie wywołanego dyskryminującą inne media decyzją marszałka Sejmu.

Urzędnik państwowy, jakim jest Radosław Sikorski, informacje ze swojej działalności (za którą otrzymuje pensje z pieniędzy podatników), powinien złożyć publicznie na dostępnej dla wszystkich zainteresowanych konferencji prasowej, lub ewentualnie na stronie internetowej Sejmu. Obecna ekipa rządowa działa jednak według innych standardów. Jej celem jest wspieranie finansowe przychylnych im mediów, dzięki którym mogą trwać u władzy. Podejrzewam, że dlatego właśnie Sikorski zdecydował się wyjaśnić swoje zachowanie na płatnych stronach "Gazety Wyborczej". Warto odnotować, że samo wejście na stronę internetową na ogół oznacza przychód dla jej wydawcy, który zarabia na odsłonach i kliknięciach w banery reklamowe. Takie postępowanie idealnie wpisuje się we wcześniejsze decyzje rządu i organów centralnych, które w ciągu ostatnich kilku lat na konta Agory przelały z tytułu publikacji ogłoszeń i komunikatów blisko 6,9 mln zł zabranych wcześniej Polakom w podatkach. W ten sposób klika medialno-rządowa ma się świetnie!

 

Czytaj więcej: Marszałek Sikorski wsparł Agorę (Bankier.pl)
Czytaj także: Rząd wspiera finansowo przychylne mu media. Wyborcza i TVN dostają grube miliony. System się domknął (Niewygodne.info.pl)
wpis z dnia 22/10/2014 

   


  

     Pracujące soboty coraz bliżej. Projekt Platformy już w Sejmie
wpis z dnia 21/10/2014

 

Po wydłużeniu wieku emerytalnego, ograniczeniu wysokości emerytur oraz zwiększeniu stawek płaconych podatków, Platforma chce zafundować Polakom 6-dniowy tydzień pracy. By żyło się lepiej!

W tym tygodniu Sejm zajmie się projektem noweli Kodeksu Pracy autorstwa Platformy Obywatelskiej, który przewiduje wprowadzenie "wynagrodzenia za pracę w dniu od niej wolnym". Eksperci nie mają wątpliwości - wdrożenie takiego rozwiązania może oznaczać w praktyce wydłużenie tygodnia pracy do 6 dni. Nowelizacja zakłada, że za pracę w dniu wolnym od pracy (sobota), przysługiwałby dodatek do wynagrodzenia za każdą przepracowaną godzinę (czytaj: normalne wynagrodzenie). Obecnie za pracę w sobotę przysługuje inny dzień wolny od pracy udzielony pracownikowi do końca okresu rozliczeniowego. Ekipa związana z Platformą tłumaczy, że zmiany mają na celu polepszenie sytuacji polskich pracowników, tak aby zwykłym ludziom "żyło się lepiej". Niestety dotychczasowe osiągnięcia tej partii przeczą intencjom autorów najnowszej nowelizacji kodeksu pracy. Warto przypomnieć, że slogan wyborczy ekipy Tuska z 2007 roku był jak do tej pory realizowany w zakresie wydłużenia wieku emerytalnego, podniesienia płaconych podatków czy ograniczenia wysokości emerytur. Mam poważne wątpliwości, czy zmiany te rzeczywiście wpłynęły pozytywnie na poziom życia polskiego społeczeństwa...

 

Czytaj więcej: Sejm zajmie się projektem PO ws. wynagrodzenia za pracę w dniu wolnym (Rp.pl)
wpis z dnia 21/10/2014

   


  

     Bezczelność ekipy rządowej nie zna granic. Wmawiają nam, że podatki w Polsce są niskie!
wpis z dnia 20/10/2014

 

Nie tak dawno Rzecznik Praw Obywatelskich stwierdził, że nieaktualizowana przez rząd od 7 lat kwota wolna od podatku jest na tak kuriozalnie niskim poziomie, że prawdopodobnie przeczy normom konstytucyjnym. W odpowiedzi na jego skargę skierowaną do Trybunału Konstytucyjnego rząd bezczelnie pokazał swoją fiskalną butę. Izabela Leszczyna - funkcjonariuszka Ministerstwa Finansów - próbuje nam wmówić, że RPO nie ma racji, a dalsze utrzymywanie najniższej w Europie kwoty wolnej od podatku jest okej. 

Wiceminister finansów w rządzie Ewy Kopacz - Izabela Leszczyna (absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz studiów podyplomowych w zakresie filozofii i etyki) - na łamach "Rzeczpospolitej" próbuje nam wmówić, że dalsze utrzymywanie najniższej w Europie kwoty wolnej (3091 zł) od podatku ma sens. Bo alternatywą dla wzrostu tej kwoty do poziomu postulowanego przez RPO (6503 zł) miałoby być zlikwidowanie ulg podatkowych, jakie w okresie rządów PO-PSL jeszcze nie zostały skasowane. W ten sposób "autorytet" rządowy w zakresie podatków próbuje nas przekonać, że wysokie obciążenia fiskalne są dobre i spełniają postulat wyborczy "by żyło się lepiej". Jak widać buta ludzi wywodzących się z Platformy nie zna granic.

 

Czytaj więcej: Rzecznik praw nie ma racji (Rp.pl)

Czytaj także: Fiskalna paranoja Platformy nie podoba się RPO. Kuriozalnie niska kwota wolna od podatku jest niekonstytucyjna (Niewygodne.info.pl)
wpis z dnia 20/10/2014

   


 

     Wielki przewał przy budowie stadionu we Wrocławiu. Zdefraudowano dziesiątki milionów złotych publicznych pieniędzy!
wpis 19/10/2014

 

Zdaniem kontrolerów z NIK przy budowie stadionu we Wrocławiu (będącego jedną z aren Euro2012) szły grube przekręty na dziesiątki milionów złotych. Kto za to wszystko zapłacił? - Jak zwykle: polscy podatnicy. Ciekawe ile "prowizji" przytuliła nasza kochana władza za przymykanie oczu na te malwersacje?

Najwyższa Izba Kontroli oszacowała, że w trakcie budowy i funkcjonowania Stadionu Miejskiego we Wrocławiu blisko 70 mln zł publicznych pieniędzy wydano niezgodnie z prawem, a 56 mln zł z naruszeniem zasad należytego zarządzania finansami. Do największych przekrętów dochodziło w spółce celowej "Wrocław 2012", która odpowiadała za budowę ww. obiektu. Spółka ta dopuściła się mnóstwa nieprawidłowości. Jako przykład można podać przelew na konta generalnego wykonawcy obiektu - niemieckiej firmie Max Bögl - blisko 25 mln zł tytułem "dodatkowego wynagrodzenia". Zdaniem NIK nie było żadnych podstaw do tego, aby taki przelew dokonać. Wygląda zatem na to, że w bardzo łatwy sposób wyciągnięto z publicznych środków dużą kwotę pieniędzy. Ciekawe czy strony tej transakcji ustaliły między sobą odpowiednie "prowizje", a jeśli tak, to w jakich wysokościach? Spółka "Wrocław 2012" przewalała także grube miliony na prawników, których wynajmowała z kancelarii prawnych, mimo że na etacie miała zatrudnionych własnych radców prawnych. Okazało się, że przez pięć lat na ten cel wydano łącznie aż 8 mln zł, a na moment kontroli do zapłaty były jeszcze faktury na kwotę 1,6 miliona. Dlaczego tak dużo? Powód był prosty -prawnikom z zewnętrznych kancelarii płacono bowiem aż 610 zł za godzinę pracy. Problem w tym, że do czasu pracy liczono również ich dojazdy do spółki (np. z Warszawy). Dzięki takiemu sposobowi rozliczania wysłanie zwykłego listu z siedziby spółki "Wrocław 2012" do sądu we Wrocławiu za pośrednictwem wynajętego prawnika kosztowało około 1000 zł.

 

Czytaj więcej: Wrocław stracił 313 mln zł? NIK masakruje za stadion (Gazeta.pl)
wpis 19/10/2014

   


  

     Emigrują, bo nie chcą żyć w III RP - państwie stworzonym przez Kiszczaka i administrowa- nym przez Platformę
wpis z dnia 17/10/2014

 

III RP jest kontynuatorką PRL. Jest państwem zaprojektowanym przez sowieckich kolaborantów z Kiszczakiem i Jaruzelskim na czele. Dzisiaj państwo to jest nieudolnie zarządzane przez ekipę Platformy Obywatelskiej, która dba o interesy różnych sitw i koterii, a nie zwykłych ludzi. Nie powinno zatem dziwić, że Polacy opuszczają III RP, bowiem to nie jest ich kraj, a ciągłe powtarzanie przez establishment frazesów o "cudzie 25-lecia" na niewiele się zdaje.

Siedem lat rządów Platformy Obywatelskiej jedynie pogłębiło główne patologie III RP. Zwykłych ludzi żyjących w tym państwie dołuje brak perspektyw, głodowe pensje czy bezradność wobec układów. Warto podkreślić, że istniejąca od 25 lat III RP została stworzona przede wszystkim dla ludzi aparatu władzy PRL. To oni, po 1989 roku, przejęli kontrolę nad biznesem i mediami. To oni zasiadali w zarządach spółek wydzielanych z majątku upadającego PRL. To oni kierowali nowopowstałymi bankami komercyjnymi, które zostały wyodrębnione z NBP. To ludzie powiązani z PZPR i ustrojem "demokracji ludowej" decydowali o kształcie i kierunkach rozwoju III RP. Pod tym względem porozumienie zawarte najpierw w Magdalence, a później przy okrągłym stole nie przyniosło dla zwykłych Polaków żadnego pożytku. 

Obecny establishment polityczny - związany z Platformą Obywatelską i jej partiami satelickimi - gwarantuje trwanie układu stworzonego przy okrągłym stole. Dlatego też rząd Donalda Tuska oraz prezydentura Bronisława Komorowskiego, mimo podejmowania często sprzecznych z interesem społeczeństwa decyzji, są tak zaciekle bronieni przez media głównego nurtu, które w większości kierowane są dziś przez ludzi współpracujących z aparatem władzy PRL.

Zwykli ludzie, na których nie działa już propaganda mediów prorządowych, widząc ilość funkcjonujących w III RP niesprawiedliwości oraz wiedząc, że sami niewiele mogą zdziałać, wolą stąd wyemigrować. Podejmują trudne decyzje o opuszczenia swoich rodzinnych stron. Ekipa rządowa woli bowiem dbać o interesy własnych sitw i koterii (często wywodzących się jeszcze z PRL), zamiast starać się reformować państwo powstałe w wyniku deal'u Jaruzelskiego, Kiszczaka, Bolka i Michnika. 

 

Czytaj więcej: Emigrują rozczarowani Polską (Rp.pl)
wpis z dnia 17/10/2014

   


  

     Dramatyczny spadek liczby ludności Polski! W II kwartale 2014 r. nad Wisłą żyło jedynie 36,49 mln osób
wpis z dnia 16/10/2014

 

Wielka emigracja oraz ujemny przyrost naturalny przynoszą wymierne rezultaty. Demograficzna katastrofa w Polsce zaczęła się na dobre. Według danych Eurostatu w II kwartale 2014 roku nad Wisłą żyło jedynie 36,49 milionów osób. To o 77 tys. mniej niż w I kwartale. W takim tempie już w 2035 roku będzie nas mniej niż 30 milionów, a około 2050 osiągniemy pułap 25 milionów osób, z czego 70 proc. będzie w wieku emerytalnym!

Ekipa Platformy Obywatelskiej, zamiast reformować kraj i sprawiać, aby Polacy nie decydowali się na zarobkową emigrację, udaje że nic złego się nie dzieje. Politycy partii rządzącej skupili się jedynie na pomnażaniu swoich prywatnych majątków i dojeniu publicznej kasy poprzez obsadzanie intratnych stanowisk swoimi ludźmi. Nie interesują ich losy kraju, którego granice opuszczają bezpowrotnie młodzi i zdolni. Nie interesuje ich to, że nie dalej jak za 20 lat populacja Polski spadnie poniżej 30 milionów osób, z czego połowę będą stanowili emeryci. Nie interesuje ich to, że jeśli nadal będą udawali, że jest super, a Polska to tak naprawdę "Zielona Wyspa", to około 2020 roku kasa państwa zbankrutuje, nie mogąc udźwignąć kosztów funkcjonowania systemu ubezpieczeń społecznych. Ich to najzwyczajniej w świecie nie obchodzi. Donald Tusk - przywódca grupy administrującej naszym krajem - sam kiedyś określił, że dla niego liczy się tylko "tu i teraz". Skoro dla niego liczy się tylko "tu i teraz", to dla jego podwładnych również. Ewa Kopacz jest jedynie figurantką na stołku premiera. Nie należy oczekiwać od niej jakichkolwiek reform, które realnie wpłynęły by na podejmowane przez Polaków decyzje. A szkoda, bo zegar biologiczny naszego narodu tyka coraz głośniej.

 

Czytaj więcej: Population, activity and inactivity - quarterly data (Eurostat)
Czytaj także: Mamy najniższy przyrost naturalny od czasu zakoń- czenia II wojny światowej! (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 16/10/2014

   


  

     PKP nie zaakceptowały żadnego Pendolino. Okazało się, że wszystkie mają wady
wpis z dnia 15/10/2014

 

Kolejna wtopa z Pendolino. PKP Intercity nie zaakceptowało, póki co, ani jednego składu z pociągów dostarczonych przez Alstom za gigantyczną kwotę 1,6 mld zł. Okazało się, że wszystkie miały usterki i wady.

Ultradrogie Pendolino miały rozpocząć kursowanie na regularnych trasach w Polsce od 14 grudnia. Wiele wskazuje jednak na to, że termin ten będzie nierealny. Okazało się, że dostarczone przez Alstom składy mają wady i usterki takie jak niedziałające światła lub radio. Niby błahostki, ale jak płaci się 1,6 mld zł, to producent powinien dostarczyć takie egzemplarze, które nie będą budziły wątpliwości przy odbiorze. A tu proszę - kolejna wtopa. 

W kontekście zakupu słynnego Pendolino, warto przypomnieć wypowiedź Czesława Warsewicza, byłego prezesa PKP Intercity, który stwierdził, że zakup Pendolino doprowadzi spółkę PKP Intercity do bankructwa: - "Obawiam się, że ta cud zabawka doprowadzi do bankructwa PKP Intercity. Mówiąc wprost – ktoś za to coś wziął, gdzieś poszły łapówki, procenty, jakieś dziwne transfery. To był kuriozalny przetarg. Mieliśmy do wydania niemal 3 mld zł. I ostatecznie w roku 2011 została złożona tylko jedna ważna oferta. Inne rzekomo nie spełniły wymogów! Tak się uczciwych, prawdziwych przetargów nie przeprowadza." - powiedział tygodnikowi "wSieci" były prezes PKP Intercity. Patrząc przez ten pryzmat, rzeczywiście zadziwiająca wydaje się być decyzja należącej do Skarbu Państwa spółki o zakupie ultra drogiego taboru Pendolino, który jest przystosowany do jazdy z prędkością ponad 200 km/h, skoro - zgodnie z planami ministerstwa infrastruktury - jeszcze przez najbliższe 16 lat żaden pociąg w Polsce z taką prędkością jeździć nie będzie. Czy nie lepszym rozwiązaniem było zamówienie o wiele tańszych pociągów rodzimej produkcji, które bez problemu rozpędzałyby się do prędkości 160 km/h?

 

Czytaj więcej: Wszystkie składy Pendolino mają usterki. PKP nie zaakceptowały żadnego pociągu (GazetaPrawna.pl)
Czytaj także: Kłamstwo Pendolino. "wSieci" ujawnia drugie dno wielkiej transakcji (wPolityce.pl)
Czytaj także: Pendolino "made in Poland" będzie jeździło po francuskich torach? (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 15/10/2014

   


  

     PiS nie przejmie władzy, jeśli do mediów będzie wystawiał "partyjnych towarzyszy" pokroju Błaszczaka, Czarneckiego czy prof. Pawłowicz
wpis z dnia 14/10/2014

 

Od kilku lat toczy się dyskusja na temat "niewybieralności" PiS-u. Do pieca w tym sporze ciągle dokładają media pro-rządowe, które najmocniej akcentują wspomnianą "niewybieralność", a jednocześnie najbardziej odczułyby ewentualne dojście PiS-u do władzy. Należy jednak podkreślić, że sam PiS konsekwentnie daje swoim przeciwnikom mocne argumenty. W postaci takich "frontmenów" jak Błaszczak, Czarnecki czy prof. Pawłowicz.

Dlaczego, mimo ewidentnie nieudolnych i szkodliwych rządów Platformy Obywatelskiej, największa partia opozycyjna - Prawo i Sprawiedliwość - nie może przebić "szklanego sufitu" w postaci granicy około 30 proc. poparcia? Dlaczego ukute przez przeciwników PiS sformułowanie o niewybieralności tej partii, ma potwierdzenie w wynikach co najmniej kilku ostatnich wyborów? Dlaczego PiS nie ma dzisiaj szans na samodzielne rządy? Odpowiedź jest prosta - przekaz medialny tworzony przez sprzyjające Platformie ośrodki mainstreamowe jest jawnie anty-pisowski. Okazuje się jednak, że PiS sam pomaga w tworzeniu tego typu narracji, wystawiając do programów publicystycznych oglądanych przez miliony zniechęconych Platformą wyborców takich "frontmenów" jak Błaszczak, Czarnecki, Pawłowicz czy Hofman. Ich mizerność umysłowa lub medialna sprawia, że PiS nigdy nie przebije granicy 30-33 proc. poparcia. W realiach całkowitego osaczenia w środkach masowego przekazu, nie można sobie pozwolić na wystawianie do głównych programów wizerunkowych miernot. Tam potrzebni są ludzie inteligentni i błyskotliwi, którzy bez problemu w kilku zdaniach, albo ośmieszą partię rządzącą, albo skutecznie i merytorycznie wytkną jej słabości. Warunki są takie, że miliony ludzi, którzy zdecydują o wyniku najbliższych wyborów, w przeważającej mierze oglądają dziś TVN24 lub TVP Info. Póki do tych programów będą wystawiani wspomniani powyżej "partyjni towarzysze", póty PiS nie przebije progu poparcia, który zagwarantuje mu samodzielne rządy. 

wpis z dnia 14/10/2014

    


   

     Nowy podatek coraz bliżej: Ministerstwo Kultury za wprowadzeniem opłaty reprograficznej na smartfony i tablety
wpis z dnia 13/10/2014

 

Ekipa rządząca z PO-PSL konsekwentnie dąży do realizacji swojego ukrytego celu, jakim jest opodatkowanie wszystkiego co się da opodatkować, tak aby jak najwięcej pieniędzy zabierać zwykłym ludziom. 

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego opowiada się za objęciem smartfonów i tabletów opłatą reprograficzną. Resort zgodził się tym samym na propozycje ZAiKS-u, który jako pierwszy wystąpił z postulatem nałożenia podatku "smartfonowego" i "tabletowego" w wysokości odpowiednio 1,5 i 2,0 proc. ceny urządzenia. Uzyskane w ten sposób dziesiątki milionów złotych mają trafić na konta ZAiKS-u, który - przynajmniej w teorii - pieniądze te ma przekazywać twórcom i artystom. Czy tak będzie robił w rzeczywistości? Jak niedawno donosił portal Niezalezna.pl - w 2013 r. na pensje w ZAiKS-ie poszło 57,8 mln zł. Jeśliby podzielić tą kwotę przez liczbę etatów (467), to statystycznie wyjdzie nam, że przeciętne wynagrodzenie w tym stowarzyszeniu wyniosło ponad 10 tys. zł miesięcznie. Nie wykluczone, że przedstawiciele twórców i artystów zrzeszeni w ZAiKS-ie chcieliby zarabiać jeszcze więcej. Stąd pomysł wprowadzenia podatku "smartfonowego" i "tabletowego", który miałby działać jak opłata reprograficzna. Dla rządzącej ekipy z PO-PSL - która od kilku lat konsekwentnie dąży do realizacji swojego ukrytego celu, jakim jest opodatkowanie wszystkiego co się da opodatkować, tak aby jak najwięcej pieniędzy zabierać zwykłym ludziom - pomysł ludzi z ZAiKS-u musiał się bardzo podobać.

 

Czytaj więcej: Opłata reprograficzna od smartfonów i tabletów już wkrótce? To uderzy w konsumentów (GazetaPrawna.pl)
Czytaj także: ZAiKS kupił sobie pałac (Niezalezna.pl)

wpis z dnia 13/10/2014

  


 

     Obywatel Wielkiej Brytanii znowu w rządzie. Tym razem jako minister "bez teki"
wpis z dnia 11/10/2014

 

Jan Antony Vincent-Rostowski powraca do rządu. Zostanie szefem doradców premier Ewy Kopacz w randze ministra bez teki. Choć tym razem nie będzie zarządzał żadnym ministerstwem, to poprzez swoją "radę" może mieć wpływ na decyzje podejmowane na najwyższym szczeblu. Jego znaczenie może być tym bardziej istotne, jeśli uświadomimy sobie, że obecna premier jest tylko figurantką, nie mającą własnego zdania i własnej wizji trwania na stanowisku szefa rządu.

Przypomnijmy, że Vincent-Rostowski odpowiada za gigantyczny skok zadłużenia naszego kraju wobec zagranicznych wierzycieli. To on był również pomysłodawcą zrabowania oszczędności emerytalnych Polaków zgromadzonych w OFE. Teraz ma pełnić funkcje szefa doradców Ewy Kopacz. To, że obecna premier potrzebuje sztabu doradców jest pewne. Jej mizeria umysłowa oraz słabość kompetencyjna musi być niwelowana przez specjalistów z poszczególnych dziedzin. Pytanie tylko, czy powołanie na stanowisko szefa doradców Ewy Kopacz byłego ministra finansów nie jest przypadkiem wejściem z deszczu pod rynnę. To, że Vincent-Rostowski jest sprawniejszy umysłowo od wspomnianej figurantki jest dla wszystkich oczywiste. Problem w tym, że swoim "doradztwem" może tak kierować panią premier, że ta będzie podejmować bardzo niekorzystne decyzje dla Polski, myśląc że robi dobrze. 

Czytaj więcej: Rostowski będzie szefem doradców premiera i ministrem bez teki (Bankier.pl)
wpis z dnia 11/10/2014

   


  

     Rozmywanie afery hazardowej: Prokurator, który miał stawiać zarzuty, został odsunięty od śledztwa
wpis z dnia 10/10/2014

 

Prokuratorski zarzut niedopełnienia obowiązków służbowych w związku z aferą hazardową miał usłyszeć Jacek Kapica - szef służby celnej i wiceminister finansów w rządzie PO-PSL. Okazało się jednak, że prokuratorowi, który chciał ten zarzut postawić, sprawa została odebrana, a śledztwo przeniesiono do zupełnie innej prokuratury. Czy takie rzeczy są możliwe tylko w bananowej republice kolesi zarządzanej przez ekipę Tuska i Komorowskiego?

Białostocka prokuratura chciała oskarżyć Kapicę o niedopełnienie obowiązków szefa służb celnych, które odpowiadały za kontrolowanie automatów do gry - tzw. jednorękich bandytów. Przypomnijmy, że automaty te umożliwiały wysokie, kilku- tysięczne wygrane, a mimo to nie były obłożone 45 proc. podatkiem. Stosowano wobec nich niewielką, ryczałtową opłatę w wysokości kilkudziesięciu euro miesięcznie. "Jednorękich bandytów" o wysokich wygranych zaczęto zwalczać dopiero w 2009 roku, po nagłośnieniu sprawy przez media. Posady ministrów stracili wówczas Grzegorz Schetyna i Miro Drzewiecki. Z powodu opóźnionej reakcji urzędników celnych, za których odpowiadał szef służby celnej Jacek Kapica, szacuje się, że Skarb Państwa mógł stracić nawet kilka miliardów złotych. Z tego właśnie powodu zarzuty miał usłyszeć Kapica. Okazało się jednak, że prokuratorowi, który chciał go oskarżyć, sprawa została nagle odebrana, a wątek śledztwa w sprawie afery hazardowej dotyczący nieprawidłowości urzędników ministerialnych, został przeniesiony z Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku do Prokuratury Apelacyjnej w Poznaniu. Warto odnotować, że decyzja o przeniesieniu śledztwa została podjęta przez Prokuraturę Generalną zarządzaną przez Andrzeja Seremeta. 

 

Czy takie rzeczy są możliwe jedynie w bananowej republice kolesi...?

 

Czytaj więcej: Znikające zarzuty dla wiceministra Kapicy. Po interwencji Prokuratury Generalnej (Tvn24.pl)
wpis z dnia 10/10/2014

   


  

     Politycy chcą pomóc frankowiczom, czy bankom?
wpis z dnia 9/10/2014

 

Zbliżają się wybory, tak więc w mediach można usłyszeć coraz więcej wypowiedzi polityków na temat tego jak pomóc ludziom zadłużonym we frankach. Pytanie tylko, czy chodzi rzeczywiście o pomoc zadłużonym, czy też pomoc bankom, które tych kredytów udzielały?

Idą wybory, tak więc politycy rozpoczęli już licytację na to, kto mocniej upomina się o los około 700 tys. osób, które zaciągnęły kredyty hipoteczne w walutach obcych. Mimo, że problemy ze spłatą takich kredytów ma obecnie jedynie 20 tys. zadłużonych, to kwestii oczywiście nie wolno lekceważyć. Dzisiaj frank szwajcarski kosztuje 3,45 zł. Co jednak, jeśli jego kurs podskoczy do 4,50 zł? Niestety politycy potrafią być tylko głośni. Ich propozycje są jałowe, jeśli chodzi o konkretne działania. Pod tym kątem wyróżnił się ostatnio Związek Banków Polskich (organizacja zrzeszająca banki działające na terytorium Polski), który zaproponował, aby Bank Gospodarstwa Krajowego (czytaj: polskie państwo) wykupywał od prywatnych banków długi hipoteczne Polaków zaciągnięte we frankach, a następnie przejmował na własność nieruchomości stanowiące ich zabezpieczenie. "Uratowani" w ten sposób frankowicze, mogli by sobie od BGK przejęte mieszkanie czy dom wynajmować (nie byłaby to bowiem ich własność). 

Powstaje pytanie: kto na propozycji ZBP miałby skorzystać? Kredytobiorcy? - Nie bardzo, bowiem utraciliby prawo własności do swoich nieruchomości. Państwo? - Niekoniecznie, bowiem stopa zwrotu z inwestycji polegającej na przejmowaniu długów hipotecznych w walutach obcych wraz z zabezpieczeniami w postaci nieruchomości, mogłaby być bardzo niska (o ile w ogóle można o niej w takim przypadku mówić). Jedynym beneficjentem propozycji ZBP są same banki. Po pierwsze - pozbywają się "złych długów", które mogłyby przyczynić się do ich upadku. Po drugie - dostają pieniądze podatników, które istotnie poprawią ich bilansy. Po trzecie - z uzyskanych od BGK pieniędzy, mogą przeprowadzić nowe akcje kredytowe, które zapewnią im gigantyczne zyski. 

Stąd realna jest następująca konkluzja - niezależnie od tego, jaką propozycję wobec zadłużonych we frankach będą promować politycy, jedynym beneficjentem prawdopodobnie i tak okażą się być... banki.

 

Czytaj więcej: Kredyty we frankach: czy rząd przejmie zadłużone mieszkania? (PolskieRadio.pl)

Czytaj także: Pięć miliardów dla banków (Rp.pl)
wpis z dnia 9/10/2014

    


  

     Fiskalna paranoja Platformy nie podoba się RPO. Kuriozalnie niska kwota wolna od podatku jest niekonstytucyjna
wpis z dnia 8/10/2014

 

Ekipa Platformy Obywatelskiej dusi polską gospodarkę wysokimi podatkami. Jedną z naczelnych zasad fiskalizmu wyznawanego przez partię Tuska jest utrzymywanie kwoty wolnej od podatku na niezmienionym i niezwykle niskim poziomie od 2007 roku (3091 zł w skali roku). Rzecznik Praw Obywatelskich twierdzi, że to jest niekonstytucyjne i kieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego. Czy fiskalna paranoja ekipy rządzącej zostanie w końcu ukrócona?

Donald Tusk wraz ze swoimi ludźmi wprowadził w Polsce stalinizm podatkowy. Żadna inna ekipa rządząca w historii III RP nie zafundowała Polakom tak wielkiego wzrostu obciążeń podatkowych, co Platforma Obywatelska. Naczelną zasadą polityki finansowej tej partii miało być stopniowe obniżanie podatków i danin publicznych. Tak przynajmniej twierdził Donald Tusk w listopadzie 2007 roku podczas wygłaszania swojego pierwszego expose. Tymczasem po wypowiedzeniu tych słów premier lekką ręką - przy wsparciu posłów swojej partii - podniósł podatek VAT, kilkukrotnie podnosił akcyzę, podwyższył składki na ZUS, podwyższył składkę rentową dla przedsiębiorców, zlikwidował ulgi: budowlaną i internetową, obniżył o 1/3 zasiłek pogrzebowy, opodatkował lokaty 1-dniowe, kilkukrotnie podnosił maksymalne limity na podatki lokalne oraz zamroził kwotę wolną od podatku. W tej ostatniej kwestii mamy do czynienia z istną fiskalną paranoją! 

Warto podkreślić, że na świecie normą jest, że jeśli ktoś w ciągu roku zarabia kwotę nie przekraczającą równowartość 3-4 średnich miesięcznych pensji, to w ogóle nie płaci podatku dochodowego. W Polsce kwota wolna od podatku dochodowego wynosi jedynie 3091 zł i - decyzją rządu Tuska - od 2007 roku nie została podniesiona. Dla porównania: w Wielkiej Brytanii podatku dochodowego nie płacą ci, którzy zarobią w ciągu roku poniżej 9,5 tys. funtów, w Niemczech - 8,35 tys. euro, we Włoszech - 8 tys. euro, w Irlandii - 7,9 tys. euro, we Francji - 6,0 tys. euro, w USA - 10 tys. dolarów. Jedynie w Polsce, w efekcie obowiązywania kuriozalnie niskiej kwoty wolnej od podatku, rozliczać się z urzędem skarbowym muszą osoby, które zarabiają nawet po 260 zł miesięcznie, mimo że jest to kwota znacznie poniżej minimum gwarantującego biologiczną egzystencję (w 2013 roku minimum to wynosiło 542 zł miesięcznie na osobę)! Co gorsze - ekipa Platformy Obywatelskiej z rozmysłem i premedytacją nie nie planuje podnieść tej kwoty aż do 2017 roku! 

Rzecznik Praw Obywatelskich powiedział "stop" i zaskarżył do Trybunału Konstytucyjnego kwotę wolną od podatku. Jego zdaniem norma, która nakazuje osobom uzyskującym dochód niepozwalający na zaspokojenie niezbędnych potrzeb życiowych, dzielić się tym dochodem z resztą społeczeństwa poprzez płacenie podatku, jest niekonstytucyjna. W piśmie kierowanym do Trybunału słusznie zauważył, że roczny dochód odpowiadający takiemu zwolnieniu (3091 zł) nie pozwala na zapewnienie elementarnych potrzeb życiowych. Zdaniem Rzecznika kwota wolna od podatku powinna odpowiadać progowi ubóstwa, to jest kwocie 542 zł miesięcznie, co w skali roku przekłada się na limit w wysokości 6504 zł.

 

Czytaj więcej: RPO zaskarżył do TK zbyt niską kwotę wolną od podatku w pierwszym progu PIT (Rp.pl)
wpis z dnia 8/10/2014

   


  

     Biednym polskim emerytom brakuje pieniędzy na egzystencję. A będzie jeszcze gorzej!
wpis z dnia 7/10/2014

 

Połowa dzisiejszych emerytów twierdzi, że w ciągu swojego zawodowego życia nie odkładała na starość, bowiem zarabiała zbyt mało pieniędzy, a dla co 7. z nich świadczenia, które otrzymują z ZUS, nie wystarcza na podstawowe potrzeby natury egzystencjalnej. Niestety z roku na rok pod tym względem będzie gorzej.

Jakość życia seniorów w Polsce istotnie odbiega od europejskich norm. Dla większości z nich okres emerytury kojarzy się z marazmem, wegetacją oraz problemami z dostępem do podstawowej opieki medycznej. Z badań przeprowadzanych przez międzynarodowe organizacje wyjawia się raczej ponury obraz: Polska, to nie jest kraj dla starych ludzi. Tutaj powinni oni umierać zaraz po przejściu na emeryturę. I nie ma się czemu dziwić. Spora grupa emerytów, po zakończeniu swojego życia zawodowego, zaczyna dostawać z ZUS po 1,0 - 1,2 tys. zł świadczenia. Taka kwota nie wystarcza na normalne funkcjonowanie. Dzisiaj problemy z egzystencją ma co 7. emeryt. Jak będzie za 10-15 lat? Prawdopodobnie do grona wykluczonych społecznie biednych ludzi dołączą miliony osób z dzisiejszego pokolenia 50-latów. Otrzymując "ochłapy" z ZUS może opłacą czynsz, rachunki za prąd czy wodę. Może stać ich będzie na zakup chleba. Ale na nic więcej nie będą mieli pieniędzy. 

Według oficjalnych danych GUS już teraz 44,3 proc. polskich emerytów otrzymuje świadczenia o charakterze głodowym. Do ręki ZUS przesyła im co miesiąc kwotę mniejszą niż 1358 zł. Niestety z roku na rok będzie coraz gorzej, bowiem coraz więcej emerytur będzie wyliczanych według formuły kapitałowej (w 2013 roku różnica między przeciętną emeryturą wyliczaną według starych zasad, a przeciętną emeryturą wyliczaną według nowych zasad wynosiła 1180 zł). To jednak nie koniec złych informacji. Zdaniem ekspertów około 2022 roku państwo polskie, z powodu zbyt wysokich nakładów na utrzymanie systemu emerytalnego, może zbankrutować. To wszystko wpisuje się idealnie w strategię, według której starsi ludzie w Polsce mają szybko umierać. Żyjąc za głodowe emerytury, nie mając pieniędzy na jedzenie i leki (nie mówiąc już o dobrach kultury czy przedmiotach zbytku) pozostanie im szybciutko i po cichutku umrzeć. Jeśli rząd będzie łaskawy, to zostawi rodzinie skromny zasiłek pogrzebowy na wykupienie prościutkiej trumienki. Oto rzeczywistość zaprojektowanej w 1989 roku przez rosyjskich kolaborantów III RP.

 

Czytaj więcej: Polskim emerytom brakuje pieniędzy. Aż 20 proc. żałuje, że nie wyjechała z kraju (GazetaPrawna.pl) 
wpis z dnia 7/10/2014

    


  

     Platformersi "ukręcą łeb" pierwszej aferze rządu Kopacz?
wpis z dnia 6/10/2014

 

Wygląda na to, że nikt nie poniesie odpowiedzialności za aferę z "zapomnianą" ustawą. Szef Rządowego Centrum Legislacji, które przez ponad 2 tygodnie wstrzymywało publikację ustawy ograniczającej wyprowadzanie zysków za granicę, twierdzi że to był "błąd systemu". Rząd Kopacz umywa ręce i udaje, że nic się nie stało. Warto podkreślić, że w grę wchodzi utrata przez budżet naszego kraju około 3,3 mld zł!

Platformersi ewidentnie próbują "ukręcić łeb" pierwszej aferze rządu Kopacz. Przypomnijmy, że 17 września prezydent podpisał ustawę o zagranicznej spółce kontrolowanej, która miała ograniczyć transferowanie podatku dochodowego CIT poza granice naszego kraju (np. do Luksemburgu czy na Cypr). W ten sposób budżet kraju mógł dodatkowo zyskać w przyszłym roku nawet 3,3 mld zł. Wystarczyło ją tylko opublikować w elektronicznym Dzienniku Ustaw, co w dni robocze trwa od kilku do kilkunastu godzin. Niestety odpowiedzialne za to Rządowe Centrum Legislacji postanowiło publikację tego aktu prawnego opóźnić o ponad 2 tygodnie, przez co ustawa w zakresie ograniczenia wyprowadzania z Polski zysków działających na terytorium naszego kraju spółek mających siedziby w rajach podatkowych nie będzie funkcjonowała w przyszłym roku. Z tego tytułu do kasy państwa nie trafi - wg szacunkowych wyliczeń - wspomniane 3,3 mld zł. Co na to szef Rządowego Centrum Legislacji Maciej Berek? Na zwołanej ad hoc konferencji prasowej powiedział, że opóźnienie w publikacji ustawy w elektronicznym Dzienniku Ustaw to efekt... "błędu systemu" (sic!). Ponadto dodał, że przebadał sprawę w swoim urzędzie (w ciągu jednego dnia) i nie stwierdził, by którykolwiek z jego pracowników miał ponieść jakąkolwiek odpowiedzialność. Czyli - samo się stało. Nikt nic nie wie. Nie ma winnych. Nie ma afery.

 

Czytaj więcej: Tama podatkowa jednak się nie odsunie (Rp.pl)
wpis z dnia 6/10/2014

   


  

     Gigantyczna afera finansowa: Polska straci miliardy złotych. Wszystko przez opieszałość Rządowego Centrum Legislacji
wpis z dnia 4/10/2014

 

Mamy nową aferę, dzięki której budżet naszego kraju straci minimum 3 miliardy złotych. Wszystko przez Rządowe Centrum Legislacji, które podjęło decyzję o wstrzymaniu publikacji w Dzienniku Ustaw przyjętej przez Sejm i podpisanej przez prezydenta ustawy o zagranicznej spółce kontrolowanej. Dzięki temu wiele spółek i koncernów działających na terytorium naszego kraju nie zapłaci podatku w Polsce.

Generalnie proponowane przez rząd zmiany wyglądały pozytywnie. Ustawa o zagranicznej spółce kontrolowanej miała ograniczyć transferowanie podatku dochodowego CIT poza granice naszego kraju (np. do Luksemburgu czy na Cypr). W ten sposób budżet kraju mógł dodatkowo zyskać w 2015 roku nawet 3,3 mld zł. Zmiany w prawie zostały przeforsowane w Sejmie, a prezydent podpisał ustawę 17 września. Wystarczyło ją tylko opublikować w elektronicznym Dzienniku Ustaw... i tutaj mamy istotę afery. Rządowe Centrum Legislacji, które odpowiada za publikację nowych aktów prawnych (bez tego nie mogą one wejść do porządku prawnego RP), zamiast bezzwłocznie dokonać publikacji w elektronicznym Dzienniku Ustaw (co może nastąpić nawet w kilka godzin po podpisaniu ustawy przez prezydenta), podjęło zupełnie bezsensowną decyzję o zwłoce w publikacji, która trwa po chwilę obecną. 

 

Niestety ponad 2 tygodniowe już opóźnienie w publikacji ustawy będzie miało dla budżetu naszego kraju dramatyczne skutki. Pojawienie się ustawy w elektronicznym Dzienniku dopiero w październiku spowoduje, że jej przepisy nie będą mogły obowiązywać w 2015 roku, a to oznacza, że działające na terytorium naszego kraju firmy i koncerny, posiadające swoje spółki-córki na Cyprze lub w innym raju podatkowym, nadal nie będą musiały płacić podatku CIT w Polsce. Według ostrożnych szacunków, niezrozumiała decyzja o opóźnieniu publikacji przez Rządowe Centrum Legislacji, przyczyni się do strat budżetu kraju w wysokości 3,3 mld zł. Ciekawe kto przygarną milionik za zatrzymanie publikacji? Czy to nie jest przypadkiem sprawa dla ABW? Co na to rząd PO-PSL, któremu Rządowe Centrum Legislacji podlega?

 

Czytaj więcej: Państwo straciło miliardy. Czy tylko przez bałagan? (Rp.pl)
Czytaj więcej: Koszt błędu urzędnika (Rp.pl)

wpis z dnia 4/10/2014

   


  

     Polska wymiera. Czy ludność naszego kraju będzie topniała w milionach?
wpis z dnia 3/10/2014

 

Ubiegły rok był podobno dla polityków "rokiem rodziny". Okazało się jednak, że w 2013 odnotowano w naszym kraju rekordową przewagę zgonów nad urodzeniami. Demograficzne tsunami już się zaczęło, a ekipa rządowa jedynie markuje działania, które miałby temu zapobiec. Jaki będzie tego główny skutek? Nasza gospodarka, na tle gospodarki światowej, z roku na rok będzie relatywnie coraz uboższa i coraz mniej konkurencyjna. Tym samym przeciętni Polacy nigdy nie osiągną poziomu oszczędności i bogactwa porównywalnego z krajami Europy Zachodniej.

GUS właśnie ogłosił, że liczba mieszkańców Polski będzie systematycznie malała i w 2050 r. spadnie do poziomu 33,9 mln mieszkańców. Szacunki te są i tak bardzo optymistyczne, bowiem zakładają, że obecnie w naszym kraju żyje 38,5 mln ludzi. Jest to oczywiście całkowita nieprawda, gdyż wyliczenia GUS nie obejmują emigrantów. Jeśli ich uwzględnić, to okazuje się, że w Polsce żyje obecnie jedynie 37 mln ludzi, a w 2050 może być nas mniej niż 30 mln. Nie ma się jednak czemu dziwić, skoro już teraz więcej Polaków umiera, niż się rodzi, społeczeństwo staje się coraz starsze i coraz bardziej schorowane, a młodzi - w poszukiwaniu lepszego życia - emigrują za granicę. 

Wysokie obciążenia podatkowe, niewolniczo niskie płace, wielka emigracja oraz bierna postawa rządu w kwestii polityki prorodzinnej spowodowały, że przeciętnie jedna Polka rodzi obecnie 1,3 dziecka. To klasyfikuję nasz kraj na 212 miejscu na świecie. Warto zauważyć, że 30 lat temu jedna Polska rodziła przeciętnie 2,4 dziecka. W 1983 roku urodziło się 723 tys. dzieci. W 2013 roku urodziło się jedynie 370 tys. dzieci. Tak wielka różnica w urodzeniach ma bezpośrednie przełożenie na przyrost naturalny, a więc na potencjał demograficzny i gospodarczy kraju. W 1983 roku liczba nowo narodzonych dzieci przewyższyła liczbę zgonów o +381 tys. W ubiegłym roku to liczba była wyższa o -18 tys. Tak niski (ujemny) przyrost naturalny nie był notowany w naszym kraju od czasów zakończenia II wojny światowej. 

Konsekwencje demograficznej katastrofy będą bardzo bolesne dla polskiej gospodarki i to już w najbliższych latach. Okazuje się bowiem, że według oficjalnych prognoz ZUS, na wypłatę emerytur w latach 2015-2019 zabraknie... 356,5 mld zł! W wariancie pesymistycznym (utrzymujące się wysokie bezrobocie, kryzys) deficyt może być jeszcze większy i wyniesie aż 416,6 mld zł!! Aby pokryć tak olbrzymi deficyt, każdy pracujący Polak musiałby jednorazowo przekazać do ZUSu po około 25 tys. zł. Pod względem ekonomicznym będzie to największy wyzwanie Polski od czasu zakończenia II wojny światowej. Pokrycie tak wielkiego deficytu będzie musiało skutkować przesunięciem środków budżetowych z innych dziedzin (np. zmniejszenie wydatków na utrzymanie i tak już niewielkiej armii czy też poważne cięcia inwestycyjne). Więcej jak pewne jest też podniesienie obowiązkowych składek na ubezpieczenia społeczne dla ogółu pracującej części społeczeństwa. To wszystko sprawi, że polska gospodarka pogrąży się w marazmie, a kraj przestanie się rozwijać.

Czy Polska ma szanse poradzić sobie z tymi problemami? Wiele zależy od rządzących nami polityków oraz ich strategicznych planów na najbliższe lata. Niestety obecnie utrzymująca się przy władzy (głównie dzięki wsparciu polskojęzycznych mediów zarządzanych przez ludzi wywodzących się z PRL) Platforma Obywatelska nie ma jakiegokolwiek planu na przyszłość. Dla nich liczy się jedynie "tu i teraz" oraz możliwość szybkiego pomnożenia swoich prywatnych majątków. A z taką ekipą negatywne tendencje będą się jedynie pogłębiały.

wpis z dnia 3/10/2014

   


  

     Rażąco niesprawiedliwy podział rekompensat za rosyjskie embargo. Unia Europejska wbija nóż w plecy polskiemu sadownictwu
wpis z dnia 2/10/2014

 

Polska - mimo, że eksportowała do Rosji najwięcej jabłek - w odróżnieniu od innych państw otrzyma jedynie symboliczną pomoc. Podział rekompensat za rosyjskie embargo jest rażąco niesprawiedliwy. Czy jest to celowe działanie Komisji Europejskie policzone na zduszenie kolejnej gałęzi polskiej gospodarki czy efekt niekompetencji ekipy PO-PSL pod przewodnictwem ministra Sawickiego? 

Nasz kraj eksportował do Rosji około 700 tys. ton jabłek rocznie. Tymczasem Komisja Europejska uznała, że polskim sadownikom będą przysługiwały jedynie symboliczne rekompensaty odpowiadające eksportowi... 18,7 tys. ton! Co istotne - decyzja ta jest rażąco niesprawiedliwa, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż wiele krajów Europy Zachodniej otrzymało od Komisji Europejskiej decyzje o dużo większych rekompensatach, mimo znacznie mniejszego eksportu do Rosji. Dla przykładu: Belgia otrzymała rekompensaty dla ponad 43 tys. ton jabłek, Włochy dla 35,8 tys. ton, Francja dla niemal 29 tys. ton, a Holandia dla ponad 22 tys. ton. - "My nie wiemy tak na prawdę, na czym stoimy" - stwierdził zagubiony w całej sytuacji minister rolnictwa w rządzie PO-PSL Sawicki. Ciekawe co na to nowy "król" Europy - Donald Tusk? Czyżby nie miał zdania, bowiem jego nowe miejsce pracy, będące tylko synekurą przyznaną za rzetelne wypełnianie dyspozycji płynących z Berlina, nie uprawniało go do zajęcia jakiegokolwiek stanowiska? 

 

Czytaj więcej: Rolnicy zapłacą za zaniedbania Sawickiego (NaszDziennik.pl)
Czytaj więcej: Polscy rolnicy dostaną mniej pieniędzy z Unii. Inne kraje więcej (Wyborcza.biz)

wpis z dnia 2/10/2014

  


  

     Przeciętny Polak jest biedny i nie ma oszczędności. Powodem są dramatycznie niskie pensje
wpis z dnia 1/10/2014

 

Aż 54 proc. Polaków deklaruje, że niskie dochody uniemożliwiają im odłożenie nawet drobnych sum pieniędzy. To nie powinno dziwić skoro rządzący naszym krajem ściągają zagranicznych "inwestorów" twierdząc, że Polska to taki "europejski Bangladesz", a pracownicy call-centrów, montowni czy hal przeładunkowych mogą otrzymywać za swoją pracę dramatycznie niskie zarobki.

Polacy, choć w przeważającej mierze mają zatrudnienie, to zarabiają tak mało, że nie są w stanie odkładać nawet drobnych sum pieniędzy. Niskie zarobki gwarantują im życie jedynie "od pierwszego do pierwszego". O oszczędzaniu - szczególnie regularnym - nie ma mowy. Jest to konsekwencja obranego przez rządzących kierunku cywilizacyjnego rozwoju naszego kraju, którzy przyjęli mało ambitnie, że Polska powinna być "Bangladeszem Europy". Ekipa sterująca naszym krajem uznała, że tylko niskie płace będą w stanie przyciągnąć tutaj zagranicznych "inwestorów", którzy łaskawie dadzą zatrudnienie w swoich centrach usług, montowniach czy przeładowniach. Konsekwencją takiego wyboru są twarde statystyki: według Europejskiego Banku Centralnego średnia kwota depozytu na jednego mieszkańca w Polsce w 2013 roku wynosiła tylko 3,4 tys. euro (uwaga! średnia kwota obejmuje także depozyty najbogatszych, które znacząco ją zawyżają). To dwa razy mniej, niż przeciętnie mają Czesi i 8 razy mniej niż przeciętnie posiadają Belgowie. Zarobki ponad 70 proc. pracujących w Polsce znajdują się poniżej kwoty tzw. średniego wynagrodzenia ustalanego przez GUS, które i tak jest 4-krotnie niższe niż wynosi przeciętne wynagrodzenie w Niemczech. Według szacunków GUS około 2,5 mln Polaków żyje w skrajnej biedzie (brak środków gwarantujących egzystencję). Z kolei według Eurostatu aż 27,8 proc. polskiej populacji (ponad 10 mln osób) żyje na co dzień w warunkach wykluczenia społecznego (spowodowanych niskimi dochodami). Przy tym wszystkim ponad połowa mieszkańców Polski egzystuje jedynie "od pierwszego do pierwszego", nie będąc w stanie odłożyć nawet drobnych sum pieniędzy.

 

Czytaj więcej: Pracują, ale pozostają biedni. Kim są polscy pracujący ubodzy? (GazetaPrawna.pl)
Czytaj także: Topnieją oszczędności Polaków. Czy miesiąc oszczędzania coś zmieni? (Forsal.pl)

wpis z dnia 1/10/2014